« List S.Lema do S.Mrożka Na wesoło »

Wyjątkowo bezśnieżny grudzień

Kłopoty zaczęły się już na starcie. Mimo próśb ścisłego KErownictwa tłumnie przybyli na miejsce zbiórki wyjazdowicze najwyraźniej przegięli z wielkością, jeżeli nie ilością walizek. Dość powiedzieć, że część bagaży – w obie strony! – jechała wewnątrz autokaru, zabezpieczona jak cię mogę. Ponieważ jednak podróż przebiegła bez zakłóceń, nikt w związku z tym nie ucierpiał, może poza tymi, którzy chcieli skorzystać z zajętej przez walizki i torby pokładowej toalety. Trasa na tereny łowieckie trójmiejskich narciarzy jest w dużej mierze taka sama, tym razem jechaliśmy do Livigno, więc od Monachium – zamiast na Innsbruck i przełęcz Brennera – skierowaliśmy się na Garmisch-Partenkirchen (plakaty zapowiadające Turniej Czterech Skoczni już wiszą!), a potem przez Austrię i Szwajcarię do słynnego tunelu Munt de la Schera. Liczący sobie niemal 3,5 km tunel jest wąski, na jeden samochód, i jednokierunkowy, a kierunek jazdy zmienia się co 15 minut, z wyjątkiem „transferowych” sobót w zimie, kiedy to przed południem przez kilka godzin wypuszcza się wyjeżdżających, a po południu wpuszcza przyjezdnych.

Przez zaporę Punt dal Gall w dolinie Livigno, spiętrzającą Lago di Livigno, dotarliśmy do doliny, a po kilku minutach – do miasteczka. Tu nastąpiło szybkie rozpakowanie i rozlokowanie po apartamentach, bardzo zresztą zacnych. Wraz z towarzyszem podróży, którym był tym razem znajomy Szyper, oraz trzema innymi panami, otrzymaliśmy kwaterę o kilka minut spacerkiem od „głównego” pensjonatu, ale nie narzekaliśmy: w mieszkaniu było ogrzewanie podłogowe, centralny odkurzacz i wszelkie utensylia kuchenne, tudzież łazienka czysta, nowoczesna i stylowa. Kuchnia była nam potrzebna, żeby żywić się przez pierwsze kilka dni gotowymi daniami, przywiezionymi z Polski, co wypadało bez wątpienia korzystniej cenowo. Żeby jednak nie wyszło na to, że będąc we Włoszech jedliśmy wyłącznie polskie kotlety i zrazy, przez dwa ostatnie dni stołowaliśmy się w słynnej pizzerii Bait dal Ghet, gdzie gości czekających w kolejce (!) na stolik częstuje się na koszt firmy (!!) aperitifami (ze znacznym udziałem prosecco), a wychodzących – digestivami w kilku lub kilkunastu odmianach (!!!). Nic dziwnego, Livigno to strefa wolnocłowa, więc ceny alkoholu są tu śmieszne, a w hurcie i obrocie restauracyjnym to podejrzewam, że w ogóle boki zrywać.

Póki co jednak, nasz niepokój budziły kiepskie warunki śniegowe. Stosowna strona internetowa przyznawała smętnie, że długość czynnych tras wynosi zaledwie 28 km (w porównaniu z 115 km maksymalnej możliwej długości). Włosi jednak, nie w ciemię bici, zabrali się ostro do pracy przy sztucznym naśnieżaniu, i tuż przed naszym wyjazdem długość ta zwiększyła się do 40, a obecnie nawet do 48 km (www.skipasslivigno.com). Nie powiem – dało się po tym jeździć, i w sumie nie było dnia bez jeżdżenia, ale poza kilkoma wyjątkami każda trasa funkcjonowała z osobna, tzn. że z jednej na drugą dało się przedostać głównie piechotą (lub darmowym miejskim skibusem) – podczas gdy połowa zabawy polega na tym, że przejeżdża się między nimi na nartach, kombinując, jak to zrobić, gdzie wjechać, a gdzie zjechać. Zresztą najlepiej obrazuje to mapa stoków, z której wprawny narciarz niejedno potrafi wywnioskować.

Jeździło się więc nieco fragmentarycznie, ale mężnie. We wtorek podłączyłem się na krzywy ryj do grupy prowadzonej przez instruktora i przez jakieś trzy godziny starałem się jeździć pięknie, stylowo, uginając kolanka często, szybkimi skrętami, ale efekt był taki, że kolana zastrajkowały i musiałem wcześniej skończyć dzień. Ponadto przez pierwsze cztery dni codziennie zaliczałem jednorazowy bliski fizyczny kontakt ze śniegiem całym ciałem (taki eufemizm na oznaczenie upadku), z tym że wszystko w sposób kontrolowany, a w każdym razie – bez jakichkolwiek uszkodzeń ciała. Jeden z panów z naszej grupy nie mógł tego o sobie powiedzieć. W środę upadł na stoku tak nieszczęśliwie, że jedna narta mu się wypięła, a następnie ostrą krawędzią rozcięła spodnie i skórę tuż nad butem. Efekt – jedenaście szwów, poza tym jednak mięśnie i ścięgna całe, ale czwartek i piątek już bez jeżdżenia. Był to – szczęście w nieszczęściu – jedyny wypadek narciarski w naszej grupie, wymagający pomocy lekarskiej.

Aczkolwiek… mogło być różnie. Wyobraźcie sobie, że ostatniego dnia, w piątek, mieliśmy jeździć z Szyprem i jeszcze jednym z naszych współlokatorów – nazwijmy go Inżynierem – do upadłego, czyli mniej więcej do 15:00. Tymczasem około 13:30 poczułem dziwną, niczym nie uzasadnioną konieczność zakończenia jazdy, już na dobre. Możecie to nazwać kompletnie irracjonalnym przeczuciem. Rozpiąłem buty do chodzenia, zarzuciłem narty na ramię i spacerkiem udałem się w kierunku kwatery. Kiedy zdejmowałem buty, tylna część skorupowej cholewy prawego została mi w dłoni! Po bliższej inspekcji okazało się, że odkręciła się jednak nieduża śrubka, łącząca jedno z drugim. A co by się stało, gdybym tak jeszcze jeździł te zaplanowane pół godziny? No?!

Oprócz nart i wypadów gastronomicznych udało mi się także zrobić wolnocłowe zakupy. Obyło się bez alkoholowych szaleństw (mimo licznych, ach, jakże licznych pokus! Zwłaszcza w kwestii trunków ze Szkocji! Ilości i jakości, o, embarras de richesse!). Co do sprawunków kosmetyczno-perfumowych miałem również ścisłe instrukcje, które wykonałem co do joty. Pewnego dnia uzgodniliśmy również kilka szczegółów dotyczących Juniorów, i te punkty programu również udało się bez problemu zrealizować. Co dziwne, z poprzedniego pobytu (w 2009? 2010?) pamiętałem, że ekscytacja zakupami polegała na tym, by odwiedzić jeden, drugi, piąty sklep i upolować dane perfumy/alkohol w najlepszej cenie… Tym razem jednak jakby się zmówili – ceny w poszczególnych sklepach nie różniły się wcale. Na szczęście szybko okazało się, że w przypadku naprawdę poważnego zainteresowania kupnem można było liczyć na zniżkę 5. 7, a w najlepszych wypadkach – nawet 10%.

Droga powrotna minęła bez szaleństw, poza tym, że bagaży wydawało się być jeszcze więcej niż w drodze do Livigno. Tym razem na pokładzie jechały nie tylko walizki, ale częściowo również narty w pokrowcach. Nie dziwiłem się temu jednak – w końcu niektórzy porobili naprawdę duże zakupy. Postojów w drodze powrotnej było chyba sporo mniej – a może ruch na drogach mniejszy? – bo zajechaliśmy do Gdyni w 18 godzin, wobec 21 tydzień wcześniej. Jeżdżenie za nami, czas wrócić do rzeczywistości – ale w snach dalej będę sunął w dół stoku!

177 komentarzy

  1. Quackie pisze:

    Dzień dobry. Wystarczy tego napięcia, no nie?

    Wink1

  2. korab1 pisze:

    DzińDybry:))) Dzisiaj rano znalazłem środek na wszystkie kłopoty, ta reklama pozwoliła mi spojrzeć w przyszłość z optymizmem, nawet wręcz z radością :))

  3. Jo. pisze:

    Faaajnieee. Mnie wprawdzie do samobójstwa namówić się nie da, ale podziwiam narciarzy. No i jednak trochę oddechu, prawda?

    • Quackie pisze:

      Noo, troszeczkę. Jednak maile z informacjami dotyczącymi pracy i tak cały czas dochodziły.

    • Quackie pisze:

      Aha, co do wieści o samobójstwie, to są mocno przesadzone. Wystarczy umieć skręcić w odpowiednim momencie.

      Happy-Grin

      • Jo. pisze:

        NIE ZNASZ MNIE.
        Ja jestem BARDZO ZDOLNA.

        • Quackie pisze:

          Ja też kiedyś byłem taki zdolny, że kończyłem jazdę po trudnym stoku, obserwując czubki nart na tle nieba. Ale to się da zmienić – nawet z nadwagą i kolanem po kontuzji, zapewniam Cię.

          Happy

          • Bożena pisze:

            Ja też bym mniej więcej zjechała… Mniej na nartach, więcej na d…e Wink1

            • Quackie pisze:

              To trochę tak jak z samochodem, kiedy kierowca z radością odkrywa, że oprócz gazu jest jeszcze hamulec – i to działa! Podobnie na nartach, jeżeli zrobi się z ciałem i nogami to i tamto, to nie ma prawa nie wyjść (no chyba że akurat lód albo muldy, ale to zazwyczaj widać z daleka).

            • miral59 pisze:

              O tototo!!! Ja podobnie jak Bożenka – mniej więcej bym zjechała Wink Overjoy

              • Quackie pisze:

                Oj, no to ja mam inną jeszcze propozycję: są fragmenty stoków, przeznaczone tylko dla saneczkarzy. Zabawa niemal tak dobra, jak na nartach (w sensie śniegu i pędu), a siedzi się w miarę bezpiecznie na czterech literach i ryzyko wywrotki o wiele mniejsze. W części Val di Fiemme – Obereggen – jest wręcz tor saneczkowy przeznaczony wyłącznie dla saneczkarzy, sanki się wypożycza na dole, wjeżdża wagonikiem i hajda na dół. Zaraz wkleję filmik nieco niżej.

      • Wiedźma pisze:

        Albo wbić się w zaspę Happy-Grin , co mi się zdarzyło ! 🙂

        • Quackie pisze:

          Zaspy, zgoda. Zwłaszcza po świeżych opadach puchowego śniegu. To może być nawet miłe – do pewnej prędkości.

      • Tetryk56 pisze:

        A zdarzyło ci się jechać na plecach nartami do góry pod „urwijrączką”? ROTFL

        • Quackie pisze:

          A oczywiście. W Bukowinie Tatrzańskiej, w okolicach 1987 lub 88. Ale chyba nie jechałem wyrwirączką od tamtych czasów. Chociaż nie, jechałem, kędyś w Czechach, ale już bez wywrotki.

  4. Tetryk56 pisze:

    Ech, urlopy mają to do siebie: jeden tydzień jeżdżenia, cały rok wspominania! I dobrze! Approve

  5. Wiedźma pisze:

    Dzień dobry ! 🙂 Marzyć trzeba ! Bo zrobi się szaro i smętnie 🙂

  6. Wiedźma pisze:

    Przypomniała mi się ta piosenka zupełnie nie a propos !

  7. Wiedźma pisze:

    Żal ściska me serce, że ja już tak nie mogę, ale tym bardziej popieram tych co chcą i mogą poszusować w takich pięknych okolicznościach krajobrazowych ( Ufff, ale zdanie ! ROTFL )

    • Quackie pisze:

      Byłyby jeszcze piękniejsze, ale cóż – pogoda…

      Przy okazji dla porównania – bar na Carosello 3000, u góry zdjęcie ze stycznia 2011 z względnie bliska, a u dołu – z grudnia 2015 (czyli sprzed paru dni) z nieco dalszej odległości. Różnicę, zwłaszcza w tle, widać gołym okiem…

      • miral59 pisze:

        Ale, na pocieszenie, mogę Ci powiedzieć, że wszędzie taka zima. Ciepła i bezśnieżna Sad
        Nie to, żebym tęskniła do odśnieżania… ale jakoś Boże Narodzenie bez śniegu wiele traci na uroku. O Twoim jeżdżeniu na nartach, to nawet nie ma co wspominać, bo bez śniegu to… wiadomo co Wink

        • Quackie pisze:

          No więc mam właśnie czasem takie poczucie, że jak ja się cieszę jako narciarz, to ci, co muszą odśnieżać, klną w żywy kamień.

          Tymczasem przed paroma dniami widziałem na własne oczy, jak na jeden ze stoków od dołu DOWOŻONO CIĘŻARÓWKAMI śnieg skądinąd, podczas kiedy od góry gorączkowo dośnieżano go armatkami. Mimo to do stanu nadającego się dla narciarzy jeszcze sporo, sporo brakowało.

          • miral59 pisze:

            Amerykanie nie klną, bo mało który odśnieża, szczególnie samochody Wink Wyskrobią w śniegu małą dziurkę na przedniej szybie i jadą. Chyba mają nadzieję, że jak samochód się rozgrzeje, to ta czapa sama spadnie Overjoy A swoje posesje odśnieżają spalinówkami i też nie narobią się zbytnio. A z resztą mają Meksyków, którzy za drobne pieniądze zrobią to za nich. Taki Meksyk też nie klnie, bo chociaż zarobi Happy-Grin
            U mnie wszystko stoi na głowie, bo tam gdzie zawsze jest ciepło, spadł śnieg, a tu gdzie ten śnieg pada, jest ciepło Amazed

  8. miral59 pisze:

    Dzień dobry Happy-Grin
    Bardzo zacne opowiadanko Delicious Wartowało poczekać Happy-Grin

  9. Quackie pisze:

    Ze względu na rozmiar wklejam tutaj film ze zjazdu polskiej młodzieży torem saneczkarskim w Obereggen. Z góry przepraszam za wulgaryzmy, które się tam wymykają z ust niektórym. Jechałem tamtędy chyba w 2009 i to rzeczywiście tak bywa, że człowiekowi się wypsnie.

  10. miral59 pisze:

    Robi się późno i czas mi się zbierać do pracy Sad
    Jeszcze muszę wstawić obiad Delicious Kupiliśmy ostatnio takie urządzonko i nawet mi się podoba. Wrzucam mięsko, warzywka, włączam i idę do pracy. Gdy wracam obiadek jest już gotowy Approve

    • Quackie pisze:

      I się nie przypali?

      • Bożena pisze:

        Pewnie na parze się gotuje…

        • Quackie pisze:

          A widzisz, do głowy mi nie przyszło.

          • Bożena pisze:

            Bo ja mam takie garnki na parę, ale na pewno mniejsze. Trzeba pilnować, żeby się woda nie wygotowała.

            • miral59 pisze:

              Nie przypali się i nie jest to gotowanie na parze Happy-Grin To się nazywa „Crock pot”, a namówiła nas do kupna tego czegoś córeczka Happy-Grin
              To metalowe „opakowanie” z przyciskami (do ustawiania temperatury i czasu gotowania), a w środku jest kamionkowy garnek (u nas podłużny, ale są i okrągłe). W sumie mamy go od niedawna i dopiero uczę się jak toto obsługiwać… Wink
              Na pierwszy ogień poszła golonka Delicious Nalałam wody „pod korek” i czekaliśmy kiedy to się zacznie gotować. Po dwóch godzinach zwątpiliśmy i zadzwonili do córeczki. Okazało się, że wody można dodać najwyżej szklankę, no… powiedzmy można nalać 1/3 tej kamionki, ale nie więcej. I faktycznie!!! Gdy odlaliśmy wodę, to golonka upiekła się na medal. Kolejna była karkówka. Tu już nie dawałam wody… pychotka Delicious Robiłam też kurczaka z pieczarkami, ale nie za bardzo to wyszło… pieczarki puszczają za dużo wody i kurczak wyszedł gotowany, a my wolimy pieczonego Happy-Grin Gulasz też jest lepszy, gdy się go robi metodą tradycyjną. Córka mówiła, że bigos gotowany w tym „Crock pot” wychodzi cudownie. Po kilku godzinach gotowania wygląda i smakuje jak po dwóch – trzech dniach, czyli wtedy, kiedy jest najsmaczniejszy. Muszę wypróbować jeszcze kilka różnych potraw, żeby wiedzieć co lepiej gotować w tym „wynalazku”, a co normalnie Happy-Grin To jest o tyle wygodne, że nie muszę stać przy garach, nie muszę mieszać, ani pilnować, żeby się nie przypaliło. Czas gotowania to 2,4,6,8 albo 10 godzin. Można gotować na „dużym” lub „małym ogniu”. Gdy jedzonko jest gotowe, sensor automatycznie przełącza na „warm” i trzyma ciepłe przez 14 godzin. Czyli rano przed pracą wstawiam mięsko, włączam na 6 godzin gotowania na „małym ogniu”, a gdy wracam do domu po pracy, to tylko biorę sobie na talerz gotowy obiadek i wcinam. No może nie tak dokładnie, bo jeszcze jakąś surówkę muszę zrobić, ale to kilka minut roboty Delighted
              Mam nadzieję, że wyjaśniłam dokładnie gotowanie na wynalazku pt. „Crock pot” Happy-Grin

  11. Jo. pisze:

    Śnieg pada śnieg pada cieszą się dzieeeeciii.

  12. Quackie pisze:

    Iiii… dobranocka.

    Tak się składa, że dzisiaj bez specjalnych wstępów. Sting – „Love is the Seventh Wave”. I tyle.

    Snów o falującym morzu 🙂 🙂 🙂

    • Tetryk56 pisze:

      Ukołysany siódmą falą też idę spać.
      Dobranoc wszystkim – już śpiącym, jeszcze przytomnym a i tym w stanach pośrednich.

  13. Wiedźma pisze:

    Najważniejsza była dziewiąta fala, ale ta siódma jest świetna 🙂 Klip też !

  14. Jo. pisze:

    Jakoś Wyspa się uśpiła… Sen zimowy to?

  15. Zoe pisze:

    Dzień dobry ziewająco.

  16. Quackie pisze:

    Dzień dobry.

    Kawa.

    A w Livigno powoli kończyłbym ubieranie narciarskiego stroju. Zostałyby mi jeszcze buty.

    Wink1

  17. Bożena pisze:

    Racja, potrzebna kawa…
    expresso

  18. Tetryk56 pisze:

    Witajcie!
    Tu mam znowu wścik – stąd spóźnienie Weary

  19. Wiedźma pisze:

    Dzień dobry ! Hi Rano to z Amisią na usuwanie kamienia z zębów. Oraz pobranie krwi, bo pies to też człowiek Happy-Grin

    • Bożena pisze:

      Witaj! To Ci się chwali, to prawda. Pies to też człowiek, tak samo kot. Happy

    • Quackie pisze:

      Ale rozumiem, że badania zaplanowane i okresowe?

      O, właśnie mi się przypomniało, że w Livigno pewnego wieczoru widziałem na spacerze dwa złoto-rude spaniele, oba w kubraczkach (większość właścicieli zakłada tam coś w podobie swoim psom, z wyjątkiem huskych i innych naturalnie włochatych i mrozoodpornych ras), przy czym jeden z nich miał zostawioną na głowie „czuprynkę” z grzywką, a drugi nie. Od razu pomyślałem o Was!

      • Bożena pisze:

        To na pewno była parka. U nas też widzi się delikatniejsze pieski w kubraczkach. Nawet już teraz, chociaż nie ma mrozu.

        • Quackie pisze:

          Za każdym razem się zastanawiam, czy w ten sposób na dłuższą metę nie szkodzi się psom, tłumiąc naturalne cechy lub skłonności (jeżeli po tylu latach udomowienia jeszcze jakieś zostały).

          • Bożena pisze:

            Nie mam o tym zielonego pojęcia, trzeba by zapytać kynologa. Wink1

            • Wiedźma pisze:

              Tak i nie…. bo psy jednak przebywają w ciepłych pomieszczeniach i to je wydelikaca. Nie wkładam Ami kubraczków, bo ma gęstą sierść, a u mnie w domu szczególnie ciepło nie jest, bo nie lubię 🙂
              Jednak psy z cienką sierścią, żyjące w cieplutkich domach mogą ucierpieć z powodu wychłodzenia.
              Czuprynka na głowie spaniela odbiega od wzorca rasy Wink

            • miral59 pisze:

              Kynologiem nie jestem, ale pamiętam, że gdy byłam jeszcze młodziutka, pies koleżanki zaczął tracić włosy. To był pekińczyk. Zawieźli go do weterynarza, a ten zabronił zakładać psu ubranka i faktycznie pomogło Delighted Tylko ten pies miał całą garderobę, na wszystkie pory roku Overjoy Od ciepłych kożuszków i sweterków, ciepłych botków, po letnie pelerynki przeciwdeszczowe łącznie z kaloszkami. Nie mam pojęcia gdzie oni te psie ciuszki kupowali, ale jak wychodzili na spacer z tak ubranym psem, to wszyscy się za nimi oglądali Delighted A jak jej wcześniej mówiłam, żeby nie robiła z psa pajaca, to się tylko obraziła i powiedziała, że jej zazdroszczę Conceited

  20. Jo. pisze:

    Pierniczę. Dosłownie. Dzieci mnie zmusiły.

  21. Quackie pisze:

    Idę kręcić za chwilunię.

  22. Jo. pisze:

    Zmęczona pierniczeniem i matematyką, włoskim i powtórką z historii, idę lulu.

    Tylko prosiłabym uprzejmie o zazulkową kordełkę, żeby nie nękać Bożenki codziennie…

    lulu GoodNight

  23. Wiedźma pisze:

    Cicho tu i pustawo,, choć Wasza Trójka zasługuje na brawa. A ja zabrałam sie do gotowania bigosu. Robię to raz w roku ! Delicious

  24. Quackie pisze:

    No to przyleciałem.

    Dzisiaj mam nastrój na najbardziej banalną, Wyspiarską (bo była już kilka (?) razy) i najpiękniejszą dobranockę. „W moim magicznym domu” jest kwintesencją tego, czego mi dzisiaj potrzeba.

    Snów magicznych ze wszelkimi tego stanu konsekwencjami…

  25. Wiedźma pisze:

    Ślicznie i magicznie mówię też dobranoc I-m-in-love

  26. miral59 pisze:

    Wszyscy poszli już spać, tylko ja, biedna sierota się plączę Tears
    Kolorowych snów Wam życzę Spanko

  27. Bożena pisze:

    Dzień dobry Delighted Co się stało, że zabrakło wczoraj lampki? Pondering

  28. Bożena pisze:

    A ja mam dziś ciężki dzień. Na 10-tą idę na pogrzeb… Oby już był piątek Tears

  29. Tetryk56 pisze:

    Witajcie!
    Trzymaj się, Bożenko!
    Główny bohater uroczystości zapewne wolałby ciepłe wspomnienia niż żal…

  30. korab1 pisze:

    DzieńDobry:)) Witam bezśnieżnie co mnie cieszy. Rozumiem Eskimosa on nie ma innej możliwości niż męczenie się na dwóch deskach, ale żeby to robili ludzie dobrowolnie? Przerasta to moją wyobraźnię :)))

    • Quackie pisze:

      Ha, nie dość, że dobrowolnie, to jeszcze za to dopłacają, a ile przy tym mają zabawy!

      • korab1 pisze:

        Zastrzeliłeś mnie Mistrzu:)) Nie przypuszczałem, iż za tym wszystkim stoi zabawa :)))

        • Quackie pisze:

          Hihiiii.

          Właśnie sobie wyobraziłem wymagającą czerwoną albo wręcz czarną trasę i szereg skazańców w pomarańczowych kombinezonach, na nartach, drżących ze strachu – i kata, który wypycha ich na stok.

          • Wiedźma pisze:

            ROTFL Narty mają magiczny urok i świetnie się bawiłam, nawet zjeżdżając na plecach z Turbacza! Ale, kiedy to było … Wink

  31. Quackie pisze:

    Witajcie.

    Bożenko, trzymaj się!

  32. Jo. pisze:

    Opadły mi ręce…

    Pierwszy raz w życiu zgubiłam wyniki badań. Badań, które robiłam przez tydzień, bo to próby świetlne. I tak się uroczo składa, że potrzebne na dzisiaj, bo wreszcie, po miesiącu, doczekałam się wizyty u lekarza, na którą miałam te wyniki przynieść.
    Normalnie za chwilę szlag mnie trafi i nie będą mi potrzebne.
    In-pain

    • Quackie pisze:

      Usiądź. Wykonaj parę głębokich oddechów, tak nawet do dwudziestu. Zastanów się, gdzie byś mogła to posiać (w której torebce, kieszeni, szafce, teczce, szufladzie), a zwłaszcza kiedy i dlaczego (jak u Chmielewskiej: „Siedziałam i przeglądałam te papiery, kiedy zadzwoniła Kangurzyca, więc odłożyłam je tam, a potem przykryłam czymś tam i zgarnęłam razem z…”). Może pomoże?

      • Jo. pisze:

        Niestety. Przekopałam wszystko. Pamiętam, jak wkładałam kartkę do torebki i potem koniec.
        Byłam przekonana, że albo jest w torebce, albo z resztą wyników, bo wszystkie mam w jednym miejscu. Od 3 lat zbieram te wyniki, i zbieram, i NIGDY mi żaden nie zginął!
        Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to że podczepił się pod coś i jak wyjmowałam to coś (nie mam pojęcia – telefon, rękawiczki) to wyleciał w świat. Bo to była mała kartka. Wrr…

        • Quackie pisze:

          Jak mała kartka, to nie ma opcji w portfelu/ w przegródce/ wpadło do większego notesu?

          • Jo. pisze:

            WSZYSTKO przetrząsnęłam. Wszystkie torebki, kieszenie, portfel, męża samochód. Na wszelki wypadek – chociaż jestem pewna, że ten kwitek nie wyszedł z torebki – wywaliłam zawartość szuflad w swoim pokoju. Znalazłam cztery karty bankowe, bez PINów, ale wyników nie.
            Jedyna moja nadzieja w pani, co robi te próby świetlne. Bo ona wszystkie wyniki wpisuje do takiego wielkiego zeszytu i potem na podstawie wpisów sporządza ten papierek, co mi przepadł. Tylko, że ona chyba mało lubi, jak jej ktoś spokój zakłóca… No taki eufemizm mi wychodzi w opisie…

            • Jo. pisze:

              A w cholerę! Jeśli mi nie będzie chciała wydać drugi raz opisu, to pójdę na wizytę do lekarza i powiem lekarzowi, w czym problem. No lekarzowi to pani od naświetlań chyba nie odmówi wydania wyników pacjenta, nie? To czym ja się przejmuję?

              • Quackie pisze:

                No!

                • Jo. pisze:

                  OK
                  Było tak:
                  Przyjechałam i odbiłam się od drzwi: przerwa od 12.00 do 14.00. Dałabym głowę, że wcześniej przerwy nie było, bo przyjeżdżałam na odczyty w godzinach 8-13.

                  Pani doktor w ogóle nie wiedziała, że tam mają jakieś przerwy, zatem zadziałała z zaskoczenia, że niby „a, to panie macie przerwę? jestem zaskoczona” i otrzymała bez problemu moje wyniki. Mówiłam, że Doktor Cud? Komu by się chciało chodzić po wyniki, które pacjentka beztrosko zgubiła?

                • Quackie pisze:

                  „Przerwa, gdyż panie pielęgniarki/ laborantki też ludzie i zakupów świątecznych muszą dokonać, i proszę nie mówić, że przerwy nie było, bo być mogła.”

                  A pani doktor faktycznie przytomna kobieta.

                  Happy

                • Tetryk56 pisze:

                  OkOk

              • Wiedźma pisze:

                Jo, wspaniale, że nie tylko schody masz po drodze. Wyniki, mam nadzieję, sa dobre ? Cmok

                • Jo. pisze:

                  Niestety nie – ale za to mam na 100% potwierdzonego tocznia. Zawsze to coś. Od stycznia zaczynam kurację, bo dostałam odroczenie ze względu na sylwestra. Ludzki człowiek, ta moja Doktor 😀

                • Wiedźma pisze:

                  Zabrakło mi słów, Jo. Serducho

                • Jo. pisze:

                  Mi w sumie też. Ale za to rodzina ma całą masę. Na ogół zaczynają się od „znowu przesadzasz”.
                  Znaczy mamusia, bo mąż to owszem, nieco przysiadł.

  33. miral59 pisze:

    Dzień dobry Happy-Grin
    Pochłodniało, ale nie na długo. Święta będą ciepłe i bezśnieżne Weary

  34. Bożena pisze:

    Nareszcie!!!
    Nareszcie w domu, szczęśliwa, że już u siebie i mogę do woli wypoczywać.
    Pleasure

  35. Jo. pisze:

    No to tak: zabrakło brandy. Dałabym głowę, że gdzieś tu jeszcze jakieś resztki się poniewierają, ale nic z tego. Nie ma. I jak ja mam teraz upiec ciasto bożonarodzeniowe? No jak?
    Worry

  36. Bożena pisze:

    Słusznie! A ja mam zasadę taką, że jak jestem zmęczona, to kładę się spać. Już nawet nie szukając kordełki… GoodNight Spanko

  37. Quackie pisze:

    Skończyłem kręcić, ale długo to chyba nie posiedzę.

  38. Quackie pisze:

    Dobranocka jednakże będzie.

    Jakoś tak mam smak na polskie. Dobre bo polskie.

    Dlatego dzisiaj proponuję pościelowy hit z PRLu – „Przytul mnie” i stary, stareńki skład grupy Kombi. A co!

    Snów przytulaśnych.

  39. Zoe pisze:

    Dobry wieczór.
    Nowa, zaledwie kilka słów notka.
    Zapraszam.
    Dobranoc;-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[+] Zaazulki ;)