Kłopoty zaczęły się już na starcie. Mimo próśb ścisłego KErownictwa tłumnie przybyli na miejsce zbiórki wyjazdowicze najwyraźniej przegięli z wielkością, jeżeli nie ilością walizek. Dość powiedzieć, że część bagaży – w obie strony! – jechała wewnątrz autokaru, zabezpieczona jak cię mogę. Ponieważ jednak podróż przebiegła bez zakłóceń, nikt w związku z tym nie ucierpiał, może poza tymi, którzy chcieli skorzystać z zajętej przez walizki i torby pokładowej toalety. Trasa na tereny łowieckie trójmiejskich narciarzy jest w dużej mierze taka sama, tym razem jechaliśmy do Livigno, więc od Monachium – zamiast na Innsbruck i przełęcz Brennera – skierowaliśmy się na Garmisch-Partenkirchen (plakaty zapowiadające Turniej Czterech Skoczni już wiszą!), a potem przez Austrię i Szwajcarię do słynnego tunelu Munt de la Schera. Liczący sobie niemal 3,5 km tunel jest wąski, na jeden samochód, i jednokierunkowy, a kierunek jazdy zmienia się co 15 minut, z wyjątkiem „transferowych” sobót w zimie, kiedy to przed południem przez kilka godzin wypuszcza się wyjeżdżających, a po południu wpuszcza przyjezdnych.
Przez zaporę Punt dal Gall w dolinie Livigno, spiętrzającą Lago di Livigno, dotarliśmy do doliny, a po kilku minutach – do miasteczka. Tu nastąpiło szybkie rozpakowanie i rozlokowanie po apartamentach, bardzo zresztą zacnych. Wraz z towarzyszem podróży, którym był tym razem znajomy Szyper, oraz trzema innymi panami, otrzymaliśmy kwaterę o kilka minut spacerkiem od „głównego” pensjonatu, ale nie narzekaliśmy: w mieszkaniu było ogrzewanie podłogowe, centralny odkurzacz i wszelkie utensylia kuchenne, tudzież łazienka czysta, nowoczesna i stylowa. Kuchnia była nam potrzebna, żeby żywić się przez pierwsze kilka dni gotowymi daniami, przywiezionymi z Polski, co wypadało bez wątpienia korzystniej cenowo. Żeby jednak nie wyszło na to, że będąc we Włoszech jedliśmy wyłącznie polskie kotlety i zrazy, przez dwa ostatnie dni stołowaliśmy się w słynnej pizzerii Bait dal Ghet, gdzie gości czekających w kolejce (!) na stolik częstuje się na koszt firmy (!!) aperitifami (ze znacznym udziałem prosecco), a wychodzących – digestivami w kilku lub kilkunastu odmianach (!!!). Nic dziwnego, Livigno to strefa wolnocłowa, więc ceny alkoholu są tu śmieszne, a w hurcie i obrocie restauracyjnym to podejrzewam, że w ogóle boki zrywać.
Póki co jednak, nasz niepokój budziły kiepskie warunki śniegowe. Stosowna strona internetowa przyznawała smętnie, że długość czynnych tras wynosi zaledwie 28 km (w porównaniu z 115 km maksymalnej możliwej długości). Włosi jednak, nie w ciemię bici, zabrali się ostro do pracy przy sztucznym naśnieżaniu, i tuż przed naszym wyjazdem długość ta zwiększyła się do 40, a obecnie nawet do 48 km (www.skipasslivigno.com). Nie powiem – dało się po tym jeździć, i w sumie nie było dnia bez jeżdżenia, ale poza kilkoma wyjątkami każda trasa funkcjonowała z osobna, tzn. że z jednej na drugą dało się przedostać głównie piechotą (lub darmowym miejskim skibusem) – podczas gdy połowa zabawy polega na tym, że przejeżdża się między nimi na nartach, kombinując, jak to zrobić, gdzie wjechać, a gdzie zjechać. Zresztą najlepiej obrazuje to mapa stoków, z której wprawny narciarz niejedno potrafi wywnioskować.

Jeździło się więc nieco fragmentarycznie, ale mężnie. We wtorek podłączyłem się na krzywy ryj do grupy prowadzonej przez instruktora i przez jakieś trzy godziny starałem się jeździć pięknie, stylowo, uginając kolanka często, szybkimi skrętami, ale efekt był taki, że kolana zastrajkowały i musiałem wcześniej skończyć dzień. Ponadto przez pierwsze cztery dni codziennie zaliczałem jednorazowy bliski fizyczny kontakt ze śniegiem całym ciałem (taki eufemizm na oznaczenie upadku), z tym że wszystko w sposób kontrolowany, a w każdym razie – bez jakichkolwiek uszkodzeń ciała. Jeden z panów z naszej grupy nie mógł tego o sobie powiedzieć. W środę upadł na stoku tak nieszczęśliwie, że jedna narta mu się wypięła, a następnie ostrą krawędzią rozcięła spodnie i skórę tuż nad butem. Efekt – jedenaście szwów, poza tym jednak mięśnie i ścięgna całe, ale czwartek i piątek już bez jeżdżenia. Był to – szczęście w nieszczęściu – jedyny wypadek narciarski w naszej grupie, wymagający pomocy lekarskiej.
Aczkolwiek… mogło być różnie. Wyobraźcie sobie, że ostatniego dnia, w piątek, mieliśmy jeździć z Szyprem i jeszcze jednym z naszych współlokatorów – nazwijmy go Inżynierem – do upadłego, czyli mniej więcej do 15:00. Tymczasem około 13:30 poczułem dziwną, niczym nie uzasadnioną konieczność zakończenia jazdy, już na dobre. Możecie to nazwać kompletnie irracjonalnym przeczuciem. Rozpiąłem buty do chodzenia, zarzuciłem narty na ramię i spacerkiem udałem się w kierunku kwatery. Kiedy zdejmowałem buty, tylna część skorupowej cholewy prawego została mi w dłoni! Po bliższej inspekcji okazało się, że odkręciła się jednak nieduża śrubka, łącząca jedno z drugim. A co by się stało, gdybym tak jeszcze jeździł te zaplanowane pół godziny? No?!

Oprócz nart i wypadów gastronomicznych udało mi się także zrobić wolnocłowe zakupy. Obyło się bez alkoholowych szaleństw (mimo licznych, ach, jakże licznych pokus! Zwłaszcza w kwestii trunków ze Szkocji! Ilości i jakości, o, embarras de richesse!). Co do sprawunków kosmetyczno-perfumowych miałem również ścisłe instrukcje, które wykonałem co do joty. Pewnego dnia uzgodniliśmy również kilka szczegółów dotyczących Juniorów, i te punkty programu również udało się bez problemu zrealizować. Co dziwne, z poprzedniego pobytu (w 2009? 2010?) pamiętałem, że ekscytacja zakupami polegała na tym, by odwiedzić jeden, drugi, piąty sklep i upolować dane perfumy/alkohol w najlepszej cenie… Tym razem jednak jakby się zmówili – ceny w poszczególnych sklepach nie różniły się wcale. Na szczęście szybko okazało się, że w przypadku naprawdę poważnego zainteresowania kupnem można było liczyć na zniżkę 5. 7, a w najlepszych wypadkach – nawet 10%.
Droga powrotna minęła bez szaleństw, poza tym, że bagaży wydawało się być jeszcze więcej niż w drodze do Livigno. Tym razem na pokładzie jechały nie tylko walizki, ale częściowo również narty w pokrowcach. Nie dziwiłem się temu jednak – w końcu niektórzy porobili naprawdę duże zakupy. Postojów w drodze powrotnej było chyba sporo mniej – a może ruch na drogach mniejszy? – bo zajechaliśmy do Gdyni w 18 godzin, wobec 21 tydzień wcześniej. Jeżdżenie za nami, czas wrócić do rzeczywistości – ale w snach dalej będę sunął w dół stoku!





Dzień dobry. Wystarczy tego napięcia, no nie?
Przeczytałam z zainteresowaniem, dzięki. Zdjęcia też piękne
Tym razem wyłącznie z komórki, ponieważ minimalizowałem bagaż…
Tym razem wyłącznie z komórki, ponieważ minimalizowałem bagaż…
Obecnie komórką można robić bardzo dobre zdjęcia. Tym nic nie brakuje, na moje nieprofesjonalne oko
Też tak myślę.
Bardzo Panie łaskawe… 🙂
To nie panie łaskawe, tylko zdjęcia ciekawe…
Ale mi się rymło
DzińDybry:))) Dzisiaj rano znalazłem środek na wszystkie kłopoty, ta reklama pozwoliła mi spojrzeć w przyszłość z optymizmem, nawet wręcz z radością :))
Widziałem. Reklama jest bardzo popularna, ciekawe, czy dorówna popularnością angielskiemu środkowi „Fukitol”?
Też widziałam i mnie rozbawiła
Faaajnieee. Mnie wprawdzie do samobójstwa namówić się nie da, ale podziwiam narciarzy. No i jednak trochę oddechu, prawda?
Noo, troszeczkę. Jednak maile z informacjami dotyczącymi pracy i tak cały czas dochodziły.
Aha, co do wieści o samobójstwie, to są mocno przesadzone. Wystarczy umieć skręcić w odpowiednim momencie.
NIE ZNASZ MNIE.
Ja jestem BARDZO ZDOLNA.
Ja też kiedyś byłem taki zdolny, że kończyłem jazdę po trudnym stoku, obserwując czubki nart na tle nieba. Ale to się da zmienić – nawet z nadwagą i kolanem po kontuzji, zapewniam Cię.
Ja też bym mniej więcej zjechała… Mniej na nartach, więcej na d…e
To trochę tak jak z samochodem, kiedy kierowca z radością odkrywa, że oprócz gazu jest jeszcze hamulec – i to działa! Podobnie na nartach, jeżeli zrobi się z ciałem i nogami to i tamto, to nie ma prawa nie wyjść (no chyba że akurat lód albo muldy, ale to zazwyczaj widać z daleka).
O tototo!!! Ja podobnie jak Bożenka – mniej więcej bym zjechała

Oj, no to ja mam inną jeszcze propozycję: są fragmenty stoków, przeznaczone tylko dla saneczkarzy. Zabawa niemal tak dobra, jak na nartach (w sensie śniegu i pędu), a siedzi się w miarę bezpiecznie na czterech literach i ryzyko wywrotki o wiele mniejsze. W części Val di Fiemme – Obereggen – jest wręcz tor saneczkowy przeznaczony wyłącznie dla saneczkarzy, sanki się wypożycza na dole, wjeżdża wagonikiem i hajda na dół. Zaraz wkleję filmik nieco niżej.
W Poznaniu jest też taki tor, ale oczywiście w mniejszym rozmiarze.
Albo wbić się w zaspę
, co mi się zdarzyło ! 🙂
Zaspy, zgoda. Zwłaszcza po świeżych opadach puchowego śniegu. To może być nawet miłe – do pewnej prędkości.
A zdarzyło ci się jechać na plecach nartami do góry pod „urwijrączką”?
A oczywiście. W Bukowinie Tatrzańskiej, w okolicach 1987 lub 88. Ale chyba nie jechałem wyrwirączką od tamtych czasów. Chociaż nie, jechałem, kędyś w Czechach, ale już bez wywrotki.
Ech, urlopy mają to do siebie: jeden tydzień jeżdżenia, cały rok wspominania! I dobrze!
Jakby tak jeszcze się udało wrócić w kwietniu z tą samą ekipą do Val di Sole… (nie uda się, ale pomarzyć wolno)
A może jednak się uda…
Niemal na pewno nie. Ale co tam – marzenia trzeba mieć.
Dzień dobry ! 🙂 Marzyć trzeba ! Bo zrobi się szaro i smętnie 🙂
Dzień dobry. Gorzej – zrobi się beznadziejnie. Bo marzenia dają jakąś nadzieję.
Szczęśliwie to jest w nas !
Przypomniała mi się ta piosenka zupełnie nie a propos !
Żal ściska me serce, że ja już tak nie mogę, ale tym bardziej popieram tych co chcą i mogą poszusować w takich pięknych okolicznościach krajobrazowych ( Ufff, ale zdanie !
)
Byłyby jeszcze piękniejsze, ale cóż – pogoda…
Przy okazji dla porównania – bar na Carosello 3000, u góry zdjęcie ze stycznia 2011 z względnie bliska, a u dołu – z grudnia 2015 (czyli sprzed paru dni) z nieco dalszej odległości. Różnicę, zwłaszcza w tle, widać gołym okiem…
Ale, na pocieszenie, mogę Ci powiedzieć, że wszędzie taka zima. Ciepła i bezśnieżna

Nie to, żebym tęskniła do odśnieżania… ale jakoś Boże Narodzenie bez śniegu wiele traci na uroku. O Twoim jeżdżeniu na nartach, to nawet nie ma co wspominać, bo bez śniegu to… wiadomo co
No więc mam właśnie czasem takie poczucie, że jak ja się cieszę jako narciarz, to ci, co muszą odśnieżać, klną w żywy kamień.
Tymczasem przed paroma dniami widziałem na własne oczy, jak na jeden ze stoków od dołu DOWOŻONO CIĘŻARÓWKAMI śnieg skądinąd, podczas kiedy od góry gorączkowo dośnieżano go armatkami. Mimo to do stanu nadającego się dla narciarzy jeszcze sporo, sporo brakowało.
Amerykanie nie klną, bo mało który odśnieża, szczególnie samochody
Wyskrobią w śniegu małą dziurkę na przedniej szybie i jadą. Chyba mają nadzieję, że jak samochód się rozgrzeje, to ta czapa sama spadnie
A swoje posesje odśnieżają spalinówkami i też nie narobią się zbytnio. A z resztą mają Meksyków, którzy za drobne pieniądze zrobią to za nich. Taki Meksyk też nie klnie, bo chociaż zarobi 

U mnie wszystko stoi na głowie, bo tam gdzie zawsze jest ciepło, spadł śnieg, a tu gdzie ten śnieg pada, jest ciepło
Dzień dobry
Wartowało poczekać 
Bardzo zacne opowiadanko
Oparte w 100% na faktach, proszpani!
I z tego powodu jest zacniejsze, bo prawdziwe
Ze względu na rozmiar wklejam tutaj film ze zjazdu polskiej młodzieży torem saneczkarskim w Obereggen. Z góry przepraszam za wulgaryzmy, które się tam wymykają z ust niektórym. Jechałem tamtędy chyba w 2009 i to rzeczywiście tak bywa, że człowiekowi się wypsnie.
Bardzo długi ten tor. Ile to jest kilometrów?
Na tej stronie (http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/www.obereggen.com/en/tobogganing/) piszą, że 2,5 km przy różnicy poziomów 280 m, więc jakieś 11% – nie za dużo, w sam raz, żeby się dobrze bawić.
Wydawało mi się, że było więcej, ale to tylko takie wrażenie.
Wiesz, że jak się jedzie, to też się ma wrażenie, że długo.
Zgadza się.
Robi się późno i czas mi się zbierać do pracy
Kupiliśmy ostatnio takie urządzonko i nawet mi się podoba. Wrzucam mięsko, warzywka, włączam i idę do pracy. Gdy wracam obiadek jest już gotowy 
Jeszcze muszę wstawić obiad
I się nie przypali?
Pewnie na parze się gotuje…
A widzisz, do głowy mi nie przyszło.
Bo ja mam takie garnki na parę, ale na pewno mniejsze. Trzeba pilnować, żeby się woda nie wygotowała.
Nie przypali się i nie jest to gotowanie na parze
To się nazywa „Crock pot”, a namówiła nas do kupna tego czegoś córeczka 

Nalałam wody „pod korek” i czekaliśmy kiedy to się zacznie gotować. Po dwóch godzinach zwątpiliśmy i zadzwonili do córeczki. Okazało się, że wody można dodać najwyżej szklankę, no… powiedzmy można nalać 1/3 tej kamionki, ale nie więcej. I faktycznie!!! Gdy odlaliśmy wodę, to golonka upiekła się na medal. Kolejna była karkówka. Tu już nie dawałam wody… pychotka
Robiłam też kurczaka z pieczarkami, ale nie za bardzo to wyszło… pieczarki puszczają za dużo wody i kurczak wyszedł gotowany, a my wolimy pieczonego
Gulasz też jest lepszy, gdy się go robi metodą tradycyjną. Córka mówiła, że bigos gotowany w tym „Crock pot” wychodzi cudownie. Po kilku godzinach gotowania wygląda i smakuje jak po dwóch – trzech dniach, czyli wtedy, kiedy jest najsmaczniejszy. Muszę wypróbować jeszcze kilka różnych potraw, żeby wiedzieć co lepiej gotować w tym „wynalazku”, a co normalnie
To jest o tyle wygodne, że nie muszę stać przy garach, nie muszę mieszać, ani pilnować, żeby się nie przypaliło. Czas gotowania to 2,4,6,8 albo 10 godzin. Można gotować na „dużym” lub „małym ogniu”. Gdy jedzonko jest gotowe, sensor automatycznie przełącza na „warm” i trzyma ciepłe przez 14 godzin. Czyli rano przed pracą wstawiam mięsko, włączam na 6 godzin gotowania na „małym ogniu”, a gdy wracam do domu po pracy, to tylko biorę sobie na talerz gotowy obiadek i wcinam. No może nie tak dokładnie, bo jeszcze jakąś surówkę muszę zrobić, ale to kilka minut roboty 

To metalowe „opakowanie” z przyciskami (do ustawiania temperatury i czasu gotowania), a w środku jest kamionkowy garnek (u nas podłużny, ale są i okrągłe). W sumie mamy go od niedawna i dopiero uczę się jak toto obsługiwać…
Na pierwszy ogień poszła golonka
Mam nadzieję, że wyjaśniłam dokładnie gotowanie na wynalazku pt. „Crock pot”
Śnieg pada śnieg pada cieszą się dzieeeeciii.
Dzieee???
U nas nie
A u mnie za oknem
Dobranoc i ja
Spokojnej!
Iiii… dobranocka.
Tak się składa, że dzisiaj bez specjalnych wstępów. Sting – „Love is the Seventh Wave”. I tyle.
Snów o falującym morzu 🙂 🙂 🙂
Ukołysany siódmą falą też idę spać.
Dobranoc wszystkim – już śpiącym, jeszcze przytomnym a i tym w stanach pośrednich.
Najważniejsza była dziewiąta fala, ale ta siódma jest świetna 🙂 Klip też !
Jakoś Wyspa się uśpiła… Sen zimowy to?
Dzień dobry ziewająco.
Dzień dobry
Ja dziś znów zaspałam. Ostatnio mam przerwane nocki, później zasnąć nie mogę, a jak zasnę, to śpię do ósmej.
Mam podobnie 🙁
Tyle, że ja nie mam żadnych pilnych obowiązków, a Ty je masz.
Oj tam oj tam. Przecież ja NIE PRACUJĘ!
Nie, no skąd.
W domu to nie jest praca?
Dla niektórych jak to nie jest z umową, ozusowane i opodatkowane, to nie.
No ja stale słyszę od różnych osób, że nie.
E, ja też.
Mnie się chce spać w porach, w których nie powinienem spać i nie chce mi się spać o porach w których wypadałoby spać…
Witaj w klubie, Zoe! Niedługo będę się kładła spać o 3: nad ranem ?
Dzień dobry.
Kawa.
A w Livigno powoli kończyłbym ubieranie narciarskiego stroju. Zostałyby mi jeszcze buty.
Racja, potrzebna kawa…

DzieńDobry:)) Piję etiopską, choć koneserzy polecają „luvak”. Poczekam jednak aż trafię szóstkę podczas kumulacji :))
A ja, nawet jakbym trafił szóstkę w kumulacji, raczej bym sobie darował kopi luwak…
Ja też…
Nie wiem skąd pochodzi Gevalia, piszą o n
iej, że arabica i tyle 🙂
Pochodzenie ziaren: Ameryka Południowa i Afryka.
Tyle wyczytałam w sieci.
Witajcie!
Tu mam znowu wścik – stąd spóźnienie
Dzień dobry !
Rano to z Amisią na usuwanie kamienia z zębów. Oraz pobranie krwi, bo pies to też człowiek 
Witaj! To Ci się chwali, to prawda. Pies to też człowiek, tak samo kot.
Ale rozumiem, że badania zaplanowane i okresowe?
O, właśnie mi się przypomniało, że w Livigno pewnego wieczoru widziałem na spacerze dwa złoto-rude spaniele, oba w kubraczkach (większość właścicieli zakłada tam coś w podobie swoim psom, z wyjątkiem huskych i innych naturalnie włochatych i mrozoodpornych ras), przy czym jeden z nich miał zostawioną na głowie „czuprynkę” z grzywką, a drugi nie. Od razu pomyślałem o Was!
To na pewno była parka. U nas też widzi się delikatniejsze pieski w kubraczkach. Nawet już teraz, chociaż nie ma mrozu.
Za każdym razem się zastanawiam, czy w ten sposób na dłuższą metę nie szkodzi się psom, tłumiąc naturalne cechy lub skłonności (jeżeli po tylu latach udomowienia jeszcze jakieś zostały).
Nie mam o tym zielonego pojęcia, trzeba by zapytać kynologa.
Tak i nie…. bo psy jednak przebywają w ciepłych pomieszczeniach i to je wydelikaca. Nie wkładam Ami kubraczków, bo ma gęstą sierść, a u mnie w domu szczególnie ciepło nie jest, bo nie lubię 🙂
Jednak psy z cienką sierścią, żyjące w cieplutkich domach mogą ucierpieć z powodu wychłodzenia.
Czuprynka na głowie spaniela odbiega od wzorca rasy
Może zapuścili, żeby łatwo odróżniać dwa podobne psiaki?
Wiedźminko, ale jak pies biega, to się rozgrzewa i też nie marznie. Tak samo jak człowiek. W ruchu jest zawsze cieplej…
Kynologiem nie jestem, ale pamiętam, że gdy byłam jeszcze młodziutka, pies koleżanki zaczął tracić włosy. To był pekińczyk. Zawieźli go do weterynarza, a ten zabronił zakładać psu ubranka i faktycznie pomogło
Tylko ten pies miał całą garderobę, na wszystkie pory roku
Od ciepłych kożuszków i sweterków, ciepłych botków, po letnie pelerynki przeciwdeszczowe łącznie z kaloszkami. Nie mam pojęcia gdzie oni te psie ciuszki kupowali, ale jak wychodzili na spacer z tak ubranym psem, to wszyscy się za nimi oglądali
A jak jej wcześniej mówiłam, żeby nie robiła z psa pajaca, to się tylko obraziła i powiedziała, że jej zazdroszczę 
Pierniczę. Dosłownie. Dzieci mnie zmusiły.
Co mi przypomina, jak maman przed pewnymi świętami z namaszczeniem wyliczała, że upiecze makowiec, sernik i piernik, na co papa uniósł wzrok znad gazety i rzucił: „To będziemy sobie mogli maknąć, sernąć i…” nie dokończył.
Jak kto chce zobaczyć dowód rzeczowy, to Sami Wiecie Gdzie 😀
Poszłam, zobaczyłam,podziwiałam
Własne byś pokazała… 🙁
Idę kręcić za chwilunię.
A ja za chwilunię wyłączę kompa. Coś mi dzisiaj odmawia posłuszeństwa 🙁
Zmęczona pierniczeniem i matematyką, włoskim i powtórką z historii, idę lulu.
Tylko prosiłabym uprzejmie o zazulkową kordełkę, żeby nie nękać Bożenki codziennie…
Dla Ciebie wszystko, śpij dobrze.
Kochana jesteś.
Idę za Tobą,
dobranoc 
Spokojnej.
Cicho tu i pustawo,, choć Wasza Trójka zasługuje na brawa. A ja zabrałam sie do gotowania bigosu. Robię to raz w roku !
Noo, już zaraz lecę z dobranocką.
Dobry bigos nie jest zły!
No to przyleciałem.
Dzisiaj mam nastrój na najbardziej banalną, Wyspiarską (bo była już kilka (?) razy) i najpiękniejszą dobranockę. „W moim magicznym domu” jest kwintesencją tego, czego mi dzisiaj potrzeba.
Snów magicznych ze wszelkimi tego stanu konsekwencjami…
Fascynujący z niego facet…
Kot też człowiek…
Tak mi się właśnie nasunęło, że przecież Kot ma na imię Tomasz?
Ślicznie i magicznie mówię też dobranoc
Wszyscy poszli już spać, tylko ja, biedna sierota się plączę

Kolorowych snów Wam życzę
Dzień dobry
Co się stało, że zabrakło wczoraj lampki? 
Przepraszam ! Nie sprawdziłąm czy się wkleiłą i stąd ten brak !
A ja mam dziś ciężki dzień. Na 10-tą idę na pogrzeb… Oby już był piątek
🙁
Trzymaj się Bożenko
Szczerze Ci współczuję, bo nienawidzę pogrzebów….
Witajcie!
Trzymaj się, Bożenko!
Główny bohater uroczystości zapewne wolałby ciepłe wspomnienia niż żal…
Witaj!
Masz całkowitą rację.
Muszę pomału się szykować, odezwę się po powrocie.
DzieńDobry:)) Witam bezśnieżnie co mnie cieszy. Rozumiem Eskimosa on nie ma innej możliwości niż męczenie się na dwóch deskach, ale żeby to robili ludzie dobrowolnie? Przerasta to moją wyobraźnię :)))
Ha, nie dość, że dobrowolnie, to jeszcze za to dopłacają, a ile przy tym mają zabawy!
Zastrzeliłeś mnie Mistrzu:)) Nie przypuszczałem, iż za tym wszystkim stoi zabawa :)))
Hihiiii.
Właśnie sobie wyobraziłem wymagającą czerwoną albo wręcz czarną trasę i szereg skazańców w pomarańczowych kombinezonach, na nartach, drżących ze strachu – i kata, który wypycha ich na stok.
Witajcie.
Bożenko, trzymaj się!
Opadły mi ręce…
Pierwszy raz w życiu zgubiłam wyniki badań. Badań, które robiłam przez tydzień, bo to próby świetlne. I tak się uroczo składa, że potrzebne na dzisiaj, bo wreszcie, po miesiącu, doczekałam się wizyty u lekarza, na którą miałam te wyniki przynieść.

Normalnie za chwilę szlag mnie trafi i nie będą mi potrzebne.
Usiądź. Wykonaj parę głębokich oddechów, tak nawet do dwudziestu. Zastanów się, gdzie byś mogła to posiać (w której torebce, kieszeni, szafce, teczce, szufladzie), a zwłaszcza kiedy i dlaczego (jak u Chmielewskiej: „Siedziałam i przeglądałam te papiery, kiedy zadzwoniła Kangurzyca, więc odłożyłam je tam, a potem przykryłam czymś tam i zgarnęłam razem z…”). Może pomoże?
Niestety. Przekopałam wszystko. Pamiętam, jak wkładałam kartkę do torebki i potem koniec.
Byłam przekonana, że albo jest w torebce, albo z resztą wyników, bo wszystkie mam w jednym miejscu. Od 3 lat zbieram te wyniki, i zbieram, i NIGDY mi żaden nie zginął!
Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to że podczepił się pod coś i jak wyjmowałam to coś (nie mam pojęcia – telefon, rękawiczki) to wyleciał w świat. Bo to była mała kartka. Wrr…
Jak mała kartka, to nie ma opcji w portfelu/ w przegródce/ wpadło do większego notesu?
WSZYSTKO przetrząsnęłam. Wszystkie torebki, kieszenie, portfel, męża samochód. Na wszelki wypadek – chociaż jestem pewna, że ten kwitek nie wyszedł z torebki – wywaliłam zawartość szuflad w swoim pokoju. Znalazłam cztery karty bankowe, bez PINów, ale wyników nie.
Jedyna moja nadzieja w pani, co robi te próby świetlne. Bo ona wszystkie wyniki wpisuje do takiego wielkiego zeszytu i potem na podstawie wpisów sporządza ten papierek, co mi przepadł. Tylko, że ona chyba mało lubi, jak jej ktoś spokój zakłóca… No taki eufemizm mi wychodzi w opisie…
A w cholerę! Jeśli mi nie będzie chciała wydać drugi raz opisu, to pójdę na wizytę do lekarza i powiem lekarzowi, w czym problem. No lekarzowi to pani od naświetlań chyba nie odmówi wydania wyników pacjenta, nie? To czym ja się przejmuję?
No!
OK
Było tak:
Przyjechałam i odbiłam się od drzwi: przerwa od 12.00 do 14.00. Dałabym głowę, że wcześniej przerwy nie było, bo przyjeżdżałam na odczyty w godzinach 8-13.
Pani doktor w ogóle nie wiedziała, że tam mają jakieś przerwy, zatem zadziałała z zaskoczenia, że niby „a, to panie macie przerwę? jestem zaskoczona” i otrzymała bez problemu moje wyniki. Mówiłam, że Doktor Cud? Komu by się chciało chodzić po wyniki, które pacjentka beztrosko zgubiła?
„Przerwa, gdyż panie pielęgniarki/ laborantki też ludzie i zakupów świątecznych muszą dokonać, i proszę nie mówić, że przerwy nie było, bo być mogła.”
A pani doktor faktycznie przytomna kobieta.
Jo, wspaniale, że nie tylko schody masz po drodze. Wyniki, mam nadzieję, sa dobre ?
Niestety nie – ale za to mam na 100% potwierdzonego tocznia. Zawsze to coś. Od stycznia zaczynam kurację, bo dostałam odroczenie ze względu na sylwestra. Ludzki człowiek, ta moja Doktor 😀
Zabrakło mi słów, Jo.
Mi w sumie też. Ale za to rodzina ma całą masę. Na ogół zaczynają się od „znowu przesadzasz”.
Znaczy mamusia, bo mąż to owszem, nieco przysiadł.
Dzień dobry

Pochłodniało, ale nie na długo. Święta będą ciepłe i bezśnieżne
Dzień dobry.
Hmm, a Basia była po lodzie? Bo to chyba pierwszy rok, kiedy się nie sprawdzi?
Myślę, że w ubiegłym roku też się nie sprawdziło.
To możliwe, nie mam pamięci do takich okoliczności.
ZAWSZE się sprawdza!
Bo to aksjomat:
Barbary po lodzie – Boże Narodzenie po wodzie
albo
Barbary po wodzie – BN po lodzie
albo
Barbary po wodzie – BN po wodzie
ewentualnie
Barbary po lodzie – BN po lodzie
Nie mówcie, że się nie sprawdza!
No to ja znałem tylko dwie pierwsze wersje, ale dwie ostatnie wyglądają równie prawdopodobnie…
Zwłaszcza u mnie ! Białe BN to nieczęste zdarzenie 🙁
Nareszcie!!!

Nareszcie w domu, szczęśliwa, że już u siebie i mogę do woli wypoczywać.
Ależ koniecznie!
Czy Ty też tak strasznie marzniesz na cmentarzu, niezależnie od pogody i ubrania ?
Mi było nawet gorąco. Wnuczce ręce zmarzły nawet w rękawiczkach, ja miałam gorące, chociaż rękawiczek nawet nie zabrałam.
No to tak: zabrakło brandy. Dałabym głowę, że gdzieś tu jeszcze jakieś resztki się poniewierają, ale nic z tego. Nie ma. I jak ja mam teraz upiec ciasto bożonarodzeniowe? No jak?

A nie może być rum, albo inna szkocka?
Nie
A Piter już wrócił z pracy?
Aaa… Też o tym pomyślałam 🙂 Bo to w zasadzie DLA NIEGO ciasto. Zaraz kończy wywiadówkę w szkole BB i ma zlecenie na kurs do auchan 😀
Może przy okazji jakieś MB lub MP do koszyczka mu wskoczy? Kto wie?
Co to za ciasto? Bo czasem można dodać ocet zamiast brandy… np. do keksu 🙂
Poczekam na brandy. Zasada nr 1: nie poprawiać dobrego!
Słusznie! A ja mam zasadę taką, że jak jestem zmęczona, to kładę się spać. Już nawet nie szukając kordełki…

To ja też.

Spostrzegawcza jesteś!
Spokojnej!
Skończyłem kręcić, ale długo to chyba nie posiedzę.
Dobranocka jednakże będzie.
Jakoś tak mam smak na polskie. Dobre bo polskie.
Dlatego dzisiaj proponuję pościelowy hit z PRLu – „Przytul mnie” i stary, stareńki skład grupy Kombi. A co!
Snów przytulaśnych.
Dobry wieczór.
Nowa, zaledwie kilka słów notka.
Zapraszam.
Dobranoc;-)