Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i wydarzeń jest czysto przypadkowe.
Okularnik podszedł do drzwi. Przez całe popołudnie kręcił się niespokojnie po okrągłym pomieszczeniu, ale kiedy na zewnątrz zaczął zapadać wieczór, jego nadaktywność stała się niemal irytująca. – Panie szanowny, proszę usiąść – powiedziałem dobrodusznie – Widok panu nie ucieknie.
W sukurs przyszedł mi Przystojniak, który rozstawił na sporym trójnogu aparat i zachwycał się kolejnymi ujęciami zachodzącego słońca. Zaiste, zachód słońca nad morzem godny jest całej sesji zdjęciowej – smugi różu, czerwieni i odcieni fioletu, warstwy chmur i purpurowa kula, pogrążająca się w wodzie. – Jak mi pan wejdzie przed obiektyw… – nie dokończył, na wpół żartobliwie, na wpół z groźbą w głosie. Okularnik stanął i popatrzył na niego niezdecydowanie, w końcu wzruszył ramionami i usiadł. Z urazą w głosie powiedział – Pan nie chce przegapić słońca, a ja… swoich spraw. A tu mgła idzie. I co – co pan wtedy będzie fotografował?
Trzeci mężczyzna, który przez całe popołudnie powiedział może ze cztery zdania, uniósł głowę ze swojego kąta i spojrzał na nich obu z zainteresowaniem. Nic nie powiedział, tylko wyciągnął fajkę i zaczął nabijać ją tytoniem. Chrząknąłem z zadowoleniem i wyciągnąłem z wewnętrznej kieszeni mojej starej, flauszowej kurtki własną fajeczkę. Podszedłem i nachyliłem się, gestem proponując panu Cichemu tytoń, wonną mieszankę, którą sam wyrabiałem. Nabiliśmy obaj, potem potarłem o pudełko grubą, sztormową zapałkę, właściwie prawie szczapkę, podałem mu ogień, zapaliłem sam. Pykaliśmy sobie leniwie, obserwując pozostałą dwójkę.
Mężczyźni zjawiali się w latarni kolejno przez cały dzień. Pierwszy przybył Przystojniak, obwieszony torbami, z których zaczął wyjmować aparaty, obiektywy, jeden teleobiektyw wyglądający jak armatnia lufa, statyw, światłomierz, filtry, zapasowe baterie i Bóg wie co jeszcze. Kilka dni wcześniej zadzwonił do mnie i umówił się na spotkanie, twierdząc, że do zakończenia albumu z nadmorskimi fotografiami brakuje mu już tylko widoków z latarni. Bo też i było na co popatrzeć!
Z wąskiego tarasu, okalającego szczyt latarni, rozciągała się wspaniała panorama na morze – zabarwione w tej chwili czerwienią zachodzącego słońca, z powtykanymi gdzieniegdzie kłaczkami fal. W oddali widać było wąski pasek plaży, pod samą latarnią opadał gwałtownie podcięty klif, którego stąd nie było widać, ale przecież wiedzieliśmy, że tam jest. Biała, przysadzista wieża tkwiła w pasie lasu, rozciągającego się wzdłuż wybrzeża. Za jego ciemnozieloną płachtą rozciągały się pola, a jeszcze dalej – białe i kolorowe kostki, domy miasteczka. Tuż pod latarnią obszerny, szary prostokąt wyznaczał nadmorski parking. W piękne, letnie dni bywał pełny, ale dzisiaj, kiedy patrzyliśmy w dół z Przystojniakiem, zatrzymała się na nim tylko jedna furgonetka, stary VW. Nawet z takiej wysokości było widać, że jest powgniatany, a lakier odłazi z niego całymi płatami. Mała figurka, która z niego wysiadła, była na pewno Okularnikiem.
Okularnik przyjeżdżał i wchodził na latarnię od kilku dni, po południu. Siadał na zewnętrznej galeryjce i tkwił tam aż do wieczora, a gdyby się dało – siedziałby i dłużej. Z jego dość pokrętnych tłumaczeń wynikało, że takie wycieczki zalecił mu lekarz, w celu inhalacji morskim powietrzem z jodem. Przy tym jakoś nie dał sobie wytłumaczyć, że więcej jodu będzie na dole, na plaży. Za to zawsze przynosił ze sobą sporą torbę, wyglądało, że dość ciężką, której nigdy nie otwierał. Tym razem też ją miał. Z góry było widać, jak z wysiłkiem zakłada na ramię pasek i wchodzi do latarni.
Jakoś niedługo potem zjawił się Cichy; Przystojniak i Okularnik stali od strony morza, ale ja widziałem, jak tuż za lasem, na widocznym w przesiece odcinku szosy staje duży, granatowy sedan, wypuszcza pasażera i zaraz rusza dalej. Po dłuższej chwili spomiędzy drzew wyszedł niewysoki facet, spacerkiem przeciął parking i zniknął w wejściu do latarni. Zaskakująco szybko – i bez najmniejszych objawów zasapania – wychynął z górnych drzwi. Uścisnął mi rękę na powitanie i usiadł z boku, w przedsionku, nie odzywając się ani słowem. Tak jakby przychodził tu codziennie, chociaż ja widziałem go po raz pierwszy.
Od tego czasu słońce przewędrowało już prawie pół nieboskłonu i dotarło do horyzontu, a znad lasu – tak jak zauważył chwilę temu Okularnik – zaczęła nadciągać z początku rzadka, potem coraz gęstsza mgła. – Panowie, teraz uwaga, będę zapalał lampę – ostrzegłem głośno. Szczęknął przełącznik w laternie i jasne światło wystrzeliło znad naszych głów, prześlizgnęło się wokół szczytu i grubym paluchem sięgnęło w głąb białawego obłoku. Wyszedłem na galerię, niby po to, żeby sprawdzić, jak się sprawuje lampa. Pyknąłem z fajeczki i zagaiłem niegłośno – Czasem nie takie fajerwerki tu widać. Okularnik, który stał najbliżej, odwrócił się raptownie. – A jakież to? – zapytał podejrzliwie.
– O, panie kochany – uradowałem się, że kogoś to zainteresowało – Niesamowite, naprawdę niesamowite. Ale pan i tak nie uwierzy, bo po prawdzie, to to nie do wiary! Okularnik udając obojętność ustawił się do mnie półprofilem, zdjął szkła, chuchnął w nie, przetarł rękawem kurtki. Zakaszlał i całkiem już otwarcie przynaglił mnie wzrokiem. Nie dałem się długo prosić: – Ta mgła to potrafi ludzi całkiem ogłupić. A jak jeszcze nad morze przyjdzie, to… Wygląda, jakby statki na redzie były tak wysoko, jak ta latarnia. No, może nie statki, bo tak przez ten tuman to panu nie powiem, ale światła burtowe to widać. Czerwone z lewej, zielone z prawej, jak trza. Ale czasem… To sam nie wiem, co to płynie. Może jakiś okręt? – kątem oka dostrzegłem, że teraz patrzy na mnie badawczo Przystojniak, ciągnąłem więc dalej – Dziwne jakieś, bez ładu i składu bywają te światła. Czasem jakby strzelały w górę, może rakiety jakie? Ale, panie, poligon to ładne sto mil stąd! Musi że nieczysta siła…
Tymczasem niebo odbijało jeszcze rumianą, czerwoną poświatę, ale od przeciwnej strony razem z mgłą nasuwała się już wielka ciemność. Obserwowaliśmy w milczeniu, jak mgła gęstnieje, powoli okrywając szeroką płachtą i ląd, i morze. Leniwe kłęby przewalały się pod nami, czasem pozostawiając ciemniejszą lukę. W końcu i niebo zgasło zupełnie, a mgła to gęstniała, to rzedła, cały czas płynąc gdzieś daleko. Na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy, a ciemne korony drzew, prześwitujące zza mlecznych tumanów, wydawały się rosnąć, poruszać, grozić. Wszystko to wyglądało kompletnie nierealnie.
W takiej scenerii po prawej stronie, która teraz, w ciemności, nie była właściwie prawa ani lewa, coś błysnęło nieśmiało, zapulsowało, zgasło. Zapłonęło znowu, zmieniło kolor, a kiedy snop światła z latarni mijał je swoim zwykłym, okrężnym torem, urosło i skoczyło wzwyż, jakby chcąc go dotknąć. Teraz było wyraźnie widać, że musi znajdować się na plaży, w miejscu, gdzie kończy się klif. Z boku, z galeryjki, dobiegło coś pośredniego między westchnieniem a jękiem.
To był Okularnik, zachłannie wpatrzony w światło na plaży. Nie spuszczając z niego wzroku pochylił się, rozpiął swoją tajemniczą torbę i wyciągnął z niej płaską skrzynkę. Postawił ją u stóp, pstryknąwszy czymś na wierzchu, a do oczu podniósł olbrzymią lornetę. – Co pan… – zacząłem, ale w tej chwili skrzynka zaczęła popiskiwać, a na jej przedzie zaświeciły ułożone w różnokolorowy wzór diody. Okularnik z niedowierzaniem spojrzał na skrzynkę, potem na nas, uśmiechnął się jakby oszołomiony i rzucił nieprzytomnym głosem – To będzie spotkanie trzeciego stopnia! Jak nie zdążę, to chociaż drugiego! – po czym runął w kierunku schodów.
Powiodłem za nim wzrokiem i zdążyłem pomyśleć „żeby się nie zabił po drodze!”, kiedy moją uwagę przykuło coś kompletnie innego. Cichy, który przez cały czas siedział na krześle, senny, jakby oklapły, teraz pochylał się czujnie do przodu i mówił coś do mikrofonu, dyskretnie wpiętego w rękaw. W uchu miał słuchawkę na spiralnie skręconym kabelku. Całą jego sylwetka wyrażała napięcie i zdecydowanie. Z wnętrza pokoju dobiegały nas urywki rozmowy: – Dwójka niech skoczy… Nie, skrótem, przez las… Jak dojdzie – zdejmujcie… Razem z tamtymi… Już, już idę – wstał i popatrzył na nas z uśmiechem. Zwrócił się do Przystojniaka – Pan pozwoli, że się przedstawię: kapitan Puszczyk, policja, sekcja narkotykowa Komendy Wojewódzkiej – po czym w moją stronę – Panie Mieciu, dziękujemy za obywatelską postawę, pana latarnia wspaniale nadaje się do obserwacji. Panowie, należy się słowo wyjaśnienia – razem ze służbą celną i strażą graniczną obserwowaliśmy te światła już od pewnego czasu. Były zadziwiająco zgodne z terminami produkcji metaamfetaminy w fabryczce pod Trójmiastem. Te światła, panie Mieciu, to sygnały szmuglerów, którzy przerzucają prochy do Skandynawii, a nie żadna nieczysta siła. Zaraz zwijamy ten kanał i będziemy mieć ich wszystkich pod kluczem, a zwłaszcza tego, pożal się Boże, ufologa. Podejrzewam, że to też jeden z nich. Najwyraźniej miał wypatrywać sygnałów z plaży i skierować w to miejsce kuriera. No, ale na mnie czas – dziękuję za pomoc, dobranoc! – Odwrócił się na pięcie i po chwili z latarnianej wieży niósł się już tylko stuk jego szybkich kroków.
Otarłem pot z czoła. Tego wieczoru sprawy toczyły się szybko – czy nie za szybko? Poczułem na ramieniu czyjąś dłoń. Odwróciłem głowę, starając się nie robić tego zbyt gwałtownie. Przystojniak stał za mną, na trzęsących się nogach, ale oddychając z ulgą. – Myśli pan, że już poszedł? Nie wróci? – zapytał. Zdziwiłem się – Coś pan, przecież ma na głowie tych przemytników, nie?
– Jakich tam przemytników – żachnął się – Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie robiłby tego na plaży, to nie Miami!
– Ale że co? Pan myślisz, że to te UFO?
Popatrzył na mnie z mieszaniną rozbawienia i wściekłości – Panie Mietku, jakie UFO? To wszystko przykrywka, tego świra w okularach w ogóle nie powinno tu być! Ale nie, dobrze się stało, że przyszedł. Przecież ten mały gliniarz mógł równie dobrze zwinąć mnie, niby że jestem umoczony w te prochy!
Popatrzyłem na niego przeciągle – A jesteś pan umoczony?
Złapał się za głowę – Panie, tu nie ma żadnej amfy, nie idzie żaden przemyt! To wszystko przykrywka dla czegoś innego!
Opanował się i ciągnął dalej – Jestem wolnym strzelcem, robię foty dla paru dzienników, takie tam… Paparazzo, słyszał pan o takich, to ja jestem. Ale teraz mam na oku coś wielkiego, za dużą kasę, i żeby sobie wyrobić nazwisko. Tutaj właśnie. Słyszał pan o tej aferze z Kiejkutami, z lotniskiem w Szymanach? – Poskrobałem się w przedziałek. Przystojniak wzniósł oczy do nieba – Panie, więźniów z Guantanamo nam CIA przerzucało. Ale Szymany są już spalone, paru naszych non stop teraz tam siedzi i fotografuje, co leci i jak leci. To wymyślili inny patent. Przewożą ich okrętem podwodnym i przerzucają pontonami tutaj! A ten… Puszczyk to ich człowiek przecież. Krył całą operację bajeczką o amfie!
Zmarszczyłem brwi i czoło, przyjmując minę „intensywnie myślę”. – Znaczy że co? Myśli pan, że jak zwinęli tego od UFO, to teraz będą tych więźniów wozić?
– A jak? – jęknął – A tu mgła, żadnych zdjęć stąd nie zrobię. Zresztą to pewne, że wybrali akurat ten wieczór, mają dobre prognozy, czasem i tydzień potrafią pod wodą czatować!
– Panie, to idź pan na dół – zaproponowałem – Jak się idzie na plażę, tam jest taka budka, w sezonie to rożno, piwko, takie tam. A teraz pusta stoi, można się schować. Przy samej plaży, może pan trafisz, że mgła się rozejdzie?
Oko mu błysnęło. – Mogę zostawić u pana te szpeje? Wrócę za jakąś godzinkę…
Kiwnąłem głową, a on złapał aparat i pognał w dół po schodach.
Echo jego pospiesznych kroków jeszcze niosło się po schodach, kiedy zacząłem działać. Odkleiłem brodę, wąsy i brwi, zdjąłem siwą perukę. Wyjąłem z oczu szkła kontaktowe, jednym ruchem zdarłem lateksową maskę i cały ten kamuflaż potraktowałem dezintegratorem. Flauszową kurtkę zostawiłem, zapowiadała się naprawdę chłodna noc. Wspiąłem się do laterny i wyłączyłem moduł interferencyjnego holoprojektora, a potem ponownie użyłem dezintegratora. Światło na plaży zniknęło, ale to już nie moje zmartwienie Otworzyłem blaszaną szafę stojącą przy wyjściu i ciśnieniową strzykawką potraktowałem nieprzytomnego pana Mieczysława, ściśniętego pod górną półką – za jakieś półtorej godziny powinien się obudzić na niezłym kacu.
Zszedłem niespiesznie na dół. Na ścianie latarni majaczył już białawy zarys. Wcisnąłem cyferblat zegarka i potwierdziłem transmisję. Owalny kształt zaczął się rozjaśniać, a po chwili przypominał już otwarty luk, z którego wysunęła się ostrożnie głowa, a potem cała postać. Pan Z. wyszedł z portalu z kotem u boku i zapytał – Wszystko gra? Potwierdziłem. Pokręcił głową z niechętnym podziwem – Widzę, panie Nowak, że z pana prawdziwy fachowiec – uniósł dłoń – Nie chcę wiedzieć, jak pan sobie poradził. Jak będę chciał, zapytam. Albo poproszę kota, żeby sprawdził. Teraz nie czas na to – odwrócił się ku ścianie lasu i powiedział głośno – Można przechodzić! Szybko, teraz jest idealny moment! Z cienia drzew jedna po drugiej zaczęły wysuwać się niskie, zakapturzone postacie, które biegły szybko w naszym kierunku i znikały w jasnym owalu. Kiedy ostatnia z nich przeskoczyła przez portal, Z. odwrócił się i uścisnął mi dłoń. Jednym ruchem dłoni zamknął portal i swoim zwyczajem skoczył przez siódmy wymiar. Kot został jeszcze przez chwilę, otarł się o moją nogawkę i cicho zamruczał. Takiego komplementu się nie spodziewałem.
Operacja NOMOHSAR dobiegła końca.

________
Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net i na blogu madagaskar08.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.






Dzień dobry. Mam nadzieję, że tym razem objętość tekstu będzie satysfakcjonująca. Co poza tym? Pogoda deszczowa, przeddeszczowa i podeszczowa, słowem, dzień taki, że najlepiej byłoby nie wychodzić z łóżka, jakby się dało.
PS. O, a kto to zadziałał, że się książka zrobiła, hę?
Co do pogody… mam tak samo 🙂 Opowiadanie czytam 🙂
Książka ? nie widzę….
Pfff. Już widzę, co mi się pomykieciło. Normalne linki do poprzedniego i następnego wpisu potraktowałem jak „książkę”, a przecież to są linki takie jak zawsze, tyle że to ja akurat publikowałem po kolei.
Żeby zobaczyć „w kupce” poszczególne części cyklu, wystarczy kliknąć w link w bloku „Kategorie”, lub, jeżeli brak unikalnej kategorii, w nick autora powyżej.
Brak kategorii, już nie chciałem dodawać na potrzeby „odgrzewanych” opowiadań, ale faktycznie, ponieważ są po kolei, to tak jakby nie trzeba było…
Kategorię można stworzyć i dodać, nie problem 🙂
Wiem, ale właśnie nie chciałem. Cztery opowiadania, odgrzewane, na razie bez pomysłu na kontynuację…
Aha, jeszcze drobna uwaga, opowiadanie powstało we wrześniu 2010 r., po dłuższej przerwie, jeżeli wziąć pod uwagę czas pisania poprzednich części cyklu. Ta latarnia ze zdjęcia to tylko ze względu na kota, pisząc szorta, miałem w oczach raczej latarnię na Rozewiu – w lesie, nad wysokim klifem, z parkingiem takim jak opisany. Nb. byliśmy na Rozewiu już ze trzy razy – i zawsze okazywało się, że jest przed sezonem, po sezonie lub jeszcze jakoś inaczej, a latarnia za każdym razem była z jakiegoś powodu zamknięta.
Miałam więcej szczęścia z ta latarnią 🙂
No właśnie, jak Jasmine. Tylko miejscowym wiatr w oczy.
Miejscowy latarnik opowiadał historię … i Żeromski był w tle 🙂
A tak właśnie wygląda latarnia w Rozewiu z pewnego dystansu.
No… Opowiadanie tym razem sporych rozmiarów, czytałam całe pół godziny. Ciekawe… Jest tam jeden wielki kamuflaż, każdy udaje kogoś innego. Ale tak, czy owak, zawsze Nowak.
Tak jest. A najśmieszniejsze, że w sumie rację ma ten, którego na początku narracja dyskwalifikuje jako naiwniaka, tylko że nie tam ma tę rację, gdzie myśli.
Pod wrażeniem. 🙂 Laterna magica. 🙂 Wciągnęło po uszy. 🙂 Świetnie się czyta po wielokroć. 🙂 W latarni na Rozewiu byłam. 🙂 Pewnie dlatego, że mam dalej niż Ty. 😉
Quackie. 
Dzięki, mnie też się podoba po takim czasie, a nie powiem tego o wszystkich swoich szortach.
Mnie się też podoba:)
Piętrowa intryga Kwaku :)Jaśminka ma rację 🙂
Piętrowa i zakręcona jak wąż Uroboros.
Jak stopnie w latarni morskiej…
A widzisz, to mi do głowy nie przyszło.
Byłam w latarni, więc się skojarzyło 😆
Na najprostsze skojarzenia najtrudniej wpaść. Dzieci są w tym mistrzami. 🙂
Jeśli pozwolicie to… 😉
Przypomniało mi się w związku krążącymi burzami. Kilka lat temu piorun, zwany kulistym, pozbawił nas na tydzień telefonizacji i prądu. Pomyślało mi się wtedy, że… Skoro w najgłębszych głębiach oceanów kwitnie życie to nic nie stoi na przeszkodzie żeby i wysoko gdzieś tam, też. Jako, że naukowcy nie są zgodni co do określenia faktycznej istoty pioruna kulistego, zostawiają nam sporo miejsca dla wyobraźni. Może to niesforne dzieci które mimo przestróg rodziców skaczą, jak my do wody i giną ❓ Nie ma to nic wspólnego z bramami między wymiarami a jest równie fascynujące, przynajmniej dla mnie. 🙂
Nie znają i – o ile mi wiadomo – nie zaobserwowali nawet, jak powstaje. Wszelkie obserwacje dotyczą już gotowych piorunów kulistych, wędrujących przez powietrze.
jakieś legendy wokół piorunów kulistych ludziska snują 🙂
To mnie się z kolei przypomniało, że gdy byłam jeszcze małym dzieckiem (czy to możliwe?) wierzyłam w to, że jak jest burza, to aniołki w kręgle grają. Stąd ten odgłos jakby kulania. Ktoś mi to powiedział, a ja głupiutka uwierzyłam
Ładne to, Bożenko ! 🙂 jak dzwoneczek loretański 🙂
Dziecku można dużo wmówić, ale czy to się opłaca? Drugi przykład: nieco później pytałam mamy skąd ma te wszystkie rzeczy w domu, szczególnie kuchnia mnie interesowała – talerze, sztućce, garnki itd. Na odczepne odpowiedziała, że pozbierała na śmietniku. Oczywiście uwierzyłam, bo jak tu mamie nie wierzyć. Gorzej, że tą wiadomością podzieliłam się z koleżankami. Ale najdziwniejsze jest w tym to, że ja te moje głupotki wieku 2-6 lat pamiętam. Chociaż niewyraźnie, ale przebłyski mam. Czy to normalne?
Normalne, Bożenko! Najwyraźniej te historie zrobiły na Tobie wielkie wrażenie ! 🙂
Snuję się dziś jak senna mucha…najchętniej zakopałabym się pod kołdrę,a głowę mam stukilową, myśli pojedyncze i też senne… 🙁
Tak właśnie mam też. Miałem coś tam do roboty i guzik zrobiłem. Nie jestem w stanie zebrać myśli na dłużej niż 5-10 minut.
Za młody jesteś na to ! Coś Ci zżarło magnez w organizmie ?
Pewnie kawa, bo ponoć wypłukuje. To idę uzupełnić.
To chyba wszyscy tak mamy. Znów zapowiadali na dziś burzę.
Kwaku ? NOMOHSAR? nie umiem rozszyfrować …
Hehe. Przeczytaj od tyłu…
czytałam, bo to najprostsze ! i…. nic.
A to przepraszam. http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/pl.wikipedia.org/wiki/Rashōmon_(film)
Ach Ty ! na moją pociechę… filmu nie znałam 🙂
Czytaj wspak – tak jak ten niezawodny środek antykoncepcyjny…
??? wytłumaczysz ?
Kojarzy mi się tylko „Unimil sobie życie”, ale to nie jest wspak.
Nie wiem czy nie zgorszę niektórych…
Najpewniejszy środek antykoncepcyjny to Lodreipeina (R)

Działa jak szklanka zimnej wody, prawidłowo stosowana…
Właśnie to miałam na myśli 😆
A od tyłu, ponieważ mój szort jest „odwrotny” względem filmu – tam mamy wydarzenie, które jest przywoływane w kilku (różnych) retrospekcjach – i widz nie wie, która jest prawdziwa – a u mnie każdy ma własną wizję rzeczywistości, o której prawdzie jest przekonany „przed faktem”, nie wiedząc, że został zmanipulowany, czasem wielopiętrowo.
Dla mnie to zabrzmiało jak pointa i dlatego zapytałam 🙂
No, w pewnym sensie to była pointa. Operacja polegała właśnie na tym, żeby przewidzieć, kto się interesuje tym miejscem, dać każdej z tych osób to, czego oczekiwała, a potem zrobić swoje pod ich nosem, ponieważ jak wiadomo, najciemniej jest pod latarnią.
Swoją drogą jesteś PIERWSZĄ osobą od publikacji 3 lata temu, która spytała.
Nauczyłam się, że Ty masz bardzo starannie przemyślane to co piszesz i szczerze mówiąc siedzi w Tobie kawał poety, bo czymże jest poezja, jeśli nie pretekstem do rozwijania myśli i skojarzeń
Pretekstem ? nie! inspiracją
No… Nie zawsze tak starannie przemyśliwuję, co więcej, najczęściej piszę jednak bez planu, korzystając tylko z pomysłu jako osnowy, ale nie wiedząc, jak się to skończy (czasem – wiedząc), ale tym razem rzeczywiście miałem przemyślane.
Samo Ci się rozwija….
Podziwiam nie od dzis 🙂
Nie dziwię się, bo w takim opowiadaniu dziwne nazwy są normalne.
Zjadłam obiad i zasypiam na siedząco. Może wyjście w plener rozbudzi.
Mam dziś w planie koncert mozartowski i właśnie dojrzałam do myśli, że jednak się wybiorę przełamując tę moją ogólną niemożność… 🙂
Może to nas ożywi ?:)
Marsz to jest chyba teoretycznie, jakby tak chcieć iść do rytmu, to by się mogło nazywać „Tureckie przedreptywanie”. Ale poza tym urodziwa muzyka, nie ma co.
Ale lubię tę melodię 🙂
Opowiadanie jest świetne! Nie dziwi, że i tobie się Podoba!
Powitać popołudniowo 🙂
Powitać, słusznie. Forma „dzień dobry” przy tej pogodzie mogłaby zostać odczytana jako niestosowna.
Można powiedzieć – „dzień niech będzie dobry”, chociaż w zasadzie się kończy
Dobrze, że w porę przeczytałem ostrzeżenie. Witam 🙂
Witaj Mośku 🙂 Gdzie byłeś jak Cię nie było
Mośku ? 🙂 🙂 🙂 Od razu poczułem się jak na forum 🙂 Miałem drobne starcie pseudo poetyckie, to pseudo głównie z mojej strony z Chermesem, na razie jest remis i rozeszliśmy się do narożników, ale każdy pręży wątłą klatę i szczerzy zęby, uwielbiam takie przepychanki, już nawet nie pamiętam ile lat trwają, zawsze dostaję w kuper, ale ambitny jestem, brak polotu nadrabiam szarżą i hucpą, sorry, że Was zaniedbałem, ale bla bla bla bla, co bym nie powiedział, będzie podobnie głupio brzmieć :)))
Przepraszam Miśku, to literówka. „O” i „i” leżą koło siebie i palec mi się omsknął…
Wybacz, ja nawet na forum nikogo nie obrażałam, a skąd dopiero tu… 
Żartowałem Bożenko 🙂 To tylko zabawna kompilacja, zazwyczaj kiedy moim forumowym interlokutorom puszczają nerwy, to zaczyna się jazda od słów : Ty durny Mośku, żydowski bękarcie itd. itd. co mnie zawsze niepomiernie bawi 🙂 🙂
Witaj Miśku… co umie Twój przeciwnik poetycki – pamiętam, co Ty? pojęcia nie mam 🙂
Niewiele, ale wpadnij Pod Krawata, to się przekonasz, albo może lepiej nie, bo się wstydu najem 🙂
Witamy Pana!
Kłaniam się nisko Mistrzu !
Witam wieczorową porą.. Obecnych i Nieobecnych 😀 Przyturlałam się do kompa iii.. przeczytałam z największą przyjemnością. Piękne opisy Panie Przystojniaku 🙂 Jesteś Pan, Panie Q naszym skarbem. Nie da się ukryć:) Cicho! Nie protestuje, gdy starszyzna się odzywa!!! 😀 No! 😉
Toć jestem cicho…
ooo.. jak ładnie i grzecznie 😀
A niech by spróbował protestować 🙂
Niooo 😀
Na wszelki wypadek życzę dobrej nocy, bo za chwilę odetną mnie od cywilizacji 🙁 Do miłego jutrraaaa!
Sobota, sobótka.., ach jak ja ją kocham 😀
Kto odetnie? Jak odetnie?
A Senator kiedy wraca dokładnie, ktoś wie?
Nie wiem kto, ani co, ale wszystko wariuje, dekoder, livebox i telefon stacjonarny też 🙁
Czyja wina, nooo czyja?? 😉
Dokładnie nie wiem, mówił, że kole tygodnia Go nie będzie. Mam nadzieję, że pogoda zbytnio Mu nie dokucza. I powróci uskrzydlony niczym Pegaz dzieląc się z nami wrażeniami 🙂
Albo burze i elektryczność statyczna, albo słońce się do nas obróciło rozbłyskiem?
Czy tak??

A! mam zagadkę dla czytelników!

Gdzie w opowiadaniu Autor wspomina mimochodem o sobie samym?
Aaaa! Nie wiem! „No, może nie statki, bo tak przez ten tuman to panu nie powiem”???
Nie, noż Mistrzu, przesadzasz z tą skromnością…
Inne sugestie?
A, już chyba widzę. Aleście wymyślili, Mistrzu Tetryku! A właściwie to „Aleśmy wymyślili”!
Pan Z.?
Może Przystojniak?
Ja może zasugeruję, że w tak pięknych okolicznościach przyrody, i tego, malowniczych…
Nie jestem mocna w zagadkach. Czyżby Okularnik?

Ale teraz na wszelki wypadek gdybym nie wróciła, powiem dobranoc.
Dobra tradycja, że wspomnę m.in. A. Hitchcocka 😉
A propos takiej tradycji: właśnie niedawno się zorientowałem, że Terry Pratchett występował w rolach postaci drugo- a nawet trzecioplanowych w ekranizacjach swojej prozy.
Podobnie jak Tarantino w swoich filmach.
Tak jest! W „Bękartach Wojny” pojawił się jako oskalpowany Niemiec i w „filmie w filmie”.
W najnowszym „Django” zagrał kowboja wysadzonego dynamitem, zagrał może dwie minuty, ale za to jak efektownie 🙂
Dobranoc, a może i nie…
Dobranoc, teraz już naprawdę.

Koncert mi się podobał, nastrój mam pogodny, ale nie wiem jak się zamaskował Kwak w opowiadaniu 🙂
Oj, to akurat nie było naumyślne, tym razem naprawdę, ale Tetryk mistrzowsko wypatrzył w opisie przyrody „morze – zabarwione w tej chwili czerwienią zachodzącego słońca, z powtykanymi gdzieniegdzie KŁACZKAMI fal.” Brawo za spostrzegawczość!
zauważyłam te kłaczki i trochę się zdziwiłam, ale nie skojarzyłam ich z Tobą ! Wolałabym, żebyś był panem Z.
niemniej… brawo dla Tetryka 🙂
Oj, nie. Pan Z. to Zoe, tutaj jako tajemniczy zleceniodawca agenta Nowaka. Miałem nadzieję, że po obsadzeniu w takiej roli odwinie się następnym tekstem, wykorzystując tych przerzucanych i wyjaśniając kim są, ale Zoe nie miał wtedy weny ani czasu, a potem się wszystko rozmyło.
I teraz już naprawdę dobranoc.
Opuścił Pan portal 😀 Noo, może nie całkiem 😀
Fragment koncertu ….. na dobranoc:)
Laudate Dominum z Vesperae solennes KV 339 ….
Można odpłynąć…
Dobranoc, tym razem na dobre. Snów mocnych i mozartowskich – jestem całkowicie za!
Dobranoc..
.. pogodnej nocy:)
No to dobranoc! 😉
No to 🙂 Jutro mam prawie wolne, więc już się cieszę na 3 odcinki powieści Mistrza, które skrzętnie omijałem ostatnio, coby sobie nie psuć przyjemności sobotniej 🙂
Dzień dobry Wyspiarze
Witaj Wiedźminko
Widać, że weekend bo się ochłodziło 
A to piosenka…. dla Ciebie 🙂
Dziękuję, lubię tę piosenkę
Ja też :)choć nie wstaję o świcie ….
Co mam zrobić jak nie mogę dospać?
Witaj Poranna 😀 Nie Jesteś osamotniona, też tak mam. Nawet, jak jeszcze spróbuję przysnąć, to budzę się rozbita i nietomna 🙁 Po takim niezbyt przyjemnym doświadczeniu /sprawdzone przez lata/ wolę od razu przyjąć pozycję pionową 😀
Ja też nie lubię wylegiwania. Jeśli mi brakuje snu, to wolę w dzień przysnąć trochę na fotelu 🙂
A nie, nie na fotelu, ja muszę się przytulić do „boguśki”, znaczy podusi 😀
Jak się położę, to się budzę nietomna 🙄
.. uwielbiam popołudniowe drzemki 🙂
Dzień dobry Wiedźminko, jak humorek?? 😀
Witaj Skowronku ! 🙂 Gołąbki, powiadasz ? hmmm , z przyjemnością pożrę 🙂
Wybrałam się do Knajpy pod krawatem … wiersz Miśkowy bardzo mi sie spodobał i rozbawił ! 🙂
Właśnie stamtąd wróciłam 😀 Poczekam co naskrobie Młodzieniec z błędem 😀
Para z nich niezła 😀
Byłam tam, ale nie wiem który wiersz jest czyi. One są bez podpisu, chyba że nie umiem szukać 🙄
Miśkowy jest pod fotką z różowym macho ! 🙂
Dzięki, zaraz przeczytam
ŚWIETNY!!! 😆 Ale skąd wiadomo, że to Miśka?
Wiedźminko, ale to jest tłumaczenie Szymborskiej, znaczy Autorem nie jest Misiaczek 😀
Już wiem! Wyczytałam w komentarzach 🙂
Poprosiłem Wiśkę o tłumaczenie 🙂

Dzień dobry 🙂
Dzień dobry 😀 Hi,hi.. kto mnie przebije?? Gołąbki prawie gotowe do pieczenia! Zaznaczam, że z młodej kapustki 😀
Mniam… Zaproś na nie
Jasne, po dwa starczy dla Wszystkich z czerwonymi pomponami
Biorąc pod uwagę nieobecnych, to nawet i po trzy 😆
Dorzucę sernik na zimno z galaretką i owocami. Senatora nie ma, to mnie nie pogoni ! 🙂
za bezczeszczenie Jego ulubionego ciasta na kruchym spodzie.
Uwielbiam tego na zimno 😀 Na dodatek mniej tuczący
I nie huknie nam po oczach…, co myśli o tym niby cieście 😀
I łatwiej się robi
na jedno wychodzi, Bożenko 🙂
Jak komu… Ja w pieczeniu mocna nie jestem, więc robię na zimno, na podkładzie z ciasteczek.
Z młodej Skowronku ? Toż ta młoda jest wielkości pięści, to wyjdą chyba gołąbki dla krasnali 🙂
Dlatego będą po dwa 😆
I mój Małżonek, gdyby był akurat w domu, zapytałby – co jutro na obiad?
Co znaczy: czy mogę wtranżolić resztę, jak zostanie 😆
Schowaj ! bo dla nas musi wystarczyć ! 🙂
Nie ma Go, do 21.05 byczy się w sanatorium 😀
Dzień dobry. Weekend zapowiada się… pięknie? Mimo prognoz ciepło? Zobaczymy. W każdym razie chciałem zaznaczyć, że mogę w przeciwieństwie do pogody być w kratkę z powodów niezależnych, ale ile się da – pobędę.
Witaj Mistrzu, obyś samopoczucia nie miał w kratkę. Pogodnej sobótki, choćby w uroczej Sobótce Górnej 😀
Witaj Kwaku… miłego i ciepłego, pod każdym względem dnia .:)
Nie dość, że mokro to i zimno. Wiosna gdzie żeś ty ❓
Poczytałam Was i w związku mam pytanie.
Gdzie jest Pod Krawatem ❓ Czy obcym, czyli mnie, wstęp tamże wzbroniony
Witaj Jaśminko !
ja znalazłam u wujka Googla i przypisałam Miśkowi wiersz Szymborskiej….
.
Dzień niech będzie dobry, Wiedźminko.

Spróbuję zatem i ja. Mając nadzieję, że inne tam klimaty niż na onecie.
PS: Kilka pierwszych tematów na tym blogu sugeruje, że jest on poświęcony Miśkowi. 😆
Sama zobaczysz, to są weseli ludzie… 🙂
Misiek jest spiritus movens, ale ma wspólpracowników… 🙂
Dawno temu, moja kuzyneczka miała adoratora, który stale przysyłał jej wiersze… o których mówił, że własne. Dumna.. pokazała mi te kartki, a ja, niegodna, rozwiałam jej złudzenia, bo najpiękniejsze były Tuwima 🙂 A teraz Misiek rozwiał moje złudzenia.
Niedobraś byłaś wtedy, los nierychliwy, ale sprawiedliwy.
Zgadza się, dlatego napisałam o tym zdarzeniu
… choć wystrzeliłam z Tuwimem ze zdziwienia, a nie z chęci dokuczenia 🙂
Przecież wiem.
Dawno, dawno temu, w liceum robiliśmy szkolne pismo, nie żadną gazetkę ścienną, tylko pismo, wydawane w nakładzie kilkuset egzemplarzy. Przyszła do mnie kiedyś panienka z „Balladą o jednej Wiśniewskiej” Jurandota i usiłowała mi ją wcisnąć jako własny tekst (nb. nazywała się właśnie Wiśniewska, imię zmilczę). Z tymi erudytami to tylko kłopot, przeszkadzają ludziom dostać się na świecznik – na szczęście teraz jest telewizja, Big Brother i inne wystarczy-być-reality-shows.
Niestetyż…
To akurat jest wiersz Charlesa Baudelaire`a „Wzlot” w tłumaczeniu Szymborskiej 🙂
Ooo Pachnąca się przebudziła 😀 ? Witaj Majowa 😀

Witaj Śpiochu Wieczorny.
Się przebudziłam i mam zamiar jeszcze przez czas jakiś się przebudzać. Może być do późnej starości, byle zdrowej. 
PS: Jestem czerwcowa. 😉
Czołem wszystkim!
Sobotni ranek – czas zasiąść przed komputerem – i do roboty!!! 🙁
Witaj Niewitany.
Specjalnie dla Ciebie ta pieśń.
Zwróć uwagę na słowa: „przed nami większe cele” :!:, znaczy wieloosobowe. U mnie na wsi mówią, że kto nie ryzykuje ten w Płocku nie siedzi. Tylko ostrzegam.
U mnie się mówi „kto nie ryzykuje ten w Rawiczu nie siedzi” 🙂
Do Płocka mamy bliżej.;)
My do Rawicza, bo to jest Wielkopolska 🙂
Nie podziękował za pieśń i zawarte w niej ostrzeżenie… Niewdzięcznik.
Nie ślochaj!
Pieśń znam od lat, a wszelkie ostrzeżenia też nie są mi obce 😉
Mimo i pomimo podziękować należało. Jak dostanę kwiatki to mam nie, bo to nie po raz pierwszy i kwiatki już widziałam ❓
Ile kasy z tego będzie?? Bo w soboty, to przecie setki płacą 😀
Witaj Tetryku 😀
I z czego się turla??

Poduszki banknotami napełnił, coby na koncie podatkiem Belki Go nie poczęstowali
Widzę, Alla, że masz już wizje! Za chwilę zaczniesz mówić językami?
A bo to jedną???

Z językami gorzej, ale póki życia, póty nadziei
Tetryk CHYBA miał na myśli glosolalie. Wychodzi taniej niż kursy językowe
A to ja mam se poczytać listy do Koryntian, czy jak???
I wyjdzie na to, że jak nic u mnie jeno kryptomnezja
Niedługo Zielone Świątki, stąd ta sugestia Jasminko??? 😀
Wybywam na dłuższą chwilę, pewnie do popołudnia.
I ja się pożegnam do popołudnia
Inwazja winniczków!! Oszaleć można 🙁 Skumały się z nornicami czy cóś? Wrrrrr…
Może je eksportować do Senatora, wyżrą mu chwasty 🙂
Albo sprzedać do Francji, jeszcze zarobisz 🙂
Ooo tak, tylko tam same wymiarowe przyjmują, a u mnie same wielkie:(
I tak jeśli już muszę wojować, to wolę z winniczkami niż z tymi obrzydliwymi czerwonymi czy czarnymi.. feeee
Mleczy nie tykają, a Senator cierpi na nadmiar akurat tego zielska 😀 Skądinąd bardzo pożytecznego, zresztą
Mógłby miodu np. nam na zimę narobić, z listków sałatkę, że o korzeniu nie wspomnę 😀
Też o korzeniu wolę nie mówić 😆
Pani Poranna, Pani mnie nie prowokuje, dobrze??
Taż on ma liczne właściwości lecznicze!!! I nie tylko 😀
No i klops. Ledwie wylądowałem, lecę dalej.
Quackie, aby Wiedźmince atrybut nie podprowadziłeś??
Nie, małżonka nie potrzebuje podprowadzać, ma swoją. Czasem mam wrażenie, że całą flotę.
Ażesz.. Przepitraszam
Czy u Was też leje??
Przestało. Chwilowo.
Nad morzem piękna pogoda, z lekkimi tylko sugestiami, że coś kiedyś może zacząć ewentualnie potencjalnie pokropić.
Dwa dni ciepłe i słoneczne miałam. Kotlina, przepiękna 🙁
Przerywnik muzyczny. Słuchanie nieobowiązkowe, żeby nie było, że…
Założyciel zespołu Marrakesh to syn Kasi Sobczyk, Sergiusz Fabian. Ania Rusowicz wiadomo kto. W tej piosence tak tego nie słychać, ale ma głos niemal identyczny jak jej mama, Ada.
Ooo, jak ja tego dawno nie słyszałam!!
Zapraszam piętro niżej poziomowo intelektualnie. 😆
Uprzejmie mówię, że oddali mi neta… 🙂 no i dobrze, bo bardzo tego nie lubię ( w ktoś lubi??)
Nikt 🙁
To ja jeszcze na okoliczność, że pan Z. zawitał we własnej osobie na Wyspę, pozwolę sobie wrócić do tego opowiadania, w którym występuje z kotem w osobie bardziej takiej jakby wymyślonej. A i nie z pustymi rękoma wracam, bo sobie przypomniałem prawem skojarzeń, że przecież w czerwcu br. byłem na latarni w Rozewiu i wykonałem kilka zdjęć z samej góry. Możecie teraz ocenić, na ile rzeczywistość odpowiada wizji (oczywiście nie wieczorno-zachodzącosłonecznej, ale widok ogólny na różne strony świata).
Tu wzdłuż półwyspu helskiego, czyli mniej więcej na wschód:
Tu w kierunku Karwi i Dębek, czyli na zachód:
A tu na południe-południowy wschód, mniej więcej ku Puckowi:
Druga fotka. Ośrodek z czerwonym dachem poniżej tego bloku. Po niewidocznej stronie jest otwarty basen. Właśnie w nim siedzę i macham do robiącego w tym momencie zdjęcia autora. Siedzę właściwie przy tym basenie na ławeczce, lekko obracając się przez lewe ramię. Macham powoli ręką. Q mnie nie widzi. A nawet gdyby widział to nie wierzy, że tam jestem
Ławeczka
I tak to właśnie jest. Agent Nowak zwodzi, mami, kamufluje (również się), oszukuje, odwraca uwagę, a pan Z. pojawia się w najmniej spodziewanym miejscu, momencie i okolicznościach towarzyszących!
Wieczorem poszukam dowodu, że to nie ściema:-)
[…] notki: 1 , 2 , 3 , […]
U mnie to wygląda dość myląco, w takim sensie, że po prostu pojawia się link do „Refleksji i skruchy”, data, a w treści komentarza „[…] notki: 1 , 2 , 3 , […]”. Ale, jak mówię, jak tak ma być, to niechże i będzie.