W połowie maja wybraliśmy się odwiedzić przyjaciół. Dokąd? Nie będę pisał, wystarczy, jeśli wskażę, że byliśmy tam. Piękne, urokliwe miejsce; kiedyś już wam pisałem o poprzednich odwiedzinach. Dziś chcę tylko pokazać trochę zdjęć i opowiedzieć o dodatkowych atrakcjach.
Wyjeżdżaliśmy z perspektywą deszczu w Krakowie. W czterogodzinnej przejażdżce towarzyszyła nam pięcio- lub sześciokrotnie solidna ulewa; ostatnia zakończyła się tuż przed dotarciem do celu. Szczęśliwie pogoda się ustabilizowała, deszcze już nie padały, za to bardzo ładnie zmieniały się układy chmur od prawie czystego błękitnego nieba, poprzez redyk niewielkich białych kłębków, po równomiernie rozsnutą łagodną biel. Zresztą — zobaczcie sami 😉
Skoro pogoda sprzyjała, miło było pospacerować po okolicznych lasach. Są różnorodne, miejscami poprzetykane polami. O tej porze roku nawet w lesie kwitnie wiele drzew, a w poszyciu bardzo rozmaite trawy i kwiatki. W jednym miejscu zachwycił mnie łan trawy pod drzewami: lśniący i pofalowany jak dobrze utrzymane futerko lasu 😉
Główną i zapowiedzianą atrakcją spotkania była wizyta w nieodległej winnicy i tłoczni win. Emerytowany wojskowy wykupił nieco ziemi, założył winnicę i tłocznię. Zatrudnił w nich Gruzinów i ukraińskich Łemków — stąd nazwa winnicy Łemkowska Dolina i stosowne flagi zdobiące zarówno farmę winną, jak i tłocznię. Mieliśmy okazję zwiedzić jedno i drugie.
Oprócz hodowli winorośli za winnicą jest rozbudowywany duży obiekt „eventowy”: duży staw z przepływem wody, niewielka sauna obok tego stawu — raj dla morsów! — dalej szykują się większe konstrukcje z zadaszeniem, jeszcze w budowie. No i atrakcje przyciągające dzieci małe i duże: uroczy biały kucyk, pasący się na obiekcie, zagroda z kózkami itp. Gdybyście kiedyś potrzebowali zabrać dzieci na wycieczkę — warto poszukać wioski Wysokie.
Jako komercyjni zwiedzający (bez dzieci), po obejrzeniu farmy zostaliśmy na winnicy podjęci tutejszym winem, bardzo dobrym (z możliwością zakupu kolejnych butelek) z zakąską z tutejszych serów i gruzińskich placków, których nazwy nie potrafię przytoczyć. Potem przejechaliśmy do tłoczni, gdzie w chłodnym bunkrze podziwialiśmy maszyny do tłoczenia, dwie dębowe beczki do leżakowania trunku i około 20 kolumn ze stali nierdzewnej, w których dojrzewały różne rodzaje wina wytłoczone z tutejszych winogron. Dzięki kranikom, znajdującym się u dołu każdego cylindra, mogliśmy skosztować po łyku wina z każdego z tych cylindrów. Niestety, ze względu na wcześniejszy podkład, jak i brak nawyków doświadczonego kipera, łyki te połykaliśmy, zamiast po ocenieniu wypluwać — w efekcie nie mogę tu opisać szczegółowo różnic w ich bukietach 😉
Kolejnego dnia wybraliśmy się, już w mniejszym gronie, do Bolesławca. Przyjaciele są fanami bolesławieckiej ceramiki, więc pierwsze, co zwiedziliśmy, to był sklep firmowy wytwórni. Przyznam, że nieco się zawiodłem ofertą. Tradycyjne, granatowo-białe wzornictwo, niejako znak firmowy wytwórni, nie jest dla mnie szczególnie interesujące. Były wprawdzie kompleciki nieco bogaciej kolorystycznie zdobione, bardzo ładne, ale ceny ich były — jak dla mnie — absolutnie zaporowe. Zresztą nie miałem też potrzeby ani zamiaru, aby kupować tam cokolwiek — nawet zdjęć nie robiłem.
Po wizycie w sklepie firmowym pojechaliśmy w stronę bolesławieckiego Rynku. Bardzo zadbany, z honorem pełnił funkcję wizytówki miasteczka. Podobnie jednak jak w Krakowie, prawie zupełnie został pozbawiony zieleni: w całości, czyściutko wybrukowany, z rzadka pojedyncze młode drzewka otoczone żelazną klatką… Taki trend 🙁
Spędziliśmy tak kilka bardzo miłych dni, za co serdecznie dziękuję Przyjaciołom- Gospodarzom. Poznaliśmy nowych, ciekawych ludzi, odnowiliśmy też znajomość z miłymi sąsiadami, których pełna talentów 10-letnia córka Pola podjęła nas osobiście przygotowaną(!) pyszną pizzą. Z podładowanymi psychicznymi akumulatorami wróciliśmy do Krakowa już bez odniebnych atrakcji 😉
Dziękujemy, Kochani! ![]()





Zapraszam do obejrzenia paru zdjęć z zeszłoweekendowego wyjazdu.
Witajcie na nowym piętrze 🙂
Nie wiem, czy zauważyłeś, ale na ostatnim księżycowym zdjęciu z pierwszej galerii jest jeszcze Jowisz (po lewej stronie, nieco wyżej niż Księżyc). Ostatnio była właśnie koniunkcja, i jeszcze z Wenus poniżej (być może tutaj też jest, tylko schowana za lasem).
Pyłek z sosen zdarzało się już wiele razy zmywać z samochodu postawionego pod lasem, po zawietrznej 🙂 Wspaniałe te paprocie na leśnym zdjęciu, majestatyczne! A te fioletowe kwiatki to zdaje się farbownik lekarski.
Buldog francuski z winnicy na tym zdjęciu solo wygląda jak gargulec z jakiejś francuskiej 😉 średniowiecznej katedry. Sery wyglądają przesmakowicie, a jeszcze jak czytam, że do nich jest wino… 🙂
Zamek/ sąd w Bolesławcu wygląda zupełnie jak z którejś powieści o Harrym Potterze. Tylko czekać, aż zza murów wypryśnie ktoś na miotle wyścigowej 😀 Kościół zaiste ciekawy, głównie przez pomieszanie stylów – dzwonnica robi wrażenie romańskiej (minus hełm, nie wiem, jaki i skąd) a cała reszta późniejsza, średniowieczna?
Bardzo fajna wycieczka!
Witaj Tetryku!
Ciekawe są wszystkie zdjęcia. Widoki chmur od tęczy do księżyca wyłaniającego się nad lasem, pokazujący swoją ciemną stronę. Mimowolnie kojarzy mnie się z Pink Floyd:).
Co do lasu to nie ma chyba lepszego wypoczynku. Dookoła sama zieleń, szczególnie teraz, mocna i nasycona, wszystko nabiera rumieńców.
Winnica wygląda jak typowa farma. Można było skosztować sery? Po degustacji takiego wina to trochę w głowie zostaje?:)
Bolesławiecki rynek faktycznie wygląda jak cementowo-brukowa dżungla.
Fajnie spędzony czas.
Skosztować? Pożarliśmy cały ten półmisek…