Wybraliśmy się z przyjaciółmi do Aten na tzw. city break, co można przełożyć jako miejski wypad. Samolotem z Warszawy przez Monachium (a w drodze powrotnej przez Wiedeń) dotarliśmy na miejsce, rozpakowaliśmy się w hotelu i ruszyliśmy na zwiedzanie okolic, czyli mariny z przyległościami.
Można powiedzieć, że trafiliśmy na dobre okienko pogodowe, temperatura wahała się od 12 do 15 stopni, bywało pochmurno, ale nie padało, czasem wychodziło słońce – natomiast przed naszym przyjazdem media donosiły o lokalnych powodziach i podtopieniach na terenie Attyki i aglomeracji ateńskiej, zaś na wyjezdnym (w drodze na lotnisko) musieliśmy się przedzierać przez ulewę i lawirować między walącymi piorunami. Na szczęście zajął się tym b. uprzejmy taksówkarz.
Jak zobaczycie na zdjęciach, w Atenach jest mnóstwo zabytków, sporo ptaków, a jeszcze więcej kotów, dlatego co parę zdjęć będziemy sobie robić przerwę na kota albo dwa.
Reszta już chyba do oglądania (i czytania podpisów)? Miłego!





Dobry wieczór, na życzenie publiczności relacja z wypadu do Aten 🙂
Aha, w zapowiedziach padło zdanie o osobliwych zwyczajach tutejszych mew: otóż w przeciwieństwie do mew widzianych przeze mnie w Polsce, Włoszech, Francji, Egipcie, Słowenii czy Chorwacji, tutejsze mewy latają w kluczach jak gęsi, kaczki albo żurawie. Dowód poniżej, na osobnym zdjęciu.