Wszelkie znaki na niebie i ziemi zapowiadały, że to nie będzie udany wyjazd ☹
Najpierw, dwa dni przed wyjazdem (czyli w czwartek) przyszedł e-mail: hotel zawiadamia, że w związku z nagłą awarią rozpoczął się remont całej strefy basenowej. Do tej informacji i całej sytuacji jeszcze wrócimy, ale ponieważ wybieraliśmy się do tego samego hotelu po raz trzeci, nieźle już znaliśmy to miejsce i nie bardzo wyobrażaliśmy sobie pobyt tam BEZ basenów. Szczęście w nieszczęściu, że hotel ten nie stoi sobie samotnie, ale jest jednym z kilku w kompleksie należącym do jednej korporacji, więc nie było problemu z korzystaniem z basenu sąsiedniego hotelu… Ale plac budowy z ciężkim sprzętem (biuro na miejscu w Gdyni przed wyjazdem: „Ciężki sprzęt? Ależ skąd!” Na zdjęciach zobaczycie, że było inaczej) pod bokiem to jednak nie było ciekawe przeżycie. Na szczęście wszystkich gości tego hotelu kwaterowano w pokojach z widokiem na INNĄ stronę – logiczne, niemniej odgłosy i pył i tak czasem docierały. Ponadto nie dało się zjeść posiłku w „naszej” restauracji, gdzie przywykliśmy jadać na tarasie z widokiem na baseny i morze – aktualnie na plac budowy, zasłonięty do jakichś 2-3 metrów szmacianym ogrodzeniem (ale z tarasu doskonale było widać, co się tam dzieje). Owszem, poskarżyliśmy się na miejscu, pan menedżer potraktował nas z uprzedzającą grzecznością, ale rekompensata dość symboliczna (pozwólcie, że szczegóły zachowam dla siebie).
W każdym razie czwartkowe popołudnie i cały piątek spędziliśmy na nerwowych próbach zmiany hotelu (niemożliwe) albo wycofania się z wyjazdu („Proszę bardzo, ale nie ma mowy o zwrocie kosztów”, powiedziało biuro). Powiedzmy więc, że nie było to idealne rozpoczęcie urlopu. A do tego jeszcze…
W sobotę stawiliśmy się na lotnisku o czasie, pomyślnie przeszliśmy wszystkie procedury lotniskowe, po czym zasiedliśmy w poczekalni przed bramką. Sytuacja z samolotem wygląda tak, że rano rusza on z Marsa Alam, zabiera wczasowiczów kończących pobyt, przylatuje koło południa do Gdańska i tam zabiera tych, którzy dopiero zaczynają urlop, do tegoż Marsa Alam. Nie ukrywam, że byłoby fajniej, gdyby latał odwrotnie – startował z Gdańska, wiózł do Egiptu turystów, zabierał koło południa albo i po południu powracających i lądował z powrotem w Gdańsku po południu/ wieczorem. Wtedy obie grupy zyskiwałyby po pół dnia na miejscu, ale wówczas samolot musiałby nocować w Gdańsku, a to – jak podejrzewam – jest dla kogoś niekorzystne, np. dla linii lotniczych, bo nie wiem, ile kosztuje postój w Gdańsku, a ile w Marsa Alam. Poza tym jest jeszcze coś takiego jak tygodniowa siatka połączeń… No trudno, wracajmy do naszych baranów.
Siedzę sobie na lotnisku w Gdańsku i śledzę na portalu flightradar24 nasz samolot lecący z Egiptu. Wszystko pięknie i ładnie, wystartował o czasie, przylecieć ma o czasie… Niestety na lotnisku w Gdańsku wieje, i to dość potężnie. Większość samolotów ląduje dopiero za drugim podejściem, a ten nasz próbuje raz, nic z tego, próbuje drugi, niestety również nic – i odlatuje w kierunku Poznania, zgodnie z procedurami bezpieczeństwa. Nie wolno próbować po raz trzeci (chociaż panie z linii lotniczych próbowały mnie zapewniać, że jest inaczej i samolot zaraz wyląduje; nie lubię takiej ściemy i traktowania klienta jak durnia). Minęło czasu małowiele i oneż panie ogłosiły, że mamy odebrać bagaż, zaraz zostaną podstawione autobusy i zawiozą nas do Poznania. Bałagan przy tym był nieziemski, ale w końcu wszystkich zapakowano do autobusów i pojechaliśmy. W Poznaniu byliśmy koło 19.00, i oczywiście cała procedura od nowa – check-in, kontrola bezpieczeństwa, paszportowa, no, słowem, wystartowaliśmy dopiero koło 21.00 (a z Gdańska mieliśmy o 13.25). Na miejscu, tj. w hotelu, byliśmy o 4.30 czasu lokalnego, wg czasu polskiego godzinę wcześniej.
Potem było już w miarę w porządku – chociaż z różnych źródeł dowiedzieliśmy się, że awaryjna sytuacja z basenami to ściema; turyści z innych krajów narzekali wcześniej na wystrój, nierówne płytki i takie tam, i kierownictwo hotelu zdecydowało o remoncie (czego dowodziły również inne szczegóły) – ale wczasów w tym hotelu nie przestało sprzedawać! Natomiast niemiłą okolicznością było to, że nie przestało sprzedawać pobytów głównie polskim biurom, bo np. niemieckie rodziny w tym naszym hotelu można było policzyć na palcach jednej dłoni. Ciekawe, dlaczego? (Wrrr).
No ale dość tych narzekań. Pobyt wypadł całkiem fajnie, mimo że do środy wiało potężnie, więc snurkowanie było utrudnione: wiatr = fala, fala = mnóstwo paprochów w wodzie + niebezpieczeństwo niekontrolowanego zderzenia z rafą, a rafa w dotyku działa bezlitośnie, jak gruby pumeks, o czym już kiedyś miałem okazję się przekonać na własnej goleni. Korzystaliśmy jednak z basenu, słońca (z wyjątkiem jednego dnia niebo było bezchmurne) i innych przyjemności, jak egipskie jedzenie oraz napoje rozmaite, a też i gościnność obsługi, bo traktowano nas naprawdę przyjaźnie, momentami, hm, jak rodzinę? (I nie ze względu na napiwki, raczej na to, że przyjechaliśmy tu po raz trzeci).
Chodziliśmy na rafę koło hotelu (z pomostu, głębiej) i nieco dalej (z plaży, płyciej, ale też i dzięki temu znakomite światło do zdjęć!). Małżonka zdecydowała się spróbować nurkowania z butlą, wyszła z wody zachwycona, ale zdaje się, że jej uszy i zatoki ucierpiały przy tym nieco. Popłynęliśmy po raz kolejny na wycieczkę na wyspy koralowe Qulaan, ze snurkowaniem i wyjściem na przepiękny, jasny piasek wysp. Były ryby, były ptaki, a także to samo w połączeniu. Cała reszta już chyba na zdjęciach i w podpisach? Te podwodne są trochę pomieszane, bo podwodny aparat resetuje datę przy każdym włączeniu i wymianie baterii, coś tam mu padło, jakaś mała bateryjka podtrzymująca pamięć, zdaje się. Ale akurat w przypadku tych podwodnych czas nie gra większej roli.





No to tak – w tekście narzekanie, a cała reszta na zdjęciach i w podpisach. Wydaje mi się, że jest pewna równowaga, a nawet przewaga po stronie zdjęć (i podpisów), tym bardziej, że liczy się to, jak się kończy – a kończy się pięknymi widokami 🙂
No cóż, początek faktycznie nie do pozazdroszczenia. Jednakże nasz ulubiony ciąg dalszy nie zawiódł!
W klasyfikowaniu ryb jesteś prawie tak biegły jak w ptaszkach 😉
Parę minut mi to zajęło, z internetem i książkami (stamtąd przywiezionymi) w ręku…
1. I dlatego nie latamy samolotem. Wyobrażasz sobie Jakuba w tej poczekalni? Lepiej nie…
2. Ładne ptaszki! Ale tego z rybą nie wrzuciłeś?
3. W ogóle wszystko ładne! Takie pocztówkowe. Serio, bardzo mi się podoba.
4. Ten „nasz hotel”, to trochę jak moje „nasze mieszkanie” w Casti 😀 Trochę mi ulżyło 😉
Uściski z zimowej wywiejni.
AUTOKOREKTA
No jasne, że wrzuciłeś. Ja po prostu ślepa jestem i nie zauważyłam, że są jeszcze 3 strony zdjęć, co zostawię zdecydowanie bez komentarza…
Rybki super. Ciepłego morza zazdroszczę, jak cholera. I chyba pójdę sobie poczytać coś o Południu dla pocieszenia.
Powiem tak, każda woda, której temperatura pozwala swobodnie się zanurzyć, że tak powiem, poniżej pasa (chociaż na logikę zanurzania – właśnie powyżej), jest przyjazna. I tak właśnie tam było 🙂
Nie, no więc Jakub by tę poczekalnię rozniósł, obawiam się 🙁 a jak nie tę, to autobus (z toaletą zamkniętą, ponieważ bagaże się nie zmieściły w bagażniku, więc upchnięto je w toalecie właśnie), a jak nie autobus, to poczekalnię w Poznaniu, gdzie raczej bez sensu czekaliśmy ok. 2 godzin na zapokładowanie. Jeżeli my sami byliśmy bliscy rozniesienia jednego, drugiego albo trzeciego?
A reszta, no cóż, próbowaliśmy po tych wszystkich minusach wyciągnąć coś na plus – i dość się nawet udało, jak widać.
Jeszcze chwila i dogonisz mnie w wynajdowaniu PLUSów 😉
A co do Jakuba, to i tak wysoko zawiesza poprzeczkę, nawet bez dodatkowych atrakcji, więc chyba pozostaniemy kołami na ziemi. Ostatecznie w takim położeniu też można znaleźć różne atrakcje… Czasami 😀
Ale ten potencjalny (kiedyś) Londyn jednak lekko mnie przeraża, bo trzeba będzie sięgnąć autem.
Google pokazuje do tego „naszego” hotelu z Warszawy – samochodem – 4752 km. 54 godziny jazdy, trochę dużo. Ze 6 dni? Syria, hm, nieciekawa do jechania przez 🙁 no i potem jeszcze prom przez Morze Czerwone, mniej więcej z Szarm-el-Szejk do Hurghady. A potem abarot tyle samo. No i jeszcze parę dni na miejscu by się zdało…
Nie, to ja jednak pozostanę przy oglądaniu Twoich zdjęć 🙂
Z przyjemnością!
A zdjęć jest 68, wyselekcjonowanych z, uwaga, nieco ponad 1100 w sumie 🙂 Ale 80 zdjęć czapli by Was potężnie znudziło jednak.
Mówisz?
PS. Dobranocka piętro niżej.
Pospacerkowe dobry wieczór, Wyspo:)
Pacane ale ciepłe:)
Trochę nas smyrgało po dolnych (obie) i górnych (tę drugą) partiach ciała, ale dało się przeżyć:)
Na „ale ciepłe” muszę sakramentalnie zapytać: Czyżby wiosna?!?
W okolicy Krakowa -już zdecydowanie.
Widziałeś (wiem, wiem, bo dałeś polubienie) moje zdjęcia z dziś i wczoraj na fb.
Tak tak. Trochę wcześnie. Jeszcze pewnie pośnieży i pomrozi trochę.
Taka posiwiała lekko wiosna, bo w lasach śnieg nie stopniał:)
Na różnych północnych skarpach potrafi długo leżeć, podobnie jak w lasach właśnie.
Dobry wieczór na Twoim pięterku, Quacku:)
Zdjęcia obejrzałam, poczytałam też, ale odniosę się za chwil kilka, bo muszę jeszcze zniknąć:)
Dobry wieczór. Spokojnie czekam 🙂
Przeczytałam opis, dotarłam do zachwycającego zachodu słońca i proza życia mnie odciągnęła.
Wakacji zazdroszczę, przygód -bynajmniej. Ja każdą podróż przeżywam jako jeden wielki stres nawet jak wszystko odbywa się bez problemów. Choć przed wylotem do Grecji też miałam emocje dodatkowe.
Za chwilę wracam do dalszego oglądania zdjęć.
Wróciłam do oglądania i …zaniemówiłam z wrażenia.
Te rafy, te ryby…zrekompensowały wcześniejsze zawirowania lotniskowe, choć zapewne lepiej byłoby, aby tych zawirowań nie było.
Cudne wakacje!
A dziękuję. Mamy podobne wrażenia, a już to, że w piątek prawie nie wiało i woda była czyściutka, zapewniło przepiękne wrażenia i zrekompensowało wiele z tych początkowych nerwowych sytuacji.
Cudne są te kaniołki(4) z pierwszego bloku. Tylko koszowóz i na grzyby;)
Człapla skwaszona (9) skradła, moim zdaniem, show, ale synogarlica – serce. Przepiękna. Jak wykute z brązu bóstwo.
W drugim bloku dwa ostatnie zdjęcia są niczym aperitif:)
Bo dalej trudno wybrać z tej mnogości niezwykłych barw i kształtów. Podwodny świat jest jednak pełen niesamowitości. Na coś jednak chyba zdecydować się powinnam, więc stawiam na wargacza, ale tylko dlatego, że jakiś czas temu robiłam biżuterię w podobnych kolorach:)
Perypetie rzeczywiście średnio przyjemne, ale – parafrazując – niemiłe dobrego początki, co po zdjęciach wnoszę:)
Dłuższą chwilę się musiałem zastanowić, co dostrzegłaś na zdjęciu nr 4 z I bloku. A synogarlice faktycznie potrafią przepięknie zaopalizować, porównaj ze zdjęciami z tego samego miejsca sprzed 2 lat (tamże opór pustułek) http://madagaskar08.pl/2022/03/09/egipt-z-powietrza/
Z rybami mam podobnie, wszystko piękne i wszystko kolorowe i ach, jeszcze tam i jeszcze siam, a ówdzie jakie wielkie rybsko! Człowiek nad rafą kompletnie traci poczucie czasu. Tutaj więcej zdjęć b. podobnych ryb http://madagaskar08.pl/2022/03/07/egipt-pod-woda/ – przy czym widzę, że chyba korzystałem z innych źródeł albo pomyliłem ryby, bo nazwy się różnią.
Zerknęłam z przyjemnością w oba linki:)
A o mojej fascynacji podlinkuję Ci jutro taką krótką impresję:)
Jutro, bo nocka jest do spania, nie do podmakania 😉
Obiecany link:):
https:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/kartkazbrulionu.wordpress.com/2020/08/06/skrawek-jesiennej-mozaiki/#comments
Piękne! Prywatny balet, ale to musi być woda przejrzysta i pod spodem jasne tło (piaseczek?), miewam tak na Kaszubach, z tym że tam płycizna, więc i rybie dzieciaki pływają, takie małe, że często nierozpoznawalne (chociaż zimorodkom w to graj). A na końcu to szczupak oczywiście? Widziałem też tylko w wersji bardzo małej (chyba że wywędkowany na brzeg, ale tutaj mowa o naturalnym środowisku, więc…).
Dziękuję.
To teren Parku Narodowego, więc woda bardzo czysta, dno piaszczyste w tym akurat miejscu też:)
Jako dziecko bawiłam się zagarnianiem wiaderkiem takiego drobnego, paromilimetrowego narybku, radosnym oglądaniem przez chwilę i wypuszczaniem, bo bardzo krótko w małym naczynku żył:)
Kochani padam na nos.
Dwa dni pod rząd wstawałam jak dla mnie „za wcześnie”.
Deszczowa pogoda, trochę się jednak dziś naczłapałam…mówię zatem dobranoc.
Chciałabym, aby mi się przyśnił kolorowy podwodny świat taki jak na zdjęciach Quacka.
Spokojnej!
Zanim wszyscy zanurzymy się w podwodne sny, ja jeszcze na powierzchni zostawię lampkę. Niech sprawia, by były dobre i barwne 🙂

A więc jest i lampka. Pewnie też za chwilę umknę…
Ten tydzień mnie wyeksploatował nieco, więc też się już pożegnam:)
Dobrej nocki, Wyspo:)
Spokojnej wszystkim, umykam także.
No i jest lampka,mogę iść spać
Witajcie!
Niedziela się skończyła, mimo niejakich prób wydłużenia 😉 Znów jesteśmy poddani władzy Ciągu Dalszego
I jak upływa Twój Ciąg Dalszy?
Zawirowany?
Jak korko-ciąg…
Korkociąg daje nadzieję na lampkę czegoś dobrego do picia!
Idea korkociągu (w sensie platońskim) może co najwyżej otworzyć ideę butelki…
Idea wina bardzo mi się podoba. A jeszcze bardziej – wino idealne!
Dzień dobry. Powrót do rzeczywistości jest bolesny, jedyny plus, że wodę do mycia zębów mogę lać z kranu, a nie z butelki… 🙂
Całą resztą zajmie się jednak pani Gienia. Poprosimy!
Pochmurnie witam!
Dobre śniadanie od Gieni mile widziane.
Tu też pochmurnie. I siąpi od czasu do czasu.
Bieganedzień dobry, Wyspo:)
Pogodowo na czwórkę z plusem, działaniowo na… mocną czwórkę;)
Dzień dobry, sampoczątek nowego zlecenia – według planu. Plus pozałatwiane rozmaite sprawy, nawarstwione w czasie urlopu, więc generalnie chyba też mocna czwórka?
A teraz już na przerwę.
Czyli napis na transparencie: WITAJ W CODZIENNOŚCI! z kolorowych literek ułożony:)
Dobry wieczór, Quacku:)
Tak. To już wolę to HAPPY BIRTHDAY w egipskim hotelu na 50. urodziny
Na pięćdziesiątkę to sobie fundnę coś w typie:
Pół wieku, człowieku… albo Pięćdziesiąt lat minęło jak jeden dzień…
Albo poczekam do pięćdziesiątki czwórki i zażyczę sobie odśpiewania:
Dzisiaj twoje osiemnaste urodziny!
Co z tego, że trzeci raz 😉
Oo, te pięćdziesiąte czwarte brzmią nieźle! Chyba pójdę w tę stronę 🙂
I te trzy torty w perspektywie… 😉
Ooo! Wchodzę w to!
Kiedyś wobec pewnej damy, chóralnie komplementowanej za „wygląd osiemnastki” podbiłem poprzeczkę, mówiąc, że wygląda jak trzy osiemnastki na raz! Eskalacja komplementu została przyjęta raczej chłodno… 😉
Notuję pilnie w kajeciku: „W takich przypadkach nie licytować wyżej!”
Nobody’s perfect…
Dobry wieczór, Leno!
I dobrze. Chodzący ideał byłby nieznośny:)
Przedobrzyłeś… 😉
Dobry wieczór, Tetryku:)
Dobranocka.
Dzisiaj taki utwór sprzed wielu lat, który bardzo mi przypasował.
Od Tori Amos, mistrzyni nieoczywistych melodii i harmonii.
Snów o szczęśliwych duchach!
Naspacerkowo zabałamucone dobry wieczór, Wyspo:)
Wieczór całkiem przyjemny, w Lesie powietrze chłodno-wilgotne, ponoć dobre na urodę, więc aplikowałyśmy (z niewiedzy jak lepiej działa) zewnętrznie i wewnętrznie. A na cuda chyba jeszcze trzeba poczekać, myślałam, że do jasnego, ale może do rana, bo w domowym świetle ja poznałam Rudą, Ruda poznała mnie… 😉
Dobry wieczór. A po czym się to spacerowało dzisiaj? Po twardym, po miękkim, po błocie, po śniegu, po lodzie?
Trochę po śniegowo-lodowych wysepkach (tych najwięcej między drzewami), trochę po błocie (na polnej drodze), trochę po asfalcie:) Na lód nie wchodziłyśmy, bo noc i trudno ocenić po ciemku, jak tam z twardością.
Czyli zimowo, w porywach przedwiośniano. Z racji że wysepki, a nie jakaś większa połać.
Tak, czarno-mszyste przebija tu i ówdzie:)
Ale ponoć pani Zima nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa i znowu ma być biało:)
Taa, żeby tylko przyroda na tym za bardzo nie ucierpiała
U nas marzec przeważnie pod śniegiem.
I pąków też jeszcze nic nie puszcza na razie, więc trzeba być dobrej myśli:)
Zobaczymy, ile roślinki tak potrafią balansować, żeby nie pąknąć.
Roślinki bywają mądrzejsze od nas — my łatwiej pąkamy…
Na wszelki wypadek zapalę dobronocną lampkę, żeby nie stresować oczekujących…

Hm, to ja niedługo umknę, bo jeszcze nie przeszedłem z trybu urlopowego w tryb pracowy…
To miłych snów, Panowie:)
Chyba też już pójdę spać, bo widzę, że się zaczynam potykać na schodkach… 😉
Dobrych snów! Niech to nawet będzie idea trzech tortów! 😉
Chciałam zaczekać na Makówkę, ale już nie dam rady:)
Dobrej nocki, Wyspo:)
Miło z Twojej strony Leno!
Już jestem!
Dobranoc!
Spokojnej wszem wobec!
ha! Godzina ta sama, ale mój komentarz jest wyżej.
Ano 🙂
Dzień dobry, dzisiaj już wstanie wymagało nieco wysiłku, a co dopiero obudzenie się!
Kawa w tym pomaga, więc, pani Gieniu, poprosimy.
Witajcie!
Gienię poproszę o mocną herbatę i dobre śniadanie.
Herbata także, więc poranna przytomność umysłu godna wtorku:)
Dzień dobry, Quacku:)
Mam takie pytanko (*a nawet dwa – jak się okazuje) natury chybalogistycznej:
Najpierw wstajesz, potem się budzisz?
Czy to nie jest niebezpieczne? 😉
Dopóki dzieje się to w znanym mi mieszkaniu – nie. Gdyby to było np. w hotelu, to tak. Dlatego w nieznanych miejscach najpierw staram się obudzić, a potem wstaję.
A, to ja w podobnie przyjaznych warunkach mam tak dotelefonu – najpierw idę, potem się budzę 😉
Witajcie!
Dziś zamiast pójść do roboty zrobiłem sobie dzień biegania
Witaj!
Czyli innego rodzaju wirki?
Jeśli wir pracy kręci się zbyt szybko, to dla odmiany rozrusznik w moim aucie kręcił się zbyt wolno i musiałem wymienić akumulator…
I jak się czuje pacjent po wizycie u autoktora?
Dzień dobry, Tetryku:)
Dobrze. Startuje bez wahania! 🙂
Nieoczekiwaniejużdomowe dzień dobry, Wyspo:)
A skoro dobry los (a może bardziej wypada napisać: Dobry Los) podarował mi kilka wolnych chwil, to sobie popojemniczkuję, bo stare koszyki zmieniły właściciela, a powstały po nich nieład w szafkach łazienkowych jest nie tyle twórczy, co – irytujący:)
Podobno to kobiety zwyciężyły w ostatnich wyborach. Idę to sprawdzić w konfrontacji z krakowskimi posełkami…
Ja też, ale ja dopiero na godzinę 18, a Ty?
Podobnie jak wczoraj – norma wykonana, parę rzeczy poza tym załatwionych.
I na przerwę.
Spacerek:)
Dobranocka.
Dzisiaj tak.
Snów bezpiecznych 🙂
A ja z pewnym takim westchnieniem wracam do kręcenia. Wrócę, jak będę.
Po dwóch spotkaniach jestem i pobędę… 😉
Dobry wieczór, jestem z powrotem, pobędę również, jak Mistrz T.
Też się pospacerkowo melduję:)
Pochłodniało ale bezśnieżnie.
Dziś trafiłyśmy do Białego Zakątka, więc apetyt na lutowy śnieg nieco zaspokojony:) Trochę tropów zajęczych, plątanina łosich kopytek, trochę szponów dużych, więc chyba kruczych:)
A wierzby i brzozy jakby odrobinę zziębnięte, a może tylko skromniejsze na tle dorodnych sosen i jałowców:)
Dobry wieczór, Wyspo:)
Dobry wieczór. A jaka szansa na to, że szpony nie tylko krucze? Nie żeby kruki były be, wręcz przeciwnie, z mojej wiedzy wynika, że inteligencją przewyższają drapole takie jak myszołowy czy bieliki.
Raczej marna tym razem:)
Ewentualnie można by obstawiać wrony mutantki, bo sowy, jastrzębie czy orły mają jednak zupełnie inne ślady:)
A, to okej, szacunek. Zaczaiłbym się za jasnego z aparatem 🙂
Na kruki?
Nie musiałabym jechać do lasu:)
Kiedyś już pisałam, że kruki upatrzyły sobie jeden z Miasteczkowych trawników, a zdarza się, że urządzają sobie spacery na przeddomowym zieleńcu, tym samym, do którego Psiuła rości sobie wszelkie prawa:)
Tyle że one przylatują, kiedy chcą, bez zapowiedzi, o różnych porach dnia i roku:) Odlatują też:)
Och, idealna sprawa dla mnie – miejsce pracy z widokiem na zieleniec i aparat pod ręką 😀
A ja widuję je zazwyczaj, gdy wychodzę:)
Hmm, czyli jest jakaś prawidłowość
Trochę szponów na śniegu dość makabrycznie mi się skojarzyło! 😉
Och, tylko trochę
Tak:
https:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/kartkazbrulionu.wordpress.com/2017/04/19/las/#comments
?
🙂
Tak to zabrzmiało…
A i zapomniałam się pochwalić, że pojemniczki zrobiłam i postawiłam w najcieplejszym miejscu podłogi, więc mam nadzieję, że jeszcze dziś zlikwiduję szafkowy nie(po)rządek 🙂
Jedno spotkanie „na żywo”
https:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/www.facebook.com/events/774122597863389?ref=newsfeed , potem drugie na Zoomie.
Teraz jeszcze myk na Wyspę.
Bardzo dobry myk!
Tu można posłuchać:
https:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/fb.watch/qbG0ndMBke/
Był myk na Wyspę, teraz będzie myk
Poczekam tylko na lampkę i idę lulu.
Spokojnej!
Fakt, pora na lampkę. Słabo się dzisiaj udzielałem, ale lampkę zapalę 🙂

Jest lampka to mówię dobranoc.
I tu też spokojnej
Jutro (czytaj: dziś) mam taką porannie serduszkową imprezę okolicznościową i muszę być w miarę przytomna, więc:
dobrej nocki, Wyspo:)
Spokojnej! Też będę umykał.
Witajcie!

Z okazji Dnia Wszechogarniającego Zakochania Zyczę uśmiechu, poczucia szczęścia i motylków w brzuchu 😉
Dzień dobry, całkiem już obudzony. I tak od razu zaczynamy od czekoladek? 😉
To ja jeszcze poproszę do nich kawę.
Pani Gieniu?
Słonecznie i walentynkowo witam Wyspiarzy!
Dzień dobry, tutaj też całkiem słonecznie! 🙂
Poimprezowe dzień dobry, Wyspo:)
Było serduszko-pierniczkowo, serduszko-lizakowo, serduszko-liścikowo i serduszko-maskotkowo czyli słodko, radośnie i zabawnie:)
I miło gdy niektóre bardzo już dorosłe osoby otrzymały honorowy tytuł Pani (Bo tego… pani to nas tak tego… no… Co? Właśnie! Motywuje! Że… że kur… – groźne spojrzenie nr jeden pani motywującej – …de, tego! I jest pani dla nas taką… no… tą… Co? No właśnie! Inspiracją! Że ten…) Inspiracji oraz zbiorową pluszową (No to my chcemy… ten… podziękować… że jest pani taka… taka… zaje… – groźne spojrzenie nr dwa pani obdarowywanej – Co? No! …fajna.. i tego… to dla pani…) walentynkę z (…a tam jeszcze pani sobie poczyta, co… chmmm… jest napisane… – wymiana triumfalnych uśmiechów wręczyciela i obdarowywanej – i… tego… od nas wszystkich… i te… podpisy też… poprawnie… jak pani uczyła, że narpiew – tu kamienna twarz pani obdarowywanej, rozumiejącej, że wzruszenie może odebrać mowę charakteryzującą się znajomością zasad gramatycznych – imię… No! Co? Sam wiem, że już dawać! Ten… Proszę!) okolicznościową laurką:)
A na przypieczętowanie miłośnego dnia proponuję wysłuchanie naszego ojczystego hymnu walentynkowego:
😉
Zawsze uważałem, że układy ściśle podwójne są dla zakochania pewnym ograniczeniem. Z tej entuzjastycznej relacji widzimy, że układ gwiaździsty może mieć wiele zalet!
No ba! 🙂
Ale rzeczywiście, te dzieciaki jak gwiazdki promieniały, choć i jak gwiazdki są wciąż najeżone, gotowe do zranienia, zanim ktoś zrani je:)
Tyle w nich nieufności (uzasadnionej) do tych, którzy chcą być dla nich mili, długo trzeba się przebijać przez ten mur, o wiele łatwiej im złapać kontakt z tymi, którzy wciąż na nie warczą, więc tym radośniej patrzyło mi się dziś, że są tacy odprężeni, trochę onieśmieleni, nawet zalęknieni, bo niepewni, czy walentynka jest lepszym sposobem na okazanie zainteresowania niż znana im (zazwyczaj tylko) rubaszność. Okazywanie pozytywnych (szczególnie tych najważniejszych) uczuć nie jest łatwe, w nastolęctwie dużo trudniejsze, a u takich młodych osób, które nie tylko nie mają dobrych wzorców, a wręcz mnóstwo złych doświadczeń z odrzuceniem – chyba najtrudniejsze.
I tak – nie wypieram się własnego entuzjazmu:)
Bo takie inicjatywy zawsze niosą za sobą ryzyko (nawet mimowolnego) skrzywdzenia czy zranienia, więc fajnie gdy udaje się je choćby zminimalizować:)
Dzień dobry, Tetryku:)
Dzień dobry, Leno!
Tak, ten wzajemny entuzjazm dało się wyczytać w tej krótkiej notce — i to jest właśnie piękne!
Dało się wyczytać? To bardzo mnie to cieszy:)
Zawsze niesamowicie denerwuję się przed takimi imprezami, bo chciałabym, żeby chociaż na tych zajęciach spotykało ich jak najmniej przykrości, żeby mieli takie miejsce i chwilę, w których nie muszą skupiać się na walce z całym światem, żeby mogli się trochę wyluzować i okazać przyjazne uczucia nie tylko sobie nawzajem, ale także sobie (często bardzo pogardliwie i krzywdząco przez siebie traktowanym) samym:)
Masz prawo do dumy Leno!
Do dumy pewnie trochę też, więc dziękuję, choć to dzieciaki robią gro roboty:)
Ale powód do radości wystarcza mi zupełnie:)
Dobry wieczór, Makówko:)
Dobry wieczór!
Pięęęknieeee! 😀
Dzię(wzrusz! wzrusz!)ki:)
Dobry wieczór, Quacku:)
Po pracy i – jak zwykle – załatwianiu różności. Ale dzisiaj już coraz mniej ich było.
I na przerwę.
Dobranocka.
Dzisiaj a propos okazji 🙂
Snów, no, okazjonalnych!
Mroźnie i gwiezdnie:)
I księżycowo, choć odrobinę mgliście nad dookólnym światem:)
Droga podmarzła, więc horrorystyczne nieco odgłosy mlaskania zostały nam dziś oszczędzone i nie musiałyśmy się zastanawiać, czy aby kresem naszej wędrówki nie będzie takie na przykład piekło;)
Pospacerkowe dobry wieczór, Wyspo:)
Dobry wieczór. Jak podmarzła, to zamiast mlaskania było trzaskanie, nespa? 🙂
Bjęsjuhr!
Trzaskanie (diabelskich bacików?), chrupanie, hurgotanie 😉
Chrupanie też mi się podoba! Tu na razie plusowa temperatura, nawet słonecznie, więc nie ma szansy na chrupanie ani trzaski.
We dnie i u nas było słonecznie z małym plusem, teraz jest -1, a poza Miasteczkiem, tam, gdzie spacerowałyśmy, było -5:)
Co za luty!
Marcowy:)
Ej, to marzec będzie kwietniowy, kwiecień – majowy itd.
To może od razu przesuńmy kalendarz o miesiąc, po co się tak nadwyrężać?
Warte rozważenia:)
Czesi mają kwiecień w maju, czerwiec w lipcu, to czemu my nie moglibyśmy miesiączków popędzić:)
Uwzględnijcie jednak śnieg na Wielkanoc! 😉
Śnieg ukradli płacze Makówka.
Tetryku, masz na myśli ten majowy śnieg, co w 1986 padał na pochód?
Czemu my?
Niech Wielkanoc sama wokół swoich spraw chodzi, w końcu jest ruchoma 😉
Czy mlaskanie jest atrybutem diabła? Bo chyba znam kilkoro podejrzanych…
Samo mlaskanie to nie wiem, Tetryku, ale mlaskanie czarnej maziai na czarnym trakcie czarną nocką jakoś dziwnie jednoznacznie skojarzyło mi się z drogą ku piekłu;)
Ależ Leno, jak tu grzeszyć w takich warunkach?
Niechcący 😉
Będę wkrótce umykać i walentynkowo się żegnać…
Ale na lampkę poczekam:)
A ja się już pożegnam, jeszcze przed lampką, pardon, ale morzy mnie przeraźliwie dzisiaj… Dobranoc!
Skoro jest zapotrzebowanie, zapalam lampkę 😉 Dobrych snów, Wyspo!

Dziękuję Tetryku.
Dobranoc Wszystkim!
No to ten… dobrej nocki, Wyspo:)
Witajcie!
Ciekawe, jaką porę roku będziemy mieli dzisiaj? Może komuś przyśniło się coś ciekawego w tę wiosenną, lutową noc?
Dzień dobry, nic mi się nie przyśniło, a w każdym razie nic nie pamiętam
Już załatwiłem od rana parę spraw pilnych, więc czas na (drugą?) kawę.
Pani Gieniu, poprosimy!
Pochmurne dzień dobry!
Jednak potem zrobiło się słoneczko, które zachęciło do małego spaceru.
Było tak ciepło, że widzieliśmy rodzinkę z dziećmi na rowerkach. Dzieciaki były w krótkich spodenkach i podkoszulkach z krótkim rękawem.
Przedspacerkowe dzień dobry, Wyspo:)
Za widna było słonecznie, wiosennie niemal, bo poszarzała zimowo trawa w blasku nieco się szmaragdziła:)
Co do snów natomiast…
Jak myślicie, czy całą noc śnił mi się przyjazd mojej ulubionej (wspominanej tu) kuzynki, a wyrwał mnie z tego snu telefon od tejże kuzynki, że się do mnie w przyszłym tygodniu wybiera? 🙂
Będzie nobelonik z wizyty kuzynki?
Wciąż mam nadzieję, że jednak nie będzie wizyty;)
Ale nawet gdyby, to kuzynki tematem nobelonu nie uczynię, bo jej zachowanie nie wynika z charakteru czy osobowości, a z sytuacji, w jakiej się znajduje. I – tak – jest ono wkurzające, ale na pewno nie do naśmiewania się. Już prędzej stanie się bohaterką obrazka, jeśli zgodzi się, bym to opisała, bo bez zgody osoby zainteresowanej nigdy obrazków nie upubliczniam:)
Mogę natomiast kiedyś wstawić nobelon, o którym jakiś czas temu wspominałam Quackowi:)
Dobry wieczór, Makówko:)
Dobry wieczór, Leno!
Myślę, że nie całą noc, tylko ostatnią snu odsłonę, kiedy kuzynka już łapała za słuchawkę…
Podobno sny sprawdzają się na ogół na odwrót — może ci się upiecze?
Może nie była to cała noc, ale budziłam się czterokrotnie, żeby tę fabułę (nieskutecznie, niestety) przerwać i pierwszy raz była trzecia, a ostatni – wpół do siódmej:)
Nie wyklucza to, oczywiście, wspomnianej przez Ciebie, długofalowej interakcji kuzynki z telefonem:)
Dobry wieczór, Tetryku:)
No więc dzisiaj był dzień zerowo-pracowy, dies sine linea 🙂 ale załatwiłem naprawdę sporo innych spraw, sam i w zespole, więc absolutnie produktywny. I byłem na spotkaniu z fajnymi osobami, jak na załączonym obrazku.
A teraz na przerwę.
O! Napiszesz coś o tym spotkaniu?
Tak żeby – powiedzmy – wpis, to niekoniecznie. Ale mogę zreferować wieczorem, jak już na dobre wrócę z przerwy.
Już jestem.
Na spotkaniu mowa była tak naprawdę o zmianach pokoleniowych: do czego jest przyzwyczajone pokolenie urodzone i wychowane – przynajmniej początkowo – jeszcze w PRL (czyli np. ja i prowadząca spotkanie Dagny Kurdwanowska), a co wcale nie jest normą dla pokolenia dzieci takich ludzi; o „zmianie warty” na rynku pracy, o tym, czego kto oczekuje od pracodawcy lub pracownika i powodach, dla których takie oczekiwania się rozmijają; o różnicach w podejściu do świata i ludzi (np. „Ale jak to, tato, jak miałeś tyle lat co ja, nie było Internetu?!? JAK TO NIE BYŁO INTERNETU?!?”), ale także o tym, że ci pierwsi (starsi) byli wychowywani w pewności, że będą mieli podstawowe środki do życia, jak woda i powietrze, a teraz takiej pewności dla dzieci nie ma (bo z wodą w zw. ze zmianami klimatycznymi mogą być problemy, a w powietrzu bywa coraz więcej smogu i takich różnych). O pokoleniu globalnym, które wcale się nie czuje przesadnie przywiązane do miejsca, gdzie się urodziło, o plusach i minusach tego stanu rzeczy. O podejściu starszego pokolenia „kiedyś to były czasy, teraz to nie ma czasów”, a jednocześnie o tym, że jak obie strony chcą, to mogą się od siebie wiele nauczyć. Chyba mniej więcej ważniejsze punkty zreferowałem.
O internecie to słyszałem anegdotę z jeszcze lepszym dialogiem:
– Stary, dowiedziałem się, że w PRLu nie było internetu!
– Nie było internetu? A przez ile godzin?
Co do powietrza, to obiektywnie jest raczej lepiej niż dwa pokolenia temu; tyle że temat ten nie istniał w publicznej dyskusji, więc mniej uwierał mentalnie.
Tak, z powietrzem może jest i lepiej, ale też temat wzrostu temperatur, potencjalnej, a coraz bardziej realnej suszy etc. niestety aktualny, to też w ramach tej niepewności 🙁
Ciekawe. Dobry temat do rozmowy na Wyspie, ale ja się nie włączę, bo już jestem ogarnięta Reisefieber.
Zmierz temperaturę!
To musiało być interesujące spotkanie.
Z moich obserwacji wynika (co, zresztą, zawsze artykułuję, gdy zachodzi możliwość:)), że moje pokolenie miało dużo łatwiej pod wieloma względami, niż pokolenie Smarkactwa. Przede wszystkim od nas samodzielności wymagano dopiero po zdobyciu wykształcenia, i nikt nie poddawał w wątpliwość, że w jego zdobyciu pomogą nam rodzice, jeśli tylko zdecydujemy się kształcić. Dziś rodzice często nie mają takiej możliwości pomocy i dzieci muszą sobie radzić same.
Jest, oczywiście, mnóstwo zjawisk pozytywnych w popeerelowskiej rzeczywistości, ale to, o którym wspominam, uważam akurat za negatywne.
No więc właśnie. O tym też była mowa, że w tej chwili młodzi ludzie coraz częściej – w miarę świadomie – rezygnują z wykształcenia, żeby wcześniej wejść na rynek pracy. Z różnych względów, żeby zacząć zarabiać i się usamodzielnić, głównie.
I tu się zaczyna coś, co nazywam błędnym kołem, bo brak papierka (nie zawsze jest to równoznaczne z brakiem umiejętności) blokuje dostęp do lepszego stanowiska (lepiej płatnego, dającego więcej możliwości realizowania się), trzeba się dokształcać, często kosztem zdrowia, czasu przeznaczonego na odpoczynek po pracy… Ani dobrze się nie pracuje, ani nie przyswaja w odpowiednim stopniu wiedzy, a to z kolei prowadzi do zmniejszenia jakości wykonywanych czynności w czasie teraźniejszym i przyszłym…
Dokształcanie się jest w wielu (większości?) zawodów obecnie stanem permanentnym, tylko że szkoły nie uczą poszerzania wiedzy…
No cóż, Junior dość świadomie poprzestał na licencjacie i obecnie pracuje, nie żeby robił jakąś szaloną karierę… Ma papier, aczkolwiek nie taki, jakby mógł – ale tak wybrał. Ciekawe, czy, a jeżeli tak, to kiedy pożałuje, że nie zrobił tego mgra.
O tym piszę, Tetryku.
Papierek nie jest równoznaczny z faktycznym stanem wiedzy/umiejętności/kwalifikacji. Jest raczej sztuką dla sztuki. Bez niego – ani kroku dalej, z nim jakość zdobytej wiedzy taka sama jak bez niego…
Wiesz, Quacku, ja nie jestem kapłanką tytułów naukowych, uważam, że powinno się weryfikować umiejętności, nie – papierki, bo to jest zdrowe podejście, korzystne dla pracodawcy i pracownika. Ale brakuje rzetelności – papierek/tytuł nie dają gwarancji jakości oferowanej usługi, a powinny dawać.
To nie do końca tak. Zawsze wielu młodych ludzi kończyło naukę i wkraczało na rynek pracy, bądź z pilnej potrzeby materialnej, bądź z braku motywacji do dalszej nauki – w czasach PRLu motywacja materialna do zdobywania wykształcenia bywała wręcz ujemna!
Obecnie wykształcenie jest bardziej kosztowne, a znaczenie formalnych tytułów, ich prestiż, coraz bardziej traci na znaczeniu. Z drugiej strony, podjęcie pracy nie musi oznaczać rezygnacji z podnoszenia kwalifikacji; problemem jest znalezienie takiej pracy, która by to wspierała. Chyba jednym z głównych problemów jest upadek średniego szkolnictwa zawodowego…
Toteż napisałam o deklaracji zdobywania wykształcenia w moim pokoleniu:)
Teraz często dzieci chciałyby się uczyć, ale rodziców nie stać na utrzymywanie ich, więc zamiast do technikum (że o liceum ogólnokształcącym nawet nie wspomnę), dziecko idzie do zawodówki, i, ewentualnie, dokształca się, już pracując.
Czym innym jest poszerzanie kwalifikacji, a czym innym zdobycie takiego szczebla wykształcenia (np.: matury), by te kwalifikacje móc poszerzać.
To miałam na myśli pisząc o braku pomocy ze strony rodziców.
Natomiast upadek placówek średniego kształcenia zawodowego to jeszcze inna bajka…
Dobranocka.
Była już kiedyś, i to nie raz. No ale to taka dobra rzecz, że pewnie jeszcze będzie.
Temat Hansa Zimmera z filmu „The Rain Man”.
Snów o miłości, również braterskiej.
Wciążprzedwiośnianie w Miasteczku, bo ciepło całkiem i wilgotno nieco.
A plenerzyło się raczej zimowo – odrobinę mroźnie, i gdzieniegdzieśnieżnie jeszcze, i brylancikowo na gałęziach też:)
Dobry wieczór, Wyspo:)
Dobry wieczór. Pasjami uwielbiam czytać te opisy, zwłaszcza z brylancikami na gałęziach i innymi klejnotami.
Tak, to jest ten rodzaj biżuterii, który najbardziej mi się podoba 🙂
Myślę, że po przymierzeniu Twoje upodobania nieco by się zmieniły, Tetryku 😉
Och (i tu robi się strasznie, adresat dostaje gęsiej skórki, życzliwy uśmiech zamiera mu na wargach, a na szyi zaczynają pracować ścięgna irytacji)! Przypomniałam sobie kolejną baśń o kolejnej Kapryśnej Królewnie
Brrr! 🙂
Cóż, jeżeli chodzi o biżuterię, jestem wyłącznie wzrokowcem, bezpośredni kontakt w tej kwestii mnie nie interesuje.
Nie wiesz, ile tracisz, Tetryku 😉
Dziękuję, Quacku:)
Bardzo miło mi to czytać:)
Zdaję też podobne relacje Smarkactwu. Z wydarzeń dnia codziennego i ze spacerków właśnie, i jeśli czasami tego spacerkowego sprawozdania nie napiszę, dostaję listę pytań, skarg i wniosków, oraz kategoryczne prośby, bym jednak napisała, co na spacerku było:)
Nie ma się co dziwić!
Ym. Mszczą się na mnie mamelkowe surwiwale wakacyjne 😉
Kusi mnie, aby włączyć się do Waszej dyskusji.
Dlatego postanowiłam się pożegnać i wyłączyć laptop.
dobranoc!
Spokojnej!
Dyskusja się rozwija interesująco, ale jednak jutro dopiero piątek, więc trzeba zapalić lampkę i iść spać. Dobrej nocy!

Spokojnej. Też będę powoli zmykał.
Jutro mam (chyba że o czymś nie wiem) luz-blues, ale – jak wszyscy, to wszyscy:)
Miłej nocki, Wyspo:)
W niebie same dziury?
Dzień pokazał, że raczej w serze:)
Wielka mnie ciekawość bierze –
skąd się biorą dziury w serze?
Myślę o tym na spacerze,
myślę, kiedy w łóżku leżę,
przy obiedzie, przy deserze –
skąd się biorą dziury w serze?
Przypuszczenia różne mnożę –
może ktoś je wyciął nożem?
Może to są skutki dłuta?
Może piła była tutaj?
Nie?
No to może jest maszyna,
co te dziury tak wycina,
nie?
Ser dziurawy jest jak sito –
może dziury czymś wybito?
Może strzelał ktoś z dwururki
i wystrzelił w serze dziurki?
Może winić trzeba ptaki,
że ten ser dziurawy taki?
Może dzięcioł dziobem pukał?
Może to jest wina kruka?
Może wróble albo gile
wydziobały dziurek tyle?
Nieee?
No to może jakieś zwierzę
buszowało po tym serze?
Może najeżone jeże
urządziły tu wieczerzę?
Może z ZOO przyszedł tygrys?
Może lew te dziury wygryzł?
Także nie?
Wymyśliłam przyczyn sporo,
skąd się dziury w serze biorą,
i wciąż słyszę: – Nie! – i – Nie!
No więc proszę: – Kto z was wie?
Niech zabiorą głos eksperci,
kto te dziury w serze wierci.
Ja – we wszystko wam uwierzę,
nawet w krasnoludka w serze.
(Dziury… – W. Chotomska)
😉
Dzień dobry, Tetryku:)
Dobry wieczór!
Ad ja idę do wujaszka. Wujaszka Wani…
Znowu do teatru?
Witajcie!
W Krakowie kolejny dzień lutej wiosny, nieco jednakże osmożonej…
Dzień dobry, koniecznie muszę się obudzić.
W tym celu wiadomo co. Poprosimy!
Słonecznie, wiosennie witam!
Kochani, zaraz przychodzą goście, więc dzień/ wieczór będę dzisiaj miał pewnie poprzestawiany. Na razie!
Miłego integrowania się, Quacku:)
I – dzień dobry:)
Kochani niedługo wybywam, odezwę się, jak wrócę…
Kochani, póki co jestem. Wybywam o 3. Odezwę się za tydzień.
Zwiedziały się myszy,
że zegar nie słyszy…
Nie wiem, skąd się zwiedziały, ani co usłyszały, ale dzień miałam wizytowy tak ekstremalnie, że jedna z wizyt prze(he!he!)szła na spacerze:)
Tak więc z relaksu na Dysku niewiele wyszło:)
Nic to, może jutro się podyskuję🙂
Dzień dobry, Wyspo:)
Acha…
To takie buty…
No to idę się dospacerkowo cyklować 🙂
Cyklowanie w butach? Hmmm…
No ten… raczej z butów wyrywa. Dwudziesty drugi tom Dysku kończę 🙂
Ależ z Waćpani wytrwała cyklistka!
🙂
I wciąż Cykl o Czarownicach ma u mnie pierwsze miejsce:)
Już wróciłem od wujaszka 🙂
I jak?
Wizyta udana?:)
Dobry wieczór, Tetryku:)
Bardzo udana! Ale kolację sobie sam musiałem zrobić w domu! 😉
Cieszę się, że wrażenia pozytywne:)
Sam? Coś podobnego! Ty też? 😉
Wespół w zespół byłoby przyjemniej… ale ciągle te 8 godzin… 🙁
Można by się wybierać na kolację, a zawitać na śniadanie 😉
Gwiazdy. Księżyc. Cichy wiatr. Szmer gałęzi.
To plenerkowo. I wzgórze, z którego można dostrzec pajęczynę ścieżek w bezlistnym jeszcze Lesie:)
A miasteczkowo, prócz gwiazd i księżyca, jeszcze pierwsze kotki na tych samych, pokazywanych w zeszłym roku, wierzbowych witkach:)
Domowo natomiast zapach drożdżowego ciasta, bo baaaardzo zachciało mi się chałki. Takiej z mnóstwem waniliowej kruszonki i cytrynowym lukrem. Więc upiekłam, a gdy ostygnie, ukręcę lukier, poglazuruję, poczekam, aż stężeje i… pewnie będzie pora iść spać 😉
Gwiezdno-lukrowane dobry wieczór, Wyspo:)
No, dla mnie byłaby to pora sięobżerania!
Jakoś, chorera, opornie stygnie.
Może to dlatego, że ma 43 cm długości, 23 cm szerokości i 8 cm wysokości… 🙂
Dobry wieczór! Dzisiaj dla gości zrobiłem dwie blachy tych tam ciasteczek francuskich (z gotowego ciasta, więc „zrobiłem” się liczy połowicznie).
A opis ze spaceru chyba pierwszy raz taki, hm, panoramiczny, ogólny, pejzażowy, mam wrażenie, że dotąd się skupiałaś na szczegółach (takich jak na koniec te kotki i witki).
Podobno prawdziwego cukiernika poznać po tym jak kończy, nie – jak zaczyna 😉
Panoramicznie, bo dziś z górki było:)
A przeważnie po płaskawym chodzimy:)
A to dziękuję, wszyscy zachwyceni, tylko Junia mniej, bo z owocami nie jada, a czekoladowych z Nutellą zrobiłem eksperymentalnie kilka. Ponieważ eksperyment się powiódł, produkcja będzie kontynuowana przy najbliższej okazji.
A, z górki, no widzisz. Przy widoku z górki kojarzą mi się te przekrojowe malowidła Breugla z dziesiątkami (setkami?) ludzików.
To dalszych sukcesów kulinarnych życzę:)
Pod naszą było pusto, ale Breugel trochę tych obrazów z górki namalował. I rzeczywiście – bywa nawet nazywany Człowiekiem od ludzików 🙂
No to każdy ma swoja specyfikę, malarz – ludziki, a Ty – pusty pejzaż. Z pięknymi detalami 🙂
Dziękuję:)
Tak. Bezludny.
My, zresztą, szukamy bezludności:)
Jak ja nie lubię się pakować!!!
(czy ja już tego nie mówiłam na Wyspie?)
Wpadł syn z bułkami i drożdżówkami na drogę i zadał (głupie!!!) pytanie -po co ci taka duża walizka?
Taż przecież inne ubranie na narty, inne na zwiedzanie Sarajewa, a inne na pogaduszki a inne na ewentualny basen.
O godzinie 3 w nocy muszę wyjść z domu, auuuuu
Nie będę zaglądać na Wyspę, bo Sarajewo to niestety nie UE.
Pomyślności w podróży i podczas zwiedzania!
Kładź się spać czym prędzej, a potem udanego zwiedzania!
Ależ zwiedzanie to przy okazji. Ja tam jadę na narty!
Będziesz zjeżdżać z wilczkiem Vuczko! 😀
Co????
Maskotką igrzysk w Sarajewie 🙂
Zapomniałam. Skołowana jestem tym pakowaniem i wstawaniem w nocy.
To już tylko cztery godziny… 😉
Udanego pobytu, Makówko:)
I – dobry wieczór:)
Dobry wieczór, jedyne, co ratuje zasiedzianych gości, to to, że to jedni z najmilszych znanych mi ludzi.
Lecę po dobranockę.
Właśnie skończyłam podklejać swoje ukochane buty:)
Pierwszy raz w życiu bawiłam się w szewca i jestem ciekawa, co z tego wyniknie:)
A bawiłam się, ponieważ znany mi od lat i ceniony pan Szewc zakończył swoją działalność, a nowego jeszcze nie udało mi się namierzyć. Tamten był naprawdę dobrym fachowcem. I to wcale nie dlatego, że miał maturę:)
Dobranocka.
Dzisiaj Sir Paul w jednej z piękniejszych piosenek solo.
Że dynamiczna ta dobranocka? Ale dzisiaj piąteczek! 🙂
Snów o pozytywnych zdziwieniach.
Lampkę poproszę…
Jest dobranocka, jest i lampka 🙂 Spokojnych snów!

Spokojnych!
Dobranoc!
Pa!
Dobrej i tobie!
Ponieważ zaraz będę lukrować swoją giga-bułę, życzę:
słodkich snów, Wyspo:)
Dobranoc! Ja też umykam.
Jedziemy.
Dzień dobry!
Tu słońce,a u Was jak?
A u nas zadeszczyło… Ty już jesteś tam?
Chorwacja teraz,to jeszcze potrwa.
Witajcie!
Sobota jak zwykle: zakupy, potem śniadanko…
Dzień dobry, wyspane po raz pierwszy od powrotu, zaraz jeszcze zakupy, a potem to już generalnie pobędę.
Ale kawa musi być. Poprosimy.
Już Chorwacja.Jeszcze UE.
Szerokości!
323 km do Sarajewa.
I sienam zrobiła świszcząca sobota, więc po śniadanku głównie kocyk i lekturka, z półtoragodzinną przerwą na spacer.
Zamiejsko wiosny pierwsze nieśmiałe drgnienia leszczynowe i wierzbowe, reszta nieufna, wyczekuje na rozwój pogodowych wypadków:)
W Miasteczku chodniki szczękają płytkami, zieleńce mają gęsią trawkę, nawet kamieniczki zmarznięte. Dobrze że w domu barchanowe klimaty i barhetka w termosie:)
Dzień dobry, Wyspo:)
Dzień dobry. Wiesz, ten kocyk i lekturka przywiodły mi na myśl taki więcej letni trawniczek, i na trawniczku ten kocyk i Ty z książką 🙂 ale to chyba jeszcze nie ten czas. No i dalszy ciąg zupełnie jednak tej wizji zaprzecza.
Czyli że znów chłodniej się robi…
Przy odrobinie aktorskiego talentu można w ciepłym pokoju udatnie odgrywać letnie, trawniczkowe opalanie 😉
Mmm, i silna żarówka u sufitu, najlepiej taka, żeby jeszcze trochę grzała… 😀
Są takie, z założenia emitujące i światło widzialne, i podczerwień. Często były używane do oświetlania kiosków zimą…
„Kwarcówka”?
Jakoś tak się to nazywało 🙂
Albo wyobraźni:)
Czemu nie odbierałaś, mamelku?
Bo się bawiłam w słońce na trawniku.
😉
Witaj, Tetryku:)
Cyk… cyk… ten kocyk mnie pokonał:) Sama nie wiem – jak, sama nie wiem – kiedy, zamknęły mi się oczęta i odpłynęłam przy wiatru bajędach i echach przygód Mortimera, ale wcale nie Myszy;)
A kolorystyka wnętrza nie trawiasta może, ale do opalania całkiem sposobna, bo piaskowo-saharowa:)
Witaj, Quacku:)
Zrobiło się dość wysoko, więc zapraszam na kolejne pięterko, na garść wspomnień poteatralnych…
A teraz lecę się teatrzyć:)
Pomyślności!