Kiedyś szczęście pachniało inaczej.
Przeważnie nie liczyło się czasu. Trwoniło się go z niefrasobliwością godną tych kilku lat, które się już przeżyło.
Każdego ranka patrzyło się na świat z niezachwianą pewnością, że dzień przyniesie coś miłego i rwało się do tych niezwykłych codzienności z niesłabnącym entuzjazmem.
Każdą porę roku, dnia, ba! każdą pogodę – przyjmowało się jak najpiękniejszy dar losu.
Nie kaprysiło się. Nie wybrzydzało. Nie kręciło nosem.
Żyło się według tego specyficznego kalendarza, w którym dni ważne przeplatały się z najważniejszymi…
Do takich niewątpliwie zaliczało się pewien późno-letni czy też może wczesnojesienny dzień, poprzedzony wzmożoną krzątaniną w kuchni i niepowszednią ruchliwością dorosłych.
Już od rana, z pośpiechem, jakby mimochodem, poddawało się rytuałom czystości, zjadało śniadanie i niecierpliwie zerkało w okno, jakby stamtąd właśnie miały te niezwykłości nadpłynąć.
Kipiało się nieziemską jakąś energią i czuło, że jeśli zaraz, natychmiast, nie wybiegnie się na dwór, to po prostu się eksploduje…
Wybiegało się więc i gnało pod górę, by jak najprędzej znaleźć się na Naszej Drodze.
Wychynało się z chłodnego gąszczu i niemal traciło oddech od diamentowego gorąca żwirowo-żytniego pyłu unoszącego się wokół.
Łowiło się aromat wypłowiałych chabrowych pióropuszy i odmrugiwało filuternym rumianom.
Puszczało się oczka do kąkolowych plączy i odsyłało pocałunki karminowym makom.
Potem łapało się oddech, poważniało i statecznie podążało zbielałym traktem do miejsca przeznaczenia…
Tego dnia nie było się tak całkiem oderwaną od rzeczywistości. Tego dnia wykonywało się – zaplanowaną podczas bezsennych nocnych godzin – misję.
Wędrowało się zatem do Świerkowego Zagajnika i z żalem pozostawiało kuszące złocistościami koronkowe szyszki.
Brodziło się wśród kocanek, arcydzięgli i jastrunów i dzielnie ignorowało zaproszenia wytwornych niestrzępków i wielobarwnych dostojek do wspólnego pohasania.
Przemykało się między pniami sosen i z bólem serca odkładało zbiór żywicznych korali na jakieś niewiarygodnie odległe później.
Ze skruchą tłumaczyło się brzozom brakiem czasu i przepraszało, że tym razem nie skorzysta się z ich pochyłości, by przejść na drugą stronę Leśnego Oczka…
Bo musiało się zdążyć. Nie tylko dotrzeć, ale także – wrócić. A wędrowało się na Macierzankową Polankę.
Odkryło się ją kiedyś, przypadkiem, gdy próbowało się dogonić wciąż umykającego, żółto-brzuchatego dzięcioła. Odkryło się i od razu schowało w Skarbcu Miejsc Najbardziej Ukochanych.
Nie tylko dlatego, że nie mogło się nadziwić bujności cyklamenowych koszyczków i ich upajającej woni.
Nie tylko dlatego, że pośród płożących się bliźniczek odkryło się gniazdko z dwoma ślepymi pisklakami, o potężnych, wiecznie rozwartych dziobach i ścięgniastych, niemal łysych ciałkach.
Ani nawet nie dlatego, że między plątaniną korzeni wypatrzyło się misterne żeremiowe konstrukcje…
Poziomki. To one sprawiły, że Macierzankowej Polance oddało się swoje serce. Ostatnie, sierpniowe poziomki – ogromne, pękate, niemal czarne od soku i przesycone zapachem dojrzewającego lata – których smaku nie umiało się przyrównać do niczego znanego.
Klękało się i delikatnie rozgarniało kępki palczatek i boimek. Lawirowało się między nimi ostrożnie, uparcie sięgając w głąb, aż poczuło się ciepło ziemi. Wtedy zaciskało się palce na łodyżce i zrywało ciężką od owoców bylinkę.
Musiało się być nad wyraz skupioną, by przejrzałe owoce nie spadły z szypułek.
Posuwało się na czworaka między skupiskami ostnic i perłówek, dopóki nie uzbierało się naręcza ledwo mieszczącego się w dłoniach. Dopiero wtedy pomalutku wstawało się z kolan i ruszało do letniego domu…
W drodze powrotnej nie widziało się niczego.
Nie czuło się potu roszącego czoło. Nie słyszało się szelestu listków wplątanych we włosy. Nie reagowało się na przyjazne pobrzękiwania dzikich pszczół i wojsiłek. Koncentrowało się na doniesieniu znaleziska w całości. Sunęło się, prawie nie odrywając stóp od podłoża, bo wiedziało się, że gwałtowniejszy ruch może nieoczekiwanie zakończyć żywot aromatycznej kompozycji.
Liczyło się kroki i miało się wrażenie, że droga nigdy się nie skończy.
Wreszcie kończyła się jeddnak i stawało się przed gankiem.
Tu traciło się cierpliwość i, nie wkraczając na stopnie, wołało się Mamę, która pojawiała się niemal natychmiast, jakby czekała tuż za drzwiami.
Powoli wyciągało się rękę w jej kierunku, a kiedy poziomkowy bukiet bezpiecznie spoczął w jej dłoniach, nie mogło się dłużej wytrzymać. Rozwierało się ramiona, łapało za szyję pochylającą się Mamę i wykrzykiwało najpiękniejsze urodzinowe życzenia, jakie tylko potrafiło się wymyślić…






Witam na nowym pięterku:)
Wspomnienie dość osobiste, ponieważ za parę dni zniknę, by – jak co roku – zawieźć urodzinową kartkę Tej Jedynej…
Przyjemnego czytania:)
Przeczytałam ze wzruszeniem i …nie umiem nic więcej napisać.
Przecież najważniejsze jest i tak to, co sobie pomyślałaś, Maczku:)
A raczej co poczułam.
Czasami nadmiar słów szkodzi i tak to pozostawię.
🙂
Zanim przeczytam — nie wstawiłaś ostu?
Wstawiałam, Tetryku.
Robię to od razu po dodaniu tytułu, właśnie żeby nie zapomnieć.
Spróbuję jeszcze raz…
A nie, jest OK 🙂
I tak już spróbowałam…
🙂
Najpiękniejszy prezent, jaki dziecko dać może rodzicom — zaangażowanie własnego wysiłku w wyraz miłości…
🙂
Lubiłam okazywać miłość. Miałam przecież najlepsze wzorce, Tetryku:)
I wciąż lubię:)
No, to się czyta i słyszy, widzi, czuje zapachy i prawie dotyk!
Chciałoby się zakrzyknąć: „Ja też, ja też tak miałem!”, ale jednak nie, tzn. rzadko bywałem w tak przepięknych okolicach. Pamiętam jednakże taki sierpniowy dzień w Żywcu u Babci Quackie, kiedy z jej najstarszą córką, a moją ciotką, oraz córką tej ciotki, czyli moją kuzynką, podówczas małoletnią, wybraliśmy się na jeżyny na wale przeciwpowodziowym naprzeciwko (nieistniejącego już) tartaku, właśnie tak tam było, słonecznie i pachnąco, a jeżyny były olbrzymie i rozmaitych odmian, i tych ciemnofioletowych, prawie czarnych, lśniących, i takich matowych, jakby obsypanych proszkiem, który znikał przy dotknięciu. Najedliśmy się po kokardę, a potem jeszcze zebraliśmy wiaderko, z którego Babcia narobiła pysznego soku!
Nie byłbym sobą, gdybym nie zapytał, ten dzięcioł z żółtym brzuchem to który? Obstawiam zielonego albo zielonosiwego? https:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/pl.wikipedia.org/wiki/Ptaki_Polski#Rząd:_dzięciołowe_(Piciformes)
Dziękuję, Quacku.
Też piękne wspomnienie.
Jeżyny niczym nie ustępują poziomkom:)
A palce i usta poniebieściały i lepiły się od soku:)?
Jeżyny zawsze mnie zadziwiały, bo na tym samym krzewie zdarzały się białe pąki, zielone piramidki i takie właśnie, jak opisujesz, ciemnofioletowe kule:)
Myślę, że to był dzięcioł zielonosiwy. Podobny przylatywał do nas na parapet, potrafił wchodzić przez uchylone okno i wydzióbywać ser z kanapek, jeśli zostawiło się je nieopatrznie na wierzchu:)
No, dłonie szorowaliśmy potem przez parę dni!
A takiego dzięcioła, och, jakbym fotografował, proszę pani!
A teraz to już dobranoc!
Mam gdzieś zdjęcia, ale – papierowe:)
Dobrej nocki, Quacku:)
Dobranoc !
Spokojnej nocki, Makówko:)
Snów o smaku owoców leśnych, Wyspo:)
Dobranoc:)
Witam na nowym pięterku
Tego się nie spodziewałam, ale poczytam później, bo jeszcze się nie obudziłam…
Witaj, Bożenko:)
Miłego przebudzenia:)
Witam i umykam!
Dzień dobry, Maczku:)
Dzień dobry, koło 13.00 będziemy ruszali, chwilowo po przejściu burz i deszczu ochłodzenie, a na niebie chmury.
Szerokości!
Tu też dotarła zmiana pogody, choć jeszcze bez burz.
Nas deszczydło dopadło w plenerze:)
Dobrze, że bory mamy mieszane i można było się ukryć pod dość szczelnym listowiem:)
Dzień dobry i szczęśliwej drogi, Quacku:)
Witajcie!
Późno wstaliśmy, więc i zakupy-dostawy-śniadanko przeciągnęły się aż do teraz…
„Na śniadanie tylko trochę
Ułamałem sobie placka,
Za to wina dzban wypiłem;
Teraz lekko trącam struny
Wdzięcznej liry i piosenkę
Śpiewam miłej mej ślicznotce.”
(„Śniadanie” – Anakreont;
tł.: J.Danielewicz)
😉
Dzień dobry, Tetryku:)
O, widzisz! To brak tego dzbana sprawił, że wstawało mi się niezbyt chętnie!
Może pani Vondraczkowa odrobinę zrekompensuje tę niedogodność, Tetryku:
🙂
A ja jestem szczęśliwa, że nie ma już upału… oby nie wrócił…
Dzień dobry :)Przeczytałem z przyjemnością ,bo wyrosłem w Puszczy – Białowieskiej i zbieranie poziomek było dla mnie obowiązkiem ,ze względów finansowych . Nie było zatem uroczystych wręczeń mamie , bo trzeba było rozliczyć się , ale mama z tych rozliczeń też była bardzo zadowolona . W tym sympatycznym opisie Lena darowała sobie dokładny opis samej zbiórki , w chmarze komarów i bąków ślepaków . Był również pospiech po tym spotkaniu do szybkiego dotarcia do domu . A zdarzały się upadki i wysypanie uzbieranych ,pachnących poziomek . Powtórnemu zbieraniu towarzyszyła wściekłość i smutny powrót do spotkania z mamą . Ale takie jest życie , że nie ma nic za darmo . Za wszystko trzeba płacić , za pachnące i smaczne poziomki szczególnie . Pozdrowionka …
Witaj, Maksiu.
Dziękuję.
Wydaje mi się, że samo zbieranie opisałam bardzo dokładnie. Po prostu nad jeziorami komary czyhają w wilgotnym gąszczu, a ślepaki przeważnie atakują brodzących po wodzie i trudno o nie na rozsłonecznionych polankach.
Na szczęście jako kilkuletnia dziewczynka nie musiałam dokładać się do rodzinnego budżetu, może dlatego tym chętniej uczestniczyłam w domowych czynnościach.
A uhonorowanie kogoś wytworem własnych rąk było zawsze w naszym Domu czymś szczególnym. Tak okazywaliśmy sobie miłość, Maksiu, więc i ceniliśmy takie podarki bardzo wysoko.
🙂
Masz absolutna rację . Jako kobieta , wyposażona jesteś genetycznie w inny zespół emocjonalny , niż typowy mężczyzna . Gatunek męski szuka zawsze sensacji . Nawet w drobnych sprawach , czy wydarzeniach . Moim zdaniem gdybyś wspomniała przy zbieraniu poziomek o gryzących komarach , to całe wydarzenie nabrało by ostrzejszego wymiaru . Przepraszam , nie chciałem w żaden sposób zmieniać Twojego ,kobiecego wspomnienia z minionych lat . Dobrze , że są to wspomnienia warte naszej pamięci .
Nie ma za co przepraszać, Maksiu.
Po prostu tych komarów, gzów i ślepaków naprawdę tam nie było:)
Chyba dlatego, że komary wolą zacienione, wilgotne miejsca, a ślepaki i gzy szukają łatwego żeru, a gdzie łatwiej o smakowity kąsek jak nie przy brzegu pełnym kąpiących się golasów:)
„Chmiel na bezsenność
rezeda na nerwy
tymianek na nieśmiałość
chrzan co leczy chore korzonki
to wszystko tak dużo że mało
gdybyś nie stworzył poziomki”
(„Poziomka” – J. Twardowski)
Dzień dobry, Wyspo:)
Poziomko! Ty kroplo czerwieni
ukryta wśród łąk zieloności!
Ty uśmiech dziecięcy promienisz,
ty możesz być darem miłości!
Aromat się z garstki unosi,
wciąż kuszą czerwone twe plamy!
Rwać więcej! Aż serce się prosi
lecz trzeba cię donieść do mamy…
Cudnie:)
Dziękuję, Tetryku.
Poziomko! symbolu wyrzeczeń dziewczęcych!
Słodyczą tak kusisz, drżąc w palcach – tak nęcisz!
Nie zmamisz, choć wonią myśl mącisz dzieciny,
Bo bukiet chce mamie dać na urodziny…
😉
Oooo, poeci…
🙂
Melduję, że wróciłam.
Było pochmurno, słońca ani przez chwilę, trochę deszczu, ale łagodnego.
Wrażenia z dzisiejszego spacerku może kiedyś opiszę, więc teraz nie będę się rozpisywać.
Witaj jeszcze raz, Maczku:)
U nas po oberwaniu chmury znowu słonecznie i ciepło:)
Zmykamy na trochę:)
Może przywieziemy ze spacerku coś ładnego:)
Bożenka dziś dała na fb.
Hm…pomyślała Makówka i skopiowała na Wyspę.
Tak Ci się to spodobało? Ale trochę duże to wyszło
Bo to coś dla mnie na TEN tydzień.
„Nad rzeczką, opodal krzaczka
Dopadła Maczka drzystaczka*,
Lecz ten, zamiast trzymać się domu,
Wciąż znikał gdzieś po kryjomu.
Czyżby w rejony rzeczki
Znów robił sobie wycieczki?”
😉
*drzystaczka – regionalna nazwa dolegliwości zwanej potocznie biegunką
A tak naprawdę bardzo współczuję żołądkowych kłopotów, Maczku.
Ale jak widzisz nie pozwalam, aby drzystaczka mną rządziła.
Ale bo jednak nie jest aż tak źle jak w powyższym dowcipie.
Dziękuję za wierszyk.
🙂
I tak trzymaj:)
Najważniejsze to się nie odwodnić.
Proponuję dobranockę pod temat wspomnienia…
Anna German ze swoim kryształowo dźwięczącym vibrato:)
Można słuchać bez końca:)
No to ja się już pożegnam…
Dobranoc
Dobrych snów, Bożenko!
Dobrej nocki, Bożenko:)
Powietrzniało, pochłodniało…
Pospacerkowe dobry wieczór, Wyspo:)
Przywiozłam ze spacerku kilka zdjątek, ale od jakiegoś czasu telefon ładuje mi plenerowe zdjęcia w miejsce o (nie)wdzięcznej nazwie „inne albumy” i nie mogę ich zgrać na laptop:(
Więc zamiennie:
Taki sobie zwyczajny bukiecik z przetacznika. Też zwyczajnego:)
Ładny i bukiecik, ale przez kabelek możesz na laptopa zgrać zdjęcia z dowolnego miejsca telefonu…
Dziękuję:) Bukiecik już przetworzony na biżuterię, którą jeszcze trzeba zakółeczkować:)
Tetryku, nawet przez kabelek nie pokazuje mi w laptopie, że te „inne albumy” w ogóle mam w komórce:(
Leno te problemy są mi dobrze znajome.
Wstyd przyznać …nadal.
Jakiś czas temu zmieniłam telefon, bo w poprzednim coś się stało z wyświetlaczem, a koszt wymiany, jaki mi zaproponowano w serwisie uznałam za naciągactwo i za połowę tegoż kosztu nabyłam komórkę. Tamta nie była za cudowna, rozrzucała mi zdjęcia po dziwnych miejscach, ale zawsze mogłam je znaleźć i przenieść do laptopa. Ta też upycha fotki wedle własnego widzimisię i ukrywa z pazernością, której trudno by się spodziewać po – bezdusznym, bądź co bądź – urządzonku:(
Jestem wkurzona do granic możliwości, bo już samo robienie zdjęć podczas spaceru z moją Psiułką to czysta kaskaderka, a tu jeszcze efekty mogę oglądać wyłącznie ja:(
Ja sobie z tym radzę w ten sposób, że wysyłam wybrane zdjęcie mailem do siebie, a potem pobieram z maila na laptop i np. pokazuję na Wyspie.
Choć wiem, że „to banalnie proste”.
Tak.Dopóki „dobry duszek” jest zdalnie na moim laptopie, a potem „te bezduszne urządzonka”…
Zdjęcie na maila (czyjegoś) wysyłałam raz, w warunkach bardzo polowych, zresztą. Z powodzeniem, czego dowód jest w którymś z Wyspowych wpisów, ale na wysłaniu się moja rola skończyła, więc pobrać z maila i wstawić – nie potrafię:)
Przypomniałam sobie, że mogę je przesyłać przez Messengera znajomkom, ale zanim znajdę w galerii to, o które chodzi, mijają wieki:(
Też tak robię. Wysyłam Messengerem albo WhatsAppem „jako dobra mamusia” do synów, a potem pobieram. Choć wiem, że to pogarsza jakość.
Leno, łap gołąbka! 🙂
Odesłany:)
Pakuję plecak i umykam.
Dobranoc!
Dobrej nocki, Makówko:)
Jutro znowu w drogę? Dobranoc!
Idziemy spać i my? Dobranoc!

Ja jeszcze nie, ale Tobie życzę miłych snów, Tetryku:)
Dobranoc, Wyspo:)
Dzień dobry
Najbliższe dni będą dobre na spacery, bo będzie ciepło, ale nie gorąco. No i nie powinno padać.
Właśnie pada drobny deszczyk teraz.
To dziwne. Mam mapę całego kraju i wszędzie bez deszczu…
Już słońce.
Myślę, że rozdzielczość tych map jest znacznie gorsza niż promień bezpośredniego oglądu na miejscu…
Dzień dobry, Bożenko:)
Jest ciepło, ale nienachalnie – dwadzieścia trzy stopnie:)
Witam Wyspę!
Dzień dobry, wczoraj wieczorem nastąpiła nieoczekiwaną imprezka u kuzynostwa małżonki dwie działki dalej, w związku z czym wieczorem byłem niezdolny do czegokolwiek poza iściem spać. Dzisiaj postaram się jednakowoż nadrobić.
Najważniejsze, że się dobrze bawiłeś
Witaj, Quacku:)
Baw się dobrze:)
Witaj, Maczku:)
Witajcie!
Niektórzy twierdzą, że człowiek rodzi się zmęczony i żyje po to, żeby odpocząć. Próbowałem dzisiaj zastosować tę teorię w praktyce. Może i coś w tym jest, ale na dłuższą metę tak się nie da
A może to jest odwrotnie?
Ja się męczę idąc pod górę,a potem odpoczywam.Troche się da.
Całe życie „nicnierobień”? Chyba bym nie dała rady…
Dzień dobry, Tetryku:)
Wczoraj Tetryk zafiksował mnie na panią Annę, więc dziś moja ulubiona piosenka:
Na: dzień dobry, Wyspo:)
Moja ulubiona piosenkarka…
🙂
Wróciłam, jestem w domu.
Gdzie to bywałaś?
Wędrowałam po OPN, więc trudno tu powiedzieć coś nowego -miejsca ogólnie znane wszystkim krakusom, a i Wyspiarzom z naszych opisów -również.
Wrażenia były, ale innego rodzaju.
W nocy gwałtownie zbudził mnie przykry sen:
Kraków był podzielony na strefy okupacyjne. Zbudziłam się gwałtownie w momencie gdy jakaś starsza pani przedostała się do mnie z innej strefy postawiła przede mną szklankę z herbatą ze słowami „napij się, bo muszę ci coś powiedzieć -wczoraj zmarła twoja mama”. Zaczęłam się denerwować jak przedostanę się do mamy (inna strefa) i taka zestresowana się zbudziłam.
Nad ranem zadzwoniły budziki. Wyłączyłam je i zbudziłam się po 30 minutach. Z trudem zdążyłam na autobus.
Wycieczka była sympatyczna, pogoda zrobiła się cudowna.
Natomiast w drodze powrotnej w autobusie młoda dziewczyna zwymiotowała prosto na mnie. Akurat pisałam coś w komórce i nagle …chlust!
Jak już ochłonęłam, jakoś się wytarłam, stwierdziłam, że komórka działa to już była miła podróż, która upłynęła na żartach z młodym człowiekiem, który wcześniej ratował mnie chusteczkami itp.
No i rozchmurzył dobrym słowem i uśmiechem, bo nie ukrywam, że byłam wściekła gdy nagle zostałam obrzy..a.
A teraz boli mnie głowa.
Współczuję przygód, Maczku. A nawet – fspułczuje, chociaż… można chyba powiedzieć, że złe miłego początki;)
Dawno, dawno temu śniło mi się, że jest wojna i uciekamy z Babcią przed Niemcami. Do wyjścia prowadził nas szariko-podobny pies, a wszystko działo się w budynku mojej podstawówki, w której w realu jedne z dwojga wejściowych drzwi były zawsze zamknięte, i nigdy nie było wiadomo które, bo to zależało od widzimisię pani woźnej:)
Pamiętam ten senny koszmar do dziś:)
Zbudziłam się przestraszona, potem zasnęłam, potem zbudziły mnie budziki, potem jakimś cudem znów się zbudziłam. Za każdym razem towarzyszył mi niepokój. I nadal towarzyszy.
A dziewczę przynajmniej przeprosiło? Bo słyszałem o osobie, której się przytrafiło podobnie (źródłem nie była dziewczynka, tylko nawalony menel), która w odpowiedzi na protest usłyszała dumne Milcz, obżygańcze!…
Dziewczę było blade, przestraszone i raczej wyglądało na trzeźwe.
Coś tam mamrotała po angielsku jakieś przeprosiny.
Nie jakaś zmalowana lala, raczej taka bidulka.
Niestety w pierwszym odruchu nakrzyczałam na nią, że mogła na podłogę, a nie na mnie. Chyba i tak nie zrozumiała.
Myślę, że zrozumiała, Maczku.
Kiedyś wracałam międzynarodowym autokarem od koleżanki i na siedzeniach równoległych z moimi siedziała Azjatka. Była w pierwszych miesiącach ciąży i bardzo źle znosiła podróż. Kilkanaście godzin wdychaliśmy to, co wydalała do torebek, a po każdej akcji zaczynała jeść, więc nie było szans na jakąkolwiek przerwę. Żeby nie dołączyć do kompanii, raczyłam się wziewkami i jakoś to przetrwałam, ale łatwo nie było, mimo że kierowcy często robili postoje:(
Dobranocka.
Co prawda księżyc to już raczej zachodzi, niż wschodzi, ale piosenka będzie o Rzece Księżycowej. Zamiast oryginału taka wersja, trochę nowsza.
Snów spokojnych mimo księżycowego blasku!
Piękna wersja, Quacku:)
A myślałam, że żadna już nie spodoba mi się tak, jak ta wykonywana przez Andy’ego Williamsa:)
(A ja umykam, gdyż rodziny i kominka muszę doglądnąć)
Miłego doglądania, Quacku:)
Ja też umykam, chociaż nie muszę nikogo i niczego pilnować.
Dobrej nocy wszystkim
Dobrych, nieniepokojonych snów, Bożenko!
Dobrej nocki, Bożenko:)
Pospacerkowe dobry wieczór, Wyspo:)
W lasku było ciepło i bezwietrznie. I ciemno…:)
Leno, w lasku o tej porze jest ciemno, więc każdy krzew oraz drzewo może przybrać postać strasznego wilka napastującego Czerwonego Kapturka 🙂
Sierpniowe wspomnienie jest godne mistrza pejzażu, gdzie słychać arie, czuć smak owoców, a wiatr chroni przed zapomnieniem. To również mój skrawek dzieciństwa z tą różnicą, że ja poziomki nizałam na źdźbło trawy i dopiero zanosiłam mamie, a ona prosiła, żeby pomóc je zjeść, na co ja jak na lato.
W dzisiejszych czasach Czerwone Kapturki bywają wyjątkowo dzielne! 😉
Też słyszałeś tę piosenkę, Tetryku:)?
Oczywiście, właśnie o niej myślałem! 🙂
🙂
Witaj, Ultro:)
Chyba wszystkie mamy tej naszej pomocy bardzo potrzebowały przy konsumowaniu smakołyków:)
My też robiliśmy poziomkowe i jagodowe korale, bo maliny średnio się nadawały:)
Na spacerek po lesie to Psiułka wystroiła się jaskrawiej – na rudo:) Ja przypominałam raczej zajączka w pluszowej szarej bluzie:)
A pamiętasz taką piosenkę:
Szła dziewczynka bardzo mała przez ciemny las.
Czerwony kapturek miała, czerwony pas.
A za pasem colta, w drobnej rączce „sporta”,
Do babuni szła uderzyć sobie w gaz.
Wtem zza krzaka wilk wyskoczył i krzyknął: „Stój!”
Lecz po chwili krwią się zbroczył ten mężny zbój,
Bo dziewczynka mała broń repetowała,
Poprawiając krwią zbroczony ludowy strój.
Z tego morał taki wynika nam:
Nie zaczepiaj nigdy w lesie samotnych dam,
Bo dziewczynki małe są tak bardzo śmiałe,
Że czasami krzywdę mogą zrobić wam!
Nie, żeby ta piosenka miała coś wspólnego z naszymi wyprawami, ale rudy to prawie czerwony…;)
Nie wszystkie mamy takie były…
I nie wszystkie dziewczynki robiły owocowe korale…
Ale zawsze mogą zacząć robić. Jak nie owocowe korale, to owocowe maseczki;)
Kusisz i zaczynam serio się zastanawiać czy by przypadkiem nie zacząć…
Kuszę, ale do dobrego:)
Dobrej nocy, Wyspo! 🙂
Dobrej? Bez kaganka?
No – ok.
Chlip.
Miłych snów, Tetryku:)
Czyżby Tetryk zapomniał?
A może Lord uratuje nasze dobre spanie?
„Lampka nocna
bywa pomocna,
bo można ją włożyć pod koc
i czytać do późna w noc…
A rano zasnąć niespodzianie
Z głową wtuloną w śniadanie.”
(„Lampka nocna” – M. Rusinek)
🙂
Lampkę zapaliłem, może Rusinek schował ją pod kołdrę?
Być może:) Bo wtedy miał już co chować – gdy przyszłam się pożegnać, lampka już była:)
Dobranoc Wyspo!
Śpij dobrze, Maczku:)
„Biały miesiączek
Po niebie chodzi,
Srebrnym paluszkiem
Po świecie wodzi.
Dotyka domów,
Głaszcze kominy,
Puka w okienka
Do suteryny.”
(„Biały miesiączek – J. Czechowicz)
Dobrej nocki, Wyspo:)
Dzień dobry
Następny ciepły, pogodny dzionek wstaje…
Witaj, Bożenko:)
Wstał i wciąż pogodnie trwa:)
Witajcie!
Ale jak to „bez kaganka”? Przecież zapaliłem lampkę:
http://madagaskar08.pl/2022/08/05/sierpniowy-dzien/#comment-461982
O 23.21 było tylko” Dobrej nocy, Wyspo! „, lampki wtedy nie było.
Potwierdzam…
Dziwne… jako żywo zapaliłem ją wraz z „Dobranoc..”, 0 23:21 już byłem poza siecią…
Przypominam lampka ma swoją cudowną moc to co to dla niej ukryć się i potem wyjść z ukrycia?
Zadałam identyczne pytanie, Tetryku:):
„Ale – jak to bez kaganka?
Ale jak to – do abordażu?”;)
Dzień dobry, Tetryku:)
Dobry wieczór. 🙂
Przepraszam, za zamieszanie z lampką. Idąc na skróty, pozwoliłem sobie na edycję Twojego komentarza, Tetryku. Zrzuciłbym winę na pewnego jegomościa, który wg pewnej części społeczeństwa jest odpowiedzialny niemalże za wszystko. Niestety, obawiam się, że na Wyspie to nie przejdzie! Zatem, moja wina, moja wina… 🙂
Jakoś, jakoś intuicja mi mówiła, że za tym wszystkim stoi Lord.
I dlatego napisałam komentarz o wychodzeniu z ukrycia.
Wprost nie chciałam pisać, bo to tylko była intuicja, a pewności przecie nie miałam.
Czyli „tajemnica znikającego kaganka” rozwiązana:)
Witaj, Lordzie:)
Ależ nie ma za co przepraszać, Lordzie — bardzo dobrze zrobiłeś, dzięki!
Wprawdzie gotów byłbym przysiąc, że widziałem lampkę już opublikowaną, ale najwyraźniej byłem już zbyt śpiący; być może w momencie wysyłania komentarza skończyło mi się zalogowanie? pewnie już do tego nie dojdę…
Dzięki raz jeszcze!
Pochmurne, niewyspane dzień dobry!
Pochmurne? Tu od rana niebo czyste!
Ale teraz też się zachmurzyło…
Wróciłam z zakupów -ciepło, ale bez upału.
Trochę słońca, ale więcej chmur.
Głowa dalej boli, auuuu.
Moje też niewyspane, ale dość słoneczne jednak, Maczku:)
Dzień dobry:)
Bareja…stałe aktualny?
Stale, niestety… Ale skąd ta refleksja?
Poszłam dziś do Centrum Kultury Żydowskiej, aby obejrzeć stary film Barei”Mąż swojej żony”.
http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/www.judaica.pl/index1.php?zmien_jezyk=PL
Chciałam się trochę oderwać od współczesnej rzeczywistości.
Nie całkiem się udało, bo była fatalna jakość dźwięku, cały czas bolała mnie głowa i jednak nasuwały się smutne analogie.
Do obejrzenia: https:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/youtu.be/Jpor02PyyVU
Sprawdziłam -w moim laptopie lepsza jakość dźwięku.
Choć oglądanie samemu w domu to nie to samo, ale jednak więcej nie pójdę do CKŻ na dalsze oglądanie Barei.
Akurat Bareja działa na mnie średnio odprężająco, ale dziś po powrocie też postanowiłam nieco przegnać melancholię i zaczęłam od słuchania starych piosenek pani Zdzisławy Sośnickiej, a kończę na „Dźwiękach muzyki” – musicalu z 1965 roku z Julie Andrews i Christopherem Plummerem:)
„Cóż nad spoczynek być może milszego,
Kiedy strudzeni szczyt domku naszego
Obaczym przecie, a kończąc podroże,
Na własne nasze rzucamy się łoże?
O domku wdzięczny, widok mnie twój krzepi,
Dobrze gdzie indziej, u ciebie najlepiéj.”
(„Cóż nad…” – I. Krasicki)
Jużdomowe dzień dobry, Wyspo:)
Ani wiedząc o tym, dziś poszedłem w ślady biskupa…
Nieco przytomniejsze dzień dobry i tobie 🙂
I ja! I ja mogę wreszcie „na własne rzucić się łoże”:) Na razie na siedząco:)
Rzucanie się na siedząco to dość ciekawa koncepcja…
Nie takie rzeczy robiło się, tańcząc z szarfą;)
Rzucanie się na siedząco ok. 1.00 -1.10:
A przy rzucaniu się na łoże ważne, by znać dokładnie jego położenie, wszak „na siedząco” znaczy też „na ślepo”;)
Jestem pod wrażeniem!
🙂
Prawda, że Lena świetnie się prezentuje?!
Doskonale!
Kiedy Lena tańczyła, prezentowała się nieco lepiej niż ta gimnastyczka, głównie dlatego że jej wstążka była o cały metr krótsza, a liczba latek wynosiła niewiele więcej niż długość tejże wstążki:)
Szukałam czegoś bardziej spektakularnego, ale tak na szybko znalazłam tylko to:)
Zaraz lecę na spacerek z psułkiem. I wiem, co piszę – prawdziwy psułek. W ramach protestu, że go nie wzięłam ze sobą, zjadł mi ulubione szpilki:(
Chlip.
Mam nadzieję, że nie skończy się to weterynarzem, bo obcasów z flekami nie ruszył…
Tak to bywa, gdy się kupuje porządne buty z dobrej skóry… Tekstylnych by nie ruszyła 😉
Fakt – buty skórzane.
To trochę moja wina – mogłam nie zostawiać na wierzchu, ale bardzo się śpieszyłam, bo znajomy zjawił się sporo przed czasem. I od dawna już nie było psich akcji pochłaniających.
Za to błyskające skruchą spod biurkowej ciemności białka winowajczyni sprawiły, że nawet się na nią gniewać na serio nie mogłam:)
Nakrzyczałam i – tyle.
Dobry wieczór.
Wczoraj wysiadła pompa od wody (z własnej panawłaściciela studni na działce) i dzisiaj od rana przyjechała ekipa ją wymienić na nową. W związku z tym poniedziałek był nieco zwariowany, ale udała się tradycyjna sesja foto z żurawiami i nieco mniej tradycyjna z zimorodkiem.
Z okazji zwariowanego poniedziałku zaś – dobranocka. W wersji spokojniejszej niż oryginał.
Snów spokojnych i uspokajających.
Jestem w domu.
I ja! I ja!
🙂
Ja też. Tak oto wspólny los nas połączył 🙂
Jak u Okudżawy 😉
I człowieczy – jak u German:)
Dobry wieczór, Quacku:)
Czyli można się spodziewać wkrótce ptasiego pięterka?
🙂
Tak, jak wrócę i się ogarnę ze zdjęciami i wszystkim 🙂
No to dobranoc

Dobrej nocki, Bożenko:)
Dobrych i spokojnych! 🙂
Dziękuję, dla Was również.
Dziś spróbuję zapalić lampkę, zanim utracę jasność widzenia 😉

Dobranoc, Wyspo!
Lampka jest, więc należy się specjalne podziękowanie:):
„Światło mego dzieciństwa
lampo błogosławiona
byłaś dawniej
jasną alegorią
duchem uparcie walczącym
z demonami gnozy
cała wydana oczom
jawna
przejrzyście prosta
na dnie zbiornika
nafta – eliksir pralasów
śliski wąż knota
z płomienistą głową
smukłe panieńskie szkiełko
i srebrna tarcza z blachy
jak Selene w pełni
twoje humory księżniczki
pięknej i okrutnej
histerie primadonny
nie dość oklaskiwanej
oto
pogodna aria
miodowe światło lata
ponad wylotem szkiełka
jasny warkocz pogody
i nagle
ciemne basy
nalot wron i kruków
złorzeczenia i klątwy
proroctwo zagłady
furia kopciu”
(„Elegia na odejście…” – Z. Herbert)
Snów jasnych, bez furii kopciu, Tetryku:)
Dzięki, Leno!
Wróżba spełniona – udało mi się nie kopcić furiacko 😉
„Sekundy kapią
w nocną pustkę
Bezsennie śnisz
legendę
o księżycu i gwiazdach
Czas
przecieka twoją myśl:
gdzie są ci
których nie ma
Gdzie jestem
pytasz czarne lustro
lecz ono cię nie widzi
Widzisz jego noc
słyszysz tylko
swój przyśpieszony oddech”
(„Noc VI” – R. Ausländer;
tł.: R. Wojnakowski)
Też już padam nanos więc:
dobrej nocki, Wyspo:)
Dobranoc mówię i ja.
Pochmurne dzień dobry
Pochmurne, ale ciepłe…
Witaj, Bożenko:)
Tu słoneczko nieźle sobie radzi z chmurkami:)
Witajcie!
Miły dzionek, ranna przejażdżka była bardzo sympatyczna
Witaj, Tetryku:)
Słonecznie witam!
Dzień dobry, Maczku:)
Piękny tekst 🙂 I aż mi się przypomniało moje dzieciństwo 🙂 Szczęśliwe, błogie, beztroskie w sumie, chociaż niepozbawione zwłaszcza zdrowotnych turbulencji. Ale owe turbulencje łagodniały dzięki towarzyszącym nowościom. Nowym ludziom, miejscom, nowym (nie)zwykłym przygodom jakie się przeżywało. Brakuje mi tego bardzo. Teraz jest o wiele trudniej…
Witaj, Petrus!
Niestety, dzieciństwo się nie wraca. Dla większości niestety, dla niektórych na szczęście
Bywają też tacy, dla których drzwi do Krainy Dzieciństwa wciąż pozostały uchylone:)
Uchylone — tak! I ci szczęśliwcy chętnie przez nie zaglądają, ale przecisnąć się już nie da 😉
Trochę optymizmu – na razie się nie da;)
Witaj, Celcie:)
Miło mi to czytać – dziękuję.
Taki był cel – przywołać miłe wspomnienia:)
Jak najbardziej Ci się udało, Lenko 🙂 Dziękuję!
🙂
Gratulacje Quacku!
Tu słoneczne, ówdzie chmurzaste dzień dobry, Wyspo:)
Wróciłam z Bagrow, jadę knuć.
Dobry wieczór
Z przykrością zawiadamiam, że nie pojawi się już żaden wpis mojej mamy.
Niespodziewanie odeszła dzisiaj, zostawiając nas w ogromnym żalu.
Syn Paweł z żoną
Wielki smutek
i kondolencje dla Rodziny, z głębokim żalem składane. 
Niezmiernie to smutna wiadomość.
Ode mnie również, proszę przyjąć najszczersze kondolencje. 
Ode mnie też
Brak słów…
Och.
I ode mnie wyrazy szczerego współczucia.
No cóż, wszedłem, żeby wstawić dobranockę, ale dzisiaj to już jednak nie.
Spokojnej wszystkim!
A ja weszłam i…dalej nie wierzę w to co przeczytałam.
Dziś godzina 7:05…
Zapraszam na upamiętnienie — kolejny wpis…
Smutno, ale jednak życzę spokojnej nocy.
Dobranoc, Wyspo.