W ten weekend odwiedziłem przyjaciół w Lublinie. Akurat w te dni Miasto Unii przeżywało „Carnaval Sztukmistrzów” – przedziwną imprezę, która wzięła we władanie całe Stare Miasto, prezentując na jego ulicach nieprzeliczone rzesze artystów tej kategorii. A przy okazji także koncerty muzyczne (kilka placyków!) oraz inne atrakcje.
Plątaliśmy się po mieście pod czujnym okiem gospodarzy, i prawie w każdym miejscu coś się działo: jak nie muzyka, to gość skręcający stworki z baloników, ktoś „łykający ogień”, na dziedzińcu klasztornym występował slapstickowy duet klaunów, stylizowanych na Chaplina i Giuliettę Masinę, jeśli się na kogoś nie weszło bezpośrednio to nawet nie było w tłumie widać, co się minęło! Za to z daleka widoczni byli linoskoczkowie. Na poziomie drugiego piętra za otwartymi oknami zamontowano solidne belki i między tymi belkami rozciągnięto liny. Było tych lin dużo, istna pajęczyna nad Rynkiem. Po większości z nich próbowali chodzić ludzie zabezpieczani linką przypiętą do uprzęży, jedynie pod jedną czy dwoma była rozpięta siatka, i tam utrata równowagi skutkowała lądowaniem w tejże. Prawdę mówiąc, nie widziałem ani jednego przejścia całej liny bez wywrotki – faktem jest, że dystanse były długie i pokonywane bez pomocnych w utrzymaniu równowagi tyczek, a liny dość elastyczne… Nie jest to jednak przygana – sam nie odważyłbym się wyjść na taką linę, nie mówiąc już o przejściu choćby dwóch metrów 😉
Ale, po co tyle słów – zapraszam do obejrzenia zdjęć.
Na koniec spaceru poszliśmy jeszcze na pokaz multimedialnej fontanny na Placu Litewskim, składającej się z kilkudziesięciu słupów wody o wydajności i barwie nadawanej przez podświetlające je lampy sterowanych w takt puszczanej muzyki, dzięki czemu fontanna tańczyła, jak jej zagrano. Nie filmowałem, można ją zobaczyć np. tu.




Zapraszam do Lublina!
Dobry wieczór na nowym pięterku.
Zdjęcie Zamku na tle burzowych chmur jest po prostu znakomite, a piszę to nie bez kozery, bo sam zrobiłem nieco podobne, przedstawiające stare miasto w Asyżu na podobnym tle, i jest to, nieskromnie uważam, jedno z moich najlepszych zdjęć.
Całość wygląda nie gorzej (a chwilami lepiej) niż włoskie miasteczka, jakże przecież urokliwe. Aż żałuję, że w Lublinie byłem tylko przejazdem!
W oknach kamieniczki przed remontem widzę niechybnie fragmenty malowideł Mistrza Hieronima Boscha.
Co do klatki schodowej, czy też wewnętrznego podwórza z fragmentami nieba pomiędzy dachami, to masz nader podobne miejsce, że tak powiem, pod bokiem, tzn. tuż przy dworcu PKP Kraków Główny, w Gospodzie Krakowskiej, która ma ogródek na wewnętrznym dziedzińczyku Station Aparthotelu – bardzo podobnie.
A co do fontanny, to zasadnicze pytanie brzmi: czy to Ty maczałeś w niej palce???
Tak, znam podobne miejsca w Krakowie – jest ich tu nawet wiele. Co nie zmienia faktu, że lubelski pasażyk mi się spodobał 😉
Mnie się bardzo spodobał pomysł zasłaniania pustych oczodołów okien w remontowanych budynkach reprodukcjami, plakatami i w ogóle czymkolwiek nie na temat remontu, byle było ładne.
Co do fontanny – nic mi nie wiadomo, abym cokolwiek w niej maczał; może dlatego, że za dużo ludzi tam było?
No jasne. jest przeuroczy ten pasażyk!
W Lublinie byłam prawie 50 lat temu. Niewiele z tego pamiętam, co chyba nie dziwi


Oczywiście pytanie retoryczne, bo jak mógłbyś zauważyć, skoro tyle ciekawego było do oglądania 
Jedno co mi się nie podoba, to nazwa imprezy. Nie do końca jest po polsku. Kiedyś działała ustawa o czystości polskiego języka i nie wolno było nadawać w Polsce obcobrzmiących nazw niczemu co służyło społeczeństwu. Wkurza mnie to, bo nie zauważyłam, żeby w innych krajach używano polskich nazw do czegokolwiek. 
Na zdjęciach widać, że pięknie tam
Widać też, że sama fontanna duża nie jest, jej obszar powiększają płytki z dyszami i światełkami. Nawet widać, jak ktoś lata między słupami wody. Chyba facet i dziecko…
W Chicago jest Buckingham Fountain i ona jest na prawdę wielka. Co godzinę (od maja do października) trwa 20 minutowy pokaz. Woda wali na wysokość 150ft, czyli 45,72m w górę. To znaczy główny jej strumień (i też nie cały czas). W czasie pokazów, zużywa 14100 galonów (to będzie 53374.3 l) wody na minutę. W niedzielne wieczory są dodatkowo pokazy świateł. I muszę przyznać, że robi wrażenie…
Z linoskoczkami bym się nie zamieniła. I na pewno bym nie próbowała tam wyleźć. Co prawda 2 piętro, to jeszcze nie aż tak wysoko, ale jak dla osoby z lękiem wysokości…
Na 12 zdjęciu, tam gdzie piszesz, że niektórym udało się przejść w postawie wyprostowanej, zauważyłam lecącego ptaszka… jaskółka, czy jerzyk?
Impreza na pewno wspaniała, miasto cudne, pełne zabytków
Masz rację Mireczko, mnie też drażnią te obce nazwy używane w Polsce. Czy nie lepiej zamiast nazwy „Carnival”, użyć po prostu „Karnawał”? To jest według mnie snobizm. A już imć Mikołaj Rej napisał:”Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie co posiadacie”.
Majeczka mówiła mi, że w Częstochowie w co drugim sklepie jest na drzwiach „open” i „closed”, zamiast naszych „otwarte” i „zamknięte”. A przecież nie ma obowiązku znać angliczańskiego!!! Razi mnie to niesamowicie. Język polski jest piękny i przebogaty… czy koniecznie musimy, we własnym kraju, wszystko małpować z zagranicy? Nie możemy zachować swojej odrębności językowej?
Kiedyś mój ojciec mówił, że w czasie pokoju, dbałość o język ojczysty jest jednym z głównych składników patriotyzmu. I muszę przyznać, że jak widzę pajaca, który ma całą gębę patriotycznych haseł, a po polsku wysłowić się nie potrafi, to coś mi się w środku przewraca.
Ha. Otóż tak się złożyło, że mieliśmy dzisiaj na profesjonalnym forum dyskusję na temat słowa „graduacja”, które oznacza po polsku „uroczystość rozdania dyplomów” (najczęściej uczelni wyższej). Wg mnie i nie tylko mnie „graduacja” to obrzydliwa kalka z angielskiego, natomiast nieco młodszy kolega, znakomity rzemieślnik w swoim fachu, stwierdził, że on – jako „zanurzony” od dziecka w angielskim – nie ma zamiaru mówić ludziom, zwłaszcza młodszego pokolenia, którzy jeszcze bardziej lgną do angielskiego, żeby się od tego powstrzymywali. Wystąpiła więc między nami różnica zdań, oczywiście kulturalna i z wzajemnym szacunkiem, niemniej – jak widzisz – nie wszyscy traktują kwestię tej odrębności językowej tak samo, i mogą to być ludzie, z którymi pod innymi względami się zgadzam i których poważam.
Język żyje i stale przyswaja sobie słowa z innych języków; tak było zawsze; teraz jedynie być może szybciej ze względu na dużo lepsze skomunikowanie świata…
Nowe pojęcia zawsze przychodzą z obcymi nazwami: np. komputer w większości języków brzmi tak samo, w Europie chyba tylko Francuzi mają własną nazwę „ordinateur”, źle się kojarzącą nie-frankofonom.
Niestety, rzadkie są udane wprowadzenia własnych nowych słów, jak np. tlen zamiast kalkowanego z łaciny kwasorodu.
Gorzej, gdy wyszukuje się nowe nazwy dla pojęć w polszczyźnie już ugruntowanych.
No, teoretycznie ta graduacja jest zarówno precyzyjna (plus), jak i ekonomiczna (krótsza niż „uroczystość wręczenia dyplomów”), więc nie ma żadnych racjonalnych przyczyn, żeby jej nie wprowadzać, ale brzmi mi tak obrzydliwie, jak „destynacja” (patrz: biura podróży) i „akomodacja” (tamże, nie mylić z dostosowaniem wzroku do warunków), więc niestety nie będę jej używał; kwestia gustu.
Ale immatrykulację na początku studiów akceptujesz? A przecież obie są kalkami z łaciny właśnie, tyle że graduacja poprzez angielski.
Co do „destynacji” wolę „cel”: krótszy, swojski i oczywisty – tu mamy do czynienia z kreowaniem fałszywej nowoczesności…
Być może masz rację. Immatrykulacja jednak już się przyjęła, a graduacja to nowa rzecz, może dlatego mi przeszkadza. Bo mi nie brzmi.
Nie jestem pewna, czy graduacja odnosi się tylko do wręczania dyplomów, czy do ukończenia szkoły jako takiej… Mówi się przecież „He graduated from… school (szkołę możesz sobie jakąś wpisać)”, co oznacza, że „on ukończył szkołę…” .
Także sam wyraz, szczególnie spolszczony, wcale nie jest tak jednoznaczny, jakby się wydawać mogło.
I też musisz coś do niego dodać, żeby miało to sens.

Co prawda „graduation”, to również absolutorium, jak i rozdanie dyplomów
Ponoć to sama uroczystość, nie fakt ukończenia, chociaż masz rację, że czasownik „to graduate” odnosi się do ukończenia szkoły. A polskie „absolutorium” tylko komplikuje sprawę (w Polsce), bo to uroczystość ukończenia studiów, ale NIE rozdania dyplomów (innymi słowy, osoba, która nie zrobiła dyplomu, może mimo to wziąć udział w absolutorium).
Może w Polsce wyraz ten oznacza samo rozdanie dyplomów, ale tutaj nie mówi się, że ktoś skończył szkołę (finished), tylko że z niej graduował. I nie ma znaczenia, czy jest to podstawówka, czy studia doktoranckie.
Nie jestem językoznawcą, ale jak nasz syn skończył College, to nie mówiliśmy, ze graduował, ale że dostał dyplom ukończenia … Chociaż gdy syn pisał o tym do swoich znajomych, to pisał o graduacji
Ale też fakt, że to Amerykanie, więc polskiego stwierdzenia by nie zrozumieli…
Nie uznaję mieszania języków. Jeśli rozmawiam z Polakami, mówię po polsku, jeśli z Amerykanami, po angielsku.
To właśnie z mieszaniny językowej powstał „ponglisz”, którego tak na dobrą sprawę, ani Polacy, ani Amerykanie nie rozumieją do końca. Nasz syn bardzo długo nie potrafił tłumaczyć. Świetnie mówił po angielsku (nawet nie ma polskiego akcentu), ale jak prosiłam, żeby coś tam przetłumaczył na polski, nie potrafił. Nauczył się tego, ale z dużymi oporami…
Nie neguję, że jakieś nowinki techniczne, czy ogólnie coś u nas nowego, mogą przyjmować obce brzmienie. Ale zastępowanie polskich wyrazów, obcymi jest (moim zdaniem) nie na miejscu.
Młodzi lgną do angielskiego i pewnie dlatego na różnych portalach społecznościowych po polsku wypowiadać się nie potrafią. Nie tylko straszne błędy ortograficzne, ale i stylistyczne… czasami nie da się zrozumieć o czym taka osoba pisze. Zdarzało mi się poprosić, żeby ten ktoś napisał to jeszcze raz, ale po polsku.
Co do odrębności językowej… W języku polskim jest wiele naleciałości od naszych sąsiadów. To fakt. Taki ziemniak, często jest nazywany kartoflem i o ile mnie pamięć nie myli, jest to zaczerpnięte z niemieckiego. I funkcjonują te dwie nazwy używane zamiennie… To tylko jeden przykład, który mi na poczekaniu przyszedł do głowy. Ostatnio jednak zauważam, że tych naleciałości jest coraz więcej i więcej… Ludzie zapominają jak to jest po polsku, bo używają tylko obcych wyrazów. To jest modne i na fali. Na różnego rodzaju konkursach, młodzi śpiewają głównie po angielsku, tak jakby polskich piosenek nie było. Pamiętam, gdy wiele lat temu, gdy jeszcze mieliśmy polską telewizję, oglądaliśmy X Faktor. Występowała taka pani Małgosia. Śpiewała tylko po polsku. Kuba Wojewódzki ją wyśmiał, że nie zna angielskiego… a czy to jakiś wstyd? Moim zdaniem głupio jest wtedy, gdy Polka nie zna polskiego
Język jest tworem żywym. Ciągle się zmienia. I zawsze przyjmował obce wyrazy. Najpierw był „zaśmiecony” łaciną, potem francuskim, lokalnie rosyjskim i niemieckim, teraz pora na angielski.
Może nam się to nie podobać, ale niczego nie zmienimy. A ogólna dostępność do mediów sprawia, że masowo produkują się w nich osoby o słabych kompetencjach językowych.
Te zapożyczenia chyba świadczą o kompleksach, że tak jest bardziej światowo…
Masz rację. To chyba kompleksy powodują taki nabór słów z języków obcych.
Właśnie zauważyłem i poprawiłem na Carnaval, co w niczym nie zmienia istotności dyskusji…
A wiesz, że mnie to też zdziwiło…
Może dlatego, że nie mieszkam w Polsce, jestem trochę przewrażliwiona… ale bardzo drażnią mnie niepolskie nazwy polskich imprez…
Teraz nie uświadczysz polskiej nazwy biurowca. A i z osiedlami mieszkaniowymi coraz gorzej. Nie wiadomo: śmiać się czy płakać?
I właśnie to mnie wkurza. Jakoś nie zauważyłam, żeby Amerykanie przejmowali polskie nazewnictwo, więc dlaczego Polacy tak robią?
Może gdyby polskie firmy zainicjowały powszechne użycie komputerów, wszyscy używali by nazwy podobnej do eliczydło?
Dzień dobry
W Lublinie nie byłam, ale z Twoich zdjęć wynika, że to piękne miasto. Ja jednak wolałabym je podziwiać w inny dzień, nie taki imprezowy. Zbyt wielu ludzi utrudnia podziwianie zabytków.
Jeśli chodzi o linoskoczków, to mnie by na te liny nikt nie namówił…
Dzień dobry.
Jakże przyjemnie się po tym Lublinie chodziło.Dawno nie widziałam takich tłumów,niemniej to dobrze świadczy o ludziach,bo chcą w tym uczestniczyć.Podobały mi się ogródki knajpiane,można było siąść (o dziwo bywały wolne miejsca) i z pozycji krzesełka,sącząc zimne piwo oglądać występy linoskoczków;).
Te ciekawe bramy,podwórka,zaułki.W takim klimacie to wszystko bardziej zapada w pamięć.No żałuję że byłam bardzo zmęczona,fontanna bardzo mi się podobała,a pokaz finalny był świetny.
I nie ma znaczenia że gdzieś są większe czy ładniejsze.
Dla mnie liczyło się tu i teraz;).
Witajcie!
Najfajniejsze w tej wyprawie było wyrwanie się z codzienności – miłe towarzystwo, spotkanie z fajnymi ludźmi, zwiedzanie miasta, którego nie znałem…
Dziękuję wszystkim przyjaciołom, zamieszanym w tę wyprawę!
Dzień dobry ponownie. Od słonecznej strony nagrzało termometr do 38 stopni. W cieniu dopiero 24,5.
Tu w cieniu ma dzisiaj być 33C. Nigdzie się nie ruszam
Właśnie się zastanawiam, czy muszę się dokądś dzisiaj ruszyć, a jeżeli tak, to dokąd…
Najpierw Gienia.

Ano tak. To ja poproszę jak zwykle, czarną, gorzką i niedużą, chociaż wg włoskich standardów tę większą (lungo).
Ja też się chętnie napiję
Dzięki 
Lublin to jest mój wielki wstyd.
Dwadzieścia kilka lat temu bywałam służbowo. Nieciekawe wrażenie ze Starówki, gdzie mieliśmy biuro oraz zakaz wchodzenia w większość starówkowych uliczek. Bo niebezpiecznie i to bardzo. Poza tym poznałam dwa hotele i kawałek ulicy przed nimi. I tyle.
Dlaczego wstyd? Bo mój mąż jest ze Świdnika. W Lublinie mieszka pół rodziny. W szerokiej okolicy reszta. A my przez dwadzieścia lat byliśmy na lubelskich ulicach RAZ i to w konkretnym celu zakupu jednej rzeczy.
Jeździło się do Lublina, ale do szwagrostwa, bezpośrednio pod blok, z którego wracało się do Warszawy. Jeździło się (i jeździ) do Świdnika, do rodziców. Od śmierci mamy chodzimy z ojcem do restauracji. I jakoś nigdy nie udało nam się nic więcej. Być może dlatego, że nie nocujemy, tylko wpadamy na kilka godzin…
No i obiecujemy sobie, że trzeba wreszcie i w ogóle. Bo dzieci w ogóle Lublina nie znają, a przecież stamtąd ich ród (w geograficznym przybliżeniu). Zatem dziękuję Tetryku, bo może wreszcie się zmobilizuję. Ale dopiero jesienią, bo w upały nie dam rady.
Absolutnie nie chciałem cię zawstydzać!
Ale nie! Bardzo dobrze! Może wyjdzie z tego coś pozytywnego!
PS. Piter dłużej mieszka w Warszawie niż mieszkał w Świdniku, bo od studiów, więc prostuję: pochodzi z lubelszczyzny. Taki lubelski warszawiak
Znaczy świdnicki.
No proszę , jeszcze trochę , a okaże się , że prawie wszyscy pochodzimy z lubelskiego . Rodzina maxów-janów w Lublinie mieszkała i mieszka od zawsze i od pokoleń pracuje w szkolnictwie na różnych poziomach . Dziękuję zatem za materiał , który mogę traktować jako opis rodzinnego miasta . Warto przy takiej okazji zauważyć , że Polska w ostatnich latach została totalnie wybrukowana kostką , co zwłaszcza w małych miastach korzystnie wpływa na wygląd . Dotyczy to również wiosek , gdzie kostka to nie tylko chodniki , ale często podwórka i różne wewnętrzne scieżki komunikacyjne . Świat się
zmienia …
Ja na pewno nie pochodzę z Lublina
Jeden mój dziadek urodził się w podlaskiej wiosce (parę kilometrów od Białegostoku), babcia pochodziła z sąsiedniej wsi. A drugi dziadek urodził się w Krakowie, babcia to rodowita białostoczanka. Mama urodziła się w Turośni Kościelnej, a tato w Białymstoku… także nie mam korzeni w Lublinie…


A co do kostki na ulicach… Wiem, że w Białymstoku wyłożono kostką jedną z głównych ulic starówki i zamknięto ją dla ruchu kołowego. Stare kamienice odnowiono i z opowiadań wiem, że wygląda to teraz cudnie. Wydaje mi się, że bez względu na wielkość miasta (Białystok wcale taki malutki nie jest, bo ma ok. 300 000 mieszkańców), taka kostka w połączeniu z zabytkowymi domami idealnie współgra. Powstaje niezapomniany klimat takiego miejsca. Po prostu, do takich kamieniczek asfalt by nie pasował
Dzień dobry
Witaj Mireczko
Miłego dnia życzę 
Witaj

I wzajemnie, chociaż to będzie już inny dzień
Cudna ta relacja, a przy okazji trochę zwiedziłam Lublin, bo kiedyś widziałam to miasto, gdy przejeżdżałam, czyli niewiele, natomiast z Twoich zdjęć wynika, że to ciekawa metropolia Wschodu.
O linoskoczkach nie napiszę, bo zaraz bym miała gęsią skórkę.
Ale i tak najważniejsi są życzliwi ludzie.
Coraz bardziej popularne są tzw. parki linowe, gdzie za niewielkie pieniądze można bezpiecznie przejść trasę między drzewami po linach, siatkach i tym podobnych atrakcjach. Oczywiście nie oferują one pojedynczych lin…
Niestety wciąż jeszcze nie fajrant – tak się dzisiaj poskładało. Ale już niedługo.
Fajrant. Przynajmniej na chwilę muszę zrobić przerwę.
Ja też mam fajrant do jutra
Dobranoc
Dobranoc.
Spokojnych snów, dziewczęta! 🙂
Oho, czas na dobranockę. Już idę…
Dzisiaj taka dobranocka.
Trochę soulu, trochę funku, sporo rytmu, ale generalnie łagodna. Połamane harmonie, chórki skromne, ale klimatu pełne.
Bill Withers „Just The Two Of Us”.
Snów z właściwej szufladki dzisiaj.
Idę zatem szukać szufladki…

Jaka przyjemna wycieczka;-) już z pięć lat chyba nie byłam w Lublinie. Bardzo lubię to miasto, do dziś pamiętam smak kawy w jednej z kawiarni w takiej małej, przyjemnej piwnicy, coś z afrykańska się nazywała, ale ten smak naprawdę pamiętam do dziś.
Spokojnej nocy;)
Dzień dobry
No to już jest sierpień… Jak ten czas leci…
A tak niedawno był maj
Właśnie… Pora choinkę ubierać. Ale najpierw Gienia.

O, słusznie. Poproszę jak zwykle.
Witajcie!
Zanim ubierzemy choinkę, to ja się przywitam. 🙂
A ja napiję się kawy
Dzień dobry! Ponoć najgorętszy dzień w roku zaczyna się od częściowego zachmurzenia i bardzo dobrze. Tymczasem nad Kaliningradem widać sakramencką burzę, zobaczymy, czy wybierze się w naszym kierunku przez Zatokę.
Burze zapowiadali dziś w całym kraju. Liczę na to, że się nie pomylili.
Już jest 29*C, a nie ma jeszcze południa!
Dziecko poszło na rower i bardzo szybko wróciło. Woli obejrzeć film. Przy zamkniętych oknach, opuszczonych do połowy roletach i działającym pełną parą (chociaż nie wiem, czy w tym kontekście powinnam tak pisać) chłodzeniu.
Pełnym dmuchem? 😉
Też nie, bo nie dmucha. Tylko chłodzi. Odwrócona pompa. Zimą podgrzewa całą podłogę, a latem chłodzi. Bardzo przyjemne, o ile nie chodzi się boso mając problemy z nerkami
O podgrzewanych podłogach słyszałam, ale o chłodzonych jeszcze nie
Ale się nie znam, to mój mąż jest specjalistą od klimatyzacji 
Byłoby efektywniejsze…
Czy takie chłodzenie dobrze działa? Bo według praw fizyki ciepłe idzie do góry, a zimne na dół. Więc chyba lepiej by działało chłodzenie sufitu?
Może na piętrze Jo też ma taką instalację, wtedy faktycznie mogłaby ona chłodzić parter
To jest jakoś tak, że zimą leci rurami pod podłogą ciepła woda, a latem zimna. Mamy ceramiczne płytki, dobrze przewodzą. I faktycznie w domu jest kilka stopni mniej niż na zewnątrz. Oczywiście każda podło ga, czyli na 3 kondygnacjach.
Ja tam się cieszę.
Cudnie!
Dzień dobry
Środa minie, tydzień zginie…
Dobrze, że już środa
Miłego dnia Wyspiarze
Jeszcze trochę popracowania, ale już widać koniec dzisiejszej porcji.
Widzę u Ciebie burzę, czy się mylę?
Była, albo nawet jest, bliziutko, dosłownie o miedzę, ale jednak nie nad nami. Na horyzoncie przez jakieś 2 albo i 3 godziny wisiały ciężkie, granatowe chmury, ale tutaj nie spadła ani kropla deszczu, nie strzelił ani jeden piorun. A teraz już wszystko się rozchodzi po kościach.
Ciepło? Pracuję w piekarniku bez okna i klimy, a wentylator z funkcją „powiew morskiej bryzy” nie daje złudzenia chłodu… na burze też się nie zapowiada. Byle do piątku!
Współczuję. Tutaj mimo okien otwartych na przestrzał (wschód-zachód) jest ciężko, a co dopiero BEZ okien!
No to fajrant. I pewnie za chwilę przerwa… ale za chwilę.
Właśnie czytam, że potężna nawałnica przeszła nad Gdańskiem:
Ulewny deszcz zalał kilka ulic w centrum Gdańska m.in. 3 Maja, Kartuską i Nowe Ogrody. Spowodowało to poważne korki w mieście, nie kursowały niektóre linie tramwajowe. Woda zalała też niektóre przejścia podziemne dla pieszych.
No proszę, a u nas nic! Podzieliliby to na parę miast i byłoby git.
Dooobraaanoooc

Spokojnej
Dobranocka.
Na spokojnie. Piosenka robi wrażenie evergreena ze stajni Franka Sinatry, ale jest to oryginalna współczesna kompozycja, bardzo zacna.
Melody Gardot i „Baby, I’m a Fool”. Polecam!
Snów, hm. Może pełnych piany? A potem to już kto na co ma ochotę.
Snów o biciu piany tak długo, aby móc zasadnie powiedzieć o sobie „I’m a fool”? Brrr… co za perspektywa…
No to dobranoc
Spokojnej!
Spokojnej nocy pełnej spokojnych snów!

Dzień dobry
Musiałam na tempo kończyć podlewanie ogródka, bo zaczynało kropić
Głupio podlewać gdy pada… Zanim skończyłam, przestało… taki to i był deszcz 
Rozkopały nawet ziemię w dużym kaktusie, ale nie za bardzo… mam mściwą nadzieję, że się pokłuły i dlatego nie rozkopały więcej 


U nas zapowiadana burza przeszła bokiem (jak zwykle)
Sprzątnęłam jeszcze ten bajzel, który wiewiórki zrobiły w ogródku. Część słoneczników dojrzała i ptaszki wydziobywały ziarenka. Głównie moje wróbelki i czyże złotawe. Było miło, póki wiewióry nie wyniuchały żarełka. Ogryzły prawie wszystkie słoneczniki, nawet te, które dopiero kwitły i żadnych ziarenek w nich nie było. Próbowały zakopać je w moich doniczkach i powywalały z nich kwiaty, a także majeranek, który mąż posiał. Nie wiem czy coś z tego da się uratować
Z tymi wiewiórkami to istna plaga (i to nie tylko w naszym ogródku). Tylko kopią, niszczą i ogryzają. Dobrze, że jeszcze nie wyniuchały pomidorów, bo znowu niewiele bym ich zjadła. Pisałam już, że wredoty nadgryzają po kolei każdy pomidor, żeby sprawdzić, czy zjadliwy. A po wiewiórach dojadać nie będziemy. Także większość idzie do kosza…
Może jutro uda mi się znaleźć specjalny spray od wiewiórek. Popsikam wszystko wokół pomidorów i kwiatków. Może się od nich odczepią… skoro ogryzły słoneczniki…
Brzmi, jakby sytuacja dojrzała do jakichś zdecydowanych działań antywiewiórkowych. Może zatrudnić jakieś domowe zwierzę do pilnowania przed wiewiórkami?
Dzień dobry
Już jest 21st, a ma być znów 32. I gdzie ta obiecana burza?! 
…bry

Przyzywam Gienię i wracam do łóżka.
Migrenka.
Współczuję migreny, niech Ci przejdzie jak najprędzej. A tymczasem skorzystam z kawki. Może i Tobie pomoże?
Oj. Kawkę proszę podać, pani Gieniu, a migrenkę zabrać.
Witajcie!
…z piekarnika tu na blogi parę ocząt mruga,
do soboty przypiekanie, bajka będzie długa…
Niestety
Dzień dobry, jeszcze jakieś 2h słomianego wdowieństwa… Poza tym kolejny gorący dzień się zapowiada, mimo prognoz. Może przyjdzie burza w końcu i trochę schłodzi? Ile można w piekarniku?
Tu zaczyna niknąć słońce, jest nadzieja…
Może chociaż zachmurzenie, bo na razie nic się w kraju nie kluje w sensie burzowym.
Żadnej nadziei… lazur idealny i +28. W tej sytuacji frappe poproszę
U mnie już +32, pomimo mglistego nieba.
Podobno miało być chłodniej.
Nie jest.
Na dodatek odkryłam gniazdo os w poręczy na tarasie…
Uuuu. Dasz sobie z nimi radę sama?
Cholera wie.
Ja to się nie zbliżę. Piter pozostaje.
No ale jemu „nie trzeba co pół roku przypominać”, więc chyba poszukam w usługach…
Jest 32 st., a ja muszę wyjść… Mam nadzieję, że wrócę wieczorem…
Dobry wieczór już powoli. To jest w najwyższym stopniu irytujące, to samo, co wczoraj. Burza już stała u drzwi, już do nich pukała, po czym po 2-3 godzinach wszystko rozeszło się po kościach, nie spadła ANI kropla. A jest nadal tak samo duszno. I jeszcze zawiedziona nadzieja!
Poza tym praca całkiem dobrze, norma przekroczona
Fajrant i przerwa chyba?
No i tak się wszystko poskładało, że zaraz goście.
W związku z tym ja raczej będę na wylocie.
No to spróbuję jeszcze wybrać i powiesić dobranockę, na zaś.
Dobranocka na zaś.
Marilyn Monroe i jak słychać.
Snów z plusami zdecydowanie dodatnimi, poza termometrem, rzecz jasna.
Wróciłam i przyszłam się pożegnać. Dobranoc Wyspiarze
I ja też

Dobry wieczór. Strasznie stresujące dni ostatnio miałem. Musiałem porzucić pracę z winy pracodawcy (blisko 20 lat w jednym miejscu) końcem lipca. Wiedziałem co się kroiło od kilku miesięcy i dlatego rozglądałem się za czymś innym. Byłem na kilku spotkaniach w międzyczasie. Dzisiaj się udało. Będę zarabiał trochę mniej, trochę dalej od domu, ale coś jest. Przy tych upałach i stresie dzisiaj byłem strzępem człowieka ale póki co żyję…
No to dobranoc.
Trzymaj się, Zoe!
Współczuję, Zoe

Powodzenia!!! Grunt to się załapać… zawsze można potem zmienić, jak coś lepszego się trafi
Pomyślności i szerokości!
Współczuję. Ale czasami trzeba.
Nie pozostaje mi nic innego jak zapalenie lampki.

Dziś przesuwałam meble w domu
Ale mam już dość tego czekania. Z wiekiem brakuje mi cierpliwości. Córka przyjeżdża pod koniec sierpnia, a pokój gościnny w rozsypce… bo synek nie ma czasu na zabranie wszystkich swoich rzeczy
Nawet połowy jeszcze nie posegregował. O posprzątaniu nie wspominając…
A to już miesiąc minął od jego wyprowadzki…
Pewnie tak jak rzeczy córki, na „wieczne przechowanie”

Chyba nic mnie tak nie męczy jak domowy bajzel. Normalnie jestem chora i nosi mnie… szkoda moich nerwów 
Mąż trochę się wściekł, bo znowu będą mnie łokcie bolały
W niedzielę mają przyjść i popatrzeć co jeszcze mogą zabrać. Część ma iść na śmietnik, a część oczywiście do naszej piwnicy na przechowanie
Nie przeszkadza mi ta „przechowalnia”, ale niech już w końcu zabiorą bajzel z tego pokoju! Chciałabym posprzątać i mieć w domu jak w domu, a nie jak na „urwańskiej ulicy”
No to ja mam tak, że przynajmniej na swoim biurku muszę mieć bałagan, inaczej czuję się nieswojo i nie mogę pracować. Pokój niechby był uporządkowany, ale biurko jest strefą eksterytorialną.
Bałagan bałaganowi nie równy
Kwestia podejścia do sprawy… Co innego, gdy potrzebujesz wielu rzeczy do pracy, a co innego, gdy masz całą masę zupełnie niepotrzebnych śmieci. Większość nadaje się tylko do kosza. 
Czasami dwa, trzy dni nie ruszam (nie mam czasu, albo po prostu mi się nie chce), to się nazbiera pokaźna kupka. A jak do tego dojdą rachunki ze sklepów, to robi się bałagan. Wszystko muszę przejrzeć, posegregować. Co do kosza, co do niszczarki, a co do segregatora. Czasami znajduję korespondencję męża. Adresowaną na jego firmę. Po co mi to zostawia? Nie mam pojęcia. To jego obowiązek, a nie mój.
Sprawy swojej firmy prowadzę sama i nie podrzucam mu swoich papierów… a może powinnam? 
Myślisz, że u mnie zawsze jest idealny porządeczek na biurku? Absolutnie nie!
Chłopcy (teraz już tylko mąż) nawet nie sprawdzają co jest w skrzynce, tylko kładą to na moim biurku
Dodam jeszcze, że nie jestem pedantką. Wiem co to znaczy, bo miałam w pracy koleżankę – pedantkę
Spać nie mogła, bo w zlewie została jedna nieumyta szklanka. Ja bym spała i nawet nie pomyślała o tym. Rano też mogłabym ją umyć
To znaczy nie w zlewie, bo mój mąż wścieka się, gdy coś się w zlewie zostawia
Obok może być góra naczyń, ale zlew ma być pusty…
A tak w ogóle, to dzień dobry
U mnie też za niedługo będzie
Jeszcze nie wiem co będę robiła… wolę nie planować, bo zwykle z tych planów nic nie wynika
Na pewno będzie wizyta w banku, w sklepie (całe szczęście nawet nie muszę z samochodu wysiadać) i w jeszcze jednym sklepie (tu już będę musiała wysiąść i się przejść
). Co jeszcze, to nie wiem. Zobaczy się… 
W sobotę mamy jechać raniutko do rzeźnika. Mam nadzieję, że nie będzie jeszcze tak źle. Na niedzielę planowaliśmy dalszą wycieczkę… ale sama nie wiem… jak ma być tak gorąco… Ciężko będzie łazić w pełnym słońcu przy takim upale… Zobaczymy… 
U Was już piąteczek
Na weekend zapowiadają jakieś straszne upały
Dzień dobry
Następny gorący dzień i ani kropli deszczu…
Witajcie!
Na moście nad Wisłą zaskoczyły mnie dzisiaj całkiem już jesienne mgiełki. I w lewo i w prawo rzeka kończyła się po jakichś 100 – 200 metrach. Zawsze w takiej sytuacji żałuję, że nie mogę sięgnąć po aparat, no bo jak się zatrzymać na ruchliwym moście?
Widać, że Wisła paruje od tego upału…
Dzień dobry. Znów od rana gorąco. Niby ma być chłodniej, ale BARDZO stopniowo.
Najsamprzód Gienia.

O. Poproszę to, co zwykle.
Ja też proszę jak zwykle.
A ja poproszę to samo, co piłą pani przy tamtym stoliku…
Dzieńdobry. Oby. Dzisiaj szarańcza wraca. Za dwa dni impreza. Chyba za stara jestem.
Też sobie tak mówię czasami. Po czym na ogół okazuje się, że w sumie to nie.
Od dwóch dni siostra informuje mnie, że przyjeżdża pociągiem wyjeżdżającym z Łodzi o 10.20.
Przed chwilą odebrałam info od Madre, że pojechała. O 9.30.
Zatem rzucamy wszystko i lecimy na dworzec, żeby ich odebrać. Bo wprawdzie siostra twierdzi,że sama sobie przyjedzie z dziećmi autobusem numer pięćset cośtam, ale po pierwsze autobusów 500+ odchodzi z dworca chyba pięć, a po drugie: ona nie wie, gdzie wysiąść. I jak do nas dojść w obliczu tych rozkopów i zasieków.
Mózg mi się zważył od upału.
Wiedziałam, że to tak się skończy
Ja już nic nie mówię…
No i ile waży?
Trzeba to zastosować, na pewno poprawi nastrój.
Nie doceniliście przewrotności tego wpisu.
Za ciepło, żeby się dało docenić tak przewrotną przewrotność…
No ale posądzić mnie, że AŻ TAKIE ortografy robię???
Przecież Ci Ukratek odpisał, a my milcząco zgodziliśmy się z jego pytaniem, na które i tak nie odpowiedziałaś
Jedni ważą swój mózg, innym się warzy… 
Mogliśmy jedynie się zastanawiać nad techniczną sprawą tego ważenia 
Nikt nie posądza Cię o TAKIE ortografy
Znaczy fajrant i przerwa.
Ja też mam przerwę do jutra. Spłukać pot
i do łóżeczka. Dobranoc 
Spokojnej!
Dobranocka.
Było, jest i pewnie nie raz jeszcze będzie – Pink Floyd „Chciałbym, żebyś tu był(a)” Klasyk. W sam raz na dzisiaj.
Snów dobrych.
Też bym chciał… Ale na razie idę spać 🙂

Dzień dobry
A na weekend ma być jeszcze cieplej
Dobrze, że chociaż w domu chłodno 
Przez prawie dwa miesiące będę miała spokój 
Trochę za ciepło
Jutro czeka mnie ciężki dzień. Jedziemy do rzeźnika…
Dobrze, że nie jeździmy do niego często
Dzień dobry
znów gorący…
Ziew.
Spać…
Jeszcze?!
Nooo…
Ja normalnie chodzę spać 21-22. Ale jak jest u mnie sister, to przed północą się nie da. No i potem jestem strasznie niedospana. Zwłaszcza jeśli jakieś nocne przerwy zaliczę.
Dzień dobry.
Dzisiaj zaczynam dwutygodniowy w zasadzie urlop. W zasadzie, ponieważ pierwszy tydzień spędzę w domu z gośćmi – przyjeżdża rodzina dziewczyny Najjuniora, w sumie 5 osób. No i zobaczymy. A drugi tydzień – nad jeziorem na Kaszubach, tam-gdzie-zawsze.
Z czego wynika, że na Wyspie będę się pojawiał raczej rzadziej niż częściej (tym bardziej, że pokój komputerowy staje się gościnnym).
Widzę, że dzisiaj sama muszę zaparzyć kawę
Do tego ciacho? 
Ja samą kawkę, b. dziękuję.
Notabene zamykają nam właśnie ulicę pod domem, bo triathlon. Ma to plusy ujemne (do 14:00 żaden samochód na nasze podwórko nie wjedzie ani z niego nie wyjedzie, przejście przez ulicę będzie utrudnione, za chwilę pojawią się hałaśliwi kibice z wuwuzelami i innymi środkami dopingu bezpośredniego), ale i dodatnie (od ulicy cisza, nic nie jeździ, tylko ewentualnie gwar głosów – na razie).
Na Skwerze już suną kolarze…
No właśnie. Widzę, że masz podgląd
Tak, obserwuję.
Na skwerze spotkałem Twój awatar . Gryzł listki koniczyny , ale wygląda elegancko i dał się pogłaskać . Jutro wyjeżdżam na Mazury , aby złapać trochę czystego powietrza . Tymczasem dzień dobry 🙂 i do usłyszenia po 20 – tym …
Ha, przyjemności, odpoczynku, czystego powietrza życzę.
Ja dwudziestego powinienem być z powrotem z Kaszub, więc podobnie.
Dużo przyjemności wyjeżdżającym.
Tym którzy nie wyjeżdżają, również.
Tak jak Bożenka, życzę wyjeżdżającym udanego pobytu na wczasach
Niech Wam pogoda dopisze. Nie tylko ta za oknem, ale i ducha 
Witajcie!
Jak zwykle w sobotę melduję się późno, po zakupach i śniadanku i nawet częściowo wyspany. Ale tego ostatniego bym nie przeceniał…
To tak jak tutaj
Dzień dobry. Orzech w ogrodzie nadaje się jedynie do spożywania kawy i lodów pod nim.
Coś podobnego, a wszystkie znane mi orzechy w okolicy mają tyle orzechów, że czasem trzeba gałęzie podpierać, żeby się nie obłamały!
Niemniej miłej kawy i lodów!
Pod warunkiem, że nie bombarduje owocami…
Może powinieneś go przyciąć? Pamiętam jak u mojej mamy na podwórku i w ogrodzie rosły dwa orzechy. Też owoców na nich nie było (a jeśli już to sporadycznie, po kilka sztuk). Szwagier się trochę wściekł, bo tylko zasłaniały słońce, a podczas wiatru gałęzie uszkadzały dachówki. Poprzycinał je znacznie (orzechy, nie dachówki). Jesienią… W następnym roku orzechów było tyle, że wiadrami zbierali i pytali wszystkich znajomych czy kto by nie chciał
Może orzech lubi być przycinany? Poszukaj na internecie, a na pewno znajdziesz 

Powodzenia Zoe
A ja zaraz muszę wskoczyć w oficjalne ciuchy
i zasuwać na ślub, a potem na wesele 
Nie zazdroszczę w taki upał, ale baw się dobrze.
Niech pocieszeniem ci będzie refleksja, że tym razem dopadło to innego!
Biedactwo…
Key brała ślub na koniec czerwca.
W Piemoncie.
WSZYSCY faceci byli w czarnych garniakach. I okularach. Większość przyleciała z Bari.
Zanim dostałam udaru oraz roztopiłam się w smętną kałużę miałam wrażenie, że biorę udział w kręceniu Ojca Chrzestnego…
To jeszcze dobrze, że miałaś wrażenie, że bierzesz udział w kręceniu filmu, a nie że bierzesz udział w weselu jak w Ojcu Chrzestnym

Mafia bywa niebezpieczna i z tortu mógł ktoś z czymś wyskoczyć
Co prawda, to prawda.
Ale wrażenie było niezłe
Miłej zabawy, pomimo upału

Może nie będzie aż tak źle, jak to sobie wyobrażasz
Dobranoc
Quackie baluje, więc ja wystawię na dobranockę pocieszenie, bo przecież wkrótce musi nastąpić
No i czas na lampkę. Dobrej nocy!

Padam na dziób, ale to u mnie staje się normą.

Tam się nie da wytrzymać długo, bo trzymają w pomieszczeniu z mięsem ok. 5C. Normalna lodówka gigantycznych rozmiarów 

Dochodzi 22, a termometr na zewnątrz pokazuje ponad 30C. I na pewno jest to w cieniu, bo słońca dawno już nie ma 
Chyba na dobre się starzeję, skoro tak często bywam zmęczona
Dziś (jak było planowane) wizyta u rzeźnika. Sama byłam zdziwiona, że w niecałe pół godziny tyle żeśmy napakowali
Do domu trzeba było się śpieszyć, bo gorąc… co prawda byliśmy w domu ok. 8, ale już zaczynała się „parówka”.
Najgorzej z flakami. Zanim je pokroiłam (mąż mi pomógł) i zanim „zahartowałam” (odgotowuję je 3 razy), zrobiło się późno. Jeszcze się gotują… ale jestem zadowolona, bo je zamrożę i jak nie będę miała czasu na gotowanie obiadu, to wystarczy wyjąć i odmrozić
Na podwórku sauna
Miłej niedzieli życzę wszystkim Wyspiarzom



I tym „wyjechanym”, i tym w miejscu stałego pobytu
Nie wiem czy rano się odezwę, bo wybieramy się do Zion. Co prawda ma być bardzo gorąco, ale może bryza od Lake Michigan trochę ten gorąc schłodzi
Wcześniej pojedziemy, to upał będzie mniejszy…
Dzień dobry
Pochmurny poranek, czyżby nareszcie jakaś zmiana?
Rzeczywiście, popadało
Czas na kawę. Gieniaaa
no to jest. 
Dziękiiii.
Poszłam spać w nocy. Po takich przygodach, że brak słów.
Nad ranem galanta (jak by to moja Babcia powiedziała) burza.
A za 5 godzin mam 13 osób na urodzinowym obiedzie BlueBoya…
Wszystkiego co najlepsze dla BlueBoya
Przekażę, przekażę.
On się urodzìł 8.08, więc w tym roku imprezujemy od niedzieli, do niedzieli…
Witajcie!
Szykuje się kolejny dzień tropików. Nawet nie warto się jakkolwiek ubierać, póki nie trzeba wychodzić…
Dzień dobry. Żyję, chociaż z pewnymi ograniczeniami poweselnymi. Było bardzo zacnie pod każdym względem.
A na razie w komputerowym goście, więc piszę z telefonu, czego nie lubię zbytnio.
Też nie lubię pisać z telefonu, ale jakoś przeżyjesz
Miłej niedzieli Tobie i zacnym Gościom 
Ha. Chwilowo z komputera.
Mieliśmy iść pokazać gościom okolicę, a tu jak na złość deszcz, ale jest i dobra strona, trochę się odświeżyło powietrze.
Tu też trochę popadało i nieco spadła temperatura. Teraz mamy 25C.
Akurat dzisiaj padł mi wentylator, i co gorsza nawet nie potrafię go rozkręcić…
Całe szczęście, że dziś sklepy czynne!
Ostatnio, kiedy chciałem rozkręcić wentylator, okazało się, że producent zastosował wkręty tzw. „tri-wing” (zdjęcie poniżej), których bez specjalistycznej końcówki nijak się nie da wykręcić.
Niestety, mój trzyma się niby na jednej śrubce, którą zresztą bez trudu wykręciłem, tyle tylko że nadal fragmenty podstawy po obu stronach pierścienia, który ongiś sterował przełącznikiem, nie zamierzają się dać rozłączyć bez majzla i młota…
Eeeetam, idę spać. Męczący ten dzień był… Dobranoc
Wyjechałam, ale i wróciłam! Z nieprzewidzianym dwugodzinnym postojem w korku. Właśnie doczytałam, że Tour de Pologne radośnie krążył czterokrotnie po ulicach Katowic, ludzie tkwili w samochodach, policja nie ogarnęła tematu…a chłodno nie było.
O rany! To się nazywa gorące przyjęcie!
Goście Quacka pewno blokują mu dostęp do Wyspy, więc zaproponuję dziś coś z klasyki: Bielszy odcień bieli, w wykonaniu na żywo z 2006. roku
Dobrej, spokojnej nocy!

A tak przy okazji: kto wstawi coś z Tuwima na sierpień?
Mówisz, Ukratku, i masz


Zapraszam na nowe pięterko
Oczywiście tuwimowskie…