Poszukując szczegółów na temat żab i małego, zimnego kraju, trafiłem na prowadzonego po angielsku bloga, którego autor – niejaki C.G.P. Grey – postanowił wyjaśnić zamieszanie wokół nazewnictwa państwa holenderskiego, czyli Niderlandów. A może Królestwa Niderlandów?
Powyżej film z angielską ścieżką dźwiękową, a poniżej – przełożony przeze mnie tekst polski. Oryginał pod adresem http://www.cgpgrey.com/blog/the-difference-between-holland-the-netherlands. Wszystkie uwagi i wyjaśnienia w nawiasach kwadratowych pochodzą ode mnie.
____________
Witajcie we wspaniałym państwie – Holandii, gdzie rosną tulipany, obracają się skrzydła wiatraków, na śniadanie jada się czekoladę, ludzie są pracowici, a morze… próbuje to wszystko zatopić.
Tylko że to państwo wcale nie nazywa się „Holandia”. Czas na film:
„Różnica pomiędzy Holandią a Niderlandami (a to jeszcze nie wszystko)”
Właściwa nazwa dla tego kraju, w którym hoduje się tulipany, buduje wiatraki, je słodką czekoladową posypkę, wysyła wielkie kontenerowce i podbija oceany, to Niderlandy.
Zamieszanie z nazwą jest jednak zrozumiałe – cały ten region zmieniał nazwę w ciągu ubiegłych wieków jakiś tysiąc razy. Okolice te nazywały się na przykład tak:
- Republika Zjednoczonych Prowincji
- Królestwo Zjednoczonych Niderlandów
- Królestwo Holandii
Ale zamieszanie wokół nazwy nie wynika tylko z historii. Niderlandy składają się z dwunastu prowincji:
- Groningen
- Drenthe
- Overijssel
- Geldria
- Limburgia
- Brabancja Północna
- Zelandia (od której, tak na marginesie, wzięła nazwę ta druga Zelandia, Nowa)
- Fryzja (ze ślicznymi małymi serduszkami na fladze)
- Felvoland
- Utrecht, a teraz uwaga, zaczynają się schody:
- Holandia Północna oraz
- Holandia Południowa
Jeżeli więc ktoś nazywa Niderlandy Holandią, to wychodzi to mniej więcej tak samo, jak gdyby nazywał Stany Zjednoczone – Dakotą. Różnica polega na tym, że obie Dakoty są w większości puste, może tylko czasem trafi się jakaś królikolopa [w oryginale „jackalope” – mityczne stworzenie], natomiast obie Holandie to prowincje o największej gęstości zaludnienia, w których znajdują się wielkie turystyczne atrakcje, takie jak Amsterdam czy Keukenhof [słynny, olbrzymi ogród].
Jest więc spora szansa, że jeśli słyszeliście o jakiejś holenderskiej atrakcji, to znajduje się ona w jednej z dwóch prowincji z Holandią w nazwie.
Nawet rządowa strona promująca turystykę ma adres Holland.com – oficjalnie w związku z tym, że brzmi to przyjaźnie dla użytkownika, nieoficjalnie – prawdopodobnie dlatego, że większość ludzi szuka Holandii, a nie Niderlandów.
Zamieszanie się wzmaga, ponieważ [i tu uwaga, bo nie mam jasności co do nazw – proszę o poprawkę, jeżeli coś sknocę]: Ludzie, którzy mieszkają w prowincjach z Holandią w nazwie, to Holendrzy, ale wszyscy obywatele Niderlandów są także zwani Holendrami – od języka holenderskiego, w jakim mówią. Jednak po holendersku mówi się „Nederlands sprekende Nederlanders in Nederland”, co brzmi tak, jakbyśmy powinni raczej nazywać ich Niderlandczykami, mówiącymi po niderlandzku. Tymczasem za miedzą, w Niemczech, ludzie mówią o sobie: „Deutsche sprechen Deutsch in Deutschland”, dlatego też to raczej oni zasługują na to, by po angielsku określać ich mianem „Dutch” [czyli właśnie Holendrów 🙂 ].
Ze względu na to całe zamieszanie tacy na przykład Amerykanie nazywają grupę, która wywodzi swoją odrębną kulturę od niemieckich imigrantów, „Pennsylvania Dutch” – mimo że członkowie owej grupy to z pochodzenia Niemcy.
Dobra, szybkie podsumowanie do tego momentu [po angielsku brzmiące wszakże nieco inaczej]: kraj to Niderlandy, zamieszkują go Holendrzy [Dutch], którzy mówią po holendersku [Dutch]. Nie ma kraju o nazwie Holandia, ale są dwie prowincje, które się tak nazywają: Holandia Północna i Południowa.
Łapiecie? Świetnie, bo teraz dopiero sprawy zaczną się komplikować.
Niderlandy to część królestwa o tej samej nazwie, Królestwa Niderlandów, w którym panuje holenderska rodzina królewska.
Królestwo Niderlandów obejmuje jeszcze trzy kraje. Żeby je znaleźć, musimy przepłynąć przez lodowate Morze Północne aż na Karaiby, i dotrzeć do Aruby, Curaçao oraz Sint Maarten.
Nie są to terytoria zamorskie, ale samodzielne kraje, stanowiące części składowe Królestwa Niderlandów. Każdy z nich ma własny rząd i własną walutę.
Tutaj dygresja dla szajbusów geograficznych:
Aruba i Curaçao to wyspy, ale Sint Maarten to tylko południowa połowa małej wysepki o nazwie Saint Martin, której drugą połowę zajmuje terytorium zamorskie Francji, noszące nazwę – jakżeby inaczej – Saint-Martin. Tak więc, mimo że na mapie Europy Belgia oddziela Królestwo Niderlandów od Republiki Francuskiej, mają one granicę lądową po drugiej stronie świata, na wyspie tak fajnej, że nosi trzy takie same nazwy.
Ale dlaczego właściwie Królestwo Niderlandów sięga aż na Karaiby? Ponieważ imperium.
W siedemnastym wieku Holendrzy, zawsze szukający okazji, żeby zdobyć nowe rynki, kładli łapę na każdym ważnym porcie, na którym się dało. Przez pewien czas wschodnie wybrzeże Ameryki Północnej nosiło nazwę „Nowych Niderlandów”, a jego stolicą był Nowy Amsterdam [obecnie Nowy Jork]. Na mapie pojawiła się, jak już wspominaliśmy, Nowa Zelandia [bez zmian], a w pobliżu – królowa wszystkich wysp, Nowa Holandia [obecnie Australia]. Mimo że imperium przeminęło, trzy wyżej wymienione karaibskie kraje pozostały na swoich miejscach.
Ale to jeszcze nie wszystko. Cztery kraje w jednym królestwie – to się zdarza. Jednak granice Niderlandów jako państwa sięgają JESZCZE dalej, obejmując trzy inne karaibskie wyspy: Bonaire, Sint Eustatius i Saba.
Nie mają one statusu krajów Królestwa Niderlandów, ale są miastami należącymi do państwa holenderskiego i tak też wyglądają. Mieszkańcy tych daleko położonych miast głosują w wyborach, wyłaniających holenderski rząd tak samo, jak każdy inny mieszkaniec Holandii. Mimo to – żeby było dziwniej – nie należą administracyjnie do żadnej z prowincji, na ich terenie nie używa się też euro, lecz amerykańskich dolarów. To trochę tak jakby Hawaje nie były stanem, ale technicznie rzecz biorąc częścią Dystryktu Kolumbii, a do tego ich oficjalną walutą byłby japoński jen.
Te holenderskie miasta i kraje należące do Królestwa Niderlandów razem znane są jako Karaiby Holenderskie [oryg. Dutch Caribbean]. Ich obywatele są obywatelami holenderskimi, a ponieważ Królestwo Niderlandów należy do Unii Europejskiej – są także Europejczykami.
Ostatecznie podsumowując: mamy sześć karaibskich wysp, cztery kraje, dwanaście prowincji, dwie Holandie, dwoje Niderlandów, w tym jedno królestwo, a wszystko to razem jest holenderskie.
Przypisy i notatki [autora]:
- Literkę „ç” w nazwie „Curaçao” wymawiamy jak „s”.
- Fryzyjczycy twierdzą, że małe serduszka na ich fladze to właściwie nie serduszka, tylko lilie wodne, ale to tylko dlatego, że nie chcą się przyznać do serduszek, uważając je za nieco żenujące.





Witam na nowym pięterku. Wszelkie uwagi co do detali i nazewnictwa – zwłaszcza od Reni! – mile widziane, jako że żaden ze mnie praktyk i w Holandii, czy też Niderlandach, byłem może ze dwa razy w życiu, a i to dosłownie przejazdem.
Jezu… Jaką my mamy prostą historię geopolityczną… Nam tylko wszyscy zabrali, żeby zniszczyć naszą potęgę.
Proszę w tej chwili przełączyć telewizor na jakiś inny kanał (poza TVP, Trwam i Republiką)!
OBRAZIŁAM SIĘ
Oj no bo tak zabrzmiało.
Nie odzywam się do ciebie. I wszystko powiem pani.
E, no nie bądź taka. Do pani latać.
Skarżypyta.
A propos telewizora: za kwadrans Kultura daje Macbetha w wizji Jarzyny (akcja toczy się w r. 2007)
Oj, nie wiem, czy wyrwę TV ze szponów Juniorów, którzy mają podłączoną doń konsolę…
Jednak nie wytrzymałem do końca… Jakoś nie mogę się przekonać do „nowoczesnego” teatru najmodniejszych polskich reżyserów. Chyba nie dość nowoczesny i dokształcony jestem…
Ano właśnie. A oglądałem kiedyś „Hamleta”, trochę się pochwalę, bo w teatrze biblioteki szekspirowskiej Folgera w Waszyngtonie (oczywiście po angielsku, ale nie chciałbym sprawiać wrażenia, że wszystko świetnie rozumiałem, bo tak nie było), który to teatr jest rekonstrukcją „Globe’a”, tyle że w całości pod dachem. To była inscenizacja zaaranżowana kostiumowo pod lata dwudzieste, troszkę tak jak film „Ryszard III” z 1995 (no, tam realia są o jakieś 10-15 lat późniejsze, ale wystarczająco blisko), ale jednocześnie w jakiś sposób ponadczasowa – broń biała w użyciu i jeszcze parę innych rzeczy. I to się broniło. A Jarzyna jakoś nie.
Wczoraj czy przedwczoraj oglądałem Mela Gibsona, Glenn Close i Helen Bonham-Carter w filmowej inscenizacji „Hamleta”. Nie uwspółcześniany, ale widziałem zarazem postaci sprzed wieków jak i zupełnie naturalnych, współodczuwalnych ludzi. I obyło się bez rozbierania kogokolwiek.
Mimo, że już kiedyś ten film widziałem, z przyjemnością i zainteresowaniem obejrzałem aż do końca.
No właśnie, to jest ważne – spójność wizji i jakaś tam jej wiarygodność w ramach przedstawionych realiów (no bo trudno mówić o wiarygodności ogólnie pojętej np. w przypadku fantasy).
Mości Tetryku, okazało się, że Juniorzy skończyli wcześniej, ale szczerze mówiąc, nie przekonał mnie pan Jarzyna do swojej wizji. Okupacja Iraku a sytuacja w „Makbecie” moim zdaniem nijak się do siebie mają, a podciąganie tekstu Szekspira pod wojskowy żargon, tym bardziej że zmieniono tylko część słownictwa, tam, gdzie nie pasowała do realiów, a resztę zostawiono w oryginale – niestety również nie. Ale dzięki za rekomendację, bo warto próbować.
Bingo!
Oj no cię proszę – nie uważasz tych serduszek na fladze za pewien obciach?
Ja tam widzę małe, ciemnoróżowe dupki, jak u pawianów, ale mnie się wszystko z dupą kojarzy, więc…
No to dupki tym bardziej chyba?
Czy ja wiem, co jest większym obciachem dla cieszących się swobodą obyczajową Holendrów?
A (angielska) wiki znów podaje: „Na białych pasach znajduje się w sumie siedem czerwonych 'pompeblêden’, liści grążela żółtego, które mogą kojarzyć się z serduszkami, ale zgodnie z oficjalną instrukcją 'nie powinny mieć kształtu serc’ ” i dalej „Siedem czerwonych liści stanowi nawiązanie do fryzyjskich „krajów nadmorskich” w średniowieczu – niepodległych regionów wzdłuż wybrzeża od Alkmaar do Weser, które zjednoczyły się przeciw Wikingom.”
Bardzo ciekawa historia. Nie sposób wspominając historię pominąć słynnego Zagłobowego ofiarowania, które jako jeden z nielicznych znanych memów utrwala w Polakach nazwę Niderlandy…
A Holland to przecież Agnieszka!
Znaczy Europa nadal nasza?
Tak jest, a ze względu na p. Agnieszkę nawet „Europa, Europa”!
Ano właśnie, ciekawe, czy imć Zagłoba miał świadomość, że ofiarowuje wraz z wyspami na Karaibach? Szwedzi by docenili, przecież do dzisiaj chętnie wypoczywają w ciepłych krajach!
Jakbyś Pan żył w kraju opanowanym przez żaby, też byś wypoczywał w tropikach!
Ha, a kojarzysz najgorszych zawalidrogów z kamperami na trasach do Włoch? Na Brennerze? Wszystko to z tablicami NL.
1. Moja psiapsióła, od lat naturalizowana Niderlandka, opowiadała dowcip rysunkowy: Holendrzy lecą samolotem na wakacje, a do samolotu przyczepiony kamper.
2. Pamiętasz Europa da się lubić i Niemca, co Holendrom mówił: „Jasne, a potem parkujecie swoje kampery na poboczach niemieckich autostrad”?
1. W punkt!
2. Nie pamiętam, ale to swobodnie mogłaby być odpowiedź na zarzuty o niemiecką okupację w czasie drugiej wojny światowej.
🙂
Żegnam się z Państwem na dziś i idę spać. Na wszelki wypadek, gdyby te żaby, wilgoć i niska temperatura – biere se sobą kordełkę.
Spokojnej i suchej (znaczy a propos tych żab, niczego innego!).
Ja już śpię. Tak tylko rzucam. Śpiąc, rzecz jasna.
NO PEWNIE ŻE NIE NA SUCHO! A CO JA NIBY CAŁY WIECZÓR ROBIŁAM?
To ja jutro opiszę proces przygotowywania parmigiany.
A teraz idę spać i wyłączam kompa, żeby nie było, że znowu podglądam.
Wszystko to prawda co napisał Quackie. Moje uwagi- nie mam żadnych .Zrozumieć wiatraka jest trudno bo oni mają zupełnie inny tok myślenia. Jak jeszcze były guldeny to w normalnych krajach było np dwadzieścia a unich musiało być 25 guldenów a jak ,a czemu nie.
Jest Dutsch – język i jest holenderski a wogóle wsio rawno jak się zwie – i tak co 5 km inny dialekt panuje. Mówią przeważnie bez oddechu,jednym tonem np przez 5 minut. SKładnie językowoa też mają pokopaną a już słówko het dobija mnie kompletnie. Powinno było stać przy rzeczowniku i nie każdym – musisz wyumiec się na pamięć co ma het a co de i – z mojego punktu widzenia – nie ma żadnej zasady ,która by jakoś pomogła to uporządkować.Można jedynie jak się nie wie powiedzieć een…najbardziej pokopany język. Pewnie nigdy go nie opanuje. Ortografie proszę państwa też mają do kitu bo te doppel literki to też no …I wyobrażcie sobie,że też mają ortograficzne konkursy .Szczerze podziwiam uczestników..
No prosze – ależ Quackie lekcję odrobiłeś…wzorowo!!
No wiesz, widocznie autor oryginału się znał, ja tylko przełożyłem. Znaczy dobrze przełożone.
Ciekawe, co piszesz, o tym „het” i „de”, to zdaje się coś takiego, jak francuska składnia z „avoir” i „etre” w czasie przeszłym? Niby są jakieś tam reguły, ale jak zwykle z mnóstwem wyjątków, więc o kant potłuc.
O „een” nic nie wiem, czym to się je?
Francuska składnia z „avoir” i „etre” musi być po prostu „wkuta na blachę” bez wnikania w sens takiej konstrukcji językowej, wtedy zaczyna się coś kojarzyć. Tak przynajmniej uczyła nas nasza nauczycielka francuskiego (zresztą całkiem skutecznie)
No właśnie, a mnie uczono, że – i tu nie chciałbym pomylić – „etre” z czasownikami dotyczącymi ruchu, a „avoir” z pozostałymi, przy czym przy większości abstrakcyjnych zupełnie wyjątkowo tak lub inaczej.
Chyba rzeczywiście trzeba by to wkuć na blachę :-/
Dlatego też Francuzi zamiast Niderland (a tym bardziej Holand) używają nazwy „Pays Bas”

Ale ci Francuzi to zawsze po swojemu muszą…
Pamiętam tą nazwę, bo kiedyś pisałem aplikację (zresztą bez powodzenia) o granty od Królowej Niderlandów. A że ja po angielsku „nicht sprechen” więc wszystkie pisma pisałem właśnie po francusku.
Ale Pays Bas to chyba dokłądne tłumaczenie Netherlands?
Dokładnie 😉

„Nie będzie Dutsch pluł Francuzowi w twarz”
A do tego „Francuzi nie gęsi i swój język mają”
Dlatego Francuzi zmienili obco brzmiące Netherlands na swojskie Pays Bas!
Francuzi w ogóle zmieniają prawie wszystko na własną modłę. Niemal cały świat przyjął słowo „komputer” z dobrodziejstwem inwentarza, a Francuzi mają „L’ordinateur”.
Dzień dobry
A oni (znaczy Dutschowie) nie mówią przypadkiem po flamandzku (vlamch)? Bo tak mi się kojarzy z Belgii, że w takim języku mówili „tubylcy” a to przecież ten sam język co w Niderlandach
Na tej części Europy się nie znam, ale jak Renia pisze, że co 5 km inny dialekt, to tak podejrzewam, że i jest. Tam się sporo kultur ścierało przez wieki – sami Holendrzy żartują, że ich język powstał, kiedy się spotkali i próbowali dogadać pijany Anglik z pijanym Niemcem.
Pamiętam jedynie, że ten język brzmiał tak jakby rozmówcy wzajemnie się opluwali podczas pogawędki
I jeszcze mieli galopującą gruźlicę.
Dobranocka piętro niżej.
Dzień dobry
jak ten czas leci… 
W Holandii (Niderlandach)byłem tylko raz, trochę przez przypadek – po prostu droga z Niemiec do Belgii wiodła przez Maastricht.
Pamiętam, że specjalnie tam wysiedliśmy, żeby na dworcu zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia. To by zresztą oznaczało, że do Maastricht dojechaliśmy koleją, czyli było to w czasach gdy jako kolejarzowi przysługiwały mi bezpłatne bilety po całej Europie…
W sprawie het i de .Jest het tafel- czyli stół.ALe sa de tafels czyli stoły i de tafeltjes czyli stoliczek. A een to tyle co niemieckie eine. więc jak nie wiesz czy użyć het czy de to mówiśz een.Poza to het nagle wystęouje z niewiadomych powodów na końcu zdania gdzie przedtem użyto czasownika.
Mam szczęście ,że mieszkam w strefie przygranicznej gdzie wszyscy znają niemiecki – więc mój język potoczny to klasyczne plato.Jak sobie nie mogę poradzić z nederlandzkim to pomagam sobie niemieckim. No i wymowa. Dla mnie trudne. Mając tę świadomość ,że jak żle wymówisz to zmieniasz znaczenie słowa.I niechcący możesz kogoś obrazić np..ech wesolutko czasem bywa.
Gdy wejdziesz np do pabu to słyszysz wyłącznie pytanie wat zeg je?co znaczy co powiedziałeś.oni sami siebie często nie moga zrozumieć….
W tv jak jest jakiś wywiad np z rolnikiem to od razu na ekranie pokazuje się tłumaczenie – bo on mówi ..swoim językiem:))
A, to raczej chodzi o przedimki. Z tym zawsze miałem największe kłopoty w angielskim.
Z tym tłumaczeniem rolnika w TV niezła sprawa, to tak, jakby puszczać napisy pod wywiadem z góralem albo Kaszubem?
Australijczycy oglądają amerykańskie filmy z dubbingiem…
Nie wiedziałem!
…bry


Komuś kawy?
Lub herbaty?
Oj, tak tak, kawyyyy…
Dziś zaspałam, widać że się starzeję 
Daj spokój! Zostaw to dzieciom!
Dzieciom… Mój starszy dziś w domu. Zaraz przyjdzie zapytać o śniadanie… Ale nie narzekam – od roku je śniadania, co jest jednym z większych moich sukcesów, a kiedy ma wolne to nawet porzuca nieśmiertelną kanapkę z pasztetem i pozwala sobie ugotować mannę na mleku.
Ja to mam osiągnięcia! Medal powinnam dostać. Z ziemniaka…
A może lepiej jakiegoś Nobla? W końcu on wynalazł dynamit, a Ty jakoś po drodze nie eksplodowałaś, więc są pewne przesłanki…
Nie głupio gadasz…
A może i niegłupio?
Czy jakaś filiżanka dla spóźnionego wędrowca się znajdzie?

Zapraszam!
Ciasteczko?
Avec plaisir, jak mawiają „Holendrzy z Senegalu” krótko po otrzymaniu prawa stałego pobytu w Niderlandach.
Witajcie!
Ponury i deszczowy, ale jednak… nowy dzień! I nowe nadzieje!
Deszcz potrzebny. Oby tylko ciepło było.
A u mnie znowu zimno i pochmurno
Szanse na deszcz niewielkie, dopiero jutro ma popadać.
Jakbyśmy mieli jakąś niewidzialną zaporę
Zimą było podobnie. Wisconsin i Indiana (czyli stany na północ i południe od nas) miały śniegu po pas, a u nas tyle co nic… Ciekawe czemu? 
Sama nie wiem, może to prawda co ludzie gadają, że na lotnisku mają jakieś prototypy urządzeń odganiające opady?
Wszędzie sypało gradem, padał deszcz, tylko nas to jakoś omijało… Dochodziło w pobliże i skręcało to na północ, to na południe…
Odganiające opady? Śmiem podejrzewać, że to raczej niemożliwe. Mogą mieć ILS, system umożliwiający lądowanie niezależnie od pogody (widoczności, zachmurzenia czy zamglenia). Mogą mieć sokoły, tresowane do odganiania ptaków, które mogłyby się zderzyć z samolotem i go uszkodzić. Ale o odganianiu opadów nie słyszałem. Gdybyś wiedziała coś więcej, chętnie poczytam!
Dzień dobry!
Taka ciekawa dyskusja mnie wczoraj ominęła, ale za to dziś miałam co poczytać 
Dzień dobry. Środa zrobiła się raptem nadspodziewanie biegająca, aczkolwiek za chwilę. Pogoda bardzo ładna, tyle że chłodno.
DzięDobry:)) Jak będzie dalej chłodnieć to sobie poholendrujemy niebawem :))
No może aż tak, to nie. Na przykład w tym miejscu pod Żywcem, z którego ostatnio pokazywałem foty, dzisiaj zamiast śniegu pada już deszcz. Znaczy jest postęp.
Faktycznie, jest:)) Szukałem czegoś zielonego…
https:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/www.cigionline.org/sites/default/files/imagecache/wide_article/sites/default/files/images/godot.jpg
Faktycznie, Stateczku!!! Zielone jak nie wiem co!!!
To ja wybywam pobiegać za różnymi sprawami.
Takie sobie moje, holenderskie trele – morele : Czy pan profesorze bywa w Szkocji ? Nie miałem okazji ,ale staram się , kiedy lecę do Stanów , aby zawsze lecieć nad Szkocją …, Czy pan , panie Iwanie zna świat ? Da ,da , ja w swajoj żizni ,był wiezdie ! Był pan wszędzie ? Ot ty sukinkot, w Wszędzie jeszczo nie był , no budu striemitsa ….W okresie słusznie minionym , w Berlinie na tarasie restauracji dla piwoszy ,kufle przymocowane były do stolików łańcuszkami . Zatem , to niemiecki patent , anie polski jak to pokazano na filmie Barei . Kłaniam się wiosennie …
Dzień dobry! Nad tą Szkocją stara się latać z grzeczności dla Szkotów, czy z jakiegoś innego powodu?
W 1985 r. Mama Quackie była na stypendium we Frankfurcie (nad Menem) i opowiadała, że w jednej słynnej piwiarni, nazwy nie pomnę, kufle miały na dnie napis „ukradziono z piwiarni…”. Jak rozumiem, wstyd miał zniechęcić gości do kradzieży, skuteczniej niż łańcuszki. Być może różnica polegała na tym, że Berlin leży dalej na wschód?
Być może .Niemcy naród praktyczny tych łańcuszków się nie wstydził tak jak np. w Poczdamie w Muzeum Wojskowym w każdej gablocie obok manekina w ubiorze wojskowym niemieckim ,był odpowiednik w ubiorze Armii Czerwonej . Można się z tego śmiać , ale tak naprawdę , to mundury niemieckie były bardziej eleganckie…Jeśli chodzi o pana profesora ,który łaskawie przelatywał nad Szkocją , to przykład , jak my Polacy staramy się zaimponować w towarzystwie „swoim ” wyjątkowym oblataniem . A często jest to zwykła wiocha spuszczona z łańcucha ….
Ach, mundury niemieckie mi się kojarzą z kolei z muzeum w twierdzy salzburskiej, które zwiedzałem w międzynarodowym towarzystwie, będąc w pobliżu na stypendium. Przewodnik pokazał nam piętra prezentujące broń i barwę średniowieczną, renesansową, barokową, osiemnasto- i dziewiętnastowieczną, potem okres pierwszej wojny światowej… i tuż przed ekspozycją dotyczącą lat trzydziestych XX wieku i późniejszych okazało się, że już, już musimy kończyć zwiedzanie, bo spóźnimy się na kolejny punkt programu 🙂 jak więc widać, niektórzy nie są chętni, by się chwalić pewnymi mundurami, nawet eleganckimi 🙂
W klubie studenckim na Wydziale Biologii UJ „Pratchawiec” zastosowano podobny myk: nadruki na szklankach „Skradziona w 'Pratchawcu'”. Od pojawienia się tych szklanek każdy pokój w akademiku za punkt honoru miał posiadać przynajmniej jedną…
To się nazywa przeciwskuteczność!
Rożnie to bywa . Facet , który na chwilę musiał przerwać spożywany posiłek , zostawił przy talerzu kartkę : ja tu naplułem !! … Kiedy wrócił , miał już dodatkowe wpisy : ja też !!
…
Słyszałem, że to (nieskuteczna, z powodów podanych przez Ciebie) metoda zabezpieczająca przeciwko podjadaniu z firmowej lodówki przez współpracowników. Natomiast o wiele bardziej skuteczne jest przechowywanie pożywienia w takiej lodówce w plastikowych, przezroczystych torebkach z NADRUKIEM udającym śliczną, zieloną pleśń.
Pobiegałem, teraz muszę popracować. Zjawię się, jak tylko się będzie dało.
Dzień dobry. Jesu jak leje. Nie zazdroszczę dzisiaj familii królewskiej spotkan z poddanymi. Widzę w tv, że już mają coraz bardziej sztuczne uśmiechy.
A ja musze po chleb…i papieroski. To jest niesprawiedliwe,żeby musieć w taką pogode na rower. Na piechotę też mi się nie chce.Że ja tez umyślnego nie mam na posyłki…
Proponuję zatrudnić kogoś z BORu, akurat jest okazja, wielka dobra zmiana. A ci chłopcy mają znakomite wyczucie gdzie dobra pizza, gdzie najlepsze papierosy i inne używki :))
A u was tam nie ma zakupów z dostawą do domu?
No wiesz, może chleb i papierosy to za mało, żeby się opłacała dostawa?
Fakt. Ja dorzucam Martini Brut.

My zamawiamy mniej więcej raz na dwa tygodnie, ale taki solidny wózek. Soki, wodę etc. w ilościach półhurtowych.
Dzień dobry
Nie tylko masę nowych informacji, ale i ciekawą dyskusję 
A poza tym naiwania „britiszem”, aż ciężko zrozumieć
Jeszcze się chyba nie obudziłam do końca, bo oglądając filmik i potem czytając tekst, zastanawiałam się, gdzie on powiedział, że ten Nowy Amsterdam to teraz Nowy Jork… Dopiero później doczytałam, że te informacje w nawiasach podane są przez Mistrza Q
Ale dzięki temu obejrzałam filmik dwa razy wsłuchując się uważnie

Ale miałam do poczytania!!!
Ten facet po angliczańsku nasuwa jakby mu się bardzo śpieszyło
Bo na filmie masa rzeczy jest dodatkowo pokazywana, np. ta Australia jako Nowa Holandia.
Co to jest w ogóle za pogoda??? Leje, zimno. Idę spać.

Spokojnej!
No i skończyłem na dzisiaj. Wszystko przez bieganie do południa.
No i ja też skończyłam na dzisiaj, ale bez biegania.
Dobranoc SzanPaństwu.
Spokojnej!
Już był w ogródku, już witał się z gąską (znaczy kwiecień), aż tu nagle, po pięknym dniu, który pokazywałem na zdjęciu, przyszedł następny. I jak nie walnęło śniegiem koło Żywca!
A propos – rozumiem, dlaczego Zoe się nie odzywa. Zasypało go.
Dobranocka
Dzisiaj wzięło mnie na muzykę filmową. I będzie przejmująca, wzruszająca (łzy mi stają w oczach, coś takiego jest w tym temacie) muzyka z filmu „Interstellar”, autorstwa Hansa Zimmera. Tyle że w wykonaniu na organy i pianino. Cudo.
Snów doprawdy fantastycznych!
Dzień dobry
To już czwartek, Panie, Panowie! Słoneczko wstało i ja też 
Witajcie!
Dołączyłem do Bożenki i słoneczka…
Dzień dobry

Dla kogo kawkę
Właśnie dopijam, ale chętnie się przysiądę.
Ja też
Dzień dobry. A ja go zacząłem od badań, tym razem z kłuciem, ale błyskawicznie to poszło i już jestem po, a nawet i po śniadaniu i kawie, co mnie cieszy podwój… nie, potrójnie.
Ooo zaspałam…
I jakoś dziwnie mi się Wyspa wyświetla na telefonie…
Na telefonie zawsze jest dziwnie, u mnie też. Może dlatego, że nowy?
Ja na telefonie nie lubię korzystać z internetu, ale gdybym musiała, to kto wie…
Bardzo podstawowe rzeczy, takie jak najpilniejsze maile, częściowo Facebook, to można. Ale strony jednak dużo wygodniej na komputerze.
Ale trzeba wstać i włączyć komputer. A ja mam dziś opcję z brakiem mobilności. To póki nie minie podglądam na telefoniku.
O, a teraz się dopasował do ekranu…
DzieńDobry:)) Słońce, błękitne niebo i lód na dachach zaparkowanych aut:))
Dzień dobry.
W takich razach cieszę się, że nie mam samochodu
Czyli dobrze mi zaprzyjaźniony ogrodnik mówił, że słusznie czynię czekając z kupowaniem pelargonii…
Ja na balkonie sadzę pelargonie zawsze po „zimnej Zośce”. Pewniejsze, że nie zmarzną.
Ja też. Dlatego się zdziwiłam z tydzień temu że ludzie już kupowali.
Ryzykują i niektórym na pewno zmarzły, bo niektóre noce były bardzo zimne.
To ja poczekam. Szkoda mi i roślin, i pieniędzy.
Wcześniej dzisiaj wstałem, ze względu na badania, więc pewnie i wcześniej padnę (mimo kawy), bo nic w przyrodzie nie ginie. W związku z tym lepiej, żebym się wziął do pracy wcześniej, jeżeli chcę wyrobić dzienną normę.
Zjedz dzisiaj co miałeś zjeść jutro, nie umrzesz głodny. Zrób jutro to co miałeś zrobić wczoraj, będziesz miał ekstra dwa dni wolne :))
Jam w trakcie kawusi. Jest zimno ale słonecznie. Zapowiadają jednak jakis grad a bo co….
Ide na onet rzucić okiem…I do sklepu polskiego. Muszę.
Nie mam zaufania do zakupów przez internet….No i przecież ruszać się powinnam..tak jakoś…
Codziennie rano przy kwaie oglądam wiadomości .Po wiadomościach zwykle jest program – niederland in bewegen – czyli gimnastyka poranna. COdziennie kręcę papieroska i powtarzam sobie – od jutra zaczynam…
Znałem ambitnego, który co rano dotykał palcami czubków kapci, prostował się i znów dotykał – i tak 400 razy!
Potem oczywiście wstawał i zakładał te kapcie na nogi.
bardzo mi to znajome
Od tego zacznę. Potem może przerzucę się na siakieś ambitniejsze ćwiczenia.
Będziesz sobie WYOBRAŻAŁ przysiady?
Będzie je barwnie opisywał… 😉
Bo jak się wkurzę, to trzynastozgłoskowcem!
„Tu przerwał przysiadanie; i wszystkim się zdało
>>To Quackie!<< - a to dwóch się żuli przysiadało!"
Poczekam… Ostatnio mam kiepską literaturę do czytania…
Och , jak by przydało się Twoje wkurzenie w dzisiejszej bitwie pod Onetem ! Było niemal jak pod Grunwaldem ! Przypadek sprawił , że w bitewnym zgiełku dostrzegłem naszego Rycerza Miśka Pancernego … Obsiadła go zgraja kornelowców i już wydawało się , że polegnie , ale inni rycerze nawet tacy jak :Pokora i rycerka Ludka wsparły go pomocą i Misiek okazał się nie do pokonania . Zaproponowałem Misiowi złapanie oddechu na Wyspie ,bo szkoda jego czystej zbroi , aby popaprała się w idiotycznej kornelowskiej bitwie
A oczywiście, niechże se odsapnie niedźwiedzisko na leżaczku, z lodowatym drinkiem w łapie!
Dzień dobry 🙂 Postawiony do pionu przez Maxa, melduję posłusznie, że dzień dobry 🙂 🙂
Dzień dobry! Coś ostatnio Ziemie Odzyskane nie mają na Wyspie silnej reprezentacji, nad ani pod kreską. Czas to zmienić, towarzyszu pancerny!
Witaj Misiu 🙂 Nie wiem jak tu wstawia się kawę ,bo bym Ciebie poczęstował, (nie cierpię garów ) ale odsapnij , poczytaj trochę , zapal papieroska (nie ma zakazu ) i powiedz jak tam Twoje Zdrowie ,bo wszystko inne jest diabła warte
to ja wstawię!
A to mnie wyprzedziłaś, ale od przybytku głowa nie boli i jeszcze dołożę czekoladki
Ej, niektórzy tu zaczęli dietę, tak?
Ja nie
Dieta, powiadasz… Przesyłam stosowne wyrazy.
Jeżeli tylko nadają się do druku, to jest nieźle.
Ha! Witaj, Miśku!
A kogóż to me piękne oczęta widzą? Nasz kochany Misiek…
i ciasteczko 
No to wobec tego stawiam kawę
Właśnie wróciłam ze spaceru. Nie umarłam. Pies też przeżył, chociaż gorzej ode mnie. Żadne kolanko mi po drodze nie zastrajkowało. Może jeszcze nie jestem stracona?
Spacer nie imponujący, jakieś czterdzieści minut, ale z rana nie mogłam zejść po schodach, więc dla mnie sukces.
No, może by się faktycznie trzeba przejść? Ale tu akurat się chmurzy.
A żeby rower zainaugurować, deczko za zimno (taki jestem rozpaskudzony).
U nas wczoraj lało. Dziś jest słonecznie i nawet niezbyt zimno.
No nic to. Pora do roboty. Dzisiaj tarta ze szparagami. Ktoś ją musi zrobić…
Cudna wyszła. Aż poszedłem sobie zrobić musli na chudym mleku.
Ale pomyśl – ja będę coraz bardziej przypominać baleron, a Ty będziesz startować w konkursie Mister Madagaskaru! No pomyśl tylko!
Jo, profilaktycznie nie obwiązuj się zbyt mocno!
Przypomina mi się dowcip Manna i Materny: „Proszę pana, ja jestem lekarzem, przy mnie nie musi się pan krępować.”
Wiesz co, ja rozumiem, że w przyrodzie musi panować równowaga (co się sprawdza np. w przypadku mojego najmłodszego brata i mnie), ale bez przesady.
To ja tradycyjnie o tej porze idę przygotować kordełkę, termoforek i herbatkę z melisą. Paaa paaa
Ja już mam przygotowaną kordełkę, więc też mówię paaa i spadam
Też spokojnej.
Spokojnej!
Właśnie przeżyłem POTĘŻNE rozczarowanie. Mianowicie tak: od czasów filmu „Vinci” pani Kamila Baar była jedną z moich ulubionych aktorek, w sensie urody. I jakoś tak widywałem ją w tym czy tamtym serialu i nie zauważyłem, że się zmienia – aż właśnie przechodząc mimo telewizora zobaczyłem ją w bieżącym odcinku „Ojca Mateusza”. I mnie ścięło, bo zobaczyłem, jak się zmieniła po operacjach plastycznych (m.in. nosa). Ja rozumiem, że to jest JEJ twarz, JEJ wizerunek i JEJ prawo do robienia z pierwszym i drugim, co zechce, ale właśnie straciła jednego fana. Może i obiektywnie rzecz biorąc jest bliżej jakiegoś tam kanonu piękna, ale – w mojej opinii – zmiany sprawiły, że całkiem straciła indywidualność.
Smutno.
Też oglądam „Ojca Mateusza”, ale nie kojarzę nazwiska. Na niczyi nos też nie zwróciłam uwagi. Kogo ona gra?
Tę panią, która udaje niewidomą.
Dziękuję. To nowe odcinki.
Ja wiem, że zasadniczo śpię od godziny. Ale mam taką sprawę… Bo widzisz – nie zamierzam se robić żadnych operacji urodowych. Mógłbyś być moim fanem internetowym?
Ależ proszę bardzo, tym bardziej, że zwolniło mi się miejsce po p. Kamili. Czy to w kontekście jakichś konkretnych części twarzy, których NIE zamierzasz sobie zmieniać?
Nieee… Tak ogólnie. To znaczy – owszem, schudłabym, ale bez skalpela. I botoks też odpada. I w ogóle: abyśmy zdrowi byli!
Deklaruję, że jestem absolutnym zwolennikiem naturalności!
Ta postawa i mnie jest bliska!
No to jest nas więcej
Też nie uznaję operacji plastycznych dla „poprawiania” urody
A jedynie dopuszczalnymi zabiegami są takie, które albo ratują życie (pourazowe), albo usuwają zmiany genetyczne.
Wyglądała gorzej niż paskudnie, a na pewno gorzej niż przed operacją
Ale jak ktoś ma za dużo kasy i sam nie wie co z nią robić… jego sprawa 
Pisałam Wam, że kiedyś pracowałam tu w serwisie sprzątającym. Nasza szefowa poddała się operacji plastycznej dla poprawienia urody i odmłodzenia twarzy… Spotkałam ją w sklepie trochę czasu po zabiegu i aż się wystraszyłam
O ile mi wiadomo, w wielu przypadkach osoba operowana dopiero po pewnym czasie dochodzi do siebie i pożądanego wyglądu, noale nie wszyscy mają czas, żeby przeczekać w zaciszu kliniki lub chociaż domu. A poza tym faktycznie, są uparci ludzie, którzy uważają, że po operacji wyglądają lepiej, chociaż wiele osób z ich otoczenia twierdzi inaczej…
Opowiadał mi ojciec, że w dawno i słusznie minionych czasach jakaś jego znajoma, zresztą zaangażowana działaczka partyjna, została w nagrodę wysłana na operację plastyczną do Moskwy, do kliniki sławnego wówczas profesora, aby poprawić braki urody z powodu których bardzo cierpiała (być może chodziło o jakąś bliznę?).
Operacja doszła do skutku, kobitkę uśpiono. Pierwsze, co do niej dotarło podczas wybudzania, był głos profesora, który najgrubszymi słowy op…ł swojego asystenta, który operował:
– Jak można było tak sp…ć taką prostą operację!!!
W sumie, jak wziąć pod uwagę, co spotykało polskich działaczy partyjnych w Moskwie, to może s…olona operacja plastyczna nie była jeszcze taka najgorsza?
No to dobranocka.
Postanowiłem pójść za ciosem i znów znaleźć coś z muzyki filmowej. Przypomniał mi się jeden utwór ze ścieżki dźwiękowej do „Bękartów wojny” Tarantino, skądinąd pełnej muzyki raczej energicznej, a nawet złowrogiej, ale ten akurat – „Green Leaves of Summer”, czyli złote letnie liście – bardzo by pasował.
No i przy okazji szukania wersji z filmu – instrumentalnej – natknąłem się na oryginał z 1960 r., a jakże, z normalnym wyśpiewanym tekstem. No więc oczywiście będzie oryginał, melodyjny, ale nieprzesadnie dynamiczny, czyli dobry na spanie.
Snów wyłącznie oryginalnych. I naturalnych.
Nie żebym chciał się czepiać – ale złote są liście jesienią, a letnie są zielone, co i tytuł piosenki potwierdza…
Oczywiście racja. Co za dużo (angielskiego), to niezdrowo…
No właśnie… Na dziś wyczerpałam angielski na maksa. Nawet po powrocie do domu (bardzo późnym) gadałam do męża po angliczańsku
i dopiero jego wzrok, pełen dezaprobaty, uzmysłowił mi mój błąd
Chyba dlatego długo i namiętnie czytałam wszystko na Wyspie, żeby wrócić na polskie tory
Dość angielskiego na dziś!!! 

Nie słuchałam dobranocki… zrobię to jutro, jak mi to „angliczenie” przejdzie
Pod sam koniec studiów (tuż po obronie) napatoczyłem się na odwiedzającego mojego promotora radzieckiego młodego naukowca, i nie mając nic lepszego do roboty zabrałem go na oglądanie Krakowa. Był miły, napalony na korzystanie z życia kulturalnego na Zachodzie, łaziliśmy razem do wieczora. Po paru godzinach gadania po rosyjsku nagle zauważyłem że momentami gość przestaje mnie rozumieć. Byłem tak zmęczony, że nie zauważałem, że przechodzę na polski!
Ja z kolei zapomniałem angielskiego na pewnej międzynarodowej imprezie, na którą rodowici Hiszpanie przygotowali domową sangrię… Na szczęście na tej imprezie była również przemiła osoba płci przeciwnej, posługująca się komunikatywnie coś ośmioma językami, w tym polskim, więc jakoś mi to uszło na sucho, mimo że wcale nie na sucho!
Bardzo ładnie.
Ja takich problemów nie mam, ale moja siostra… Zdarza się tam we Włoszech, jak rozmawiamy u niej w domu, albo u teściów czy na rodzinnych imprezach, że coś mi opowiada, nagle milknue przerażona i pyta:”JA TO PO POLSKU CI OPOWIADAM, PRAWDA?!”.
Bo zdarzyło się kiedyś, że odruchowo przeszła na włoski, a że ja rozumiałam i jej odpowiadałam, to się nie zorientowała i niemal doszło do dyplomatycznego incydentu.
Ha! Na pierwszym roku polonistyki mieliśmy wykłady z baroku u genialnego profesora Alojzego Sajkowskiego, obecnie już niestety nieżyjącego. Profesor, świeć Panie nad jego duszą, specjalizował się w baroku włoskim, bywał często we Włoszech i po włosku mówił perfekcyjnie, do tego stopnia, że podczas wykładu zdarzało mu się dokładnie to, o czym piszesz – np. cytując libretto jakiejś włoskiej opery (bo był zaprzysięgłym wielbicielem całego gatunku) w oryginale, zapominał po zakończeniu cytatu przejść z powrotem na polski i kontynuował wykład po włosku. Za co zresztą dostał kiedyś owacje, mimo że (chyba) nikt na sali go nie zrozumiał, ale pasja i płynność nas zachwyciły.
Dzień dobry
Chociaż… zimno i mokro
Dziś cały dzień chmury, chłód (tak trochę ponad 10C) i momentami cóś mokrego z nieba. Taka jakby mżawka, bo na miano deszczu to nie zasługiwało 
Ale dam radę, bo muszę

Zbliża się weekend i jestem z tego zadowolona
Jutro ma być tak samo. A przy takiej pogodzie wyłącza mi się mózg i jestem śpiąca i połamana
Tak mi się właśnie skojarzyła Twoja pogoda z prognozą majówkową dla Trójmiasta – 30 stopni Celsjusza: 10 w niedzielę, 10 w poniedziałek i 10 we wtorek…
Dziś, mimo pogody uśmiałam się zdrowo. Byłam u Marka i nasłuchałam się mnóstwa komplementów
Popatrzył na mnie ze zdumieniem i zapytał skąd wiem?!!! Przecież nie mogę ich znać, a on mi nie powiedział o nich ani słowa!!! Powiedział jedynie kto to jest. Nie wiem… ale ta kobieta miała coś w rysach twarzy, w oczach… tego nie da się określić słowami. To się po prostu widzi… Usłyszałam, że jestem niesamowicie inteligentna i umiem patrzeć głębiej niż większość ludzi
No bo faktycznie ten gość ze zdjęcia jest bardzo przyjazny dla wszystkich, ale jego żona tylko dla niektórych. Dla pracowników bywa bezwzględna i wredna… Wydaje mi się, że pomylił inteligencję z intuicją, ale niech mu będzie
W sumie to dobrze. Niech myśli, że w Polsce są same inteligentne osoby 
Syn Marka ma jakąś tam plantację na Jamajce (o ile mnie pamięć nie myli, herbaty) i często tam bywa. Mark mu równie często towarzyszy. Pokazywał mi zdjęcia szefa tej plantacji, który jest tam cały czas i pilnuje biznesu. Na zdjęciu uśmiechnięty facet z kobitką i dwójką dzieci. Murzyni. Obejrzałam i powiedziałam Markowi, że ten facet wygląda na miłego, ale ta kobitka nie tak do końca… niby się uśmiecha jak jej mąż, ale ma w oczach trochę wredoty
Hm, faktem jest, że wykształcenie ogólne w Polsce przebuja amerykańskie, natomiast co do intuicji i inteligencji, to już chyba zależy od człowieka. Np. małżonek mojej amerykańskiej Kumy, który potrafi znakomicie się kamuflować pod maską abnegata i półinteligenta, wybranym prezentuje zgoła inną twarz, piekielnie inteligentnego i życzliwego faceta.
A tak w ogóle, to mogę się pochwalić, że nie tylko u Marka tak zabłysłam
Kilka razy jak rozmawiałyśmy z Margaret o zwierzątkach i na wiele innych tematów i zabłysłam wiadomościami (właściwie widomostkami), to pytała ze zdumieniem skąd to wszystko wiem? Najpierw chciałam powiedzieć, że z wykopalisk, ale nie wiedziałam jak te „wykopaliska” są po angielsku. Tak więc powiedziałam, że u nas w Polsce, takich rzeczy uczą już w podstawówce
A że mam dość dobrą pamięć…
Z Margaret mam o tyle łatwiej, że ona tylko podziwia. Z Markiem mam gorzej, bo on wszystko, na bieżąco, sprawdza w internecie. Prawie nie odchodzi od kompa
Najczęściej opowiadam mu o ptasich zwyczajach, ale czasami też o zwierzątkach. Niektóre nazwy muszę mu przeliterować, bo nawet ich nie słyszał
Gorzej, gdy pamiętam tylko polską nazwę, a tej angielskiej przeliterować nie potrafię… ale jakoś sobie radzimy


I potrafię na to wszystko spojrzeć z dystansu
Takich „inteligentów” jak ja jest na pęczki, ale nie wszyscy Amerykanie muszą o tym wiedzieć i niech myślą, że co Polak, to inteligent 
Po tych wszystkich komplementach chyba w końcu wbiję się w dumę i będę się uważała za chodzącą inteligencję, no ciut nie „gieniuś”
PS. Dobrze, że z poczuciem humoru jest u mnie OK
No to jeszcze miłego piąteczku wszystkim
Oby Wam było cieplej i słoneczniej niż do tej pory 

Krótko mówiąc, miłego dnia Wyspiarze
Dzień dobry!
Słoneczny się zapowiada 
Witajcie!
Przygotowania do długiego weekendu w toku?
W toku. Chyba jutro wyjadę, jeszcze nie wiadomo na jak długo. To zależy od pogody.
Dzień dobry

Dla kogo kawy?
Dodam, że to OSTATNIA KAWA przed krótkim/długim weekendem!
Kawa KONIECZNIE. Co prawda zjawił się niezapowiadany (chociaż całkiem miły) gość, więc raczej z nim niż na Wyspie, ale zawsze.
Ja też będę dziś miała miłego gościa, ale zapowiedzianego.
Dlatego dużo na Wyspie nie zabawię.
Dzień dobry. Zaraz po długim weekendzie są matury, więc ze względu na Juniora darowaliśmy sobie jakiekolwiek wyjazdy i imprezy.
Może i szkoda, bo pogoda wydaje się być jak drut (no, tyle że chłodnawo).
Zmykam sami-wiecie-dokąd-i-po-co
O, internet mi wrócił:-). Witam piątkowo.
Witaj, powrócony!
O znowu mi net się pojawił na 5 minut już…:-)
Co z tym netem? Może by trzeba zmienić operatora?
Informatyk walczy.
Dzień dobry. A już myślałem, że Cię zasypały… te tam, białe, błędy w druku czy cuś.
Późne dzień dobry, bo noc odsypiałam. Jakaś herbatka się znajdzie?

Dzień dobry [chyba], a przynajmniej słoneczny 🙂 🙂
Słoneczny i coraz cieplejszy. Wiosna! 🙂
Nno. To jestem, mimo gości i innych przeciwności wyrobiwszy normę.
I co tak będąc robisz?
Podglądam, co u Was się pichci. To carbonara ze szparagami albo fasolką?
Chyba zaraz pójdę po jogurt 0% albo szklankę wody.
Szparagi.
Niestety niedietetyczne. Bardzo nie.
Ale można sobie szparagi ugotować… albo podsmażyć na patelni grillowej bez tłuszczu.
No, mam taki przepis w diecie. Ale mi się nie chce.
No coś ty? Dobre są! I zdrowe. Trzeba jeść szparagi. Nerki czyszczą!
To jeszcze podpowiedz, jak wybrać i/lub zrobić, żeby były kruche, a nie łykowato-włókniste (fuj).
Kupować zielone. I nie ugotować na śmierć, tylko al dente. Odłamać końce.
A najlepiej ugrillować na patelni.
Dzięki
Bardzo Państwa przepraszam, ale nastrój tak mi się właśnie zwarzył z powodów na szczęście pozawyspowych, że nie wiem, czy dzisiaj jeszcze zajrzę na Wyspę. W razie, gdyby nie, dobranoc.
Ja też się już pożegnam, bo jutro rano czeka mnie wyjazd…

Nie dawaj się życiu pozawyspowemu! 🙂
Spokojna głowa, ja wrócę
Potomstwo wielokrotnie zatankowane okupuje prysznic.

Czas na weekend. Dobranoc.
Dla roz-warzenia mistrza Q. i przedsennego ukojenia proponuję na dobranoc starego Mike’a Oldfielda.
Komu książę na białym koniu, komu piękna oczekująca kobieta – każdemu niech się przyśni to, co mu miłe.
Dzień dobry!
Dziś żegnamy kwiecień, czy również i chłody?
DzieńDobry:)) Witam ciepło i słonecznie :))
Dzień dobry.
Bardzo bym chciała.
Witajcie!
Aha!
Żegnamy (bez żalu) chłody kwietniowe!
Jak to leciało…
Umarł król, niech żyje król!
A u mnie pod oknem Chińczyki się drą na całe gardło…
Że niby im też zimno? Aż tak???
No właśnie nie jestem pewna, o co chodzi. Wiesz… PO CHIŃSKU się drą.
Czekaj, a to nie są ci północni Koreańczycy, co to ostatnio było głośno, że deweloperzy korzystają z ich pracy niewolniczej?
Nie wyglądają… Facet taki raczej garniturowy biznesmen. A babkę tylko słychać, więc nie wiem jak wygląda.
A, bo to sąsiedzi, nie budowlańcy. Budowlańcy swojsko kurwami rzucają. I petami papierosowymi.
Jak za płot, to bym chyba pozbierał i zwrócił hurtem ze stosownymi życzeniami wszystkiego najlepszego.
Nie chce mi się rąk brudzić. Korą zasypuję. Ale szlag mnie trafia.
Otóż to jest sytuacja – jak również wówczas, gdy widzę nieposprzątane g… po piesku – kiedy żałuję, że nie mam różdżki z Hogwartu i nie znam zaklęcia excremento regressum, które przesyłałoby inkryminowane odchody za kołnierze właściciela pieska. Mogłoby być stosowane z drobną wariacją w ruchu ręki i do petów, najlepiej jeszcze się żarzących.
A, sąsiedzi. Z tego, co słyszałem, to czuła rozmowa o miłości po chińsku w uszach Europejczyka może brzmieć jak pyskówka, natomiast autentyczna pyskówka…
Oni strasznie wrzeszczą. Nigdy nie rozmawiają normalnym tonem tylko drą się.
O! To prawie jak Meksykanie
Też nigdy nie wiedziałam, czy te wrzaski za ścianą (całe szczęście słyszalne tylko latem, przy otwartych oknach) to normalna rozmowa, czy się kłócą… ale chyba trochę trudno żyć razem i nie rozmawiać normalnie, tylko ciągle się kłócić?

Dzień dobry. Zwarzone jak zwarzone, ale zsiadłe na pewno, teraz trzeba będzie wypić i może minie.
Pamiętaj o swojej diecie! Nie aplikuj sobie ciężkostrawnych… dań…
Taa, łatwo powiedzieć. Wczoraj wszakże zafundowałem sobie spacer na odświeżenie i owszem, nastrój TROSZKĘ się poprawił, ale za to nogi bolą.
Lepiej nogi niż serce.
Wejście numer trzy, wycieram łapki i kłaniam się zamaszyście, to ciekawe zrządzenie losu, fatum wręcz, że ledwie napisałem „dzień dobry” na Wyspie, a natychmiast wydarzało się coś kompletnie absorbującego mój czas na resztę dnia, odpuszczam sobie zatem zwyczajowe powitanie, bo prawem serii wybuchnie grill, a z talerza uciekną ośmiorniczki porywając po drodze karkówkę, która z przystawionym do skroni ogórkiem małosolnym zażąda uwolnienia z pala tortur nadzianego na wzór Azji szaszłyka i polityki integracyjnej dla kaszanki i wątróbki. 🙂 🙂
Jak miło Cię widzieć Misiaczku!!!


Oby częściej Ci się to przytrafiało
To znaczy wizyty na Wyspie, a nie to fatum
Ps. Z wrażenia zapomniałem pojechać Blejkiem, więc jadę, przecież miła memu sercu Wiedźminka nie darowała by mi takiego afrontu 🙂 🙂
„Do wiosny”
Ty, z włosami ciężkimi od rosy, co patrzysz
Przez jasne okna świtu na ziemię, o Władco
Wiosny, i na tę naszą u zachodu wyspę
Spojrzyj. Ona wszechgłosów powita cię śpiewem.
Od wzgórz do wzgórz wieść biegnie; jakże się radują
Doliny! Wszystkie oczy z tęsknotą szukają
Twoich jasnych namiotów. O, przybądź! Niech święte
Stopy twoje przebiegną przez naszą krainę.
Znad tamtych wzgórz u wschodu przyjdź! Niech wiatr znad łąki
Ucałuje twe szaty wonne. Rozsiej perły
Na smutnej ziemi, która w samotności płacze.
Oddechu twych wieczorów pragniemy i świtów.
Ujmij tę ziemię w piękne swe dłonie, jej nagość
Okryj pocałunkami. Swą własną koroną
Ozłoć jej głowę, która chyli się omdlała.
Ona przecież dla ciebie zaplotła warkocze.”
Vivat Blake! Vivat Misiek! I smacznego!
O to to. Smacznego.
Ale niech będzie chude i niskokaloryczne…
Ja bym karkówkę zjadła…
No więc ja też.
Witam popołudniowo! Wróciłam nareszcie zmęczona i opalona. Słońce dziś naprawdę grzało
A mi nie wolno na słoneczko
Żaaałuj…
No żałuję! Jak diabli żałuję.

Ja też nie powinnam się opalać, a co roku złapię za dużo słońca
Ciągle zapominam o tych filtrach, żeby się wysmarować. W tym roku jeszcze nie kupiłam, a z ubiegłego (prawie nienaruszony) jest chyba przeterminowany 
Obrzydlistwo!!!
Prawie początek maja, a ja już mam lekko brązową skórę
Z tego wszystkiego wydałam majątek u ogrodnika (pod pretekstem męża urodzin), w sklepie odzieżowym męskim (NIC sobie nie kupując po drodze) a na koniec zrobiłam lasagne (której nie zdążyłam udokumentować, bo zeżarli).
Jestem wyczerpana altruizmem.
Lepiej nie bądź taki Dobrycy – Lem to już dawno temu przewidział (w obszernym opowiadaniu „Altruizyna, czyli opowieść prawdziwa o tym, jak pustelnik Dobrycy kosmos uszczęśliwić zapragnął i co z tego wynikło”).
Jutro sobie odbiję. Żeby zachować równowagę we wszechświecie.
Czyli krótko mówiąc, znalazłaś w sobie ogromne pokłady samozaparcia


Nie cierpię sklepów i nienawidzę zakupów!!! Staram się wpaść do sklepu, złapać co jest mi potrzebne i zrobić ostry wypad, płacąc że tak powiem w biegu. Jeszcze nie próbowałam w biegu wypadać nie płacąc, ale myślę, że niewielu by mi uwierzyło, że to awersja do sklepu…
Gotowania też nie lubię…
Ja już nawet nie myślę, czego nie lubię. Mus to mus.
Ile tu schodów… By się kto zlitował i machnął nowe pięterko!

A nad Krakowem słońce właśnie zachodzi…

Może się zaplącze w gałęziach i kapkę dłużej zostanie?
Ma duże doświadczenie w omijaniu takich przeszkód… z pewnej odległości
Ślicznie.
Piękne!
Fajne zdjęcie, jakby się ogień w gałęzie zaplątał
Się pożegnam na dziś. Może jeszcze zajrzę spod kordełki, ale na wszelki wypadek szykuję użeczko.

Miłych snów Ci życzę, a ja już idę też pod kordełkę. Jestem zmęczona i patrzałki mi się same zamykają. Dobranoc wszystkim
Ależ te kordełki są popularne, zwłaszcza wieczorami! 😉
Spokojnej, dzisiaj hurtowo!
Dzień dobry pod wieczór
Teraz się „przypięłam” i przynajmniej przez jakiś czas, oderwać się nie dam 
Bardzo pracowity dzień i miałam podobnie jak Misiek. Co wchodziłam na Wyspę i chciałam coś tam napisać, od razu byłam brutalnie odrywana od kompa dla niesamowicie ważnych rzeczy
Podaję ci pomocną dłoń!
Pomocna dłoń i tak nie na wiele się przydała, bo i tak w końcu zostałam oderwana
Pojechaliśmy na zakupy, chociaż… tym razem nie byłam aż tak zniesmaczona koniecznością wyjazdu. Mieliśmy po drodze zajechać do Best Buy, czyli sklepu ze sprzętem różnego rodzaju, i mieliśmy zobaczyć nowy aparat dla mnie 

Musimy sprawdzić na internecie. Na stronie sklepu mają większy wybór… Na nasz wyjazd pod namiot w maju (pod koniec) chciałabym mieć sprawny aparat… 
Nie wiem czy pisałam, ale coś mi się zaczęło kiepścić w aparacie. Te zdjęcia, które robię z bliska, jeszcze jakoś wyglądają, ale jak wysuwam obiektyw, to obraz zaczyna mi „pływać” i nie ostrzy. A mało który ptaszek chce usiąść blisko i poczekać aż zrobię mu zdjęcie
Próbowaliśmy skontaktować się z firmą i dowiedzieć się czy to da się naprawić i za ile. Oczywiście, że da się!!! Trzeba im wysłać aparat (oczywiście na swój koszt), oni to naprawią za prawie dwie stówy i odeślą mi już naprawiony (oczywiście też na mój koszt). Pogadaliśmy z mężem i doszliśmy do wniosku, że to się nam absolutnie nie opłaca. Postanowiliśmy kupić nowy.
Teraz panuje jakaś dziwna moda, że aparaty nie mają wizjera, a tylko ekraniki. A ja takiego nie chcę. Wolę patrzeć „przez ta dziurka”!!! Szczególnie w pełnym słońcu nic na tych ekranikach nie widać i „strzela się” fotki na oślep. Poza tym bez okularów nie widzę za dobrze. Aparat ma specjalne pokrętło ustawiające wizjer w zależności od jakości wzroku. Przy robieniu zdjęć nie muszę mieć okularów na nosie (bardzo ich nie lubię). Kilka aparatów miało wizjery i w zasadzie mogłam kupić… ale ceny były takie… najtańszy kosztował ponad tysiaka. Podziękuję…
Dobranocka
Dzisiaj polski zespół, ale po angielsku. John Porter Band „How I Want You”. Spokojny utwór, z pewną przestrzenią, no i z emocjami.
Snów też z emocjami, pozytywnymi ofkors!
Po szczegółowych wyjaśnieniach ze strony „Porter Band” życzę spokojnych snów i równie spokojnego świątecznego przebudzenia.

A po przebudzeniu zapraszam na nowe pięterko 😉