Pisałam wcześniej, że ktoś w City Hall zrobił błąd i „przepisał” nasz dom na kogoś innego. A zaczęło się od tego, że dostaliśmy podatek za nasz dom na jakieś nieznane nam nazwisko. Eusebio Ameer. Pierwsze takie pisemko zbagatelizowaliśmy. Ale przy drugim (czyli za pół roku) zaniepokoiło to nas. Bo niby dlaczego?!!! Pojechałam z synem i trochę to trwało zanim wyprostowaliśmy to wszystko. A przynajmniej tak się nam wydawało. Podatek za dom dostaliśmy już na nasze nazwisko i uważaliśmy, że wszystko jest w porządku.
Nie tak dawno nasza koleżanka była w Polsce i załatwiała jakieś urzędowe sprawy. Po powrocie narzekała jaki w tych polskich urzędach bałagan i jak to się nie da z nikim normalnie dogadać. Nie to co tutaj… Powiedziałam jej wtedy o naszych byłych problemach i o trudnościach z dogadaniem się. I to wcale nie ze względów językowych, ale na niekompetencje urzędasów. Dwa dni później zadzwoniła do mnie i powiedziała, że właścicielem naszego domu jest jakiś Eusebio Ameer. Nie wierzyłam własnym uszom!!! Jak to?!!! Przecież wyprostowaliśmy to!!! Miało być naprawione!!! Sama weszłam na tą stronę i faktycznie ten cały Eusebio figurował jako pierwszy właściciel… Gotowa byłam lecieć do tego City Hall i wziąć kogoś za fraki. Co to ma znaczyć?!!! Trochę trwało zanim załatwiłam sobie wolny dzień i pojechałam. Sama. Nie szłam już na parter, bo wtedy z parteru odesłali nas na trzecie piętro, więc po co mam stawać w kolejce… Pojechałam na górę. Przy rejestracji poprosiłam o kogoś, kto mówi po polsku. Bałam się, że znowu trafię na głupiego Murzyna i znowu niczego nie załatwię. Nawet nie czekałam długo. Jakaś kobitka poprosiła mnie do swojego biurka. Dałam jej papiery kupna domu i wyjaśniłam, że zaszła jakaś pomyłka i chcę to wyprostować. Patrzyła na mnie baranim wzrokiem i pomyślałam z przerażeniem, że ten budynek zabija chyba w ludziach inteligencję, albo może dobierają takich, których IQ nie jest za wysokie. Powtórzyłam sprawę dwa razy, a ona w tym czasie patrzyła w monitor jak sroka w gnat, a chwilami zerkała na mnie dziwnym wzrokiem… Potem powiedziała, że musi o coś zapytać menadżera i poszła. Nie było jej może z 15 minut, chociaż mnie się wydawało, że z godzinę… Stwierdziła, że jej boss potwierdził jej przypuszczenia i że muszę iść do pokoju 120 na parterze, bo ona nie jest w stanie mi pomóc. Nerw mną szarpną i chyba przestałam być aż taka miła. Powiedziałam jej, że nie rozumiem, dlaczego ONI zrobili błąd, a ja muszę latać po piętrach i naprawiać to co spieprzyli!!! I to latam już po raz drugi… Co prawda powiedziałam jej „do widzenia”, ale nie dodałam już nic więcej. Pojechałam windą, chociaż może powinnam użyć schodów… trochę by mi ten nerw przeszedł. Gulgocząc w środku jak indor weszłam do tego pokoju 120… a to hala, nie pokój!!! Pierwszy z brzegu urzędnik miał klienta, więc weszłam trochę dalej. Kolejny urzędnik – Murzyn!!! Poprzednim razem rozmawialiśmy z dwoma i nie dało się dogadać. Rozejrzałam się… nie było w pobliżu nikogo innego, kto nie byłby zajęty. Murzyn nawet nie podniósł tyłka z krzesła. Zapytał mnie w jakiej sprawie. Rad niewola zaczęłam referować. Patrzył na mnie baranim wzrokiem, a mnie coraz bardziej ogarniała szewska pasja. Czy w tym budynku nie ma żadnej konkretnej osoby?!!! Wszystko barany?!!! Wziął ode mnie papiery, zapytał o nazwisko i imię. Podałam mu swoje prawo jazdy (tutaj jest to dokument tożsamości). Coś tam poklikał w komputerze… znowu popatrzył na mnie tym samym wzrokiem. Aż mnie ręce swędziały, żeby mu chociaż z liścia „wypłacić”. Może by się w końcu obudził i spojrzał przytomniej… opanowałam się. Pomyślałam jeszcze, że ta lada, która nas rozdziela nie jest tak wysoko, ani nie jest tak szeroka i zawsze zdążę go grabnąć i strząchnąć. Podrapał się po czuprynie i rozejrzał. Potem zawołał jakiegoś faceta, który plątał się między regałami. Facet podszedł, a ten Murzyn zaczął mu mówić o mojej sprawie. Coś tam plątał i bablunił. Wtrąciłam się i sama zaczęłam tłumaczyć o co chodzi. Murzyn był oburzony!!! Starał się mi przerwać i sapnął głośno, że to on wytłumaczy. Zapomniałam w tym momencie o dobrym wychowaniu i powiedziałam mu, że ja to zrobię szybciej i ostatecznie to moja sprawa. Zamilkł, ale wyglądał na niezadowolonego. Guzik mnie to obchodzi. Nie miałam zamiaru siedzieć tam do północy. Facet miał tabliczkę z imieniem i nazwiskiem – Tony Vale. Wykazał zrozumienie. Stwierdził, że faktycznie to jakaś pomyłka i że on to zaraz naprawi. Coś tam spisał z monitora i z tą kartką poleciał. Murzyn siedział nadęty jak balon. Powiedziałam mu, że mam dość tego latania i naprawiania ich błędów i że mam nadzieję, że tym razem będzie wszystko OK. Trochę z niego jakby tego powietrza zeszło i coś w rodzaju uśmiechu pojawiło mu się na tej czarnej, nadętej gębie. Wrócił Tony, bardzo z siebie zadowolony. Powiedział mi, że już naprawione i wszystko jest w porządku. Obrócił w moją stronę monitor i zaczął klikać. Wpisał numer PIN (każda działka ma swój własny) i z dumą pokazał zmianę nazwiska na naszej działce. Mało mi gały nie wypadły, gdy zobaczyłam, że obecnym właścicielem domu jest Mia Lee (czy jakoś tak). „Co to jest?!!” rykłam pełną piersią, aż ludzie zaczęli się oglądać. Co ten głupek do groma namieszał?!!! Tony miał minę zbitego psa i powiedział, że nie rozumie skąd się to wzięło… Ochłonęłam. Popatrzyłam uważniej. Nasz PIN zaczyna się 12-28-…, a ten głupek wpisał 17-28- … reszta cyferek się zgadzała. Powiedziałam mu, że pomylił PIN-y. Zamiast zapytać gdzie znalazłam błąd, zaczął klikać jak głupi i zmieniać strony. Miałam ochotę dać mu po pazurach i samej zobaczyć te zmiany. Może wolniej, ale konkretniej. W końcu znowu trafił na stronę, gdzie wpisał ten błędny PIN. Znowu rykłam na niego, żeby nic nie zmieniał i popatrzył. Paluchem pokazałam gdzie jest błąd i pokazałam w papierach jaki jest prawidłowy numer. Zmienił i pokazało się nasze nazwisko. Odetchnęłam z ulgą. Powiedziałam mu na pożegnanie, że mam nadzieję, że nie będę musiała tu znowu przyjeżdżać… obydwaj (bo i ten Murzyn się odezwał) zapewnili mnie, że na pewno nie…
Jeszcze przeżywając emocje wróciłam do domu. Pierwsze co zrobiłam, to poleciałam do komputera. Włączyłam, weszłam na stronkę… na pierwszym miejscu jako właściciel był Eusebio Ameer… Czy muszę pisać jak się wściekłam? Byłam gotowa wracać do tego cholernego Downtown i prać po pyskach kogo popadnie!!! Syn, który jeszcze nie poszedł do pracy zaczął mnie uspokajać. Starał się wytłumaczyć, że Chicago, to ogromne miasto. Cook County (czyli to do czego należymy) ma grubo ponad 6 milionów mieszkańców. Na pewno nie są w stanie odświeżać stron na bieżąco i powinnam poczekać, dać im czas. Z trudem się opanowałam, ale postanowiłam dać im czas…
Dziś rano weszłam na stronkę… Eusebio Ameer nadal figuruje jako właściciel, a stronka była aktualizowana 5 czerwca… ja byłam 2 czerwca. I co mam teraz robić? Wystrzelać tumanów? Znowu do nich jechać? Ile razy jeszcze?!!! Niech mi nikt nie mówi, że tu jest łatwiej załatwić cokolwiek niż w Polsce!!! Wyśmieję każdego!!! Mam zamiar napisać skargę do gubernatora. To jest nie do pomyślenia, żeby taki bajzel panował w City Hall!!! Żeby robili takie błędy i żeby nie umieli tego naprawić. Jeśli się nie nadają do tej pracy, to niech szukają innej, a na ich miejsce przyjąć takich, którzy będą wiedzieli co i jak mają robić. A to wygląda tak, jakby pracowali tam ludzie z łapanki. Nic nie wiedzą, niczego nie umieją i nic nie mogą poradzić. Jedyne co potrafią, to robić kretyńskie błędy…
| « Cytaty z Madagaskaru. | Kettle Moraine » |
12
cze 2015





Opisałam sytuację nie tylko dlatego, żeby wyładować emocje. Chciałam również pokazać, że ci, którzy narzekają na polską administrację, a chwalą Amerykę, są w wielkim błędzie. Tu też w urzędach panuje bajzel na kółkach
Namówiłam małżonka, żeby zadzwonił do swojej koleżanki. Była naszą agentką i pomagała znaleźć dom i przy jego kupnie. Zadzwonił i zostawił wiadomość, bo się nie zgłaszała. A gdy oddzwoniła, oddał mi telefon, bo stwierdził, że baby lepiej się dogadają
Czyli znowu spychoterapia…
bez komentarza…
Mam dzwonić do niego jutro (w piątek) po pracy i zapytać jak to paskudztwo rozwiązać. Może on coś konkretnego wymyśli. Ostatecznie jest prawnikiem…
Porozmawiałam z nią. Stwierdziła, że to nie jest takie ważne, kto jest na stronce jako właściciel, bo mamy przecież akt kupna domu i to on jest najważniejszy. Może i tak, ale…
Tutaj jest takie prawo, że jeśli kupujesz dom dla siebie i w nim mieszkasz, przysługuje ci ulga podatkowa, czyli tak zwane „Exemptions”. Dostaliśmy papióry do wypełnienia, które wypełniliśmy i wysłaliśmy. Na tej samej stronie , gdzie właścicielem jest ten nieznany nam Eusebio, pisze jak byk, że z tą ulgą podatkową jest problem. Bo skoro ten Eusebio ma dwa domy, a my mieszkamy w jednym z nich, to taka ulga nie przysługuje. Czyli będziemy musieli zapłacić podatek o prawie $1000 większy. A z jakiej racji?!!! Przecież nam się ta ulga należy!!! Może komuś taki „tysiak” to grosze, ale dla nas to bardzo dużo!!!
No i ta Renata dała mi telefon do prawnika, który nam sprawdzał dokumenty kupna i pomagał, żeby nas sprzedający nie okantowali
Czy po wyjaśnieniu sprawy dziwi Was, że tak się wściekłam? Uważam, że miałam pełne prawo…
Jest już prawie 23, a jeszcze mnie cholera trzęsie
Nienawidzę takiej fuszerki. Skoro te urzędasy żyją z moich podatków, to chyba mogę, do groma, wymagać przynajmniej jako takiej rzetelności w wykonywaniu obowiązków!!!
Ani trochę nie dziwi, w takiej sytuacji nie trudno się zdenerwować, a najbardziej chyba dokucza ten „mur” urzedniczy, o który czlowiek może walić łbem i nic…
Masz rację Bezetko. Najgorzej wkurza ten mur, którego nie da się ominąć, ani przeskoczyć. A łbem można walić do upojenia i tak nic nie pomoże. Zawsze bezsilność jest najgorsza
Dzień dobry
Mireczko, to rzeczywiście jest wkurzające, ale chyba te urzędasy mają jakiegoś zwierzchnika? Naczelnika, czy jak go nazwać. Poszłabym do niego i naświetliła całą sprawę, ale wcześniej musiałabyś łyknąć coś na uspokojenie, bo w nerwach źle się załatwia takie sprawy. Jeśli to nie pomoże, napisać do gubernatora. Ale jest jeszcze nadzieja w tym prawniku. Życzę Ci, żeby naprawdę pomógł.
Dzień dobry Bożenko
Jak mi powiedziała jedna ze znajomych Amerykanek, ten Murzyn, to był zwykły „clark”, a powinnam poprosić o rozmowę z kimś wyższym rangą. To po cholerę ten baran tam siedzi?!!! I jeszcze na dokładkę ma większe zarobki niż ja… Nic nie wie, nie jest w stanie niczego załatwić, do niczego się nie nadaje, za nic nie odpowiada… To w końcu za co mu płacą?!!! Za samo siedzenie?!!! Że po prostu jest?!!! Z jednej strony, to chciałabym taką pracę. Cały dzień sobie siedzieć i nic nie robić, a kasa jest
Z drugiej strony, to chyba bym oszalała, gdybym tak miała siedzieć na zadku cały dzień i nic nie robić. Może i stąd ten barani wzrok?
Po jakimś czasie takiego nicnierobienia to musi rzucić się na mózg…

Jeśli mam być szczera, to gotowa jestem jechać do Baraka Obamy!!! W City Hall pracują głównie jego pobratymcy, czyli tak zwani „ciemnoniebiescy”. I część Amerykanów przyjmuje to ze spokojem!!!
Dobrze Ci poradziła ta Amerykanka, z baranami dość się nagadałaś, idź do ich szefa, może będzie mądrzejszy.
Ale teraz najlepiej łyknij kielicha na uspokojenie i idź spać, bo już północ minęła.
Jak tak zacznę sobie łykać, to w nałóg wpadnę
Chociaż może to nie byłoby takie złe… taka „zniczuliczka” może i by się przydała na dzisiejsze czasy. Niektórych rzeczy na trzeźwo przyjąć się nie da
A jak się jest na rauszu, to robi się wszystko jedno 
Witajcie!
Miral, współczuję doświadczeń! Mam nadzieję, że uda ci się to szybko i ostatecznie wyjaśnić. Chociaż prawnik pewno też będzie kosztował…
Witaj

Nie wiem na ile szybko uda mi się to wyjaśnić, ale na pewno bym chciała jak najszybciej. Nie wiem też ile prawnik będzie chciał za pomoc. Najpierw muszę pogadać z nim i zapytać. Jeśli będzie za drogo, to sama nie wiem co zrobię
Ja tylko na szybkie dzińdybry i jeszcze szybsze espresso i lecę świętować osiemnastkę syna pierworodnego.
Sama w to nie wierzę…
Do potem!
Sto lat Pierworodnemu!
Spokojnego świętowania!
Witaj, Jo
Zdrowia i spokoju! Nie tylko Pierworodnemu! 

Uuu, ale mi wyszło…
Super Ci wyszło!
Najlepszego pierworodnemu i powodzenia w dorosłym życiu!
Dziękujemy wszystkim za życzenia i wracamy to świętowania!
Sto lat Pierworodnemu!!!
Jakub dziękuje 🙂
Dzień dobry


Tak sobie myślę, że program, na którym panowie pracują, ma admina (chyba) i wystarczy od tej strony naprawić błąd. Bo jedno nieuważne kliknięcie narobi bałaganu, którego bez dodatkowych uprawnień nie sprostują. Ja tak na przykładzie własnego programu, na którym pracuję. Na szczęście mam uprawnienia admina, co nie znaczy, że w kryzysowych sytuacjach nie korzystam z informatyka
Bez mojego Michałka – zginęłabym
PS Ukratku mam trochę racji??? 😀
Masz samą rację, Skowronku!
Przyznam jednak, że najczęstszym wyjaśnieniem ze strony użytkownika jest „komputer się pomylił”…
Moje dziewczyny beneficjentom wyjaśniają, iż – program – się pomylił
Tylko tutaj nie da się tak powiedzieć, bo ktoś musiał wpisać numer naszej działki temu facetowi. Żaden program sam z siebie tego nie zrobi
Chociaż… może niektórzy by w takie banialuki uwierzyli 
A kawy nikt dziś nie pije?
Zapraszam 
Ależ pije, pije! Chętnie się przysiadam!
Dzień dobry z opóźnieniem lekkim.
Właśnie wczoraj Kuma przedłużała sobie zieloną kartę i mimo wstępnych stresów bez problemu jej się to udało, wszyscy byli mili i pomocni. Być może różnica wynika stąd, że kartę załatwia się w urzędzie federalnym? A te kwestie własnościowe – w lokalnym? Swoją drogą jak jest konkretna strata finansowa na podatku, to jest i powód, żeby pozwać urząd do sądu, a o ile to prawda, że w USA sądy orzekają sprawiedliwie i na korzyść realnie poszkodowanych, to można by spróbować. Włącznie z odszkodowaniem za zdenerwowanie. Może to by kogoś postawiło do pionu, jeżeli zwykłe wizyty z prośbą o wyjaśnienie nie pomagają.
Nie wydaje mi się, żeby różnica była w urzędach. Raczej wszystko zależy od tego, kto tam pracuje. Przyjechaliśmy tu z dziećmi na dwutygodniowe wakacje. Gdy wracałam z dziećmi do Polski, mieliśmy zielone karty w kieszeni. Kilka lat później nasi byli przyjaciele wylosowali wizę i przylecieli do nas. Oboje dostali te karty po miesiącu, ale ich syn nie dostał wcale. Poczekali może ze trzy miesiące i poszli zapytać co się stało. Okazało się, że papiery gdzieś się zapodziały, a nikt nie wpisał tego syna do systemu. Trzeba było wszystko wypełniać od początku… Dobrze, że syn miał wtedy 7 lat, bo gdyby był dorosły, to mieliby więcej problemów. Podobnie było z siostrą mojej koleżanki. Załatwiała pobyt stały, bo wyszła za mąż za Amerykańca. I też gdy miała komplet dokumentów, ktoś je w urzędzie zgubił. Musiała to wszystko rekonstruować, co wiązało się ze sporymi kosztami. Niby nie jej wina, ale siedziała cicho, bo mogliby tej zielonej karty nie dać.
Sprawy sądowe ciągnął się latami, a odszkodowania wcale nie są aż takie wielkie. Normalnie, to ludzie starają się załatwiać różne sprawy bez sądu. Czy te sądy są aż takie sprawiedliwe, to nie wiem… ale chyba nie tak całkiem do końca…
Muszę najpierw pogadać z adwokatem i zobaczyć co on mi powie. Potem się zobaczy
Jeżeli będzie można, chętnie się dowiem, co powie adwokat. W stosownym czasie.
Nie dalej jak wczoraj GW poinformowała w tonie sensacji, że małżeństwo oszukane przez niedbałość notariusza uzyskało korzystny dla siebie wyrok sądu, nakazujący zwrot utraconej sumy. Sensacja na polską skalę – sprawiedliwość się stała, bo przecież dotąd nikt nie śmiał (?) wyrokować przeciw notariuszom. Kolega radca prawny zwykł był twierdzić, że prawnicy to mafia, ale notariusze to mafia w mafii.
Dlatego ewentualne doniesienia, jak ta sprawiedliwość wygląda za oceanem, ale nie w wersji hollywoodzkiej, tylko z życia wziętej, byłyby mile widziane. Jeśli to nie tajemnica oczywiście.
Na razie nie dzwoniłam do tego prawnika. Po powrocie z pracy usiadłam w papierach. Nudne, żmudne przeglądanie wszystkiego na temat podatków za dom z ostatnich kilku lat. Muszę poczekać na kolejny papier na podatek. To się nazywa „Second Installment Property Tax Bill” i dopiero wtedy, mając czarno na białym mogę cokolwiek robić. Dane w komputerze zawsze można zmienić, a papiór jest papiórem i służy jako podkładka. Poza tym pobuszowałam jeszcze po tej ich stronce. Tylko w tym jednym miejscu ten Ameer figuruje jako właściciel. Wszędzie indziej jest mój małżonek. To mnie znacznie uspokoiło i kazało się zastanowić. Może jestem za szybka? Może faktycznie powinnam zaczekać… Do adwokata zawsze zdążę…

A na temat wymiaru sprawiedliwości tutaj mam często mieszane uczucia. Tak jak w Polsce, czasami nawet głupie sprawy ciągną się latami. Pomyłek sądowych też jest sporo i co jakiś czas trzeba wypłacać odszkodowania niesłusznie skazanym. Jest nawet cennik ile się należy za każdy dzień siedzenia w więzieniu, miesiąc, czy rok. Kiedyś miałam go, ale nie pamiętam gdzie teraz jest. Mam w komputerze za dużo danych

I też fakt, że czasami wygrywają sprawy ludzie, którym moim zdaniem nic się nie należy, bo nie jest winą producenta, że ktoś jest głupi. Przed laty głośna była sprawa faceta, który jechał capmerem. W prawie każdym samochodzie jest coś takiego jak „cruise control”, czyli tempomat. Gościo ustawił odpowiednią prędkość i poszedł do kuchni w camperze zrobić sobie kawę. Oczywiście na lekkim łuku pojechał do rowu. Podał firmę samochodową do sądu i nawet wygrał. Motywował swoje pretensje tym, że nazwa „cruise control” sugeruje kontrolę nad podróżą. Od kilku lat firmy zmieniły tą nazwę na „speed control” – czyli „kontrolę prędkości”. Uważam, że facetowi żadne odszkodowanie się nie należało, bo trzeba być idiotą, żeby pomyśleć, że samochód sam pojedzie bez żadnego ustalania trasy i odpowiedniego oprogramowania. Tym bardziej, że takie programy w samochodach są na etapie testów i nie są jeszcze w sprzedaży. Podejrzewam, że polski sąd od razu by taki pozew oddalił i nikt by się nie zastanawiał czy producent zawinił.
Myślał, że ma autopilota?

Coś w tym rodzaju

Dzień dobry
Na szybko, bo dziś wyjeżdżam do pracy wcześniej…
Miłego dnia, Mireczko i pozytywnego załatwienia Waszych spraw. Niech to będzie szybko
Również miłego, Bożenko
Za życzenia dziękuję, mam nadzieję, że się spełnią 

A teraz uciekam do pracy
Ale ładna burza! Nareszcie też mocno pada, strugi wody na ulicach
A grad jest? Bo zapowiadali?
Gradu nie ma, tylko ulewa. Ale już pomału przechodzi.
No to w sumie pozytywnie – zieleń się podleje.
Oczywiście, te deszcz był bardzo potrzebny.
Już chyba po burzy, stanowczo za krótko. A ostrzegali przed gradem i wiatrem nawet do 90 km/h.
Byle się po tym deszczu jakieś zielone ludziki nie pojawiły…
Etam, damy radę i zielonym ludzikom…
Dobry 🙂
Ty miałaś burzę, a ja tęczę 🙂 Nawet nie widziałam, że coś pokropiło, dopiero ta tęcza zajrzała przez okno…Pociągiem przyjechała. Towarowym.
No popatrz! A mnie jedyne, co się z pociągiem towarowym obserwować zdarzało, to hałas i kurz…
U mnie zimno dla odmiany. Fakt, że już po 19, ale temperatura spadła do 14C.
Jutro w dzień ma być 28C, czyli trzeba korzystać i schłodzić się na zapas

To ja może toaścik jaki zaproponuję? Rozszalałam się z tym świętowaniem, a tu jeszcze dwa dni przed nami 😀 Kto to wytrzyma???

Wróciłam do domu, a tu na Wyspie propozycja… Ciekawa jestem jaka?
Mami. Wytrzyma.
Zatem… Nieustające
Do toastu się dołączę i wierzę, że wytrzyma…

Ano. Nie ma wyjścia 😀
Zawsze można skorzystać z drzwi i okien
Czyli wyjście jest…
Dobry wieczór 🙂 ” Wiem , że nic nie wiem ” . Szesnastego czerwca mam zgłosić się na konsultacje do specjalisty . Co mi powie ? Mam nadzieję , że będą to dobre wieści . Po szesnastym czerwca muszę pojechać na Mazury dokończyć pewną inwestycję , zatem czas mnie trochę pili , ale myślę , że będzie OK …..
Musi!!!
Ale pan to musi kochać swoją żonę …. Żebyś pan wiedział ,oj muszę , muszę … Mam nadzieję , że przed wyjazdem będę przynajmniej wiedział co robić ( problem leninowski ) Przed chwilą w drzewo przy budynku w którym mieszkam – rąbnął piorun !!! Dobry to Omen , czy katastrofa ??
Dobry, dobry! Maxiu

Piękne masz Pan wejście do budynku…
Na niewielkim trawniku zakwitły czerwone maki , nie zdążyłem pstryknąć , bo rano administracyjna służba je skosiła . Powiedziałem tylko coś brzydkiego na kosiarza
A co im maki przeszkadzały? No co za ludzie…
Prześlę Ci tyle pozytywnej energii ile tylko będę mogła
I jak myślę, nie tylko ja. Musi być dobrze!!!
Przede wszystkim zdrówka życzę, to z inwestycją dasz sobie radę
Dziś Wyspiarze chyba bardzo zapracowani, bo Wyspa zieje pustką.
Ja się też pożegnam, życząc wszystkim spokojnych i miłych snów 
Spokojnej, Bożenko
W ramach dostosowania do biometu dotarłszy (późno!) do domu zapadłem w drzemkę.
No, nie było to niemiłe…
Dla zdrowotności
Dobry wieczór, nie było mnie, bo dopinałem parę rzeczy przed wyjazdem, a teraz już się taka pora zrobiła, że bardziej dobranockowo.
No to dzisiaj coś z klasyki, aczkolwiek nie od razu barokowej. „Besame mucho” było już na Wyspie nie raz i nie dwa. A ja proponuję w wersji Consuelo Velasquez, oznaczonej na YT jako oryginalna(?). To w ogóle jest taka? Myślałem, że początki tej piosenki nikną w pomroce dziejów
Sam ją wykonywałem dwadzieścia parę lat temu, w parze z autentyczną Meksykanką, z tym że w życiu byście nie powiedzieli, że z tego kraju pochodzi – błękitnooka blondynka z krótkimi włosami i pełną buzią. Jakoś nam to wyszło, a licznie zgromadzona publiczność biła nam brawo.
Co tu jeszcze? Orkiestra spokojnie robi swoje, piosenka płynie przez chmury w rytmie, jak powiada ciotka Wiki, bolera… zamknąć oczy i słuchać.
Snów o pocałunkach. W dużych ilościach.
W komentarzu: But shame on the uploader who wrote „Consuelo Velasquez, original version”
Ale Wiki podaje:
Consuelo Velázquez (właśc. Consuelo Velázquez Torres, ur. 21 sierpnia 1916 w Ciudad Guzmán, zm. 22 stycznia 2005 w Meksyku) – meksykańska kompozytorka i autorka tekstów, znana najbardziej jako autorka utworu Bésame mucho.
Polska wersja z 1947-go:
Hmmm, a całowaliście się ???? Noo co, że niby niedyskretne pytanie??
Nie, tylko śpiewaliśmy i graliśmy na gitarach. Tak w ogóle tam był jeszcze jeden Hiszpan, tym razem autentyczny i stuprocentowo stereotypowo hiszpański, który grał i śpiewał razem z nami.
Idę śnić, dobranoc
PS Max się znalazł, Wiedźminka zaginęła (??)
Dobranoc Państwu, do poniedziałku.
Serdeczne współczucie Mirelko ! To, co Cię spotkało jest naprawdę wkurzające i wcale sie nie dziwie, że kipisz. Istotnie, trzeba jednak gadać z głową, a nie z pustakami. Jestem przekonana, że ta sprawa sie da wyprostować, więc trzymam kciuki.
Dziękuję Wiedźminko


Czasami bywam uparta jak osioł, także na pewno w końcu sprawę załatwię. Trochę mi to kipienie przeszło i całe szczęście. Jak człowiek tak zdrowo (?) wkurzony, to i zanika logiczne myślenie. Trzeba dać sobie odreagować i wrócić do sprawy na zimno. To da lepszy efekt
Zastosuję się do przepisu Zamachowskiego -„Luz i zapał”
Dorosłemu dziecku Jo życzę zdrowia, sukcesów,pomyślności i dobrego, długiego życia.
Dzięki. Niech się podzieli z mamusią 😉
A teraz już dobranoc (po koncercie piosenek Jeremiego Przybory).
Dzień dobry
Mglisty jakiś, jakby to była jesień…
Ale przecież ma być dziś gorący dzień! Gorąco będzie na dworze (na polu?) i dla mnie. Jutro rano jadę, więc dziś muszę się pakować. Żebym o niczym nie zapomniała!
Dzień dobry, Bożenko

A ja właśnie skończyłam opisywanie zdjęć i zapraszam na nowe pięterko