Pewnego dnia, gdzieś między wiosną a latem, w krzakach zaraz za willą „Marianna” przyszły na świat małe kotki. Najpierw nie umiały za wiele poza miauczeniem i wspinaniem się na mamę, ale małe kotki szybko się uczą. Nie minęło parę tygodni, a kotki już patrzyły na świat, biegały po krzakach, przełaziły między sztachetami płotu, łapały się nawzajem za ogony, a nawet próbowały polować. Mama kotka patrzyła na to z pobłażaniem, ale kiedy zabawa zaszła za daleko – rozdzielała kocięta stanowczymi uderzeniami łapy.
Tymczasem w świecie ludzi zaczęły się wakacje. Willa „Marianna” wypełniła się ludźmi, których przedtem tam nie było. Ale cóż, willa stała na wzgórzu z widokiem na jedną z najpiękniejszych polskich rzek, Drucianą Nidę, ku której schodziło się po trawiastym zboczu aż do niedużej, ale całkiem przyjemnej plaży. Po drodze było jeszcze małe wodne oczko, kącik miłośników grilla i plac zabaw dla dzieci. Takie usytuowanie i wyposażenie, jak również bliskość Bzdręgowa, polskiej stolicy reggae, nieźle zachowanej ruiny zamku krzyżackiego w Czytajnie i poniemieckich bunkrów w Rozpirzycku sprawiały, że wczasy w „Mariannie” rezerwować trzeba było z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.
Odpowiednio zarezerwowani goście przybywali w sezonie tłumnie, zdarzało się wręcz, że brakowało miejsca na podwórzowym parkingu. Zajeżdżały więc firmowe sedany, prywatne terenówki, pojemne vany i kombi. A w nich całkiem różni ludzie, ale tak się składało, że większość z nich – z dziećmi. Dzieci te zaraz po przyjeździe ruszały w teren, pozostawiając dorosłym tak trywialne zajęcia jak zameldowanie, przeniesienie bagaży i rozpakowanie, a jedną z pierwszych rzeczy, jaką nieodmiennie odkrywały, była obecność małych kotków w zaroślach tuż za willą.
Kotki z początku uciekały przed dziwnymi dwunogami, ale kiedy okazało się, że mały Szymon z Poznania jada drugie śniadanie na dworze, a zawiera ono regularnie chleb z masłem i pyszną szyneczką… a zaraz potem Michałek z Łodzi zaczął domagać się na wszystkie posiłki parówek… to kotki przekonały się do dzieci. A te potraktowały kotki jako jeszcze jedną wakacyjną atrakcję. Kotek z białą plamką dostał imię Dżeki, szary kotek w paski został Amandą, a najciemniejszy z trójki – i najbardziej rozbrykany – Roksim. Imiona w ogóle nie były zgodne z płcią kotków, ale kto by się tam tym przejmował!
Ważne, że kolejne generacje najmłodszych gości „Marianny” przekazywały sobie z turnusu na turnus imiona kotków, a najwyższą formą towarzyskiego ostracyzmu wśród dzieci, które potrafią być w tym względzie bardziej bezlitosne od dorosłych, było odcięcie ostracyzowanego od małych, milusich futrzaczków. Jeżeli zaś podczas jednego turnusu dzieci było więcej od kociąt, ustalane były dyżury małych dopieszczających, wymuszane z całą surowością tak, żeby każda zmiana dzieci dostała swoją porcję kociego szczęścia.
Przyzwyczajone do hołdów, uwielbienia i dokarmiania kotki nie wyszły na tym dobrze. Najpierw Roksi, nie mogąc uwierzyć, że jego najgorętszy wielbiciel i dostawca pysznych klopsików, Bartek, wyjeżdża do rodzinnych Katowic, wybiegł na jezdnię za oddalającym się VW Passatem i już po kilkudziesięciu metrach został rozsmarowany na asfalcie przez litewskiego TIRa, którego kierowca wiózł do Niemiec drewniane prefabrykaty do budowy placów zabaw dla niemieckich dzieci. To nie bolało, śmierć przyszła do kota szybko.
Całkiem inaczej niż do Dżekiego, który pewnej soboty, podczas zmiany turnusów, paradował po podwórzu, ciekawy, jakie też frykasy przyjechały tym razem. W chmurze kurzu zatrzymało się przed nim terenowe Volvo, a z uchylonych drzwi jako pierwszy wyskoczył masywny amstaff, znany w Gdyni jako Arnold Drugi. Dżeki nie zdążył uciec, nastroszyć sierści, ani nawet prychnąć – potężne szczęki zacisnęły się na jego tylnej łapce. Pies, nieprzyzwyczajony do tak łatwych zwycięstw, stanął i puścił Dżekiego, który w szoku powlókł się w krzaki, jak tylko mógł najszybciej. Tymczasem z samochodu wydostali się państwo Arnolda, pochwalili pieska za przedsiębiorczość i założyli mu grubą, rzemienną smycz. Dżeki umierał w najgłębszym zakątku krzaków przez kilka dni, żegnany szyderczym skrzeczeniem srok, które zajęły się kotkiem, kiedy tylko przestał się ruszać.
Najspokojniejszym ze wszystkich kotkiem – Amandą – zaopiekowała się mała Oleńka spod Krakowa. Przyzwyczajona do tego, że wszyscy zawsze spełniają jej życzenia, dziewczynka od początku traktowała kociaka jak swoją wyłączną własność. Amanda nocowała w pokoju Oleńki, podczas posiłków siedziała koło jej krzesła i z godnością przyjmowała najlepsze kąski, a słonecznymi popołudniami kładła się jej na kolanach i mruczała. Nie przeszkadzały jej zabawy z lalkami i plastikowym herbacianym serwisem, ani dekorowanie kwiatkami. Aż przyszedł feralny sierpniowy piątek, kiedy cała rodzina Oleńki wybrała się na pożegnalny rejs wycieczkowym statkiem po jeziorze Drutyńskim. A skoro rodzina, to i Oleńka, a jeżeli Oleńka – to i Amanda.
Wszystko szło pięknie, dopóki statek nie wypłynął z zacisznej Karpiej Zatoki. Dmuchnął lekki wiatr i jezioro od razu się zmarszczyło, a po chwili ruszyła się nieduża fala. Bezpieczny do tej pory pokład zaczął umykać Amandzie spod łap, więc przerażony kot skoczył tam, gdzie wydawało mu się najbezpieczniej – na ręce Oleńki. Ta, kompletnie zaskoczona, pisnęła na granicy ultradźwięków jakieś „Ojejku!!!”, czy też po prostu „Łiiiiiiiiii!!!”, zamknęła oczy i odruchowo wyrzuciła ręce przed siebie. Amanda przeleciała nad relingiem i wylądowała w zimnej, mętnej wodzie. Na nic się zdały sygnały „kot za burtą”, „cała stop” i gmeranie bosakami w jeziorze. Nieprzygotowany do zanurzenia kociak zaplątał się w wodorostach i nic już nie mogło mu pomóc. Szlochająca Oleńka szybko pocieszyła się obietnicą, że zaraz po powrocie rodzice kupią jej prawdziwego yorkshire terriera. Z kokardką.
Wakacje się skończyły, ostatni goście wyjechali z „Marianny”. Kiedy opadł kurz po przejeździe ich samochodu, z krzaków wyszedł mały kotek, najbardziej nieufny z rodzeństwa. Powąchał tłusty papier po kanapkach, leżący na parkingu, polizał go kilka razy i poszedł dalej, na łąkę. Upolował sobie tam małą, tłustą nornicę i pożarł ją ze smakiem, nasłuchując czujnie, czy nie zbliża się inny, większy myśliwy. Wylizał łapy i wrócił do swojej kryjówki w krzakach. A potem żył długo i szczęśliwie. I bez żadnego imienia, które nie było mu do niczego potrzebne.
________
Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany na witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu madagaskar08.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.





Dzień dobry. Opowiadanie opublikowane pierwotnie 16 sierpnia 2010 roku (aż nie chce mi się wierzyć, że już tyle czasu minęło), po wakacjach w miejscu, które stało się pierwowzorem willi „Marianna”. Być może wymowę opowiadania złagodzi nieco fakt, że w tym samym miejscu rok i dwa później przebywali nasi znajomi, którzy zaraportowali nam (a zwłaszcza zakoconym do imentu Juniorom!), że kotki żyją i mają się dobrze. A może to nie były te same koty?
Bardzo mi się podoba opowiadanie. Pomijając kwestie ludzkich statystów i ich egoistycznej głupoty, ilustruje mechanizm ewolucji, który premiuje dywersyfikację postaw, bo owo zróżnicowanie zwiększa szanse przetrwania populacji, gatunku, życia. Ukłony dla Mistrza, co perełki nam tu wysypuje 🙂
Dobry wieczór! Perełka ze skarbczyka raczej niż prosto z perłopławu, ale miło się czyta pochwały.
To prawda, ewolucja wiele tu ma do powiedzenia. Niezależność drogo kosztuje, ale tak jak w „Gwiezdnych Wojnach” – łatwiejsze rozwiązanie to ciemna strona mocy.
Powiadasz Waść, „Gwiezdnych Wojnach”? Hmmm, nie znam aż tak dobrze tej sagi. Pewnie ma swoją moralistykę, ale przyznam szczerze, wszystko, co z Hollywood, omijam. Z wyjątkami, oczywiście. Kino euroejskie jest o niebo lepsze. Ukłon dla Wyspiarzy.
Ukłon dla Pana .
Witam ponownie. 🙂
Też trudno było mi uwierzyć, że od pierwotnej publikacji minęło już tyle czasu. Przejebajka… Czy tylko i wyłącznie o kotkach ❓ Tak samo bywa z innymi oswajanymi stworzeniami, nie wyłączając ludzi. Skojarzyło mi się, tym razem, z rozmową Małego Księcia z lisem…
Dzień dobry jeszcze raz. Z tego ciekawego opowiadania wynika jedno – nie wolno zbytnio ingerować w przyrodę. Bo przecież te kotki też były częścią przyrody, chociaż udomowione. Najlepiej wyszedł na tym ten nieśmiały kotek, który nie zbliżał się do ludzi. Podobnie może być z dzikimi zwierzętami. Instynkt im podpowiada, żeby pozostać dzikimi, bo od ludzi można spodziewać się wiele dobrego, ale jeszcze więcej złego.
Mam nadzieję, że kotki później widziane były tymi z opowiadania. 🙂
Ingerować można, byle z głową, cierpliwością i nie na siłę. Zwłaszcza w przypadku kotów. I trzeba być odpowiedzialnym/ną za to, co się oswoi, jak Mały Książę (jak zauważyła Jasmine ; )
Witam wszystkich cieplutko 🙂
Masz rację – nie można ingerować zbytnio. Ale czasami trzeba pomóc zwierzakom. Mam znajomą Amerykankę. Ma ona w domu 15 kotów, ale głównie dlatego, że dokarmia bezpańskie koty. Przychodziła do niej bezdomna kotka. Laura ją dokarmiała (i nie tylko ją). Kotka miewała kociaki, którymi Laura się opiekowała i brała je do domu. Rozdawała ludziom (oczywiście po sprawdzeniu, czy się do opieki nadają). W końcu udało się kotkę złapać i zanieść do weterynarza. Tu jest specjalny program opieki nad zwierzakami. Jeśli przyniesie się bezdomnego kota, to płaci się tylko połowę za sterylizację, drugą połowę płaci specjalny fundusz. Teraz wszyscy są zadowoleni. Kotka nie ma małych i znacznie się poprawiła, a znajoma nie musi łamać sobie głowy co zrobić z kotkami 🙂
Tak jest. Traktowanie kogoś innego (kota, psa, ludzia) jako zabawki jest rzeczą straszną, chociaż jakże powszechną obecnie.
Prawda. Każde stworzenie, obojętnie czy ma dwie czy cztery nogi ma swoje prawa. Każde potrafi odczuwać strach, radość, cierpienie. Ale dzieci potrafią być okrutne, a niektórym to nie mija nawet w dorosłym życiu.
Dzieci nie tyle są okrutne, ile nie mają w sobie empatii. Jeśli rodzice ich tego nie nauczą, rośnie takie bezuczuciowe dziwadło. Przykładem może być moja córka. Miała może ze dwa latka, kiedy zobaczyłam jak kopie kota (u mojej mamy było ich trochę). Na moją reakcję nie trzeba było długo czekać. Dałam jej solidnego klapa. Rozpłakała się i popatrzyła na mnie zdziwiona. Zapytałam ją, czy boli. Powiedziała, że tak. No to jej odpowiedziałam, że kotka też boli. Wyjaśniła mi, że wujek ją tego uczył. Brat mojego szwagra. Myślałam, że gnoja rozszarpię. Córka do dziś jest fanką kotów 🙂 Bardzo je lubi i na pewno nigdy by nie skrzywdziła. A temu wujkowi zapowiedziałam, że dam mu po zębach, jeśli zobaczę, że kopie nasze koty, czy co gorsza uczy tego moje dzieci
Możliwe, że to brak empatii, ale i też kwestia charakteru. Na podwórzu gdy syn był jeszcze dzieckiem, pobił się z kolegami o kota. Oni robili mu krzywdę i syn stanął w jego obronie. Nie dawałam mu lekcji empatii, ale sam wiedział, że tak robić nie wolno, że zwierzę też może cierpieć. Do dzisiaj kocha zwierzęta.
Kwaku… bardzo częste jest traktowanie zwierzą domowych… przedmiotowo. Ot, rzecz bez uczuć i już.No i użytkowo…ale to zupełnie inna sprawa. Jeden z moich znajomych nie jest zapraszany, bo uważa, ze miejsce psa jest przy budzie, na podwórzu, w domu ? za nic w świecie. Jego wola, nie musi u mnie bywać. 🙂
Są też sytuacje, których nigdy nie zrozumiem. Kiedy bratanica Pani Quackie mieszkała niedaleko nas, w wynajmowanym mieszkaniu, nabyła wspaniałego psa, biszkoptowego labradora. Pies „był na etacie” dziecka, traktowany był jako domownik, bardzo serdecznie i troskliwie (te wszystkie wizyty u weterynarza, kiedy tylko była potrzeba!). Bratanica skończyła studia, zaczęła pracować i przeprowadziła się do (własnego) domku pod Trójmiastem. Jakiś czas temu pytam, co tam u psa – i okazuje się, że pies został wyprowadzony z wnętrza do budy, ponieważ w środku domu niszczyłby meble i ściany (tak jak w mieszkaniu). „Ale to super buda, ocieplana, wielka, więc teraz tak jakby miał własny dom!”. Nie rozumiem i nie zrozumiem, może tylko tyle, że niszczenie wynajmowanego (=nie swojego) mieszkania było do przyjęcia, a niszczenie WŁASNEGO już nie? Widocznie taka bywa cena za to, że się wychodzi na SWOJE.
Brak słów… Niszczenie mieszkania to jedno, ale co przeżywało to biedne zwierzę wyrzucone do budy?!
Na szczęście nie na łańcuch. Nie wiem właśnie, jak się widujemy u szwagrostwa (z bratanicą i psem), to pies nie sprawia wrażenia przygnębionego czy pokrzywdzonego – na szczęście – natomiast bratanica opowiada, jakie to są z nim problemy, że usiłuje się podkopać pod ogrodzeniem (np. kiedy suka z sąsiedztwa ma cieczkę), że trawnik niszczy etc. Z jej punktu widzenia chyba i tak lepiej trawnik niż wypieszczone wnętrza?
Zresztą to niszczenie też było problematyczne – podrapane ściany, rogi czy futryny, ale np. zasikana podłoga czy wykładzina się nie zdarzała, pod tym względem pies był bardzo dobrze wychowany.
Dorosły pies rzadko robi szkody, co innego szczeniak.
Z drugiej (kolejnej) strony jak ktoś pracuje całymi dniami i nie ma go w domu, to w mieście może poprosić sąsiadów, krewnych (nas), czy nawet płatnego opiekuna o zajęcie się psem, choćby na zasadzie wyprowadzić/ wysikać, ale jak mieszka w samodzielnym domku, to już jest z tym gorzej, a pies – nawet dorosły – z nudów potrafi nieźle nabroić.
To prawda. Jednak w mieście też nie zawsze jest komu dać klucze i powierzyć psa. Trzeba mieć zaufanie. Nieraz słyszy się wyjącego psa, bo został sam, szczególnie jeśli jest przyzwyczajony do towarzystwa i nagle to się zmienia z jakiejś przyczyny. Ale często ludzie biorą zwierzaka do domu, nie zastanawiając się, że to jest na dłużej niż rok czy dwa.
W tym przypadku pies został wzięty, jak właścicielka jeszcze studiowała, ale studia się skończyły i zaczęły się schody… Co do wyjących psów, pamiętam taki tydzień u Wuja Quackie w Warszawie, kiedy w kilkunastopiętrowym bloku codziennie widziałem na balkonie bassetta, który przez cały dzień potwornie smętnie wył. Aż się serce kroiło.
Prawdę mówiąc, dlatego nie mam żadnego futrzaka w domu. Lubię i psy i koty, ale często nie ma nikogo w domu cały dzień. Może kot jeszcze by sobie z tym poradził (szczególnie jakby były dwa koty i się ze sobą bawiły), ale psa trzeba wyprowadzać. Trzymanie zwierzaka cały dzień w domu bez możliwości wyjścia za własną potrzebą jest draństwem. Nie mam sumienia męczyć biedaka…
Miral, brawa za odpowiedzialność!
Też nie rozumiem, bo jeśli pies niszczy coś w domu, to oznacza to frustrację psa, dla którego nikt nie ma czasu. A labradory są niezwykle towarzyskie i potrzebują kontaktu. Demolkę miałam w domu raz, gdy pies przyjaciół został u mnie na przechowaniu, a ja musiałam wyjść na kilka godzin.
Dzień dobry ! Jakieś grzeczne były te dzieci…Migotka trafiła do mnie, bo pani ze sklepu odebrała małe, piszczące i przerażone stworzenie dzieciom, które ją dopieszczały. Powiedziała, że mają przyjść po kotka z mamusią. Oczywiście… nikt nie przyszedł. Dałam się namówić na wychowanie malucha i tak mija nam wspólny, ósmy rok…. W podobny sposób trafiały do mnie poprzednie trzy kociaki….
Mnóstwo radości dostarczało nam oglądanie jak mała Misia, pierwsza wychowanka, oswajała naszą spanielkę: skracała dystans, centymetr po centymetrze, aż wylądowała między łapami suni i tak im zostało. Misia pojechała do małego domku z ogrodem, była kochan i pieszczona, miała dzieci. Jej nowa pani i ona były ze sobą szczęśliwe…
No właśnie, można. Ale to trzeba cierpliwości i zrozumienia, a nie tygodniowej (czy też dwu-) rozrywki wakacyjnej.
PS. Mam wrażenie, że parę minut temu serwer padł, a przynajmniej się mocno zająknął.
Chyba tak, bo mnie wyrzuciło:(
Następne kocię przyniosły mi do domu obce dzieci” bo mama kazała wynieść, więc może pani weźmie ?” Wzięłam, bo dzieci płakały a i kotka mi było żal. Wychowywała się szarusia, była bardzo wojownicza i charakterna. Zdobyła serce chłopca, który nas odwiedzał, więc, po sprawdzeniu czy rodzice sie zgodzą… oddałam małą w dobre ręce. Chłopak uwielbiał kotkę…. aż po kilku latach w domu pojawiło sie niemowlę. Matka… kazała chłopcu wyrzucić albo uśpić kota, bo ” zrobi krzywdę maleństwu”. Kotka została uśpiona, a ja dowiedziałam się o tym poniewczasie. O krzywdzie chłopca mamusia nie pomyślała ! Dwa następne kociaki zostały u mnie…. już na zawsze. Bałam sie dla nich ” dobrych rąk”.
Ładne „dobre ręce”. Jak pisałam wyżej, niektórzy potrafią być okrutni…
Witaj Bożenko… przesąd,że kot udusi dziecko albo wyssie mu oddech ! co za bzdura!
Witaj Wiedźminko. Też słyszałam te bzdurne opinie na ten temat.
Ja też o tym słyszałam. Szkoda słów, żeby się wypowiedzieć na ten temat… Nie wiem skąd się takie kretyńskie pomysły biorą? Słyszałam też, że kot może rozszarpać grdykę, bo będzie szukał myszy, która się tam rusza
Co za brednie
Oczywiście że brednie
Co najgorsze, wielu w nie wierzy. Ale chyba muszą w ogóle nie znać kotów, żeby takie dziwy wymyślać.
Hm, a nie było takiej opcji, żeby „obce dzieci” odwiedzały kota u Ciebie od czasu do czasu, załóżmy – dokładając się do jego wyżywienia? Może to by im pozwoliło chociaż po części nauczyć się odpowiedzialności? Zakładając, że mama, co kazała wynieść, by się zgodziła.
Opisywałem chyba taki koci przypadek sami-wiecie-gdzie: bliska znajoma daleko mieszkająca nie mogła zajść w ciążę, po czym jakieś dwa miesiące po przyjęciu do domu kota (ze schroniska) udało jej się zaciążyć; w tej sytuacji kot został przekazany dalej… Inna sprawa, że z zachowaniem wszelkich procedur, w sensie wywiadu dot. następnych opiekunów, kim są, gdzie mieszkają, co robią i czy będą dla kota odpowiedni. No i nie ze względu na przesądy, tylko na możliwość toksoplazmozy (kot był dość niezależny i bywało, że znikał niewiadomogdzie na parę dni).
A owszem… bez wyżywienia, przez jakiś czas dzieci do mnie pukały i odwiedzały kotka. A potem im przeszło… To były takie sześcio-siedmiolatki 🙂
No to chociaż tyle – znaczy czuły jakąś tam więź z kotem, jeśli nie odpowiedzialność zań.
Odkąd pamiętam miałam koty. Domowe koty były zawsze moje…:) Szczęśliwie niczym mnie nie zaraziły, bo toksoplazmoza jest rzeczywiście groźna. Ojciec mój nie zyczył sobie kotów w swoim pokoju, więc one nigdy tam nie wchodziły. Wiedziały, ze to teren zakazany 🙂
Odkąd pamiętam zawsze chciałam mieć kota, ale wywalczyłam tylko (a może aż) psa. Dopiero teraz mogłam sobie pozwolić na to miłe zwierzątko
U mnie małżonek nie lubi kotów (nawet nie wiem dlaczego?), a psa nie byłoby komu wyprowadzać w ciągu dnia. I dlatego mamy tylko rybki
Ale, ale… gdzie jest nasz Senator ? Mógłby nam opowiedzieć dużo o swoich podopiecznych.
Ano. Czyżby koty Go nie obudziły? 😉
Może poszedł na ryby? Robi się coraz cieplej…
Znów muli
Trudno nawet wejść na Wyspę
Co i raz wyskakuje błąd 502 – Bad Gateway. Albo problemy z serwerem, albo jakaś konserwacja czy cuś?
Idę po zakupy. Może po powrocie będzie lepiej
Dzień dobry 🙂 W temacie kotów jestem zupełnym laikiem, ale opowiadanie mi się podobało mimo zakończenia w stylu horroru 🙂
Horroru? Chyba jednak realizmu? Koty nieodpowiedzialnie oswojone spotkał marny koniec, kot nieufny przeżył i prosperuje.
Morał zrozumiałem, co nie wyklucza faktu, że został podany w krwistym sosie, ale to nie zarzut, tym bardziej z mojej strony 🙂
U mnie też muli. Muszę lecieć do pracy. Może jak wrócę, będzie lepiej 🙂
Bardzo opornie mnie zalogowało. Może później będzie lepiej ?
Senator się nie pokazał…. to mnie martwi, mam nadzieję, że to liczne obowiązki, a nie złe samopoczucie
SENATORZE!!! Hop, hop!
(wołajmy chórem, może to zadziała 🙂 )
Hop hop!!! Senatorzeeee

Coś mi się wydaje Wiedźminko, że jednak to drugie.. 🙁
Jeśli się jutro rano nie odezwie, to narobię rabanu 🙂
Pan słyszał?
Powitać!
Dotarłem do domu i przypomniałem sobie przejebajkę 🙂
Zgadzam się z Miral i w tym, że nazbyt kocham zwierzęta aby skazywać je na zamknięcie w swoim mieszkaniu przez większość dnia. Ale opowieść przypomniała mi francuski film, który dawno temu oglądałem. Istotą fabuły był prezent, który swojemu zblazowanemu synkowi ofiarował pewien milioner: kupił mu … bezrobotnego (bodajże początkującego pisarza) w charakterze zabawki. W tytule było chyba nawet słowo „zabawka”.
Człowiek jako zabawka – tworzył obraz szokujący; tymczasem nikogo nie dziwi kot kupiony na urodziny…
To prawda.Rodzice często kupują dzieciom z jakiejś okazji zwierzaczki, które się po jakimś czasie znudzą, albo stają się niewygodne i takie zwierzątko jest wyrzucane – dobrze jak do schroniska. Czasem jednak po prostu na ulicę. Sąsiad znalazł kiedyś psa w lesie przywiązanego do drzewa. Młody owczarek, pewnie się komuś znudził. Takie zwierzę cierpi a dziecko uczy się egoizmu.
Chętnie przywiązałabym do drzewa na parę dni takiego ” miłośnika zwierząt”… bez wody, bez jedzenia, bez możliwości zerwania więzów.
Ja też
Zwierzaczki kupuje się nie tylko dzieciom na urodziny.
Wiele lat temu pewien biznesmen kupił sobie szczeniaka. Psa z rodowodem. Piękną suczkę doga niemieckiego – tygrysiego. Wyjeżdżał często w interesach, więc psa podrzucił do swojej matki. Osoby starszej i schorowanej. Prawdopodobnie nawet nie pomyślała, że psa trzeba karmić… Gdy biznesmen wrócił z wojaży, zastał psa w opłakanym stanie. Chude to było i mizerne. Szykował mu się następny wyjazd, więc zaczął szukać, komu by sunię oddać. W końcu zawiózł do swojej znajomej. Następnego dnia ta znajoma zadzwoniła do mojej mamy prosząc o ratunek. Jej dzieci bały się psa i musiała się go pozbyć, a biznesmen już wyjechał (a może tylko tak mówił). Mama zgodziła się przyjąć szczeniaka za naszą namową. Koleżanka przywiozła mamie sunię w godzinę 🙂 Żal było na biedulkę patrzeć. Jak to mój brat określił – ożebrowanie i plandeka. Tak chudego psa w życiu nie widziałam. Widać było nie tylko wszystkie żebra, ale i kosteczki na grzbiecie. Sami nie wiedzieliśmy czym toto karmić, żeby nie zaszkodziło. Mama karmiła Kamę (bo takie imię jej daliśmy) 5 razy dziennie po odrobince. Stopniowo zwiększała porcje. Po miesiącu był to już inny pies. Gdy dotarła do mamy, miała pół roku…
I niech mi ktoś powie, po groma ten człowiek kupował psa, skoro nie był w stanie się nim opiekować??!!! Bo rasowy, z rodowodem??!!
Po kilku miesiącach można było Kamie zostawiać pełną miskę. Jadła tylko wtedy, gdy była głodna i nie próbowała już jeść na zapas. Po prostu przyzwyczaiła się, że miska zawsze będzie pełna i w tym domu głodu nie zazna. Rosła jak na drożdżach. Łeb miała wielki, a te grube łapy przeszkadzały jej w bieganiu. I ciągle plątała się pod nogami 🙂 Pomału przeobrażała się w smukłego pięknego psa. Mam 166cm wzrostu, a jak Kama stawała a tylnych łapach, była wyższa ode mnie. Dzieci brata jeździli na niej jak na koniu 🙂 A jak miała dość zabawy, po prostu siadała i dzieci zjeżdżały po jej grzbiecie na ziemię
Witaj Mirelko….pewnikiem pies miał mu dodać prestiżu. Pewnie w życiu nie miał żadnego zwierzaczka, bo nie wiedział, że pies to też obowiązek ? 🙁 Półgłówek….
Witaj Wiedźminko 🙂 Nie wiem czego ten pies miał mu dodać, ale mało brakowało, a padłby z głodu. Nie rozumiem takich ludzi…
Żebyś zobaczyła, jak na początku Kama rzucała się na jedzenie…
A nie można było dać za dużo na raz, bo to by jej zaszkodziło.
Nie znam odpowiedniego słowa na tego pana:( półgłówek to stanowczo za mało.
Tak, doskonały film. Ten pisarz w końcu dał radę wychować swojego właściciela, zwierzęta raczej nie mają takiej szansy, to istotna różnica. Ale film znakomity, co to, to tak.
Witam wieczorową porą.. Uff.. Nareszcie mogę przeczytać całość.. No i … Opowiadanie ściskające pewien organ.
Prawdą jest, że głupota ludzka nie zna granic 🙁
Nawet weszło? Dzisiaj mój net strzela fochy. Anielskiej cierpliwości mi brak. Zdecydowanie 🙂
Witaj…. mnie też dzisiaj trudno wdrapać się na Wyspę… 🙁
Cześć!
U mnie (po południu) działa normalnie. Może to jakaś rekompensata za dzisiejszą pogodę w Krakowie…
Witaj! aż tak źle ? u mnie chłodno, wiatr dość silny i okrutnie szaro 🙁
Cały dzień siąpi szary deszcz, ani jednego promyka, i w ogóle buuuu!!!
Tu nie pada, ale też szaro, buro i ponuro. Miałam znów wizytę i dopiero teraz zajrzałam na Wyspę. Niepokoi mnie Senator…
I jak zwykle o tym czasie mówię dobranoc
U mnie od południa pada śnieg. Do tej pory, a jest już 22:38. Na pewno nie poleży za długo, bo jest ciepło. To znaczy powyżej zera 🙂
Dobranoc! Miłych snów dla odmiany, o mądrym oswajaniu.
Ciemno, szaro i niemiło, więc niech moja magiczna lampka przyniesie dobre sny….

Dobranoc
Dzieńdoberek 🙂 Dobrze spałam przy tej magicznej lampce
Budzę się, a tu już środa…
Witaj Bożenko… cieszę się, że dobrze spałaś… i że na coś przydała się moja lampka…
I nawet dzisiaj nie muli od rana
Witaj Bożenko 🙂 A nasz Mileńki się nie odzywa.. 🙁 Robić raban????
Witaj Skowronku….. jestem za. 🙁
Robię raban!!! Rumaku!!! Ty wiesz
Dzień dobry.. d…. a nie szklanka? Prawda? Upadek zaliczony na koniec zimy, bo wczorajsza mżawka zamieniła się w lodowisko. Na szczęście obeszło się bez kontuzji. Służby dopiero teraz zaczęły posypywać chodniki i podjazdy. Znowu pełne zaskoczenie…
Witaj Skowronku 🙂 Współczuję Tobie, to musiał być bolesny upadek. Ale możesz powiedzieć, że byłaś upadłą kobietą 😆
Nasz Mileńki zawsze o tym czasie już tu był… Niepokoi mnie to coraz więcej.
Robi za zakład pogrzebowy.. Czarny humor się Go trzyma. Nie jest źle, a będzie lepiej. Mam nadzieję
Też zaliczyłam ” na d…siad” i to na środku, szczęśliwie pustej. jezdni. Nic sobie nie zrobiłysmy i z tego trzeba się cieszyć. Sasiadki noszą ręce na temblaku.
Witaj wśród szczęśliwie upadających
Dzień dobry ! Chciałam zobaczyć czy jest już nasz Rumak….
Dzień dobry. Passenger Stanislaw Paluch… Wróć, Senator Incitatus proszony o pilne zgłoszenie się na Wyspę. Powtarzam, Senator Incitatus proszony o pilne zgłoszenie się na Wyspę.
Witaj Kwaku…. popieram naszą Skrzydlatą, niech leci sprawdzić co się dzieje…
Najważniejsze, że zdrów!! 😀 Poczekamy cierpliwie, bo przecież i tak Go kochamy..

No i dobrze, że zdrowy…. a jak za długo się nie pokaże, to doniczką ze storczykiem poczęstuję… prosto w szlachetny koński łeb !
Zmora jedna taka 🙂
no pewnie, że kochamy…. jak inaczej dałoby się wytrzymać z Narowistym ?:)
Nieco uspokojona idę w plener… szary i wilgotny 🙁
Zdrów? Uf!
Uciekam do pracki, ale wrócem!
No to kamień z serca… Ale gruchnęło! Prosto na duży palec od lewej nogi 🙄
Dzień dobry: )
Dzień dobry Rumaku
Jak dobrze wreszcie Cię widzieć 
Łooo

Czemuż ach czemuż.. uśmiech Twój blady tak..???
Dobry, dobry Ty nasze Sołnyszko 😀
PS Przestraszył się Wiedźminkowej doniczki..
Tak jest, teraz, proszę Pana, jest dobry! I nawzajem!
Witaj Senatorze…. mam cztery doniczki ze storczykami, ale Tobie mogę ofiarować tylko to
więc nie porzucaj nas… bo to bolesne doświadczenie …
Śpię. Nie budzić!
Też chętnie bym pospała
Ale nie mogę… 🙁
Dzień… 🙂
PS: Pytam z taką pewną nieśmiałością… Nie chcę się narzucać, bo wiem, że moje zainteresowania z lekka się rozmijają z Waszymi, chociaż mamy też punkty styczne. 🙂
Po wielu miesiącach udało mi się wybyć z domu. Byłam na koncercie i otwarciu galerii, wystawa obrazów mojego ulubionego, bo osobiście znanego malarza.
Jeśli się zgodzicie to chciałabym się z Wami podzielić wrażeniami z koncertu. 🙂
Nie koniecznie dziś, ofkoz. I tak musiałabym sobie wszystko odświeżyć. Najłatwiej mi, jak Senatorowi, gdy samo się pisze, ad hoc, potem już trudniej, bo… 🙂
Pewnie, że chcę posłuchać Twoich wrażeń. A jeśli mówimy o różnych zainteresowaniach, to chyba dobrze ? Mnie nie zawsze się udaje trafić z publikacją w klimat Wyspy i trudno – świetnie !
Trudno, żeby wszyscy mieli te same zainteresowania. Byłoby nudno, nonie?
Nudno ❓ Pewnie tak. 🙂 Ale raczej trzeba brać pod uwagę upodobania Przyjaciół, żeby ich nie zanudzić na śmierć. 🙂 Dlatego wolałam zapytać. 🙂
Na pewno wszyscy chętnie zobaczą czym się fascynowałaś. Ja niestety będę musiała Was niedługo pożegnać, ale wieczorem zajrzę i z ciekawością poczytam czego słuchałaś i co oglądałaś.
Uff…

Pozostaje pytanie. Kiedy ❓ 🙂 Wciąż jestem „nabuzowana”, ale pierwsze emocje opadły i „na świeżo”, co najbardziej lubię, już nie będzie. Muszę to jakoś poukładać. 🙂 Jestem prawie pewna, że Tobie, Wiedźminko, się spodoba takie śpiewanie. 🙂 Przekonałaś mnie do Bajora onegdaj. 😆 Chociaż to… to trochę inna bajka. 🙂
Do popotem zatem. 🙂 Idę trzymać kciuki za naszych skoczków. 🙂
Witajcie!

Już czekam z niecierpliwością na opowieść Jaśminki!
Hallo, Rumaku – miło, że choć dwa słowa!
Na koniec dobra wieść: Słoneczko się objawiło!
Jeśli mi się teraz uda zamieścić to za chwilę zapraszam piętro wyżej. A co mi tam, raz kozie śmierć.