Otóż tym razem wybraliśmy się na Kretę z przyjaciółmi – państwem Jeżynkami. Miało to ten plus, że lecieliśmy z Okęcia, a dziwnym trafem biura podróży tak układają loty, że z innych lotnisk niż warszawskie zwykle przylatuje się bardzo późno, albo wylatuje bardzo wcześnie (albo i to, i to), co oznacza, że człowiek jest dzień (albo dwa) w plecy, bo dzień przylotu liczy się jako opłacony dzień wczasów. Tym razem jednak przylecieliśmy (a potem wylecieliśmy!) o ludzkiej porze, po południu, toteż po przyjeździe do hotelu i rozpakowaniu był jeszcze czas, żeby zwiedzić basen, hotel i okolicę.
Pierwszego dnia, czyli w czwartek, postanowiliśmy wypocząć. Zwodnicza cisza pierwszego dnia ustąpiła miejsca dość intensywnemu wiatrowi, więc nie było mowy o kąpieli w morzu. Bo falowało. Wchodziliśmy raptem po kolana i czekaliśmy na prysznic z fal, a i tak ratownik uznał za stosowne pogrozić nam palcem. Byli jednak tacy, którym czerwona flaga niestraszna…
Drugiego dnia Jeżynkowie z koleżanką małżonką wybrali się na wycieczkę do wąwozu Samaria, co oznaczało przejście kilkunastu kilometrów w nadupale górskimi ścieżkami, mostkami i korytem rzeki. Ja się NIE wybrałem, ze względu na brak kondycji, i zrobiłem mądrze, ponieważ obie panie wróciły z takimi zakwasami, że ze schodów w hotelu schodziły mocno kuśtykając. Za to zwiedziłem okolicę i porobiłem parę ładnych zdjęć.
Trzeciego dnia w związku z powyższym pauzowaliśmy, leżenie bykiem nad basenem i spacerki do baru, tudzież nacieranie bolących nóg żelem przeciwbólowym. Za to przygotowaliśmy się na dzień nr 4.
Czwartego dnia rano na parkingu koło hotelu zjawił się nasz samochód z wypożyczalni. Wsiedliśmy do niego i pojechaliśmy na plażę Elafonisi po drugiej stronie Krety, co wiązało się z emocjonującą podróżą przez górskie serpentyny. Plaża nad laguną, woda po kostki, najwyżej po kolana, piasek bielutki, zupełnie jak Karaiby nad Morzem Śródziemnym. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na przydrożnym stoisku i nabyliśmy nieco lokalnych produktów „od chłopa”. Dosłownie i w przenośni. Po powrocie do hotelu i obiedzie pojechaliśmy jeszcze pozwiedzać Chanię, w szczególności stary wenecki port i kawałek tamtejszego starego miasta – bardzo tam ładnie!
Piątego dnia wstaliśmy o piątej rano, po śniadaniu o szóstej wsiedliśmy znów w samochód i pojechaliśmy na plażę w Balos. Można się tam dostać dwiema drogami: wodną, najtaniej z oficjalną wycieczką, statkiem w towarzystwie 800 innych osób, a także lądową, właśnie tak jak my. W tym celu należało dojechać samochodem do parkingu na przełęczy nad plażą (ostatnie 8 km drogą nieutwardzoną i niestosowną dla osób z lękiem wysokości – prowadził nieoceniony pan Jeżynka!), a stamtąd zejść niecałe półtora km i około 150 m przewyższenia na przepiękną plażę, znów, z laguną i wyspą (sporo większą niż w Elafonisi). A potem pozostawał powrót, tą samą drogą, częścią pieszą i zmotoryzowaną. No ale dzięki wczesnej pobudce byliśmy na plaży po siódmej rano, a koło południa, kiedy ludzi ciągle jeszcze przybywało, my już wracaliśmy!
Szóstego dnia w związku z tym głównie odpoczywaliśmy, ale także zrobiliśmy uzupełniające zakupy i pospacerowaliśmy po miasteczku naokoło hotelu.
Siódmego dnia przygotowywaliśmy się już do wylotu, ale nie przeszkodziło nam to jeszcze porozkoszować się urokami greckiej kuchni (hotelowej) oraz widokami. Na lotnisku wszystko przebiegło w miarę normalnie. Wróciliśmy do Warszawy, a następnego dnia rano – do Gdyni.
I jeszcze dokumentacja zdjęciowa:





Witam na (wyczekanym) pięterku kreteńskim. Nie będzie Minotaura ani w ogóle (prawie) żadnych zabytków, na pewno nie antycznych. Mimo to warto spojrzeć!
Bardzo fajny, relaksujący pobyt, sądząc po zdjęciach. Zwłaszcza zdjęcie z iskierkami na morzu niesamowite!

Wujek potwierdza różowość piasku Elafonisi:
Otóż właśnie był relaksujący, ponieważ NIE pojechałem do wąwozu Samaria!
Pięknie!!! Jest co czytać i oglądać. Piękne widoki, ciekawie opisane…
Dziękuję! Miałem nadzieję na nieco więcej ptaków, ale owady nadrobiły
Owady też są ciekawe, ale szczególnie te widoki…
A swoją drogą, żeby nie zrobić sobie selfie z Minotaurem…
O nienienie, w Knossos byłem poprzednim razem i nie mam zamiaru tam wracać!
Ale z marynarzami byłoby Ci do twarzy
A to ciekawe – ani razu nie wsiedliśmy do żadnej łodzi ani na statek, a wstępnie planowaliśmy nawet płynąć na Santorini. No ale przy takim wietrze…
Miałam na myśli tych na parkingu, w galowych mundurach.
Witaj, Quacku na Twoim pięterku:)
„Materiał zdjęciowy” przyjemnie obfity i wielowątkowy:)
Zacznę od kitesurfingu, bo to taki mój od lat niespełniony kaprys:)
Zdarzyło mi się kiedyś spróbować i bardzo mi się spodobało, ale, że u nas było średnio popularne, na tych paru próbach musiałam poprzestać.
Cykada i pazie królowej urocze, i to wcale nie dlatego, że mam słabość do skoczasto-skrzydlatych:)
Zdjęcie z iskierkami czarodziejskie, żeby nie powiedzieć – „wałszebne”. Przypatrując się takiemu zjawisku nietrudno uwierzyć, że taka Afrodyta po prostu wyszła sobie pewnego razu z morza;)
Jachciki to inna inszość, ale ten Stolem wygrzewający się u brzegu Elafonisi pośród zaróżowionego piaseczku działa na wyobraźnię:)
Nie wiem, czy to Twój zamysł, ale zestawienie owadów z samolotami bardzo mi się podoba:)
Tyle na gorąco:)
Cieszę się, że wyjazd był udany.
🙂
Ha, a ja się zatrzymałem na windsurfingu, kitesurfing nigdy mnie nie ciągnął, bo się bałem zawsze tych wielometrowych linek od latawca, że się zaplączą, np. o linki innego kitesurfera, ale nie tylko: w Chałupach na Helu jak prąd wysiądzie, to miejscowi mówią: „Oho, ktoś się uczy pływać na kajcie” – ponoć raz faktycznie kogoś poniosło na druty.
Zestawianie wszystkiego latającego działa mi na wyobraźnię, tym bardziej, że z wiekiem coraz gorzej znoszę latanie, zwłaszcza lądowanie. Pewnie po pełnym grozy lądowaniu przy silnym wietrze na Rodos, po drugim podejściu (co mi się zdarzyło pierwszy raz w życiu wtedy).
Och, zdjęcie z iskierkami niby nic takiego, ale jednak ma w sobie coś… czarodziejskiego, prawda 🙂
Stolem – znaczy masz na myśli tego kamiennego jegomościa z pierwszego zdjęcia? 😉
Też się cieszę, że się podobały zdjęcia.
🙂
Pierwszy raz zobaczyłam kitesurferów (w liczbie trzech;))nad oceanem i dosłownie nie mogłam oderwać od nich wzroku, więc kiedy nadarzyła się sposobność, podeszłam i zagaiłam. Jeden z nich zapytał, czy chcę spróbować. Kiedy się entuzjastycznie zgodziłam, Przyjaciółka tylko pukała się w głowę i budująco zagajała, czy zrobiłam testament:)
To było w stanie raczkowania, nikt nie myślał o żadnych kursach, technikach i tym podobnych rzeczach:) Chłopak po prostu mnie sobie obejrzał, zawołał kolegę, który okazał się dziewczyną, za jakąś większą górką kamienistego piasku zamieniłyśmy moją sukienkę na jej piankę (do windsurfingu:)) i, po podpięciu (mnie) do baru (wtedy nie wiedziałam, że tak to się nazywa), szurałam z pół godziny czterema, za przeproszeniem, literami po piasku, żeby wyczuć jak manewruje się napiętymi linkami latawca przy wstawaniu. Potem usiadłam w oceanie, który naprawdę był wyjątkowo spokojny, jeden z chłopaków siadł za mną i objął mnie w talii, a dziewczyna pomogła z wsunięciem stóp w paski swojej deski:) Pierwszy start trochę wyrywał mi ręce, ale nie rymcnęłam:) Musiałam tylko w pewnym momencie pozbyć się latawca, więc finalnie – skąpałam się, oczywiście:) Podczas ślizgu towarzyszył mi trzeci z chłopaków na swojej desce i dawał jakieś wskazówki, których i nie słyszałam i nie rozumiałam:) Po kilku wspólnych startach plunęłam na jego nauki i zaczęłam słuchać własnego ciała. I to było to:)
W tym czasie moja Przyjaciółka biegała równolegle ze mną brzegiem i wykrzykiwała: „Cholera! Wariatka! Cholera!”. Do dziś nie udało mi się ustalić, czy to były zaklęcia mobilizujące, czy po prostu się przezywała, wykorzystując chwilową bezkarność:)
Następnego dnia wróciłam na plażę sama, bo moje zakwasy były niczym w porównaniu z ogólnym „połamaniem” Przyjaciółki:)
Moi nowi znajomi już byli i, zgodnie z obietnicą, skompletowali mi mój „własny” sprzęt do kitesurfingu:)
Raczkowałam sobie kilka kolejnych dni, aż Przyjaciółka uznała, że dosyć tego dobrego i niemal siłą przymusiła do opuszczenia nadoceanicznej miejscówki i udania się w głąb lądu:)
Co nie znaczy, że spontanicznie nie zrealizowałam jeszcze paru innych, równie rewelacyjnych pomysłów;)
Wiatr, który łapie czasza latawca, sprawia, że linki są napięte, a w razie jakiegokolwiek zagrożenia można odpiąć latawiec, pozostając tylko z deską:)
Podziwiam, ale nie zazdroszczę 🙂
Natomiast co do odpinania latawca, to jeszcze przypomniałem sobie, że jak ostatnio byłem w szpitalu na zabiegu, to na sali leżał ze mną młody człowiek, który najwyraźniej nie odpiął go na czas i trochę go przeciągnęło na brzegu i poturbowało. Żebra, ręka, ogólne potłuczenia, takie tam. Dla mnie jeszcze jeden powód, żeby nie próbować… Ale jak dla Ciebie to takie pasjonujące, to oczywiście nie zniechęcam!
Tak, oczywiście, że wypadki się zdarzają, ale ja nie zamierzam zostać wyczynowcem:) Po prostu chętnie bym sobie przypomniała, jak to jest:)
A jeśli chodzi o stolema, to myślałam o tym dżentelmenie z 31 zdjęcia:)
Tym na pierwszym planie?
Przecież to ja?!
No to wyglądasz na lekko skamieniałego!
No, po prostu staję się wapniakiem!
Aż poszłam patrzeć, czy czegoś nie przeoczyłam i jakiegoś faux-pas nie popełniłam, Quacku:)
Czego to słona woda nie robi z prawilnymi turystami…;)
„Niebo takie łagodne, drzewa takie giętkie
Zdają się uśmiechać do szat jasnych tonów,
Co, powolne kaprysom fałdów i festonów,
Mienią się z ruchem każdym – niedbałe, a miętkie.”
(„Na przechadzce” – P. Verlaine;
tł.: Bohdan Wydźga)
Poplenerkowe, tym razem stałolądowe dzień dobry, Wyspo:)
Wow, ale interesujący urlop pod palmami z kolorami blue nieba i wody. Iskierki na wodzie to mistrzostwo świata, a zdjęcie pająka identyczne z człowiekiem-motolotniarzem szybującym w przestworzach. Jeśli dodać grecką kuchnię, plażę, to ładowanie baterii zapewnione na mur i na beton.
No właśnie się zastanawiam, na ile starczy tych baterii
Palmy, drzewa oliwkowe, hibiskusy, oleandry, bugenwille… Wybór był spory.
Teraz dbaj o nierozładowywanie… unikaj stressów, etc…
Ale jak to zrobić?
Zacytuję ci fragment znanej piosenki pt. „Na mej magicznej Wyspie”
…Przedstawię ci Macieja
kotaQuackaFascynujący z niego facet
Całymi dniami
tkwi w foteluprzed ekranemI
lekceważychętnie łapie każdą pracęLecz niewątpliwą ma zaletę
Gdy spływa wieczór
granatowy, herold nockiOn słodko mruczy wprost do ucha
Najbardziej senne
bossa novydobranocki…Super ta „znana piosenka”!
Dobranocka chwilowo.
Nic z Grecji ani z Krety mi nie przychodzi do głowy, bo sirtaki z „Greka Zorby” za skoczne nawet na sobotę. Ale może w takim razie taki evergreen?
Snów o dokończonych emocjach.
Dobranocka była, mogę iść spać…
Dobranoc
Spokojnej!
Śpij sympatycznie! 😉
Wróciłam teraz do domu. W dużą ulewę, a więc przemoknięta.
W zapchanym autobusie (o takiej godzinie w sobotę?).
Dopiero pani w sklepie mi uświadomiła, że jakiś mecz był i dlatego staliśmy w takim korku.
I z tej szarej, deszczowej rzeczywistości wskoczyłam na przepiękne pięterko.
Te zdjęcia zapierają dech w piersiach i budzą we mnie leciutką zazdrość.
Takie wakacje to rozumiem!
No nie mów, że na Ischii było gorzej. Jak planowaliśmy ten wyjazd, to właśnie się wahaliśmy pomiędzy Capri/Ischią/Neapolem, a Kretą. Dopiero panie przeważyły szalę, oznajmiając, że chcą tam, gdzie jeszcze nie były (tzn. we Włoszech byliśmy, choćby w zeszłym roku).
Było cudownie, ale jednak krócej. Urocze było mieszkanie w miejscu, gdzie nie dojeżdżają auta, ale to powodowało ograniczenie możliwości zwiedzania.
Dla mnie było cudownie, bo jednak głównie chodziło, aby się zobaczyć z Danką i pobyć razem. Choć systematycznie gadamy (we trzy) na WhatsApp, ale to jednak nie to samo.
No i obie lubimy pływać i do tego były idealne warunki.
Moim marzeniem (niezrealizowanym) jest Grecja,ale Danka miała bardzo ograniczony czas i w tych paru dniach musiałyśmy się zmieścić
No i te Twoje zdjęcia! Eh!
Pospacerkowe dobry wieczór, Wyspo:)
Dobry!
Nawiązując do rozmowy powyżej o kitesurfingu, ja takich atrakcji nie zaznałem.
Mam natomiast takie zabawne wspomnienie sprzed wielu lat. Spędzaliśmy urlop pod namiotem na plaży nad Jeziorem Rożnowskim, i pośród namiotów pojawił się facet posiadający deskę z żaglem — wówczas raczej wielką rzadkość w tej okolicy. Bardzo sprawnie zadawał szyku panienkom, demonstrując możliwości swoje i deski, ale wkrótce znalazł lepsze zajęcie, które go od urzeczonych panienek nie odrywało: pożyczał swój sprzęt ciekawym, po czym cała plaża miała ubaw, widząc gości spadających z deski to na jedną, to na drugą stronę, aby w końcu gdy się już nauczyli stać na desce, stwierdzić, że nie wiedzą, co robić z żaglem…
Właściciel świetnie się bawił i chętnie deskę pożyczał.
Zdecydowałem się i ja skorzystać z jego wspaniałomyślności. Oczywiście pospadałem należytą ilość razy, ale gdy już wyczułem równowagę, nie miałem problemu z żaglem, zwrotami itp., w końcu znałem zasady żeglarstwa 😉
Popływałem z pół godzinki albo godzinę. Do końca pobytu facet mi już deski nie pożyczył
Znakomita anegdota! Ja się uczyłem na jeziorze, na stypendium w Austrii i tam mieliśmy bardzo cierpliwego trenera, który nie miał żadnych podobnych żartów na myśli.
Ubocznym efektem tej nauki jest to, że nie potrafię pływać na desce z żaglem na morzu (bo za bardzo faluje).
Ja niestety tylko nudne pływanie na żaglówkach. Różne takie obozy wędrowne, gdzie codziennie rozbijało się namiot i płynęło dalej.
To nie były łajby z kabiną, więc na żaglówce nie spaliśmy.
Ale to były czasy gdy u nas jeszcze nie były popularne deski.
Witaj, Maczku:)
Czemu – „nudne”?
Żagielki są super:) Od nich zaczynałam, więc zawsze będą miały w moim sercu specjalne miejsce:)
Witaj Leno!
Czyżbyś nie wyczuła sarkazmu w moim komentarzu?
Oczywiście, że te obozy żeglarskie uważam za wspaniałe przeżycia.
To były moje czasy licealne i studenckie.
Wyczułam i dlatego zaoponowałam, Maczku:)
Miłej nocki:)
Miłej!
Świetne, Tetryku:)
Mam podobne doświadczenia z deską, bo też zaczynałam od łajbek, więc pozostawała „tylko” nauka łapania równowagi:)
Ale deski były już u nas czymś dość powszechnym, więc i dostęp do nich łatwiejszy:)
Dobry wieczór:)
Dobranoc SzanPaństwu! Już niedziela…

Miłych snów, Tetryku:)
Spokojnej!
Jeszcze sporo przede mną w tę ciepłą lipcową noc, więc:
dobrej nocki, Wyspo:)
Tu niestety jest to noc deszczowa.
Spokojnej wszystkim!
Dobranoc!
Witam Państwa w ten ostatni lipcowy poranek
Jest dość ciepło, ale pochmurnie…
Deszczowo witam!
Dzień dobry, pospałem smacznie i niekontrolowanie. A obudziłem się w pochmurne przedpołudnie.
Witajcie!
W niedzielę najczęściej śpi się smacznie i niekontrolowanie
No chyba że się np. gdzieś jedzie bladym świtem… (Ale nie dzisiaj!)
A tu słoneczko wyszło i świeci całym niebem
Tutaj takie bardziej rozproszone przez chmury, ale nie za grube te chmury, więc ogólnie dość przyjemnie.
Pogoda kapryśna. Raz słońce, czasem – tak jak teraz nachodzą chmury. Ale jest ciepło, 24 st.
A tu cały czas pada.
Dobrze, że nie pojechałam na wycieczkę.
No i chyba chłodno?
18 stopni i wilgoć.
I żeby nie spędzić niedzieli smętnie w domu, zadzwoniłam do koleżanki radośnie obwieszczając „jestem w Krakowie, mam czas!”.
Okazało się, że inni (czekali jak wrócę do Krakowa, ha!) też mają dziś czas.
A więc o 16 zaległe Imieniny Anny.
W czasie deszczu dzieci się nudzą, a Makówka odrabia zaległości towarzyskie.
Wczoraj na babskich plotkach też było fajnie.
Ano, bardzo dobrze. Jeszcze byś jakieś przeziębienie złapała.
A tak będę pić imieninowe wino!
Same plusy!
Plus dodatni czy plus ujemny?
Wychodzę, pa….
Przyjemności!
Cisza… Towarzystwo się chyba rozjechało, a mnie się przysnęło…
Za oknem harcują Chlapotki Skostniałe, więc na przywitanie coś sportowo rozgrzewającego:):
Dzień dobry, Wyspo:)
Jakie to stare…
Całkiem niezłe, niemniej. Wracam czasem do tamtej muzyki. Breakout, Niebiesko-Czarni, takie tam.
🙂
Zaczęłam od Kasi Sobczyk, a skończyłam na Jeanie Michelu Jarre.
Ale to u mnie nagminne:)
Dobry wieczór, Quacku:)
Jestem, tylko trochę zajęty na miejscu w realu.
Dobranocka.
Może nie Niebiesko-Czarni ani Karin Stanek, coś nieco starszego. XVII wiek, ale nagranie oczywiście nowsze.
Snów z właściwych czasów!
Jestem wykończona, idę do łóżka.
Dobranoc
Cichych snów jak w dobranocce! 🙂
Spokojnej…
Melduję, że jestem w domu.
No i jak tam wino i wszystko poza tym?
Całkiem, całkiem miło.
Ale wino w umiarkowanej ilości, więc jest ok.
Umiar, to jest to.
Alkohol pity z umiarem nie szkodzi nawet w największych ilościach!
Otóż to!
Spowite mgiełką dobry wieczór, Wyspo:)
O, jak ładnie! Dobry!
Zmrok zapadł, dziewczyny wracają do domu…
Dziewczyny z naszego puebla
Czekają na tych chłopców, co odeszli, przysięgając, że wrócą;)
I co ? Wrócili? Hm…zamyśliła się Makówka.
Na razie szukają papierniczego;):
https:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/youtu.be/_lSJJo6k66I
Dobry wieczór, Makówko:)
Dobry wieczór Leno!
Czy ja dobrze wypatrzyłam tęczową parasolkę?
Wtedy mi się nie kojarzyło, ale teraz…
Dobrze, że bodaj tęczy nie było.
To 1999 rok. Wtedy tęczowe parasoliki były… tęczowymi parasolkami?:)
No właśnie!
Był taki dowcip o wracających do domu dziewczynach…:)
Dobry wieczór, Tetryku:)
Dobry! 🙂
Załączysz?
Ale przejmujesz część odpowiedzialności;):
-O której godzinie przyzwoita dziewczyna idzie do łóżka?
-O szesnastej, bo o dwudziestej powinna już być w domu.
Och! Panowie:)
Te Wasze lakoniczne odpowiedzi:)
Można by pomyśleć, że Tetryk odniósł się do dowcipu, a nie do wieczoru, a Quack – do dziewczyny, a nie do dowcipu;)
Załączenie biorę na klatę!

A jednak zorientowałaś się w odniesieniach!
🙂
To się wprawa nazywa… Czy jakoś tak;)
A ja znałam i właśnie o tym dowcipie pomyślałam, ale jednak miałam nadzieję, że może będzie coś nowego.
Uzupełniłam obrazek wyróżniający w dawnym wpisie. Chyba mi się udało?
Tetryku jest ok?
Bardzo OK. Jeszcze 3 ci zostały od kwietnia.
A Quackie nie stawia obrazków…
No nie, bo WordPress nie chce zasysać obrazków z galerii
A czemu z galerii? Wstaw 256px na 256px do biblioteki…
Wieem, ale osobno, wybierać, potem przycinać w kwadrat, wstawiać do biblioteki… z jakiegoś powodu mi niesporo.
Postaram się. Muszę odszukać zdjęcia z tamtych opisywanych wycieczek i coś wybrać.
Chyba nie rozumiem co Quack ma na myśli. Ja zdjęcie pomniejszam, wsadzam do biblioteki i dopiero wtedy w edycji daję jako obrazek wyróżniający.
Czy można to jakoś prościej?
Wybacz, że znudziłam, Maczku, ale niektórych barier nie przeskoczę;)
Pogubiłam się i nie wiem, o jakie znudzenie i bariery chodzi.
Albo już ciężko myślę o takiej godzinie?
Umykam, jutro praca i cała lista rzeczy do zrobienia. Dobranoc wszystkim!
Miłej nocki, Quacku:)
To i ja zmykam. Dobrej nocy!

Dobrych snów, Tetryku:)
Mam najazd netożerców;(
Zmęczyło mnie już to nieustanne łączenie się, więc też się pożegnam:
dobrej nocki, Wyspo:)
Dodałam jeszcze jeden obrazek wyróżniający, ale zastanawiam się Tetryku czy jest sens cofać się bardziej skoro i tak tego nie widać po prawej stronie?
Ale mogę zrobić jeśli uznasz, że warto.
Dobranoc Państwu!
(Zaczął się właśnie nowy miesiąc, tak tylko przypominam)
Zobacz: http://madagaskar08.pl/author/makowka9/
Dobrze. Uzupełnię te brakujące trzy. To jednak chwilkę potrwa, bo muszę wyszukać tamte stare zdjęcia, coś wybrać i sprawdzić, czy akurat takiego zdjęcia nie ma we wpisie.
Skoro kiedyś dopominałam się o obrazek wyróżniający i kategorie to zobowiązuje.
Obrazek wyróżniający był przecież zawsze dla mnie ważny jako ten, który reprezentuje cały wpis, choć często mam problem co wybrać, gdy opisuję np. trzy wycieczki.
Witam Państwa
Nowy dzień, nowy tydzień, nowy miesiąc…
Dzień dobry, całkiem słoneczny, ale na razie jeszcze niegorący. Czyli idealny na wyjście. Tymczasem praca i nie tylko…
Witajcie!
Nowy dzień, nowy tydzień, nowy miesiąc… Tyle nowego, a ja coraz starszy!
Biedny staruszek
Bożenko, a my z każdym dniem coraz młodsze, prawda?
OCZYWIŚCIE!!!
Dzień doberek!
Na spacerek?
Pogoda wymarzona.
Chyba jednak zakupy i jakieś inne sprawy, a potem knucie.
Choć pogoda faktycznie idealna na spacer/wycieczkę.
Bo to nie była „przygoda” i dlatego dzisiejszy dzień powinien być „ku pamięci’, ale i „ku przestrodze”.
Zgadzam się z tym, choć kosztowało to Polskę wiele ofiar, nie mówiąc o zrujnowanym mieście.
Jadę na kolorowe knucie.
Nawet bez korków póki co.
Chm… dziś …urkowe, ale i słoneczne dzień dobry, Wyspo:)
Czymże sobie zasłużyliśmy na urkowe? Hmmm?
Dobrze, że także słoneczne!
Chm… urokliwie zaczął się dzień, więc chciałam się podzielić:)
Dobry wieczór, Tetryku:)
Chmuroki życia to bardzo interesujący temat! 🙂
W zlotach i upadkach tkwi jego piękno;)
A tak a propos blasków i cieni – jak z patronackim jeremiaszkiem?
Wstawiamy? Nie wstawiamy? Ty? Ja?
Gdzie dwóch się spiera…
Uf, to był pracowity dzień. Przerwa.
I wreszcie w domu… A jutro jeszcze dłuższy maraton 🙂
Ja dopiero wracam.
Byłam jeszcze wspierać Ukraińców.
Jak oni śpiewają… Są wspaniali!
A ja miałam gościa. Pogadaliśmy, wypił piwo i poszedł.
Dobranocka.
Taki rock po symfonicznemu. Z Nigelem Kennedym na skrzypcach i duchem Jima Morrisona unoszącym się w tle.
Snów harmonijnych i symfonicznych.
Ładna dobranocka, chociaż akurat na przebudzenie…
Dobrej nocy wszystkim…
Spokojnej, bez burz!
Choćby i jeźdźców, ale bez burzy!
Byle nie Apokalipsy!
I byle nie bez głów;)
Oo, to oni byli w liczbie mnogiej, ci bezgłowi?!?
Ten Washingtona Irvinga, ten Thomasa Reida… to już dwóch;)
🙂
Pospacerkowe dobry wieczór, Wyspo:)
Cofło?
To:
Powędrówkowe dobry wieczór, Wyspo:)
Czemu cofło, był już taki komentarz pod tym wpisem? (Wydaje mnie się, że nie?)
30 lipca o 22.18:)
Witaj, Quacku:)
I cóż robimy z tak pięknie rozpoczętym…?
Pytasz, jakbyś miał już w zanadrzu odpowiedź, Quacku:)
No nie, nie bardzo, właśnie się zastanawiam, tak z poniedziałku na wtorek, co by tu można…
Zawsze można się poniedzielić do wtorku;)
Porozmawiajmy o rodzinie. Jej rodzinie…
Zapraszam na nowe, przyborne pięterko.
I taka odpowiedź na zadane wyżej pytanie baaaardzo mnie satysfakcjonuje, Tetryku:)
Już lecę.
Lampkę tradycyjnie zapalę jeszcze tutaj. Dobrej nocy!

Miłych snów, Tetryku:)
Spokojnej, też powoli się będę zbierał.
To ja też pożegnam się na tym pięterku, a na nowym zaczekam jeszcze chwilę na Maczka:)
Dobrej nocki, Wyspo:)
O, jak miło z Twojej strony Leno!