« Grudniowe spacerki część piąta. Grudniowe spacerki część szósta. »

Szept wiosny

Kiedyś uliczki tajały inaczej.

Pewnego poranka budziło się z niezachwianym przeczuciem, że właśnie tego dnia zdarzy się coś miłego. Nie otwierało się oczu, by jeszcze przez kilka chwil pozostać w tym błogim przekonaniu. I wtedy czuło się na twarzy miłe ciepełko, a do uszu zaczynały dochodzić trochę zapomniane dźwięki.
Leżało się i wsłuchiwało w delikatne dudnienie kropel o metalowy parapet, łowiło się cichutki bulgot wody w rynnach i trzask spadających sopli. Przysłuchiwało się pierwszym ptasim przekomarzankom, skrzypowi nienaoliwionych jeszcze rowerowych kół i tępym odgłosom motyczek, dochodzącym z pobliskich ogródków.
Powoli unosiło się powieki i pozwalało wiosennemu słońcu zajrzeć w oczy. Czuło się wzbierające łzy i już wiedziało się, że właśnie dziś, w tym momencie – przyszła wiosna…

Po śniadaniu wychodziło się z domu i z radością wskakiwało do pierwszej napotkanej kałuży, rozchlapując brudną wodę i opryskując wszystko wokół.
Patrzyło się na fasady mijanych budynków i śledziło wzrokiem wyżłobione przez cieknącą wodę ścieżki. Dostrzegało się podbarwione wilgocią ściany i wdychało zapach mokrego tynku.
Wędrowało się uliczkami i zaglądało do ogródków w poszukiwaniu różowawych śnieżyczek, blado-fioletowych krokusików i kobaltowych szafirków.
Dostrzegało się zieleniejące drzewa i pąki uwięzione w kroplach. Wyciągało się rękę i potrząsało gałęzią, robiąc wiosenny prysznic…

Podpatrywało się kociska gnuśnie wylegujące się na blaszanych parapetach albo składzikowych daszkach. Próbowało się podejść śpiewającego w ukryciu skowronka, kanarkowo błyskającego wśród gałęzi dzięcioła, albo zabłąkaną czajkę…

A kiedy już przywykło się do codziennie zmieniającego się świata, zaczynało się rozmyślać o zabawach…

Pożądanym, a nawet – koniecznym rytuałem zaakcentowania, że nadeszła wiosna, było przygotowanie i utopienie Marzanki. Ale nie tej, robionej w szkole przez Panią i dzieciaki ze starszych klas, kojarzonej głównie z nudną wycieczką, połajankami i jękami. Nie. Chodziło o kukłę wykonaną wraz z podwórkowymi kolegami.

Najpierw gromadziło się materiały – gruby drąg, watę, sznurek i części odzieży. Z trzema pierwszymi nie miało się większego kłopotu. Kijów potrzebnych do zrobienia korpusu w okolicy nie brakowało. Watę na wypchanie Marzankowej osoby podwędzało się po prostu z domowych zapasów. Sznurków na włosy – rozciąganych każdej wiosny przez zapobiegliwe gospodynie – również miało się do wyboru do koloru.

Największym problemem było wystrojenie Marzanny – potrzebowało się sukienki. Nie wiedzieć czemu – skoro zima była biała – obowiązkowo kwiecistej. Potrzebowało się też czerwonego swetra.
Zazwyczaj znajdowało się pożądane elementy przyodziewku w rodzicielskich szafach i zanosiło do weryfikacji – odzież musiała spełniać pewne określone wymogi.

Zrobienie Marzanki nie nastręczało wielu trudności: do nawleczki i sukienki, której zawiązywało się rękawy, wpychało się watę i obwiązywało wszystko na drągu. Pożyczonymi od którejś z mam kosmetykami malowało się kukle twarz. Na czubku głowy robiło się otworki, przez które przesadzało się sznurek i zaplatało warkocze. Najczęściej poświęcało się do związania tych warkoczy własne czerwone kokardy.

Panią Zimę wręczało się najsilniejszemu koledze i triumfalnie rozpoczynało się pochód. Maszerowało się ze śpiewem na ustach nad rzekę, zahaczając o wszystkie okoliczne podwórka. Repertuar miało się nieustalony, po prostu się improwizowało. Raz nawet przemaszerowało się główną ulicą miasta, gromko wyśpiewując kompletnie wówczas niezrozumiałe, zasłyszane gdzieś słowa: Równać krok, przyjaciele! Komsomolcy na czele…

Wyprawy nad rzekę były surowo zakazane, więc – minąwszy ostatnie uliczki – cichło się. Dochodziło się do mostku i tu następował kulminacyjny moment – podpalało się Marzankę i czym prędzej wrzucało do wody, bo użyte wcześniej materiały bardzo szybko się paliły. Topieniu Pani Zimy towarzyszyły mniej lub bardziej złośliwe okrzyki. Potem stało się przy barierce i patrzyło na odpływającą z nurtem Marzankę. A jeszcze później brało się nogi za pas, żeby nie wpaść w ręce rozjuszonych widowiskiem nadrzecznych mieszkańców, którzy całe przedstawienie mieli możliwość podziwiać z okien, choć może niekoniecznie mieli też na to podziwianie ochotę.
Przeważnie z pożegnania z Panią Zimą wychodziło się bez szwanku…

Kiedy wiosna została oficjalnie zaproszona, całe popołudnia spędzało się w ogródkach. Nie było niczego bardziej fascynującego niż znoszenie zrudziałej trawy i uczestniczenie w jej paleniu. Nie tyle może chodziło o porządkowanie świata, ile o możliwość wrzucania do ogniska różnych przedmiotów i patrzenie na efekty. Po tych eksperymentach na całe życie zapamiętywało się, że torebka po mące pali się błękitnym płomieniem, a ta po cukrze – zielonym; plastykowe butelki skręcają się i topią w mgnieniu oka, a szklane – pękają, rozpryskując się z hukiem. Wiedziało się, że najwięcej dymu daje mokra słoma i kawałki wiórowej płyty, a benzyna bucha małymi płomyczkami i straszliwie śmierdzi.
Zazwyczaj na benzynie kończyło się doświadczenia z ogniem – gospodarz ogródka tracił cierpliwość i przeganiał badaczy…

Do ulubionych zabaw należało też łażenie po dachach. Było się wśród wybrańców, którzy nie mieli lęku wysokości i śmigało się między budynkami jak górska kozica. Z niedowierzaniem patrzyło się na delikwentów, którzy nie czerpali z tej zabawy najmniejszej przyjemności. Nie naśmiewało się z nich – po prostu nie dawało się wiary, że takiego skikania można nie lubić. Oczywiście – posiadało się dachowe preferencje i wiele czasu spędzało się na dyskusjach, który dach jest ok, a który do bani i – czemu.

Najbardziej lubiło się wspinać w miejscach, w których budynki nierównej wielkości przylegały do siebie. Szczególnie upodobało się sobie dachy przy Straży. Wędrówkę rozpoczynało się od niewysokiego, płaskiego daszku, z którego podciągało się wyżej i wyżej, aż docierało się do wielkiego komina z metalowymi drążkami. Wspinało się po tych drążkach na komin i nie posiadało się z dumy, bo było się jedyną osobą, która bez oporów właziła na jego szczyt, stawała na wąskiej krawędzi i machała maruderom. Nie rozumiało się, czemu najsilniejsi koledzy nie dawali rady zawisnąć na jednej ręce, podciągnąć się na wierzch komina i – drugą – uchwycić poziomej rurki. Resztę – czyli wpełznięcie, uklęknięcie i stanięcie na rancie – uważało się za łatwiznę. Nie miało się też problemu z pokonaniem drogi powrotnej. Bardzo żałowało się, kiedy za sprawą wrednej sąsiadki dostało się całkowity zakaz włażenia na komin. Długie godziny ziało się do baby wielką niechęcią za zepsucie tak wspaniałej zabawy.

Zaraz jednak pocieszyło się wynalezieniem innego cudownego miejsca – stromego dachu miejscowej świątyni. Wspinało się nań, szukając punktów oparcia dla rąk i nóg, a potem siadało okrakiem na szczycie i wydawało okrzyki radości.
Kiedy i stamtąd dostawało się eksmisję, właziło się na starą nieczynną dzwonnicę i połatane dachy gołębników. Szczególnie te dachy gołębników uważało się za fajne – można było po nich biegać i skakać, a unikanie niezbyt solidnych łat, przez które łatwo było wpaść do środka, tylko dodawało szaleństwu dreszczyku emocji…

Oddzielną i równie pasjonującą zabawą było łażenie po drzewach. Najlepsze drzewa rosy w parku, ulubionym miejscu wszelkiej maści niań i staruszków, więc siłą rzeczy zaglądało się do niego dopiero pod wieczór. Ukochanym zajęciem było strącanie pustych wronich gniazd. Wymagało to silnych nóg i dobrej równowagi. Wdrapywało się najwyżej, jak to było możliwe, co nie należało do rzeczy prostych, ponieważ miało się ze sobą żerdź. Następnie siadało się na gałęzi i mocno obejmowało ją kolanami, wychylało się i – ujmując drąg w obie ręce – dość silnie dźgało gniazdo od spodu. Nigdy nie udawało się zwalić go za pierwszym razem – zabawa wymuszała dużo samozaparcia i determinacji. Za to strącenie gniazda witane było głośnymi wybuchami entuzjazmu, co niezmiennie sprowadzało parkowego stróża. Wielką sztuką było w takiej nerwowej atmosferze nie spaść z drzewa przy schodzeniu i zdążyć uciec. Parkowy stróż nie był tak wyrozumiały jak właściciel stawu i często z ukrycia obserwowało się złapanego nieszczęśliwca prowadzonego za ucho do rodziców…

Trudno ukryć, że bywało się prowodyrem większości akcji i z powodu tego zamiłowania do włażenia gdzie nie trzeba, miewało się poważne kłopoty zarówno z właścicielami dachów, tępiącymi amatorów miejskiej wspinaczki z zaciekłością godną lepszej sprawy, jak i z parkowym stróżem, który zupełnie nie miał zrozumienia dla tej młodzieńczej miłości do drzew. Na szczęście – nim którykolwiek z nich podejmował jakieś radykalniejsze próby wytępienia intruzów – nadchodził czas przeprowadzki do letniego domu i sprawa umierała śmiercią naturalną do następnej wiosny…

220 komentarzy

  1. Lena Sadowska pisze:

    Witam wiosennie:)

    Przedwczoraj był dwudziesty pierwszy marca, nim jednak pani Wiosna zerknie w kalendarz i zorientuje się, że to już jej pora – zapraszam na nowe pięterko. Może nasze wspomnienia wreszcie na dobre wywabią ją z ukrycia:)

    • Bożena pisze:

      Dzień dobry Delighted Dobrze by było żeby wiosna sobie przypomniała, że to już jej czas. Niestety za oknami szaro i chyba będzie deszcz.
      Z pięterkiem zapoznam się lepiej trochę później, jak się do końca obudzę.

  2. Tetryk56 pisze:

    Witajcie!
    Czytając twoje, Leno, wspomnienie, i sięgając pamięcią do własnego dzieciństwa, bezustannie zastanawiam się: jak to możliwe, że tyle dzieci przeżywa? Thinking

  3. Max pisze:

    Dzień dobry 🙂 Przeczytałem dokładnie , bo lubię wspomnienia z młodości . W wielu przypadkach odnajdywałem samego siebie . Mam tylko uwagę do śpiewu skowronka . Skowronek nie śpiewał w ukryciu ,a wysoko ,wysoko na niebie i śpiewał bez przerwy dość długo jak na koncercie . Dzisiaj czasami przypominam sobie obserwacje śpiewających na niebie skowronków . Dziękuję za te wspomnienia Bukiet

    • Lena Sadowska pisze:

      Witaj, Maksiu:)

      Dobre wspomnienia nie są złe:)

      A słyszałeś, Maksiu, o dzierlatce albo o skowronku borowym? Pierwszy wyściubia dzióbek z traw, drugi – spomiędzy gałązek krzewów, i oba raczą nas śpiewem na stojąco:)

      Pozdrawiam:)

      • Max pisze:

        Napisałem o moim skowronku z młodości , który śpiewał wysoko na niebie . Nie chcę urazić Twoich wspomnień , bo jak zwykle Kobiety mają rację . Przepraszam . Bukiet

  4. Bożena pisze:

    Czytając te wspomnienia, pomyślałam sobie, że to cud, że jeszcze żyję. Ja po dachach nie skakałam, ale po wysokich skałach. Gdyby nas wtedy zobaczyli rodzice, chyba by zemdleli. Przeskakiwałam od skały do skały przez głębokie przepaście i to była tylko jedna z naszych zabaw…

    • Lena Sadowska pisze:

      Witaj, Bożenko:)

      Większość pomysłów inspirowana była tak zwanym „środowiskiem naturalnym”:)
      Też czasem zastanawiam się, czy nasi rodzice nie ufali nam trochę na wyrost.

      Pozdrawiam:)

  5. Quackie pisze:

    Dzień dobry, świetne wspomnienia!

    Co prawda przez myśl by mi nie przeszło, żeby robić Marzannę na podwórku, może dlatego, że w blokach towarzystwo było bardzo pomieszane i tradycji nie było, albo każdy miał swoją, inną.

    Jak przeczytałem o skikaniu po dachach, przyszło mi do głowy, że było się prekursorką parkuru!

    Natomiast ja byłbym raczej po stronie tych bojących się (o rany, ciarki mnie przeszły przy opisie wchodzenia na komin!), od małego mam lęk wysokości, co dziwne, znacznie mniejszy jeżeli chodzi o wchodzenie na drzewa.

    • Lena Sadowska pisze:

      Witaj, Quacku:)

      Dziękuję.

      Trochę było się prekursorką parkuru, trochę builderingu;)
      Uprawiałam gimnastykę artystyczną, więc wszelkie akrobacje przychodziły mi naturalnie. Miałam bardzo silne ręce i nogi, dobre wyczucie równowagi, częściowo zawdzięczałam to predyspozycjom, bardziej jednak – treningom:)
      Zakaz wspinania się na komin to jedno z najbardziej traumatycznych przeżyć:) Gdybyś wiedział, ile tęsknych spojrzeń mu rzucałam, gdy pojawiał się w zasięgu mojego wzroku:)
      A drzewa mają chyba jakąś magiczną moc, bo wielu moich kolegów miało dużo mniejsze opory przed wspinaniem się na nie niż na budynki:)

      Pozdrawiam:)

  6. Makówka pisze:

    Kapitalne wspomnienia opisane w ciekawy i zabawny sposób.

    Brawo!

    Po dachach nigdy nie skakałam natomiast palenie/ topienie Marzanny należało do tradycji w naszym Szczepie ZHP. W tym celu wyjeżdżało się gdzieś nad Wisłę.

    Nie wyrosłam z akcji palenie/topienie Marzanny teraz jednak robimy to trochę inaczej ze względu na większą świadomość dbania o środowisko.

    W tym roku wyjątkowo nie było imprezy witania wiosny, gdyż właściciel zaprzyjaźnionej działki wyjechał do sanatorium (akurat teraz! jak mógł nam to zrobić?)

    • Lena Sadowska pisze:

      Witaj, Makówko:)

      Dziękuję.

      O tak – wyjątkowo niefajne zachowanie kolegi:)

      Marzanka na czele śpiewającego pochodu wywoływała uśmiechy przechodniów.
      Raz tylko wzbudziliśmy konsternację, wyśpiewując ten nieszczęsny, socrealistyczny Pochód Przyjaźni, o którym wspominam wyżej:)

      • Makówka pisze:

        Jak jako już baaardzo dorośli ludzie tworzyliśmy taki pochód też wywoływaliśmy uśmiechy kierowców, niektórzy nawet trąbili, machali do nas.

        Potem zrobiła się „moda” na topienie Marzanny i nikogo już taki widok nie dziwił.

        Poszukam zdjęcia i (mam nadzieję, że nie potraktujesz to Leno jako profanowanie Twego pięterka?) coś tu pokażę w komentarzu.

        Robiłam chyba o tym już jakichś wpis na Wyspie? A może to było nie na tym blogu? A może to było na Wyspie, ale tylko w komentarzu? Nie pamiętam.

        • Lena Sadowska pisze:

          Też fajnie:)
          My jako dorośli chodziliśmy żegnać zimę z własnymi dzieciakami, w kilka stadeł.

          Będzie mi bardzo miło, jeśli ozdobisz mój wpis tematycznymi zdjęciami:)

  7. Lena Sadowska pisze:

    „Mło­de jesz­cze ga­łę­zie tężą się po­krót­ce
    W zie­lo­nej, pniom dla zna­ku przy­da­nej ob­wód­ce.
    Kwia­ty, kształt swój pół­sen­nie zga­du­jąc za­wcza­su,
    Ni­kłym pą­kiem wkra­cza­ją w nie­zna­ną głąb lasu.”
    („wiosna” – B. Leśmian)

    Dzień dobry, Wyspo:)

  8. Lena Sadowska pisze:

    Muszę na troszkę wybyć niespodzianie:)
    Mam nadzieję, że nie potrwa to długo, w każdym razie – bardzo będę się uwijać:)

  9. Tetryk56 pisze:

    No i wiosna porwała nam gospodynię, zostały tylko szepty…

  10. Ultra pisze:

    Zawsze wzruszają mnie wspomnienia dzieci widziane z ich pozycji i z ich odczuć. Sama wspinałam się na drzewa, miałam domek, czyli własnoręcznie umocowane deski do siedzenia, „gotowania” i zabawy w sklep.
    Nie wiem, jakim cudem nie zawaliła się ta budowla, a my nie pospadaliśmy, bo przecież żaden dorosły nie zajrzał, by sprawdzić choćby stabilność desek. Nikt w czasie deszczu nie schodził na dół, uważaliśmy, że liście na drzewie chronią przed zamoknięciem. Czy chroniły? A skądże, ale zmoknięciem również nikt się nie przejmował…Takie czasy sklepów żelaznych i dziecięcych zabaw bez ochronnych parasoli…

    • Makówka pisze:

      Jako mocno chorowita jedynaczka była dosyć pilnowana.

      Mieszkając w kamienicy w Krakowie miałam małe możliwości wędrówek po drzewach lub dachach.

      Zasadniczo byłam pilnowana, ale…już w I klasie SP dojeżdżałam do szkoły tramwajem wisząc na stopniach (tzw. winogrona).

      A po szkole wracałam przez Park Krakowski i tam bawiłyśmy się parę godzin i dopiero wracałyśmy do domu (7-letnie dziewczynki same w parku).

      • Lena Sadowska pisze:

        Też mieszkałam w kamienicy na starym mieście, ale na wielu podwórkach zostawiono drzewa, a obok był stary park i rzeka:)
        Mnie pewnie także pilnowano, ale dyskretnie, bez ingerencji, jeśli nie była niezbędna (jak w przypadku komina):)

        • Makówka pisze:

          Mnie ZASADNICZO pilnowano, ale w sposób ograniczony wynikający z faktu, że obydwoje rodzice pracowali, a dziadkowie byli w innym mieście.

    • Lena Sadowska pisze:

      Witaj, Ultro:)

      Miło, że zajrzałaś.

      Super wspomnienie:)
      My też miałyśmy na podwórku powyginaną starą wiśnię, w której dało się zamocować ladę:) Co jakiś czas wszystkie produkty lądowały na ziemi, bo całość nie była zbyt stabilna, ale nikomu to nie przeszkadzało. A płaciłyśmy wyciętymi z kartonu monetami z nominałem odbitym przez zamazywanie ołówkiem bilonu wkładanego pod kartkę:)

      Pozdrawiam:)

  11. Bożena pisze:

    Nareszcie wróciłam żeby chociaż się z Wami pożegnać przed snem.

    Dobranoc lulu

  12. Quackie pisze:

    A, do licha. Nie odtrąbiłem przerwy, bo jeszcze nie koniec pracy na dzisiaj. Pewnie nie będzie ze mnie dzisiaj pożytku na Wyspie (ale dobranockę zaraz wstawię).

  13. Quackie pisze:

    Dobranocka.

    Bobby McFerrin w kosmosie, planety, gwiazdy – w sam raz na dobranoc.

    Snów międzyplanetarnych!

  14. Makówka pisze:

    To ja szeptem pokażę parę zdjęć. W ramach makówczyne między-między (tym razem na temat).

    Skopiowałam je z fb, bo tak mi było najprościej. Gdzieś na jakimś zapasowym dysku są zdjęcia naszego kolorowego pochodu jak idziemy nad Wisłę z pieśnią na ustach. Kolorowego, gdyż dla lepszej zabawy nie tylko wspólnie robiliśmy Marzannę, ale i sami przebieraliśmy jak najbardziej kolorowo i wiosennie.

    Na początek zdjęcie, na którym pokazane są poszczególne etapy.

    1.Marzanna jeszcze na działce na Bielanach.
    2. Moment rzucania.
    3 Fruuu! i leci.
    4 Próbujemy jakoś ją ukierunkować, aby płynęła, a nie utykała przy brzegu.

    • Quackie pisze:

      A z którego to roku? Bieżącego?

      • Makówka pisze:

        Pisałam wyżej -w tym roku właściciel działki na Bielanach bezczelnie pojechał do sanatorium akurat w tym terminie.

        A to właśnie na tej działce (tej samej co to drzewo leciało na mnie) od wielu lat w gronie harcersko-turystycznym żegnaliśmy zimę.

        Nie wiem z którego roku, ale dawno.

        Zaraz będzie ciąg dalszy, ale pomniejszałam zdjęcia, bo wsadziłam wszystkie do biblioteki zapomniawszy o pomniejszaniu i teraz muszę wszystkie usunąć, pomniejszyć i od nowa dać do biblioteki.

        • Makówka pisze:

          W 2016 roku ubraliśmy Marzannę w kwiecistą sukienkę i spaliliśmy na działce.

          • Makówka pisze:

            Potem przyszedł czas na Marzannę zrobioną z ekologicznych materiałów -widać poszczególne etapy robienia. To chyba 2017 rok.

            A teraz poniżej dwa zdjęcia z roku 2018. Widać, że do zrobienia Marzanny użyte są jedynie papier , bibuła, patyk i sznurek.

            • Makówka pisze:

              Na koniec jeszcze zdjęcie z 2019 roku.

              Kiedyś uliczki tajały inaczej. , ale jak widać nie wszyscy wyrośli z bycia dzieckiem.
              Tak się zastanawiam czy ja w ogóle kiedyś wyrosnę? Na szczęście zawsze udaje mi się znaleźć towarzystwo, które też nie lubi „wyrastać”.

    • Lena Sadowska pisze:

      O rany! Jaka szykowna ta pani Marzanna:)
      Nasza to była taka sobie zwykła Marzanka z warkoczykami i w sukience w kwiatki:)

      • Makówka pisze:

        Te „ekologiczne” to są już takie minimalistyczne.

        Wcześniej pamiętam Marzannę ubraną w sukienkę, buty, korale, koronkowe rękawiczki.
        To jednak dawniejsze dzieje -musiałabym przeglądać zapasowy dysk.

        • Lena Sadowska pisze:

          Myślę, że za zwinięcie koronkowych rękawiczek albo butów srogo byśmy odpokutowali.
          I tak zawsze były afery o znikające spomiędzy drzew sznurki do rozwieszania bielizny:)

          • Makówka pisze:

            Ja mam na myśli działania osób dorosłych, ba w wieku kiedy powinniśmy siedzieć w domu w ciepłych bamboszkach.

            Jako dziecko szkolne w harcerstwie robiliśmy Marzannę tradycyjną ze słomy.

            • Lena Sadowska pisze:

              Tak, wiem:)
              Zażartowałam sobie trochę, bo jako dzieciaki „braki materiałowe” nadrabialiśmy wyobraźnią:)

              A ciepłe bamboszki najbardziej potrzebne są Marzannie, żeby nie zmarzła w stópki, gdy będzie umykać do Krainy Lodu;)

              • Makówka pisze:

                Kiedyś Marzanna miała moje stare buty zimowe -wysokie do kolan, ocieplane. Potem jednak uznaliśmy to za mało ekologiczne i już robiliśmy Marzannę z materiałów łatwo ulegających rozkładowi.

        • Lena Sadowska pisze:

          Komentarz był do tej pierwszej – Błękitnej.
          Dopiero teraz wyświetliło mi pozostałe chmm… kukiełkowe dziewczątka:)
          Idę oglądać.

          • Lena Sadowska pisze:

            Wszystkie bardzo szykowne, ale najbardziej podoba mi się ta z 2017 roku.
            Nieodgadnione spojrzenie… Skrzydła…Taka… uduchowiona;)

  15. Lena Sadowska pisze:

    Dopiero wróciłam do domu, jeszcze ostatni spacerek z Psiułką i pobiegam po schodkach:)
    Miło mi, że mimo mojej nieobecności rozgościliście się na pięterku:)

    • Makówka pisze:

      Leno! Korzystając z Twojej nieobecności nie tyle się rozgościłam, co wręcz rozpanoszyłam na pięterku.

      Ale gospodyni wróciła już będę grzeczna.

      • Lena Sadowska pisze:

        Ależ panosz się, panosz do woli:)
        Już kiedyś pisałam Lordowi, że każdy wtręt jest mile przeze mnie widziany. I to bez dziedzinowych ograniczeń.

        • Makówka pisze:

          Ale Lord to Lord nie ma mowy o panoszeniu skoro tak rzadko (a szkoda!) wychodzi z krzaków.

          No a ja? To moje gadulstwo…

          • Lena Sadowska pisze:

            Wyspa jest jedyna w swoim rodzaju, interaktywna, i w tym między innymi tkwi jej siła:)
            A poza tym, jak się nie chce gadać, to się zakłada blog i natychmiast wyłącza komentarze:)

            • Makówka pisze:

              Tak, Wyspa jest jedyna w swoim rodzaju.
              Różni ludzie, różne zainteresowania, ale dla każdego jest miejsce.
              No i co najważniejsze -WYSPA JAKO KOTWICA nieraz pomaga w trudnych chwilach.

          • Wyimaginowany pisze:

            Dobry wieczór.

            Rzadko to rzadko, ale zawsze czuwa. Happy

  16. Tetryk56 pisze:

    A ja szepnę cichutko, że idę spać… i pójdę spać.

  17. Makówka pisze:

    Leno!
    Znalazłam takie zdjęcia, które złożyłam w jedno. To chyba jednak nie był rok 2017, ale 2014, pogubiłam się. Pewne zdjęcia były zgrywane ze starego komputera i stąd zamieszanie z datami.

    Widać tu Marzannę jeszcze na działce, a potem już nad Wisłą.

    Czy to ta Ci się podobała?

    • Makówka pisze:

      Jak już przeglądałam stare foldery znalazłam jeszcze zdjęcie tej Marzanny co była w składance z numerkami.

      Tu ją widać jak sobie płynie.

      • Lena Sadowska pisze:

        Na tym zdjęciu ma turkusowe szatki:) Też z mojej ulubionej gamy kolorków.

        „Ach, patrz! na słońca promyku
        Wytryska z wody Goplana;
        Jak powiewny liść ajeru,
        Lekko wiatrem kołysana;
        Jak łabędź, kiedy rozwinie
        Uśnieżony żagiel steru,
        Kołysze się — waha — płynie.
        I patrz! patrz! lekka i gibka,
        Skoczyła z wody jak rybka,
        Na niezabudek warkoczu
        Wiesza się za białe rączki,
        A stopą po fal przezroczu
        Brylantowe iskry skrzesza.
        Ach! czarowna! Któż odgadnie,
        Czy się trzyma z fal obrączki?
        Czy się na powietrzu kładnie?
        Czy dłonią na kwiatach się wiesza?”
        („Balladyna” – J. Słowacki)

        🙂

    • Lena Sadowska pisze:

      Tak, Makówko, właśnie ta:)
      Bardzo sympatycznie się kojarzy przez to zestawienie błękitu i bieli:)

  18. Makówka pisze:

    Chyba już najwyższy czas się pożegnać, a nie gadać sama ze sobą?

    DOBRANOC!

  19. Lena Sadowska pisze:

    To i ja się pożegnam po tym długim dniu:

    „Każdy ma w swej pamięci pośród wspomnień mglistych
    Jakiś obraz owiany barwą nieco złudną,
    Obraz taki wyłączny, własny, osobisty,
    Że trudno go wyjawić, wypowiedzieć trudno.
    (…)
    Obojętne, co streszcza obraz niedzisiejszy,
    Może być – krótko mówiąc – błahy, najzwyklejszy,
    Ale posiada jakieś ukryte znaczenie
    I wozimy go z sobą wśród wojny i grzmotu,
    Jak pamiątkę, co w drodze nie sprawia kłopotu,
    A czasami pociesza nas niepostrzeżenie.”
    („Okno wspomnień” – St. Bałucki)

    Snów pokrzepiających:)
    Dobranoc, Wyspo:)

  20. Bożena pisze:

    Dzień dobry Delighted Wiosnę widać, a właściwie czuć, bo jest coraz cieplej, ale ponuro. Mogłoby zaświecić słoneczko. Jednak nie tracę nadziei że zaświeci…

    • Lena Sadowska pisze:

      Dzień dobry, Bożenko:)

      „Już w po­wie­trzu wio­snę sły­szę…
      Czy ty też?
      Ser­ce pa­trzy w me za­ci­sze…
      Czy ty wiesz?

      Świat wio­śnie­je, w słoń­cu cały,
      W świ­tach zórz…
      Wró­ble się roz­świer­go­ta­ły:
      „Cóż, czy już?”

      Wio­sna… Kwia­ty mam i słoń­ce…
      Czy ty też?
      Od słońca mam łzy go­rą­ce…
      Czy ty wiesz?”
      („Już w powietrzu…” – J. Tuwim)

  21. Tetryk56 pisze:

    Witajcie!
    Z przyjemnością poczytałem nocne wspomnienia i meta-wspomnienia!

    • Lena Sadowska pisze:

      Dzień dobry, Tetryku:)

      „I znowu minęliśmy się o tych kilka chwil;
      na brzegach właśnie wyłączonego czajnika jest jeszcze para…”
      („Nocna zmiana” – S. Armitage)
      😉

      To taki erotyk małżeński pana Simona (w tłumaczeniu J. Gutorowa), ale początek bardzo mi przypasował i do Twojego komentarza i do „dziennej wachty”:)

  22. Quackie pisze:

    Dzień dobry, zdecydowanie za krótko spałem! (To znaczy za późno się położyłem Weary ale za to tamta praca z głowy.

    • Lena Sadowska pisze:

      Dzień dobry, Quacku:)

      „twarze płaszczyzny ścian słońce bredzi i brodzi
      miałkim upałem południa sypie się w świat codzienny
      twarze nie twarze złote w powietrzu gemmy
      zarysy domów drżą gorąco myślę czas ruin
      żaluzje story czekają wieczornych godzin”
      („od dnia” – J. Czechowicz)

      🙂

  23. Bożena pisze:

    To może skorzystamy z zaproszenia Gieni? Koffie

  24. Makówka pisze:

    Witam wiosennie, choć za oknem -jesień.

  25. Lena Sadowska pisze:

    ***
    „Wychodzimy z zimy
    trochę bladzi
    trochę jakby
    z zaspy zamyślenia

    Uczymy się chodzić
    po trawie
    kaczeńcom
    patrzymy prosto w oczy”
    (A. Ziemianin)

    Dzień dobry, Wyspo:)

  26. Makówka pisze:

    Zrobiłam porządek na grobie rodziców, bo diabli wiedzą jak się będę czuła po szczepieniu, a w przyszłym tygodniu diabli wiedzą, czy nie zamkną cmentarzy.

    A niech to wszystko diabli… Devil wezmą.

    Bodaj tyle, że wieczorem mam lokalne knucie na Zoomie!

    • Lena Sadowska pisze:

      Witaj, Makówko:)

      Oj! Ja bym z tymi życzeniami uważała, pamiętasz, jak to było w „Mistrzu i Małgorzacie;):

      „– Черти б меня взяли!
      – Черти чтоб взяли? А что ж, это можно!”
      (- Niech mnie diabli wezmą!
      – Niech diabli wezmą? Da się zrobić!”)

      • Max pisze:

        Z gatunku diabłów to jestem ja . Nie ogarniam jednak całego diabelskiego szaleństwa i proszę o pomoc bratanicę Paulinę Maksjan , która z artystycznym zacięciem po ASP w Gdańsku prezentuje swoje pomysły na FB . Zapraszam w jej imieniu do zajrzenia na stronę FB Thinking

      • Makówka pisze:

        Tak pamiętam Leno. To jedna z moich ulubionych książek.

  27. Quackie pisze:

    Paskudny dzień, dość słaby. Trudno się żongluje dwoma zleceniami naraz, czasem skutki są takie, że następnego dnia trzeba podpierać oczy zapałkami.

    Ale dzisiaj wieczorem już nie mam żadnej dodatkowej roboty, tylko teraz przerwa!

  28. Quackie pisze:

    No i dopiero teraz się przerwa skończyła. Idę zobaczyć, czy nie ma gdzieś na podorędziu dobranocki.

  29. Quackie pisze:

    Dobranocka.

    Będzie frywolna i skoczna, bo muszę sobie poprawić nastrój. Piosenka nosi tytuł „Pijany Szkot” i zaraz pod spodem napiszę, o czym jest.

    Snów w kratkę (szkocką), mogą być frywolne!

    • Quackie pisze:

      Piosenka jest o tym, jak pewien pijany szkocki młodzieniec po wyjściu z pubu zasnął przy drodze. Znalazły go dwie piękne dziewczyny i postanowiły się przekonać, czy to prawda, że Szkoci nie noszą pod kiltem bielizny. Okazało się, że to prawda, panny przez chwilę podziwiały przyrodzenie młodzieńca, a potem już musiały iść dalej, ale na pamiątkę i w uznaniu urody zawiązały mu tamże niebieską wstążkę na fantazyjną kokardę. Młody człowiek się ocknął, poszedł pod drzewo, żeby zrobić siusiu, uniósł kilt i się zdziwił. Po czym powiedział do swojego wacka: „Chłopie, nie wiem, gdzie byłeś, ale widzę, że zdobyłeś pierwsze miejsce!” Ring ding diddle diddle hajdi hoł.

  30. Quackie pisze:

    Umykam, bo głowa mi się kiwa (nie do Szkocji, do łóżeczka Wink1 )

  31. Tetryk56 pisze:

    Zatem biegnę w ślad… też do łóżeczka, nie do rowu 😉

  32. Lena Sadowska pisze:

    „Zdaje mi się, że złociściej
    Palą się latarnie,
    Że posągi pośród liści
    Mrugają figlarnie.
    Zdaje mi się, że pojazdy
    Do rytmu turkoczą,
    Że nie świece, ale gwiazdy
    W ulicach migoczą.
    Zdaje mi się, że tęczowo
    Lśnią kamienic ściany,
    Że mozaiką marmurową
    Chodnik wykładany.”
    („Czary” – Wiktor Gomulicki)

    Migotliwych snów, Wyspo:)
    Dobranoc:)

  33. Bożena pisze:

    Dzień dobry Delighted Już czwartek, na razie pochmurny…

    • Lena Sadowska pisze:

      Witaj, Bożenko:)

      Mało miałam dziś czasu na zachwyty aurą, ale chwilami było nawet słonecznie:)
      Ale może przyszły będzie pogodniejszy, skoro teraz „czwartek igłą w górze grzebie i zaszywa dziury w niebie”:)

  34. Tetryk56 pisze:

    Witajcie!
    Sny może i były migotliwe, ale niestety zadzwonił budzik Conceited

    • Bożena pisze:

      A to złośliwiec… Angry

    • Lena Sadowska pisze:

      Witaj, Tetryku:)

      Bo zegary to takie „bóstwa złowróżbne, okropne, szydercze”:)

      • Lena Sadowska pisze:

        Przy okazji przypomniałam sobie jeden z ulubionych wierszy o czasie:):

        „Dziwaczne słowo: przepędzić czas!
        Zatrzymać go, to byłoby zadanie.
        Bo kogóż to nie trwoży: gdzie jest trwanie,
        gdzie w końcu byt w tym wszystkim wszystkich nas?

        Spojrzyj, dzień zwalnia kroku przed przestrzenią,
        która ku wieczorowi go porywa:
        wstanie zmieniło się w stanie, stanie w leżenie,
        i wszystko z własnej woli leżące upływa.

        Góry śpią w świetności gwiazd ogromnej;
        lecz w nich także czas jest pełen błysków.
        Ach, w moim dzikim sercu bezdomnie
        nocuje wiekuistość.”
        („Przepędzić czas” – R.M. Rilke, tł. M. Jastrun)

        🙂

        • Tetryk56 pisze:

          Być domem dla bezdomnej wiekuistości… Nie każde serce na to stać!

          • Lena Sadowska pisze:

            Myślę, że posiadacz sześci((orga)u imion mógł mieć nietuzinkowo pojemne serce;)

            „Bezdomna wiekuistość”, „bezmierna ciemność” to u Rilkego określenia Boga:) Jego poezja trąci, moim zdaniem, z lekka mistycyzmem, ale w gruncie rzeczy wszystko sprowadza się do głęboko humanitarnego spojrzenia na relację człowiek-świat-bóg.

  35. Quackie pisze:

    Dzień dobry, nie mogę powiedzieć, żebym był w pełni usatysfakcjonowany stanem wyspania, ale też i nie jest tak kiepsko jak wczoraj, miejmy nadzieję, że w weekend uda się doszlusować do normy.

  36. Makówka pisze:

    Witam Wszystkich!

  37. Makówka pisze:

    I już po szczepieniu.Astra.Super organizacja!
    Teraz muszę 15 min odczekać,ale już mam 2 termin.

    • Makówka pisze:

      Wyznaczony i potwierdzony na kartce,ale i smsem już.

      • Tetryk56 pisze:

        OkOk
        Ja w poniedziałek…

        • Makówka pisze:

          Gdzie i jaką szczepionką?

          Dalej zdalnie pracujesz Tetryku? Ciekawa jestem jak wolisz, bo mój syn już tak polubił pracę zdalną, że gdy był czas, aby jeździć do biura, miał mieszane uczucia co woli.

          • Tetryk56 pisze:

            Astrą, na Sienkiewicza.
            Jeszcze jutro zdalnie. Kontakty na odległość dobre były może dla Abelarda i Heloizy, ale nie dla inżyniera i komputera…

            • Makówka pisze:

              Dziś na Sienkiewicza szczepili Pfizerem i podobno bardzo komfortowe warunki i sprawnie.

              Ale ja też miałam komfortowe warunki, szybko i sprawnie tyle, że Astrą.

              Na wszelki wypadek dziś siedzę grzecznie w domu, a nawet dziecko wyszło z pracy na chwilę, aby mnie po szczepieniu zawieźć do domu, abym nie wracała autobusami z przesiadką.

              A teraz już sama się dopieszczam i gotuję sobie rosołek.

              • Ultra pisze:

                Gratuluję szczepionym. Lepsze samopoczucie psychiczne zapewnione.
                Dbajcie o siebie po szczepieniu, rosołek wskazany i słodkie co nieco…

                • Makówka pisze:

                  Ultro, Ty już po dwóch dawkach?

                  A…słodkie -o tym też pomyślałam i wczoraj sobie kupiłam ciasto i czekoladę.

                • Eliza F, pisze:

                  Ja też gratuluję zaszczepionym i życzę wszystkiego najlepszego Buziaczki

    • Lena Sadowska pisze:

      Dobry wieczór, Makówko:)

      Przynajmniej mam nadzieję, że jest dobry i efekty pierwszego szczepienia Ci nie dokuczają.

      Trzymaj się, Dziewczyno:)

      • Makówka pisze:

        Póki co czuję się normalnie.
        Nawet dość zabawnie -usprawiedliwione lenistwo. Więc tylko nastawiłam rosołek, rozwiesiłam pranie i żadne sumienie mnie nie gryzie, że np. nie robię porządków lub coś w tym guście, bo przecież „muszę się oszczędzać”.

        Temperatura 36 i trochę mi zimno, ale kołderka czeka w pogotowiu.

        • Lena Sadowska pisze:

          To super:)

        • Quackie pisze:

          To bardzo się cieszę, kontroluj to. Ale jak do tej pory Cię nie chwyciło, to chyba już raczej będzie spokój..?

          • Makówka pisze:

            No więc profilaktycznie zapakowałam się kordelka i oddaję błogiemu (usprawiedliwionemu!) lenistwu.
            Temperatura nadal obniżona, apetyt, że ho, ho!

            Aktualnie zaśmiewam się z żartów typu -kto będzie zaczipowany, a kto się będzie uwsteczniał po szczepieniu.

            Takie mało ambitne zajęcie -komentarze pod moim wpisem na fb, że się zaszczepiłam i usiłowałam nawiązać kontakt z kosmitami.

            Właśnie ktoś napisał, że objawy -dreszcze i temperatura wystąpiły dopiero 48 godzin po szczepieniu, a ja w niedzielę chciałam iść na wycieczkę.

            • Quackie pisze:

              Ha, u jednej koleżanki apetyt również wzrósł potężnie (chwilowo), może to faktycznie jest efekt uboczny?

              • Makówka pisze:

                Ja mam ZAWSZE duży apetyt, szczególnie na słodycze.

                Zmartwiła mnie ta informacja o reakcji dopiero po 48 h.

                Twoja żona miała od razu po szczepieniu czy z opóźnieniem?

                • Quackie pisze:

                  A nie nie, wg wszelkich dostępnych mi danych reakcja MIJA do 48h po szczepieniu. Czyli jak coś będzie, to w ciągu dwóch (za przeproszeniem) dób powinno minąć.

                  Małżonka szczepiła się rano (koło 9.00), reakcję miała po południu, cały następny dzień słabowała i gorączkowała i kolejnego dnia rano już była cała i zdrowa.

                • Makówka pisze:

                  No właśnie ja przygotowałam się psychicznie na dwa dni zaraz po szczepieniu, czyli dziś i jutro, a tymczasem znajoma mi napisała, że jej córka dopiero po 48 godzinach po szczepieniu dostała wysoką gorączkę, a ja takiej opcji nie brałam pod uwagę w moich planach, no!

                • Quackie pisze:

                  Reakcja dopiero 48 h po? Pierwsze słyszę, z mojego doświadczenia wynika, że dość nietypowa.

                • Tetryk56 pisze:

                  Chcesz rozśmieszyć Pana Boga? Opowiedz Mu o swych planach… Wink

  38. Makówka pisze:

    Czy ktoś wie co jest z Miralką?

  39. Makówka pisze:

    Tetryku czy śpiewasz teraz „Odę do radości”?

    Ja tylko słuchałam na żywo.

  40. Quackie pisze:

    Dzień dobry, chyba norma zrobiona… Sam już nie wiem, trochę się ostatnio pogubiłem. Ale zakładam, że tak i że jutro zakończę etap I kolejnego zlecenia (a wtedy w weekend przerwa i od poniedziałku etap II).

    A na razie przerwa od komputera.

  41. Lena Sadowska pisze:

    Dobry wieczór, Wyspo:)

    Już w domu. Od jakiegoś kwadransa:)
    Kiepska ze mnie tym razem gospodyni, ale spróbuję się trochę zrehabilitować.
    Między warzeniem pasztetu, pieczeniem kokosanek i spacerkami (jeszcze dwoma) z Psiułką będę dziarsko pomykała po malgaskich schodkach:)

  42. Quackie pisze:

    Dobranocka.

    Elżbieta Adamiak, to jest dobranockowa firma. O bajce, śnie, ciszy – delikatnie, w sam raz.

    Snów czarodziejskich.

    • Lena Sadowska pisze:

      Półsenne nuty:)
      A ja muszę być jeszcze jakiś czas całkiem przytomna:)

      • Quackie pisze:

        Och, chcesz coś na przywrócenie przytomności? (Ale nie zagnieżdżam, tylko link – https:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/www.youtube.com/watch?v=vka8SYdBr54)

        • Lena Sadowska pisze:

          Dziękuję, Quacku:)

          Rzeczywiście, bardzo energetyczne.
          I zrozumiałe, że tylko link, żeby nie pobudzić innych Wyspiarzy:)
          Pisałam już, że nasze myśli chodzą podobnymi ścieżkami muzycznymi, bo słuchałam sobie właśnie Sepulturki, tej starej, z Cavalerami:)
          A teraz nabrałam ochoty na Nightwisha. Też tego starego z Tarją:)

  43. Bożena pisze:

    Po takiej dobranocce, dobrze będzie się zasypiało…
    Dobranoc kordelka

  44. Tetryk56 pisze:

    Pora już spać… Milczący milczą nadal, a tęskniący niepokoją się jak zwykle.
    Dobranoc!

  45. Makówka pisze:

    Śpijcie dobrze Bożenko, Tetryku, panie Q!
    Ja jeszcze chwilkę będę, ale też wkrótce pewnie umknę.

    Gospodyni chyba tylko na posterunku?

  46. Makówka pisze:

    Gospodyni się nie pojawiła, reszta dawno poszła spać, więc i ja mówię

    DOBRANOC!

  47. miral59 pisze:

    Dzień dobry Happy-Grin
    Odzywam się, bo Bożenka pisała, że niepokoicie się o mnie.
    Nic mi nie jest, mam tylko trochę problemów do rozwiązania i na nich się skupiam. Odezwę się i pobędę dłużej, gdy dam sobie radę i pokonam przeciwności… Wierzę, że mi się uda (jak zwykle) Pleasure

  48. miral59 pisze:

    A jak już wpadłam, to opiszę śmieszną sytuację.
    Rozmawiałam dziś z Margaret przez telefon. Życzyłam jej i jej bratu wesołych świąt… była zdziwiona i zapytała kiedy właściwie są święta. Powiedziałam, że ta niedziela jest „palmowa”, a następna to Wielkanoc. Zdziwiła się po raz drugi, że to już tak blisko… Overjoy
    I pomyśleć, że to katoliczka, która kilka razy prosiła mnie o modlitwę, a to za brata przed jego operacją, to za nią przed pobraniem wycinka, to za Jeffa (jej szwagier) w trakcie jego chemioterapii…
    Jak widać, wiara różnymi drogami chadza…

  49. Makówka pisze:

    Dobrze że jesteś Miralko!
    Witajcie!

  50. Bożena pisze:

    Dzień dobry Delighted Widzę, że Mireczka się odezwała, więc kamień z serca In Love

  51. Tetryk56 pisze:

    Witajcie!
    Zaczynam piątek…

  52. Quackie pisze:

    Dzień dobry, słońce grzeje tak, że zacząłem kichać!

  53. Bożena pisze:

    Kaaawyyy, dla niektórych może być herbata Koffie
    A może ciasteczko? PofCooks

  54. Makówka pisze:

    Kochani!

    Mam temperaturę, czuję się fatalnie, w nocy nie spałam, bo trzęsłam się pod kołdrą, dwoma kocami i ubrana w dodatkowy polar.

    Spać nie mogę, czytać też nie (boli głowa), więc leżąc w łóżku mogłabym coś zbudować jeśli oczywiście nikt nic nie buduje.Hm?

  55. Eliza F, pisze:

    Drogi Maczku zdrowia z całego serca życzę i mam nadzieję ,że to sytuacja przejściowa kiss_a_heart

  56. Makówka pisze:

    Dziękuję Wam, też mam nadzieję, że przejściowa sytuacja, choć zamiast lepiej jest gorzej teraz.

  57. Makówka pisze:

    Parę godzin temu zgłosiłam chęć budowy pięterka.
    Nie przewidziałam wtedy, że tak źle się poczuję, że zabraknie mi sił na budowanie.

    W końcu Paracetamolem postawiłam się na nogi i szybko zbudowałam takie małe półpięterko.

    Zapraszam więc.

  58. Lena Sadowska pisze:

    „Ja na później

    Wzięłam kolejny dzień,
    Wyjechałam do innego miasta,
    Otworzyłam dla mnie nowe drzwi.
    Potem znowu przyszła ostatnia noc.
    Łóżko mówi: Do snu i z powrotem?
    Ja: Jedźmy tym razem przed siebie.”
    („Ja na później”)

    I tymi słowami Laury Riding chciałabym podziękować Wyspiarzom za miłe towarzystwo na wspomnieniowym pięterku:)
    Biegnę do Makówki:)

Skomentuj Makówka Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[+] Zaazulki ;)