Kiedyś uliczki tajały inaczej.
Pewnego poranka budziło się z niezachwianym przeczuciem, że właśnie tego dnia zdarzy się coś miłego. Nie otwierało się oczu, by jeszcze przez kilka chwil pozostać w tym błogim przekonaniu. I wtedy czuło się na twarzy miłe ciepełko, a do uszu zaczynały dochodzić trochę zapomniane dźwięki.
Leżało się i wsłuchiwało w delikatne dudnienie kropel o metalowy parapet, łowiło się cichutki bulgot wody w rynnach i trzask spadających sopli. Przysłuchiwało się pierwszym ptasim przekomarzankom, skrzypowi nienaoliwionych jeszcze rowerowych kół i tępym odgłosom motyczek, dochodzącym z pobliskich ogródków.
Powoli unosiło się powieki i pozwalało wiosennemu słońcu zajrzeć w oczy. Czuło się wzbierające łzy i już wiedziało się, że właśnie dziś, w tym momencie – przyszła wiosna…
Po śniadaniu wychodziło się z domu i z radością wskakiwało do pierwszej napotkanej kałuży, rozchlapując brudną wodę i opryskując wszystko wokół.
Patrzyło się na fasady mijanych budynków i śledziło wzrokiem wyżłobione przez cieknącą wodę ścieżki. Dostrzegało się podbarwione wilgocią ściany i wdychało zapach mokrego tynku.
Wędrowało się uliczkami i zaglądało do ogródków w poszukiwaniu różowawych śnieżyczek, blado-fioletowych krokusików i kobaltowych szafirków.
Dostrzegało się zieleniejące drzewa i pąki uwięzione w kroplach. Wyciągało się rękę i potrząsało gałęzią, robiąc wiosenny prysznic…
Podpatrywało się kociska gnuśnie wylegujące się na blaszanych parapetach albo składzikowych daszkach. Próbowało się podejść śpiewającego w ukryciu skowronka, kanarkowo błyskającego wśród gałęzi dzięcioła, albo zabłąkaną czajkę…
A kiedy już przywykło się do codziennie zmieniającego się świata, zaczynało się rozmyślać o zabawach…
Pożądanym, a nawet – koniecznym rytuałem zaakcentowania, że nadeszła wiosna, było przygotowanie i utopienie Marzanki. Ale nie tej, robionej w szkole przez Panią i dzieciaki ze starszych klas, kojarzonej głównie z nudną wycieczką, połajankami i jękami. Nie. Chodziło o kukłę wykonaną wraz z podwórkowymi kolegami.
Najpierw gromadziło się materiały – gruby drąg, watę, sznurek i części odzieży. Z trzema pierwszymi nie miało się większego kłopotu. Kijów potrzebnych do zrobienia korpusu w okolicy nie brakowało. Watę na wypchanie Marzankowej osoby podwędzało się po prostu z domowych zapasów. Sznurków na włosy – rozciąganych każdej wiosny przez zapobiegliwe gospodynie – również miało się do wyboru do koloru.
Największym problemem było wystrojenie Marzanny – potrzebowało się sukienki. Nie wiedzieć czemu – skoro zima była biała – obowiązkowo kwiecistej. Potrzebowało się też czerwonego swetra.
Zazwyczaj znajdowało się pożądane elementy przyodziewku w rodzicielskich szafach i zanosiło do weryfikacji – odzież musiała spełniać pewne określone wymogi.
Zrobienie Marzanki nie nastręczało wielu trudności: do nawleczki i sukienki, której zawiązywało się rękawy, wpychało się watę i obwiązywało wszystko na drągu. Pożyczonymi od którejś z mam kosmetykami malowało się kukle twarz. Na czubku głowy robiło się otworki, przez które przesadzało się sznurek i zaplatało warkocze. Najczęściej poświęcało się do związania tych warkoczy własne czerwone kokardy.
Panią Zimę wręczało się najsilniejszemu koledze i triumfalnie rozpoczynało się pochód. Maszerowało się ze śpiewem na ustach nad rzekę, zahaczając o wszystkie okoliczne podwórka. Repertuar miało się nieustalony, po prostu się improwizowało. Raz nawet przemaszerowało się główną ulicą miasta, gromko wyśpiewując kompletnie wówczas niezrozumiałe, zasłyszane gdzieś słowa: Równać krok, przyjaciele! Komsomolcy na czele…
Wyprawy nad rzekę były surowo zakazane, więc – minąwszy ostatnie uliczki – cichło się. Dochodziło się do mostku i tu następował kulminacyjny moment – podpalało się Marzankę i czym prędzej wrzucało do wody, bo użyte wcześniej materiały bardzo szybko się paliły. Topieniu Pani Zimy towarzyszyły mniej lub bardziej złośliwe okrzyki. Potem stało się przy barierce i patrzyło na odpływającą z nurtem Marzankę. A jeszcze później brało się nogi za pas, żeby nie wpaść w ręce rozjuszonych widowiskiem nadrzecznych mieszkańców, którzy całe przedstawienie mieli możliwość podziwiać z okien, choć może niekoniecznie mieli też na to podziwianie ochotę.
Przeważnie z pożegnania z Panią Zimą wychodziło się bez szwanku…
Kiedy wiosna została oficjalnie zaproszona, całe popołudnia spędzało się w ogródkach. Nie było niczego bardziej fascynującego niż znoszenie zrudziałej trawy i uczestniczenie w jej paleniu. Nie tyle może chodziło o porządkowanie świata, ile o możliwość wrzucania do ogniska różnych przedmiotów i patrzenie na efekty. Po tych eksperymentach na całe życie zapamiętywało się, że torebka po mące pali się błękitnym płomieniem, a ta po cukrze – zielonym; plastykowe butelki skręcają się i topią w mgnieniu oka, a szklane – pękają, rozpryskując się z hukiem. Wiedziało się, że najwięcej dymu daje mokra słoma i kawałki wiórowej płyty, a benzyna bucha małymi płomyczkami i straszliwie śmierdzi.
Zazwyczaj na benzynie kończyło się doświadczenia z ogniem – gospodarz ogródka tracił cierpliwość i przeganiał badaczy…
Do ulubionych zabaw należało też łażenie po dachach. Było się wśród wybrańców, którzy nie mieli lęku wysokości i śmigało się między budynkami jak górska kozica. Z niedowierzaniem patrzyło się na delikwentów, którzy nie czerpali z tej zabawy najmniejszej przyjemności. Nie naśmiewało się z nich – po prostu nie dawało się wiary, że takiego skikania można nie lubić. Oczywiście – posiadało się dachowe preferencje i wiele czasu spędzało się na dyskusjach, który dach jest ok, a który do bani i – czemu.
Najbardziej lubiło się wspinać w miejscach, w których budynki nierównej wielkości przylegały do siebie. Szczególnie upodobało się sobie dachy przy Straży. Wędrówkę rozpoczynało się od niewysokiego, płaskiego daszku, z którego podciągało się wyżej i wyżej, aż docierało się do wielkiego komina z metalowymi drążkami. Wspinało się po tych drążkach na komin i nie posiadało się z dumy, bo było się jedyną osobą, która bez oporów właziła na jego szczyt, stawała na wąskiej krawędzi i machała maruderom. Nie rozumiało się, czemu najsilniejsi koledzy nie dawali rady zawisnąć na jednej ręce, podciągnąć się na wierzch komina i – drugą – uchwycić poziomej rurki. Resztę – czyli wpełznięcie, uklęknięcie i stanięcie na rancie – uważało się za łatwiznę. Nie miało się też problemu z pokonaniem drogi powrotnej. Bardzo żałowało się, kiedy za sprawą wrednej sąsiadki dostało się całkowity zakaz włażenia na komin. Długie godziny ziało się do baby wielką niechęcią za zepsucie tak wspaniałej zabawy.
Zaraz jednak pocieszyło się wynalezieniem innego cudownego miejsca – stromego dachu miejscowej świątyni. Wspinało się nań, szukając punktów oparcia dla rąk i nóg, a potem siadało okrakiem na szczycie i wydawało okrzyki radości.
Kiedy i stamtąd dostawało się eksmisję, właziło się na starą nieczynną dzwonnicę i połatane dachy gołębników. Szczególnie te dachy gołębników uważało się za fajne – można było po nich biegać i skakać, a unikanie niezbyt solidnych łat, przez które łatwo było wpaść do środka, tylko dodawało szaleństwu dreszczyku emocji…
Oddzielną i równie pasjonującą zabawą było łażenie po drzewach. Najlepsze drzewa rosy w parku, ulubionym miejscu wszelkiej maści niań i staruszków, więc siłą rzeczy zaglądało się do niego dopiero pod wieczór. Ukochanym zajęciem było strącanie pustych wronich gniazd. Wymagało to silnych nóg i dobrej równowagi. Wdrapywało się najwyżej, jak to było możliwe, co nie należało do rzeczy prostych, ponieważ miało się ze sobą żerdź. Następnie siadało się na gałęzi i mocno obejmowało ją kolanami, wychylało się i – ujmując drąg w obie ręce – dość silnie dźgało gniazdo od spodu. Nigdy nie udawało się zwalić go za pierwszym razem – zabawa wymuszała dużo samozaparcia i determinacji. Za to strącenie gniazda witane było głośnymi wybuchami entuzjazmu, co niezmiennie sprowadzało parkowego stróża. Wielką sztuką było w takiej nerwowej atmosferze nie spaść z drzewa przy schodzeniu i zdążyć uciec. Parkowy stróż nie był tak wyrozumiały jak właściciel stawu i często z ukrycia obserwowało się złapanego nieszczęśliwca prowadzonego za ucho do rodziców…
Trudno ukryć, że bywało się prowodyrem większości akcji i z powodu tego zamiłowania do włażenia gdzie nie trzeba, miewało się poważne kłopoty zarówno z właścicielami dachów, tępiącymi amatorów miejskiej wspinaczki z zaciekłością godną lepszej sprawy, jak i z parkowym stróżem, który zupełnie nie miał zrozumienia dla tej młodzieńczej miłości do drzew. Na szczęście – nim którykolwiek z nich podejmował jakieś radykalniejsze próby wytępienia intruzów – nadchodził czas przeprowadzki do letniego domu i sprawa umierała śmiercią naturalną do następnej wiosny…




Witam wiosennie:)
Przedwczoraj był dwudziesty pierwszy marca, nim jednak pani Wiosna zerknie w kalendarz i zorientuje się, że to już jej pora – zapraszam na nowe pięterko. Może nasze wspomnienia wreszcie na dobre wywabią ją z ukrycia:)
Dzień dobry
Dobrze by było żeby wiosna sobie przypomniała, że to już jej czas. Niestety za oknami szaro i chyba będzie deszcz.
Z pięterkiem zapoznam się lepiej trochę później, jak się do końca obudzę.
Witajcie!
Czytając twoje, Leno, wspomnienie, i sięgając pamięcią do własnego dzieciństwa, bezustannie zastanawiam się: jak to możliwe, że tyle dzieci przeżywa?
Witaj, Tetryku:)
Może dzieci mają więcej szczęścia niż rozumu;)
Dzień dobry 🙂 Przeczytałem dokładnie , bo lubię wspomnienia z młodości . W wielu przypadkach odnajdywałem samego siebie . Mam tylko uwagę do śpiewu skowronka . Skowronek nie śpiewał w ukryciu ,a wysoko ,wysoko na niebie i śpiewał bez przerwy dość długo jak na koncercie . Dzisiaj czasami przypominam sobie obserwacje śpiewających na niebie skowronków . Dziękuję za te wspomnienia
Witaj, Maksiu:)
Dobre wspomnienia nie są złe:)
A słyszałeś, Maksiu, o dzierlatce albo o skowronku borowym? Pierwszy wyściubia dzióbek z traw, drugi – spomiędzy gałązek krzewów, i oba raczą nas śpiewem na stojąco:)
Pozdrawiam:)
Napisałem o moim skowronku z młodości , który śpiewał wysoko na niebie . Nie chcę urazić Twoich wspomnień , bo jak zwykle Kobiety mają rację . Przepraszam .
A w wierszu : Skowroneczku , miłe ptaszę , czemu rzucasz POLA nasze ? Ani słowa o krzaczkach ….
Bo tu chodziło o skowronka polnego… co to nad polami wyśpiewuje trele.
O to, to, to!
Skowronek borowy śpiewa zaś po borach i lerach, a dzierlatka – jak sama nazwa wskazuje – wśród dzierli;)
Czytając te wspomnienia, pomyślałam sobie, że to cud, że jeszcze żyję. Ja po dachach nie skakałam, ale po wysokich skałach. Gdyby nas wtedy zobaczyli rodzice, chyba by zemdleli. Przeskakiwałam od skały do skały przez głębokie przepaście i to była tylko jedna z naszych zabaw…
Witaj, Bożenko:)
Większość pomysłów inspirowana była tak zwanym „środowiskiem naturalnym”:)
Też czasem zastanawiam się, czy nasi rodzice nie ufali nam trochę na wyrost.
Pozdrawiam:)
Dzień dobry, świetne wspomnienia!
Co prawda przez myśl by mi nie przeszło, żeby robić Marzannę na podwórku, może dlatego, że w blokach towarzystwo było bardzo pomieszane i tradycji nie było, albo każdy miał swoją, inną.
Jak przeczytałem o skikaniu po dachach, przyszło mi do głowy, że było się prekursorką parkuru!
Natomiast ja byłbym raczej po stronie tych bojących się (o rany, ciarki mnie przeszły przy opisie wchodzenia na komin!), od małego mam lęk wysokości, co dziwne, znacznie mniejszy jeżeli chodzi o wchodzenie na drzewa.
Witaj, Quacku:)
Dziękuję.
Trochę było się prekursorką parkuru, trochę builderingu;)
Uprawiałam gimnastykę artystyczną, więc wszelkie akrobacje przychodziły mi naturalnie. Miałam bardzo silne ręce i nogi, dobre wyczucie równowagi, częściowo zawdzięczałam to predyspozycjom, bardziej jednak – treningom:)
Zakaz wspinania się na komin to jedno z najbardziej traumatycznych przeżyć:) Gdybyś wiedział, ile tęsknych spojrzeń mu rzucałam, gdy pojawiał się w zasięgu mojego wzroku:)
A drzewa mają chyba jakąś magiczną moc, bo wielu moich kolegów miało dużo mniejsze opory przed wspinaniem się na nie niż na budynki:)
Pozdrawiam:)
Kapitalne wspomnienia opisane w ciekawy i zabawny sposób.
Po dachach nigdy nie skakałam natomiast palenie/ topienie Marzanny należało do tradycji w naszym Szczepie ZHP. W tym celu wyjeżdżało się gdzieś nad Wisłę.
Nie wyrosłam z akcji palenie/topienie Marzanny teraz jednak robimy to trochę inaczej ze względu na większą świadomość dbania o środowisko.
W tym roku wyjątkowo nie było imprezy witania wiosny, gdyż właściciel zaprzyjaźnionej działki wyjechał do sanatorium (akurat teraz! jak mógł nam to zrobić?)
Witaj, Makówko:)
Dziękuję.
O tak – wyjątkowo niefajne zachowanie kolegi:)
Marzanka na czele śpiewającego pochodu wywoływała uśmiechy przechodniów.
Raz tylko wzbudziliśmy konsternację, wyśpiewując ten nieszczęsny, socrealistyczny Pochód Przyjaźni, o którym wspominam wyżej:)
Jak jako już baaardzo dorośli ludzie tworzyliśmy taki pochód też wywoływaliśmy uśmiechy kierowców, niektórzy nawet trąbili, machali do nas.
Potem zrobiła się „moda” na topienie Marzanny i nikogo już taki widok nie dziwił.
Poszukam zdjęcia i (mam nadzieję, że nie potraktujesz to Leno jako profanowanie Twego pięterka?) coś tu pokażę w komentarzu.
Robiłam chyba o tym już jakichś wpis na Wyspie? A może to było nie na tym blogu? A może to było na Wyspie, ale tylko w komentarzu? Nie pamiętam.
Też fajnie:)
My jako dorośli chodziliśmy żegnać zimę z własnymi dzieciakami, w kilka stadeł.
Będzie mi bardzo miło, jeśli ozdobisz mój wpis tematycznymi zdjęciami:)
„Młode jeszcze gałęzie tężą się pokrótce
W zielonej, pniom dla znaku przydanej obwódce.
Kwiaty, kształt swój półsennie zgadując zawczasu,
Nikłym pąkiem wkraczają w nieznaną głąb lasu.”
(„wiosna” – B. Leśmian)
Dzień dobry, Wyspo:)
Muszę na troszkę wybyć niespodzianie:)
Mam nadzieję, że nie potrwa to długo, w każdym razie – bardzo będę się uwijać:)
No i wiosna porwała nam gospodynię, zostały tylko szepty…
Ale zima oddała:)
Tak, znów przez chwilę sypało.
Zawsze wzruszają mnie wspomnienia dzieci widziane z ich pozycji i z ich odczuć. Sama wspinałam się na drzewa, miałam domek, czyli własnoręcznie umocowane deski do siedzenia, „gotowania” i zabawy w sklep.
Nie wiem, jakim cudem nie zawaliła się ta budowla, a my nie pospadaliśmy, bo przecież żaden dorosły nie zajrzał, by sprawdzić choćby stabilność desek. Nikt w czasie deszczu nie schodził na dół, uważaliśmy, że liście na drzewie chronią przed zamoknięciem. Czy chroniły? A skądże, ale zmoknięciem również nikt się nie przejmował…Takie czasy sklepów żelaznych i dziecięcych zabaw bez ochronnych parasoli…
Jako mocno chorowita jedynaczka była dosyć pilnowana.
Mieszkając w kamienicy w Krakowie miałam małe możliwości wędrówek po drzewach lub dachach.
Zasadniczo byłam pilnowana, ale…już w I klasie SP dojeżdżałam do szkoły tramwajem wisząc na stopniach (tzw. winogrona).
A po szkole wracałam przez Park Krakowski i tam bawiłyśmy się parę godzin i dopiero wracałyśmy do domu (7-letnie dziewczynki same w parku).
Też mieszkałam w kamienicy na starym mieście, ale na wielu podwórkach zostawiono drzewa, a obok był stary park i rzeka:)
Mnie pewnie także pilnowano, ale dyskretnie, bez ingerencji, jeśli nie była niezbędna (jak w przypadku komina):)
Mnie ZASADNICZO pilnowano, ale w sposób ograniczony wynikający z faktu, że obydwoje rodzice pracowali, a dziadkowie byli w innym mieście.
Witaj, Ultro:)
Miło, że zajrzałaś.
Super wspomnienie:)
My też miałyśmy na podwórku powyginaną starą wiśnię, w której dało się zamocować ladę:) Co jakiś czas wszystkie produkty lądowały na ziemi, bo całość nie była zbyt stabilna, ale nikomu to nie przeszkadzało. A płaciłyśmy wyciętymi z kartonu monetami z nominałem odbitym przez zamazywanie ołówkiem bilonu wkładanego pod kartkę:)
Pozdrawiam:)
Nareszcie wróciłam żeby chociaż się z Wami pożegnać przed snem.
Dobranoc
Spokojnej!
To dopiero włóczykij z Bożenki!
Śpij spokojnie:)
Śpij dobrze! (wyszeptałem)
Miłej nocki, Bożenko:)
A, do licha. Nie odtrąbiłem przerwy, bo jeszcze nie koniec pracy na dzisiaj. Pewnie nie będzie ze mnie dzisiaj pożytku na Wyspie (ale dobranockę zaraz wstawię).
Dobranocka.
Bobby McFerrin w kosmosie, planety, gwiazdy – w sam raz na dobranoc.
Snów międzyplanetarnych!
To ja szeptem pokażę parę zdjęć. W ramach makówczyne między-między (tym razem na temat).
Skopiowałam je z fb, bo tak mi było najprościej. Gdzieś na jakimś zapasowym dysku są zdjęcia naszego kolorowego pochodu jak idziemy nad Wisłę z pieśnią na ustach. Kolorowego, gdyż dla lepszej zabawy nie tylko wspólnie robiliśmy Marzannę, ale i sami przebieraliśmy jak najbardziej kolorowo i wiosennie.
Na początek zdjęcie, na którym pokazane są poszczególne etapy.
1.Marzanna jeszcze na działce na Bielanach.
2. Moment rzucania.
3 Fruuu! i leci.
4 Próbujemy jakoś ją ukierunkować, aby płynęła, a nie utykała przy brzegu.
A z którego to roku? Bieżącego?
Pisałam wyżej -w tym roku właściciel działki na Bielanach bezczelnie pojechał do sanatorium akurat w tym terminie.
A to właśnie na tej działce (tej samej co to drzewo leciało na mnie) od wielu lat w gronie harcersko-turystycznym żegnaliśmy zimę.
Nie wiem z którego roku, ale dawno.
Zaraz będzie ciąg dalszy, ale pomniejszałam zdjęcia, bo wsadziłam wszystkie do biblioteki zapomniawszy o pomniejszaniu i teraz muszę wszystkie usunąć, pomniejszyć i od nowa dać do biblioteki.
W 2016 roku ubraliśmy Marzannę w kwiecistą sukienkę i spaliliśmy na działce.
Potem przyszedł czas na Marzannę zrobioną z ekologicznych materiałów -widać poszczególne etapy robienia. To chyba 2017 rok.
A teraz poniżej dwa zdjęcia z roku 2018. Widać, że do zrobienia Marzanny użyte są jedynie papier , bibuła, patyk i sznurek.
Na koniec jeszcze zdjęcie z 2019 roku.
Kiedyś uliczki tajały inaczej. , ale jak widać nie wszyscy wyrośli z bycia dzieckiem.
Tak się zastanawiam czy ja w ogóle kiedyś wyrosnę? Na szczęście zawsze udaje mi się znaleźć towarzystwo, które też nie lubi „wyrastać”.
Ależ tu wyglądasz, naprawdę godnie na powitanie wiosny!
Bo wtedy nie przebieraliśmy się jak kiedyś tylko „zmienialiśmy fryzury”
Minimalistycznie (w sensie że bez przebrań), ale celnie!
O rany! Jaka szykowna ta pani Marzanna:)
Nasza to była taka sobie zwykła Marzanka z warkoczykami i w sukience w kwiatki:)
Te „ekologiczne” to są już takie minimalistyczne.
Wcześniej pamiętam Marzannę ubraną w sukienkę, buty, korale, koronkowe rękawiczki.
To jednak dawniejsze dzieje -musiałabym przeglądać zapasowy dysk.
Myślę, że za zwinięcie koronkowych rękawiczek albo butów srogo byśmy odpokutowali.
I tak zawsze były afery o znikające spomiędzy drzew sznurki do rozwieszania bielizny:)
Ja mam na myśli działania osób dorosłych, ba w wieku kiedy powinniśmy siedzieć w domu w ciepłych bamboszkach.
Jako dziecko szkolne w harcerstwie robiliśmy Marzannę tradycyjną ze słomy.
Tak, wiem:)
Zażartowałam sobie trochę, bo jako dzieciaki „braki materiałowe” nadrabialiśmy wyobraźnią:)
A ciepłe bamboszki najbardziej potrzebne są Marzannie, żeby nie zmarzła w stópki, gdy będzie umykać do Krainy Lodu;)
Kiedyś Marzanna miała moje stare buty zimowe -wysokie do kolan, ocieplane. Potem jednak uznaliśmy to za mało ekologiczne i już robiliśmy Marzannę z materiałów łatwo ulegających rozkładowi.
Komentarz był do tej pierwszej – Błękitnej.
Dopiero teraz wyświetliło mi pozostałe chmm… kukiełkowe dziewczątka:)
Idę oglądać.
Wszystkie bardzo szykowne, ale najbardziej podoba mi się ta z 2017 roku.
Nieodgadnione spojrzenie… Skrzydła…Taka… uduchowiona;)
Dopiero wróciłam do domu, jeszcze ostatni spacerek z Psiułką i pobiegam po schodkach:)
Miło mi, że mimo mojej nieobecności rozgościliście się na pięterku:)
Leno! Korzystając z Twojej nieobecności nie tyle się rozgościłam, co wręcz rozpanoszyłam na pięterku.
Ale gospodyni wróciła już będę grzeczna.
Ależ panosz się, panosz do woli:)
Już kiedyś pisałam Lordowi, że każdy wtręt jest mile przeze mnie widziany. I to bez dziedzinowych ograniczeń.
Ale Lord to Lord nie ma mowy o panoszeniu skoro tak rzadko (a szkoda!) wychodzi z krzaków.
No a ja? To moje gadulstwo…
Wyspa jest jedyna w swoim rodzaju, interaktywna, i w tym między innymi tkwi jej siła:)
A poza tym, jak się nie chce gadać, to się zakłada blog i natychmiast wyłącza komentarze:)
Tak, Wyspa jest jedyna w swoim rodzaju.
Różni ludzie, różne zainteresowania, ale dla każdego jest miejsce.
No i co najważniejsze -WYSPA JAKO KOTWICA nieraz pomaga w trudnych chwilach.
Dobry wieczór.
Rzadko to rzadko, ale zawsze czuwa.
Witaj Lordzie!
Jaki miły akcent na koniec tego smutnego dnia!
U mnie dzień był raczej ganiany:)
I to tak bardzo, że nawet internet mi na trochę zwiał:(
*A teraz strasznie muli. Niczym stara maszynka do mięsa: bardziej żuje niż miele;)
Dobry wieczór, Lordzie:)
Jak miło, że się odezwałeś:)
A ja szepnę cichutko, że idę spać… i pójdę spać.

A ja Ci szepnę śpij dobrze i jeszcze nie pójdę spać.
Dobrej nocki, Tetryku:)
Leno!
Znalazłam takie zdjęcia, które złożyłam w jedno. To chyba jednak nie był rok 2017, ale 2014, pogubiłam się. Pewne zdjęcia były zgrywane ze starego komputera i stąd zamieszanie z datami.
Widać tu Marzannę jeszcze na działce, a potem już nad Wisłą.
Czy to ta Ci się podobała?
Jak już przeglądałam stare foldery znalazłam jeszcze zdjęcie tej Marzanny co była w składance z numerkami.
Tu ją widać jak sobie płynie.
Na tym zdjęciu ma turkusowe szatki:) Też z mojej ulubionej gamy kolorków.
„Ach, patrz! na słońca promyku
Wytryska z wody Goplana;
Jak powiewny liść ajeru,
Lekko wiatrem kołysana;
Jak łabędź, kiedy rozwinie
Uśnieżony żagiel steru,
Kołysze się — waha — płynie.
I patrz! patrz! lekka i gibka,
Skoczyła z wody jak rybka,
Na niezabudek warkoczu
Wiesza się za białe rączki,
A stopą po fal przezroczu
Brylantowe iskry skrzesza.
Ach! czarowna! Któż odgadnie,
Czy się trzyma z fal obrączki?
Czy się na powietrzu kładnie?
Czy dłonią na kwiatach się wiesza?”
(„Balladyna” – J. Słowacki)
🙂
Tak, Makówko, właśnie ta:)
Bardzo sympatycznie się kojarzy przez to zestawienie błękitu i bieli:)
Taka niebiańska Marzanna?
Chyba już najwyższy czas się pożegnać, a nie gadać sama ze sobą?
DOBRANOC!
Dobrej nocki, Makówko:)
To i ja się pożegnam po tym długim dniu:
„Każdy ma w swej pamięci pośród wspomnień mglistych
Jakiś obraz owiany barwą nieco złudną,
Obraz taki wyłączny, własny, osobisty,
Że trudno go wyjawić, wypowiedzieć trudno.
(…)
Obojętne, co streszcza obraz niedzisiejszy,
Może być – krótko mówiąc – błahy, najzwyklejszy,
Ale posiada jakieś ukryte znaczenie
I wozimy go z sobą wśród wojny i grzmotu,
Jak pamiątkę, co w drodze nie sprawia kłopotu,
A czasami pociesza nas niepostrzeżenie.”
(„Okno wspomnień” – St. Bałucki)
Snów pokrzepiających:)
Dobranoc, Wyspo:)
Dzień dobry
Wiosnę widać, a właściwie czuć, bo jest coraz cieplej, ale ponuro. Mogłoby zaświecić słoneczko. Jednak nie tracę nadziei że zaświeci…
Dzień dobry, Bożenko:)
„Już w powietrzu wiosnę słyszę…
Czy ty też?
Serce patrzy w me zacisze…
Czy ty wiesz?
Świat wiośnieje, w słońcu cały,
W świtach zórz…
Wróble się rozświergotały:
„Cóż, czy już?”
Wiosna… Kwiaty mam i słońce…
Czy ty też?
Od słońca mam łzy gorące…
Czy ty wiesz?”
(„Już w powietrzu…” – J. Tuwim)
Witajcie!
Z przyjemnością poczytałem nocne wspomnienia i meta-wspomnienia!
Dzień dobry, Tetryku:)
„I znowu minęliśmy się o tych kilka chwil;
na brzegach właśnie wyłączonego czajnika jest jeszcze para…”
(„Nocna zmiana” – S. Armitage)
😉
To taki erotyk małżeński pana Simona (w tłumaczeniu J. Gutorowa), ale początek bardzo mi przypasował i do Twojego komentarza i do „dziennej wachty”:)
Dzień dobry!
Potrafisz pięknie przyprawić poezją każde skojarzenie!
🙂
Dziękuję.
Nie mów nikomu, bo to sekret, ale często łatwiej jest użyć czyichś słów w skojarzeniu niż własnych:)
Dzień dobry, zdecydowanie za krótko spałem! (To znaczy za późno się położyłem
ale za to tamta praca z głowy.
Dzień dobry, Quacku:)
„twarze płaszczyzny ścian słońce bredzi i brodzi
miałkim upałem południa sypie się w świat codzienny
twarze nie twarze złote w powietrzu gemmy
zarysy domów drżą gorąco myślę czas ruin
żaluzje story czekają wieczornych godzin”
(„od dnia” – J. Czechowicz)
🙂
Och, czy on też to pisał taki zmęczony? Chociaż może to tylko upał…
Myślę, że u katastrofistów po prostu programowo im było gorzej, tym – lepiej:)
To może skorzystamy z zaproszenia Gieni?
Chyba tak, chociaż wirtualnie.
Chętnie.
Witam wiosennie, choć za oknem -jesień.
Ale jest coraz cieplej
Zwłaszcza pod ciepłym kocem…
Jeszcze w tym tygodniu, temperatura ma być dwucyfrowa.
I to nie pod ciepłym kocem
Teraz plus 6, pochmurno.
Tu podobnie, ale uśmiechnij się, jutro będzie lepiej.
Taaaa oczywiście skoro od jutra nowe obostrzenia.
No tak, dla Ciebie może to być przykre…
Witaj, Makówko:)
Taka może:):
„Jesień
ptaszek bursztynowy
przejrzysty
z gałązki na gałązkę
nosi kroplę złota.”
(„Ptaszek bursztynowy” – T. Różewicz)
***
„Wychodzimy z zimy
trochę bladzi
trochę jakby
z zaspy zamyślenia
Uczymy się chodzić
po trawie
kaczeńcom
patrzymy prosto w oczy”
(A. Ziemianin)
Dzień dobry, Wyspo:)
Zrobiłam porządek na grobie rodziców, bo diabli wiedzą jak się będę czuła po szczepieniu, a w przyszłym tygodniu diabli wiedzą, czy nie zamkną cmentarzy.
A niech to wszystko diabli…
wezmą.
Bodaj tyle, że wieczorem mam lokalne knucie na Zoomie!
Witaj, Makówko:)
Oj! Ja bym z tymi życzeniami uważała, pamiętasz, jak to było w „Mistrzu i Małgorzacie;):
„– Черти б меня взяли!
– Черти чтоб взяли? А что ж, это можно!”
(- Niech mnie diabli wezmą!
– Niech diabli wezmą? Da się zrobić!”)
Z gatunku diabłów to jestem ja . Nie ogarniam jednak całego diabelskiego szaleństwa i proszę o pomoc bratanicę Paulinę Maksjan , która z artystycznym zacięciem po ASP w Gdańsku prezentuje swoje pomysły na FB . Zapraszam w jej imieniu do zajrzenia na stronę FB
Zaglądałem kiedyś. Warto!
Tak pamiętam Leno. To jedna z moich ulubionych książek.
Paskudny dzień, dość słaby. Trudno się żongluje dwoma zleceniami naraz, czasem skutki są takie, że następnego dnia trzeba podpierać oczy zapałkami.
Ale dzisiaj wieczorem już nie mam żadnej dodatkowej roboty, tylko teraz przerwa!
A ja dziś miałam dzień, że wszystko szło nie tak.
A ja… dzień jak co dzień… Dobrze, że się kończy.
No widzisz, tutaj podobnie
Witaj, Quacku:)
Twój opis pasuje do moich poczynań w kuchni:)
Ile potraw na raz?
Tyle, ile palników w kuchence, plus piekarnik, i jeszcze ze dwa na zimno:)
Pierwsze skojarzenie: Bogini Kali

🙂
Ojtamojtam. Kwestia wprawy:)
Dobranoc
Spokojnych snów!
Dziękuję
Spokojnej!
Dobrej nocki, Bożenko:)
Spokojnej!
No i dopiero teraz się przerwa skończyła. Idę zobaczyć, czy nie ma gdzieś na podorędziu dobranocki.
Dobranocka.
Będzie frywolna i skoczna, bo muszę sobie poprawić nastrój. Piosenka nosi tytuł „Pijany Szkot” i zaraz pod spodem napiszę, o czym jest.
Snów w kratkę (szkocką), mogą być frywolne!
Piosenka jest o tym, jak pewien pijany szkocki młodzieniec po wyjściu z pubu zasnął przy drodze. Znalazły go dwie piękne dziewczyny i postanowiły się przekonać, czy to prawda, że Szkoci nie noszą pod kiltem bielizny. Okazało się, że to prawda, panny przez chwilę podziwiały przyrodzenie młodzieńca, a potem już musiały iść dalej, ale na pamiątkę i w uznaniu urody zawiązały mu tamże niebieską wstążkę na fantazyjną kokardę. Młody człowiek się ocknął, poszedł pod drzewo, żeby zrobić siusiu, uniósł kilt i się zdziwił. Po czym powiedział do swojego wacka: „Chłopie, nie wiem, gdzie byłeś, ale widzę, że zdobyłeś pierwsze miejsce!” Ring ding diddle diddle hajdi hoł.
🙂
Umykam, bo głowa mi się kiwa (nie do Szkocji, do łóżeczka
)
Dobrej nocki, Quacku:)
Zatem biegnę w ślad… też do łóżeczka, nie do rowu 😉

To i ja.
DOBRANOC!
Śpij dobrze, Makówko:)
Dobrej nocki, Tetryku:)
„Zdaje mi się, że złociściej
Palą się latarnie,
Że posągi pośród liści
Mrugają figlarnie.
Zdaje mi się, że pojazdy
Do rytmu turkoczą,
Że nie świece, ale gwiazdy
W ulicach migoczą.
Zdaje mi się, że tęczowo
Lśnią kamienic ściany,
Że mozaiką marmurową
Chodnik wykładany.”
(„Czary” – Wiktor Gomulicki)
Migotliwych snów, Wyspo:)
Dobranoc:)
Dzień dobry
Już czwartek, na razie pochmurny…
Witaj, Bożenko:)
Mało miałam dziś czasu na zachwyty aurą, ale chwilami było nawet słonecznie:)
Ale może przyszły będzie pogodniejszy, skoro teraz „czwartek igłą w górze grzebie i zaszywa dziury w niebie”:)
Witajcie!
Sny może i były migotliwe, ale niestety zadzwonił budzik
A to złośliwiec…
Witaj, Tetryku:)
Bo zegary to takie „bóstwa złowróżbne, okropne, szydercze”:)
Przy okazji przypomniałam sobie jeden z ulubionych wierszy o czasie:):
„Dziwaczne słowo: przepędzić czas!
Zatrzymać go, to byłoby zadanie.
Bo kogóż to nie trwoży: gdzie jest trwanie,
gdzie w końcu byt w tym wszystkim wszystkich nas?
Spojrzyj, dzień zwalnia kroku przed przestrzenią,
która ku wieczorowi go porywa:
wstanie zmieniło się w stanie, stanie w leżenie,
i wszystko z własnej woli leżące upływa.
Góry śpią w świetności gwiazd ogromnej;
lecz w nich także czas jest pełen błysków.
Ach, w moim dzikim sercu bezdomnie
nocuje wiekuistość.”
(„Przepędzić czas” – R.M. Rilke, tł. M. Jastrun)
🙂
Być domem dla bezdomnej wiekuistości… Nie każde serce na to stać!
Myślę, że posiadacz sześci((orga)u imion mógł mieć nietuzinkowo pojemne serce;)
„Bezdomna wiekuistość”, „bezmierna ciemność” to u Rilkego określenia Boga:) Jego poezja trąci, moim zdaniem, z lekka mistycyzmem, ale w gruncie rzeczy wszystko sprowadza się do głęboko humanitarnego spojrzenia na relację człowiek-świat-bóg.
Dzień dobry, nie mogę powiedzieć, żebym był w pełni usatysfakcjonowany stanem wyspania, ale też i nie jest tak kiepsko jak wczoraj, miejmy nadzieję, że w weekend uda się doszlusować do normy.
Nie zapomnij, że w niedzielę śpimy krócej…
Ja tam w ramach sprzeciwu obywatelskiego pośpię dłużej!
Ja nie bardzo mogę, bo o 11.00 mam bardzo ważne branżowe zebranie (wirtualne).
A ja jeszcze nie wiem, bo to zależy od reakcji na szczepienie.
Jak będzie dobrze to dołączę do grona „okradzionych”.
Ach, faktycznie!!!
Ktoś chce mnie obrabować z godziny snu!
Przysięgam, to nie ja
Nie, Ciebie nie podejrzewam.
Witaj, Quacku:)
Mam podobnie z tym brakiem satysfakcji, ale się nie poddaję:)
„Nie za bardzo wiadomo jakże to się dzieje
że czas wtedy przychodzi gdy go wcale nie ma
i w sam raz tyle tylko ile go potrzeba”
(„nie ma czasu” – J. Twardowski)
🙂
Święta prawda to jest.
A ja już jestem po przerwie!
Witam Wszystkich!
I już po szczepieniu.Astra.Super organizacja!
Teraz muszę 15 min odczekać,ale już mam 2 termin.
Wyznaczony i potwierdzony na kartce,ale i smsem już.
Ja w poniedziałek…
Gdzie i jaką szczepionką?
Dalej zdalnie pracujesz Tetryku? Ciekawa jestem jak wolisz, bo mój syn już tak polubił pracę zdalną, że gdy był czas, aby jeździć do biura, miał mieszane uczucia co woli.
Astrą, na Sienkiewicza.
Jeszcze jutro zdalnie. Kontakty na odległość dobre były może dla Abelarda i Heloizy, ale nie dla inżyniera i komputera…
Dziś na Sienkiewicza szczepili Pfizerem i podobno bardzo komfortowe warunki i sprawnie.
Ale ja też miałam komfortowe warunki, szybko i sprawnie tyle, że Astrą.
Na wszelki wypadek dziś siedzę grzecznie w domu, a nawet dziecko wyszło z pracy na chwilę, aby mnie po szczepieniu zawieźć do domu, abym nie wracała autobusami z przesiadką.
A teraz już sama się dopieszczam i gotuję sobie rosołek.
Gratuluję szczepionym. Lepsze samopoczucie psychiczne zapewnione.
Dbajcie o siebie po szczepieniu, rosołek wskazany i słodkie co nieco…
Ultro, Ty już po dwóch dawkach?
A…słodkie -o tym też pomyślałam i wczoraj sobie kupiłam ciasto i czekoladę.
Ja też gratuluję zaszczepionym i życzę wszystkiego najlepszego
Dobry wieczór, Makówko:)
Przynajmniej mam nadzieję, że jest dobry i efekty pierwszego szczepienia Ci nie dokuczają.
Trzymaj się, Dziewczyno:)
Póki co czuję się normalnie.
Nawet dość zabawnie -usprawiedliwione lenistwo. Więc tylko nastawiłam rosołek, rozwiesiłam pranie i żadne sumienie mnie nie gryzie, że np. nie robię porządków lub coś w tym guście, bo przecież „muszę się oszczędzać”.
Temperatura 36 i trochę mi zimno, ale kołderka czeka w pogotowiu.
To super:)
To bardzo się cieszę, kontroluj to. Ale jak do tej pory Cię nie chwyciło, to chyba już raczej będzie spokój..?
No więc profilaktycznie zapakowałam się
i oddaję błogiemu (usprawiedliwionemu!) lenistwu.
Temperatura nadal obniżona, apetyt, że ho, ho!
Aktualnie zaśmiewam się z żartów typu -kto będzie zaczipowany, a kto się będzie uwsteczniał po szczepieniu.
Takie mało ambitne zajęcie -komentarze pod moim wpisem na fb, że się zaszczepiłam i usiłowałam nawiązać kontakt z kosmitami.
Właśnie ktoś napisał, że objawy -dreszcze i temperatura wystąpiły dopiero 48 godzin po szczepieniu, a ja w niedzielę chciałam iść na wycieczkę.
Ha, u jednej koleżanki apetyt również wzrósł potężnie (chwilowo), może to faktycznie jest efekt uboczny?
Ja mam ZAWSZE duży apetyt, szczególnie na słodycze.
Zmartwiła mnie ta informacja o reakcji dopiero po 48 h.
Twoja żona miała od razu po szczepieniu czy z opóźnieniem?
A nie nie, wg wszelkich dostępnych mi danych reakcja MIJA do 48h po szczepieniu. Czyli jak coś będzie, to w ciągu dwóch (za przeproszeniem) dób powinno minąć.
Małżonka szczepiła się rano (koło 9.00), reakcję miała po południu, cały następny dzień słabowała i gorączkowała i kolejnego dnia rano już była cała i zdrowa.
No właśnie ja przygotowałam się psychicznie na dwa dni zaraz po szczepieniu, czyli dziś i jutro, a tymczasem znajoma mi napisała, że jej córka dopiero po 48 godzinach po szczepieniu dostała wysoką gorączkę, a ja takiej opcji nie brałam pod uwagę w moich planach, no!
Reakcja dopiero 48 h po? Pierwsze słyszę, z mojego doświadczenia wynika, że dość nietypowa.
Chcesz rozśmieszyć Pana Boga? Opowiedz Mu o swych planach…
Czy ktoś wie co jest z Miralką?
Niestety ja nie wiem…
Napisałam do niej maila.
Też mi brakuje Miralki
Tetryku czy śpiewasz teraz „Odę do radości”?
Ja tylko słuchałam na żywo.
Ale była piękna katastrofa…
Nie komentuję, ja tylko słuchałam.
Jednak uważam, że każda inicjatywa w tych trudnych czasach jest cenna.
Jak najbardziej. Ale dużo lepiej zabrzmiałoby to, gdybyśmy śpiewali na cały głos – przy wyłączonych mikrofonach
No to Ci zazdroszczę…
Można odsłuchać tutaj – wypowiedzi były ciekawe, wspólne śpiewanie tylko dla najbardziej odpornych…
Dziękuję, to było ciekawe. A jeśli chodzi o wykonanie, nie mogło być inaczej. Na ZOOMie inaczej nie będzie.
Dzień dobry, chyba norma zrobiona… Sam już nie wiem, trochę się ostatnio pogubiłem. Ale zakładam, że tak i że jutro zakończę etap I kolejnego zlecenia (a wtedy w weekend przerwa i od poniedziałku etap II).
A na razie przerwa od komputera.
Dobry wieczór, Wyspo:)
Już w domu. Od jakiegoś kwadransa:)
Kiepska ze mnie tym razem gospodyni, ale spróbuję się trochę zrehabilitować.
Między warzeniem pasztetu, pieczeniem kokosanek i spacerkami (jeszcze dwoma) z Psiułką będę dziarsko pomykała po malgaskich schodkach:)
Dobranocka.
Elżbieta Adamiak, to jest dobranockowa firma. O bajce, śnie, ciszy – delikatnie, w sam raz.
Snów czarodziejskich.
Półsenne nuty:)
A ja muszę być jeszcze jakiś czas całkiem przytomna:)
Och, chcesz coś na przywrócenie przytomności? (Ale nie zagnieżdżam, tylko link – https:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/www.youtube.com/watch?v=vka8SYdBr54)
Dziękuję, Quacku:)
Rzeczywiście, bardzo energetyczne.
I zrozumiałe, że tylko link, żeby nie pobudzić innych Wyspiarzy:)
Pisałam już, że nasze myśli chodzą podobnymi ścieżkami muzycznymi, bo słuchałam sobie właśnie Sepulturki, tej starej, z Cavalerami:)
A teraz nabrałam ochoty na Nightwisha. Też tego starego z Tarją:)
Po takiej dobranocce, dobrze będzie się zasypiało…
Dobranoc
Spokojnej!
Miłej nocki, Bożenko:)
Cichych i spokojnych 🙂
Pora już spać… Milczący milczą nadal, a tęskniący niepokoją się jak zwykle.

Dobranoc!
Spokojnej! I również będę niedługo zmykał.
Dobrej nocki, Panowie:)
Śpijcie dobrze Bożenko, Tetryku, panie Q!
Ja jeszcze chwilkę będę, ale też wkrótce pewnie umknę.
Gospodyni chyba tylko na posterunku?
Gospodyni się nie pojawiła, reszta dawno poszła spać, więc i ja mówię
DOBRANOC!
To dobrej nocki, Makówko:)
Piokę, więc jestem z lekkiego doskoku:)
Dzień dobry

Odzywam się, bo Bożenka pisała, że niepokoicie się o mnie.
Nic mi nie jest, mam tylko trochę problemów do rozwiązania i na nich się skupiam. Odezwę się i pobędę dłużej, gdy dam sobie radę i pokonam przeciwności… Wierzę, że mi się uda (jak zwykle)
Uda się, na pewno. Trzymam kciuki.
Witaj, Miralko:)
I wybacz, że dopiero teraz się witam, ale też mam lekką kołomyję w realu.
Super, że się odezwałaś, bo też mi Ciebie brakowało na Wyspie.
Trzymam kciuki za powodzenie Twoich spraw i pozdrawiam:)
A jak już wpadłam, to opiszę śmieszną sytuację.
Rozmawiałam dziś z Margaret przez telefon. Życzyłam jej i jej bratu wesołych świąt… była zdziwiona i zapytała kiedy właściwie są święta. Powiedziałam, że ta niedziela jest „palmowa”, a następna to Wielkanoc. Zdziwiła się po raz drugi, że to już tak blisko…
I pomyśleć, że to katoliczka, która kilka razy prosiła mnie o modlitwę, a to za brata przed jego operacją, to za nią przed pobraniem wycinka, to za Jeffa (jej szwagier) w trakcie jego chemioterapii…
Jak widać, wiara różnymi drogami chadza…
Dobrze że jesteś Miralko!
Witajcie!
Dzień dobry
Widzę, że Mireczka się odezwała, więc kamień z serca 
Witajcie!
Zaczynam piątek…
Dzień dobry, słońce grzeje tak, że zacząłem kichać!
Na zdrowie!
Kaaawyyy, dla niektórych może być herbata

A może ciasteczko?
Hmm, przy piątku się skuszę!
Dzień dobry
Też skorzystam na dobry początek dnia

O!
Krzysztof dawno niewidziany!
Miło widzieć
Witaj, Krzysztofie:)
Miło, że zajrzałeś. Mam nadzieję, że poczęstunek smakował:)
Pozdrawiam:)
Poczęstunek w miłym towarzystwie bardzo smakował


Musiałem niestety uciec bez pożegnania bo u mnie w pracy ostatnio dostają …. (wiadomo co chciałem napisać) i od 2 tygodni przygotowujemy mega sprawozdanie dla nowego właściciela…
Oczywiście większość materiałów przygotowuję ja (pod czujnym nadzorem szefostwa)
Kochani!
Mam temperaturę, czuję się fatalnie, w nocy nie spałam, bo trzęsłam się pod kołdrą, dwoma kocami i ubrana w dodatkowy polar.
Spać nie mogę, czytać też nie (boli głowa), więc leżąc w łóżku mogłabym coś zbudować jeśli oczywiście nikt nic nie buduje.Hm?
Jestem za.

Wracaj do zdrowia
Drogi Maczku zdrowia z całego serca życzę i mam nadzieję ,że to sytuacja przejściowa
Dziękuję Wam, też mam nadzieję, że przejściowa sytuacja, choć zamiast lepiej jest gorzej teraz.
Parę godzin temu zgłosiłam chęć budowy pięterka.
Nie przewidziałam wtedy, że tak źle się poczuję, że zabraknie mi sił na budowanie.
W końcu Paracetamolem postawiłam się na nogi i szybko zbudowałam takie małe półpięterko.
Zapraszam więc.
Witaj, Makówko:)
Mam nadzieję, że po regenerującym spanku będziesz się czuła lepiej.
„Ja na później
Wzięłam kolejny dzień,
Wyjechałam do innego miasta,
Otworzyłam dla mnie nowe drzwi.
Potem znowu przyszła ostatnia noc.
Łóżko mówi: Do snu i z powrotem?
Ja: Jedźmy tym razem przed siebie.”
(„Ja na później”)
I tymi słowami Laury Riding chciałabym podziękować Wyspiarzom za miłe towarzystwo na wspomnieniowym pięterku:)
Biegnę do Makówki:)