Swego czasu małżonka uważała, że razem z mężem można robić wszystko. Ten niebezpieczny i szkodliwy przesąd rozciągał się na wszystkie dziedziny życia – w tym również na wspólne chodzenie na zakupy. Jak to wyglądało? Jestem pewien, że podobnie jak w tysiącach innych polskich rodzin. Po wypełnieniu koszyka w supermarkecie według listy i przeładowaniu zawartości do bagażnika samochodu szliśmy do galerii handlowej i odbywaliśmy rundę po sklepach. Podczas tej rundy nudziłem się i męczyłem setnie, małżonka odwiedzała bowiem większość sklepów z modą, przymierzając, przebierając i – co gorsza – wymagając ode mnie udziału w tych rytuałach.
Z czasem jednak udało mi się wypracować model działania, który pozwolił (na pewno w kwestii zakupów) na podział odpowiadający obu stronom. Jeżeli więc jest wśród czytelników płci męskiej ktoś, komu takiego stanu nie udało się osiągnąć – a chciałby – spieszę ze szczegółami.
Początkowo moje reakcje były najbardziej oczywiste – wściekałem się („Kiedy wreszcie, do jasnego i ciężkiego licha, skończysz te przebieranki?!?!!”) lub okazywałem całkowite znudzenie („To już? Jeszcze nie? Korzenie zapuszczam!”) w przesadny i przerysowany sposób. Po znudzeniu pojawiła się gryząca ironia („Czy masz zamiar zakończyć te zakupy w najbliższej pięciolatce? Jak skończysz, wywieszę flagę państwową!”) lub ospała obojętność (ziew). Dlaczego wrzucam te – tak różne – typy reakcji do jednego wora? Ponieważ niezależnie od tego, jak reagowałem, w oczach małżonki i tak zawsze wychodziłem na bezdusznego chama. Nie tędy droga!
A którędy? Proszę bardzo, oto technika dokładnie odwrotna, którą zastosowałem pewnego dnia, tu przytoczona w formie nieco teatralnej:
Quackie: (odstępując na krok od małżonki, prezentującej na sobie rozpatrywaną kieckę i patrząc krytycznie) Wiesz co, ta sukienka coś w sobie ma, no właściwie jest bardzo fajna… Tylko ten wzór jakoś nie tak się układa. Ale kolory są dokładnie takie, jak Ci pasują. I będziesz mogła nosić ją do tych butów, co sobie kupiłaś na wesele Jagnięcinki… Co, pękły po deszczu i wyrzuciłaś? Jaka szkoda, musisz wobec tego kupić sobie następne, takie same, tu po drodze jeszcze będzie obuwniczy. Ale momencik, tu na szwie jest wystrzępione, zobacz, jak ta nitka wystaje, to będziesz musiała przyciąć i obrębić. Albo dać do krawcowej. O, widzisz, tu bardziej obciągnąć, ale lekko, leciutko (robi to) i od razu lepiej! Tylko że ten materiał jakiś taki jest dziwny. Wiesz, w tych sklepach to dają takie lampy, żeby dobrze wyglądał, a potem jak w normalnym oświetleniu oglądasz, to zupełnie nie to. (z niesmakiem, adresowanym do producenta) I powiem ci, że ta różowa bluzka, co sobie kupiłaś w zeszłym roku przed Wielkanocą i potem mówiłaś, że tak beznadziejnie wygląda, byłą z DOKŁADNIE TAKIEJ SAMEJ tkaniny. Ja bym tego nie brał, ale zrobisz, jak uważasz…
Panowie: osiągniecie sukces, stosując przytoczony powyżej model, z wariacjami zależnymi od indywidualnych uwarunkowań, które dla każdego związku są inne. Zapamiętajcie – waszą podstawową bronią w tej walce są dwa zdania-klucze, z których żadnego na razie jeszcze wam nie zdradziłem, ponieważ wymagają kilku uwag wstępnych.
Po pierwsze – nie należy stosować ich razem, bo to się robi podejrzane.
Po drugie – są one bronią ostateczną, która zawsze zadziała, ale jako taka nie powinna być używana zbyt często, panie są inteligentne i w końcu się kapną.
Po trzecie wreszcie – zdania te, z uwagi na siłę rażenia, powinny być używane w formie pytania, osłabiającej je nieco i sugerującej, że osoba je zadająca tak naprawdę nie wierzy, aby były one prawdziwe.
Po czwarte w końcu – powinny one stanowić ostatni akcent recenzji przymierzanego stroju, aby zapadły głęboko w świadomość przymierzającej pani, tak głęboko, że może nawet będzie to podświadomość?
Uwaga, przytaczam zdania w formie pytań, pamiętajcie, powinny one kończyć waszą wypowiedź:
(z akcentem niedowierzania, podejrzliwości i niepewności):
1. Kochanie, czy ta sukienka czasem Cię nieco nie pogrubia?
2. Kochanie, czy ta sukienka aby nie dodaje Ci paru lat?
Po kilku dobrze skomponowanych wg powyższego wzoru recenzjach kobieta jest:
a) wstrząśnięta waszą stylistyczną fachowością,
b) zauroczona waszym zaangażowaniem w zakupy, zwane z angielska shoppingiem,
c) zachwycona waszą dbałością o to, żeby ONA dobrze wyglądała,
d) ale także zmęczona – podobną recenzję należy zaimprowizować do KAŻDEJ przymierzanej sztuki odzieży, przyjmując średnią 3-5 przymierzanych rzeczy na sklep, gwarantuję, że zakupy skończą się po drugim sklepie!
e) poniewczasie zaskoczona, że w waszym towarzystwie nic sobie nie kupiła,
f) i wreszcie – co najważniejsze w całym tym działaniu – podświadomie przeświadczona, że kiedy idzie na zakupy z wami, to w każdym stroju wygląda jakoś nie tak (GRUBIEJ?!? STARZEJ???!!!???).
I o to chodzi. Nie tracąc punktów u swojej pani (patrz podpunkty a-c powyżej), doprowadzacie do tego, że rezygnuje ona z waszego towarzystwa i na shopping umawia się z koleżanką. Wypróbowane w praktyce, skuteczność gwarantowana! A wy w tym czasie możecie robić, co wam tam w duszy gra – dopingować kolejną butelką piwa kolejne okrążenia Kubicy, szaleć na rowerze, uprawiać ogródek lub szlachetną sztukę curlingu, albo rzeźbić żywopłot z V Koncertem Brandenburskim w słuchawkach. I tak dalej – aby Polska w siłę rosła, a ludzie żyli ze sobą w zgodzie.





Dobry wieczór na nowym pięterku.
Tak jak obiecywałem, czy też: jak się odgrażałem, małe uzupełnienie do poradnika Zoego. Oryginalnie opublikowane 29 sierpnia 2010 gdzie indziej, tutaj nieco przeredagowane.
Niby skierowane do Panów, ale bądźmy szczerzy – Panie też znajdą tu coś dla siebie.
Kiedyś próbowałem zastosować tę taktykę czyli czynnie uczestniczyć w doradzaniu. Niestety doprowadziło to tylko do wydłużenia zakupów. Mniej bolesne jest zajęcie jakiejś ławeczki pod palmą czy też fontanną w centrum handlowym i spokojne kontemplowanie upływającego czasu.
Trzeba cierpliwości i wytrwałości w doradzaniu, a owoc z pewnością będzie słodki. Chyba że małżonka okaże się bardziej cierpliwa.
Jeden jedyny raz miałem słodką satysfakcję. Małżonka wraz ze swoją siostrą i ciotką pojechały na zakupy do centrum handlowego. W środku tygodnia, już przed południem. Stwierdziły, że same spokojnie, bez pośpiechu pochodzą po wszystkich sklepach po których im się będzie chciało. Każda wysłucha porad i podpowiedzi pozostałych uczestniczek wyprawy. Małżonka wróciła po ośmiu godzinach skrajnie wykończona. Stwierdziła, że to nie dla niej. Tamte chyba też miały dość bo już nigdy się razem nie wybrały…

W sumie to szkoda, że razem już nie jeżdżą…
No więc to miało być dokładnie odwrotnie – powinna być wykończona (psychicznie) zakupami z Tobą, i w przyszłości jeździć z siostrą. ciotką/ koleżanką.
Coś poszło tu bardzo nie tak!
Ty to naiwny jednak jesteś…
Albo ja tylko taka… hm… wyspecjalizowana w czytaniu w myślach mężowskich (ku utrapieniu Pitera)
Czy ja wiem? U mnie się sprawdziło jak aspiryna. Od 2010 nie mam najmniejszych kłopotów z ewentualnymi wspólnymi zakupami. Jak po szczepionce.
Ja bym z Tobą na zakupy nie chodziła, z mężem też nie chodziłam na zakupy. Każdego z nas interesowało coś innego, więc po co się męczyć?
Ja chodzę z mężem. Bo notorycznie PINu nie pamiętam. Ale ja idę po konkretną rzecz, w konkretne miejsce, kupuję, mąż płaci i idziemy na kawę.
Mam za to dużo innych wad
Do zalet zaliczyłbym uczciwe stawianie sprawy.
Ja za wszystko płacę kartą zbliżeniową, ale jak trzeba, to PIN mam w głowie. Właściwie, to zakupy zawsze lubiłam robić sama. Nie lubię jak ktoś za mną chodzi i może jeszcze pogania.
A widzisz, w moim wypadku sensowne tłumaczenie – jak Twoje – nie pomagało. Trzeba było wdrożyć inną taktykę.
Potrzeba matką wynalazków?
Tajees!
Kochani, podły czas dla mnie. Pożegnam się już. Może jutro jakoś lepiej będzie…

Oby tak było!
Spokojnej!
Obawiam się, że nie ma uniwersalnych metod. Niemniej Sposób na panią Q. warto zapamiętać równie dobrze, jak Sposób na Alcybiadesa.
I tak się Panowie zmawiają przeciw swym biednym żonom. A gdzie reszta Pań?
Coś w tym rodzaju. I z tą myślą.
Ten sposób ma jeden minus – jest czasochłonny, więc w sytuacjach awaryjnych się nie sprawdza. Warto wszakże zainwestować trochę czasu z wyprzedzeniem.
No to ja też się pożegnam. Dobranoc
Spokojnej!
Dobranocka na razie jeszcze piętro niżej!
Dzień dobry,
Ja kupiłam łapcie i szlafrok Zienia w Biedronce, torebkę znanej marki w Lidlu, a wczoraj widziałam rękawiczki, berety, szale i bluzki G. Baczyńskiej w Rossmanie. I przy okazji można zrobić inne zakupy.
Pierwszy
dzień dobry.
Dzień dobry
A ja druga 
Reszta zawodników słabo
A tak bardziej ogólnie. Ciekawy jestem czy jest udany (uniwersalny) sposób na zakupy online. To jest dopiero wyzwanie.
Może przez Allegro? Ja jestem zadowolona z tej formy zakupów, ale ciuszka ani butów nie da się tak kupić. Trzeba przymierzyć.
No właśnie, czy da się ominąć w sensowny sposób tę niedogodność.
Bez stosownej przystawki do kompa, włączającej wirtualną rzeczywistość – chyba nie.
Teoretycznie nie jest to żadem problem. Klient się (za niewielkie pieniądze) zeskanuje w najbliższym punkcie usługowym 3D, producent dołączy cyfrowy przestrzenny obraz buta czy garsonki, i stosowne oprogramowanie odzieje wirtualnego klienta, zarówno obrazując widok ogólny jak i wskazując miejsca krytyczne, np. gdzie będzie uciskać.
Ale wróćmy do realu. Jest dla mnie pewne, że pliki od producenta będą „podrasowywały” zachwalany produkt, a z kolei klientka nie zechce szczerze odpowiedzieć na pytanie, o ile przytyła od ostatniego skanowania… I tak skrzecząca rzeczywistość kładzie w pył pomysł na fantastyczny biznes!
Pomysł rewelacyjny, pod warunkiem, że proste skanery 3D trafią pod strzechy i dana klientka będzie mogła się zeskanować na bieżąco, zamiast latania do punktu i znoszenia ironicznych spojrzeń pracowników („Co, przytyło się od ostatniego razu?!”)
.
Zauważ, Mości Tetryku, że podobnie było z kserokopiarkami, kiedyś ogromnymi machinami tylko w stosownych punktach usługowych. Obecnie większość biurowych „kombajnów” (drukarko-skanero-kopiarek) ma to w standardzie, i nie tylko w biurach, w zwykłych mieszkaniach takoż.
Wystarczy tylko wygenerować popyt – podaż się znajdzie, a cena zależy od skali produkcji. Gorzej z „czynnikiem ludzkim”, o którym wspomniałem wyżej…
Czy Towarzystwo już wstało? Zapraszam na kawę lub herbatę
Dosiadam się
Oj tak, trzeba jakoś przeżyć ten piątek. Bardzo chętnie wypiję kawę na Wyspie.
Tym bardziej, że dzisiaj będzie świeża dostawa kapsułek, bo już ciągnę na rezerwie.
Witajcie!
Dopiero trzeci? o tej porze?
Proszę pana my się już tutaj do drzemki przedobiedniej szykujemy
Dzień dobry, jak widać, ja tuż poza podium
Co do zakupów online to staram się zawsze przeprowadzić możliwie szerokie badanie (guglanie) na temat kupowanego produktu.
Jeżeli widać, że coś jest nie tak (np. w większości sklepów jest wyprzedany), staram się skontaktować przed zakupem ze sklepem, który go oferuje, i potwierdzić dostępność.
Jeżeli kupuję w danym sklepie po raz pierwszy, staram się wybrać opcję „płatność za pobraniem”, nawet jeżeli tak jest o parę złotych drożej. Wtedy to sklepowi będzie zależało, żeby jak najszybciej dostarczyć mi towar i dostać pieniądze, a ja nie ryzykuję zapłaty od razu, czyli pieniądze ani mi nie przepadną (gdyby sprzedawca okazał się nieuczciwy), ani się nie zamrożą na jakiś czas (gdybym musiał liczyć na zwrot).
Jeżeli się da, wybieram opcję „odbierz osobiście” (np. w Empiku, który mam względnie niedaleko – jest taniej bo nie liczą kosztu dostawy do drzwi).
Jeżeli sklep jest duży i znany (również mi osobiście, np. Amazon), to można zaryzykować płatność od razu – z doświadczenia wiem, że w miarę idą klientowi na rękę, informują o każdym ruchu etc.
To chyba wszystko, czym się kieruję, kupując online.
Jesteś ostrożny, ja mniej. Jednak się nigdy jeszcze nie nacięłam. W ten sposób kupiłam lodówkę, pralkę, tablet… Oczywiście wpierw sobie oglądam towar w internecie, poczytam opinie. Zawsze byłam zadowolona z usługi. Może jestem naiwna i powinnam być ostrożniejsza, ale płacę przelewem przed dostarczeniem towaru.
No wiesz, oczywiście zależy co i gdzie się kupuje. Im sklep większy i z lepszą renomą, tym bardziej uważa, żeby sobie nie strzelić w kolano nieudaną transakcją, bo niezadowolony klient potrafi narozrabiać – zwłaszcza w necie – tak, że tę renomę nadpsuje.
Generalnie problemy przy zakupach przez sieć (w „nowych”, nieznanych wcześniej sklepach) to ok.5-10% transakcji, a poważne problemy (brak zwrotu zapłaty, przeciąganie, mataczenie) to jeszcze mniej – 1-2%.
Ale masz rację, jestem ostrożny, bo nawet te 1-2% jest dostatecznie irytujące.
Będę więc też ostrożna. Ale moja wnuczka bardzo często kupuje coś przez internet i jeszcze się nie nacięła. Muszę ją zapytać, czy robi zakupy w tym samym sklepie. Dotąd się tym nie interesowałam, a często jej paczki ja odbieram gdy nikogo u niej nie ma w domu. Kurierzy już mnie znają i gdy tam nie zastaną nikogo, dzwonią do mnie. Mieszkamy przez ścianę.
Dzień dobry
GENIALNE

Gdybym 20 lat temu przeczytał w/w instrukcje, to moje życie mogło by się potoczyć zupełnie inaczej
Z wrażenia nawet kawy nie zdążyłem zaparzyć…
Może więc teraz, uświadomiony w trudnej sztuce robienia zakupów z małżonką zasiądę przy tradycyjnej filiżance?

Ja też sobie pluję w brodę, iluż (potencjalnie) konfliktowych sytuacji mogłem uniknąć. Ale to tak jest, jak w tym przysłowiu „Gdyby młodość wiedziała! Gdyby starość mogła!” Oczywiście bez przesady z tą starością
Nie jesteś wyjątkiem , który pluje sobie w brodę . Nie wszystkiego uczą na Uniwersytetach . Czasami dobrą szkoła jest samo życie , ale tu potrzebny jest czas , którego często już na naukę nie staje ….. Kiedyś , podczas badań medycznych pewnej damy , stwierdzono w jej organizmie tyle arszenika , że można było by nim utłuc całe miasto . Po żmudnym śledztwie , okazało się , że sprawcą był małżonek tej damy . Po którejś z kolei kłótni małżeńskiej postanowił pozbyć się partnerki i korzystając z jej słabości do nadziewanych cukierków raczków , faszerował je trucizną . Robił to jednak po amatorsku i miast rozwiązać problem , to uodpornił swoją małżonkę na truciznę do tego stopnia , że najtęższe medyczne umysły nie mogły w to uwierzyć Z tego przypadku można wyciągnąć wniosek , że z kobietami nie ma żartów , trzeba wiedzieć , czego one
potrzebują 
Mesdames et Monsieurs, dziewiąta minęła – umykam wdzięcznym pląsem do pracki.
He he he;)
Fajne, a najważniejsze, ze na Szanownych Małżonków Q działa;)
Czy u nas by zadziałało chyba raczej nie, bo oboje tak samo nie lubimy robić zakupów, zwłaszcza ubraniowych, no dobra przyznaję pewnie gdybym znów mówiła rozmiar 38 to może polubiłabym przebieranki, ale wtedy też we wszystkim czułabym się pewnie dobrze i brałabym to co mi się podoba i już, no ale póki co to rozmiaru 38 mam za dużo o jakieś ohohoho kg…albo i więcej. Obczaiłam za to zakupy przez internet i już chyba drugi rok prawie wszystko tam kupuję, jak nie pasuje to odsyłam. I bez godzinnego przymierzania w galeriach, przed odpowiedniego odcienia lustrami i przy odpowiedniej temperatury oświetleniu;)
Ale za to nie ma o czym opowiadać;-(
No zawsze się może trafić niespodzianka i wtedy będzie o czym opowiadać.
Ja np. kiedyś zamówiłem używanego laptopa od prywatnego sprzedawcy na allegro. Stosunkowo tani był. Przesyłka długo nie przychodziła. Monitowałem sprzedawcę w końcu przysłał paczkę, a w paczce… pudełko z filmu pt. „Marzenia się spełniają”. Dowcipny był. Poszedłem na policję. Miałem wszystkie papiery – potwierdzenia przelewów, powierdzenia transakcji, etc. Policja wszczęła śledztwo, trochę to trwało ale po jakimś czasie allegro mi zwróciło pieniądze. I to Allegro się sądziło potem z nieuczciwym sprzedawcą. Żeby było śmieszniej to tego kompa wystawiła dziewczyna grzecznościowo dla swojego chłopaka. Chłopak dał dyla do Anglii.
Dzień dobry. Przyłączam się do kawy. Jeśli chodzi o zakupy to w zasadzie absolutnie mnie to nie kręci. Może dlatego, że nie posiadam Pana z właściwą kartą
A poważnie- w Roermond jest podobno największy outlet w Europie. Przejście i obejrzenie tego co oferuje jest niezwykle męczące i dla ew.męźöw jak zasobów..Jak wydobrzeje to zrobię Wam reportaż…
Wracaj prędko do zdrowia, Rena
To dobrzej prędko, Reno
Dwa dni łaziliśmy z nimi po różnych sklepach… ona przymierzała i przymierzała. Chciała kupić dwie kreacje. Tak w razie czego. Gdyby się na ten przykład jedna zabrudziła, to miałaby awaryjnie drugą. Nawet mój małżonek miał dość, a co dopiero mówić o mnie
Byłam wykończona tymi zakupami… W końcu znajoma znalazła co chciała i koszmar się skończył. Od lat mają swój samochód i już nie musimy ich nigdzie wozić i całe szczęście
Takich zakupów bym nie wytrzymała na dłuższą metę 
Tu gdzie mieszkam też są ogromne molle. Przejście takiego zajmuje bardzo dużo czasu. Chyba że zajdzie się tylko tam, gdzie ma się potrzebę, bo obejście wszystkich w jeden dzień (czyli od 8 rano, gdy otwierają do 22 gdy zamykają) jest absolutnie niemożliwe.
Wiem coś o tym, bo wiele lat temu syn naszych znajomych się żenił. Oni akurat nie mieli samochodu i poprosili nas o pomoc. Nasza znajoma chciała kupić sobie kieckę na wesele. Szok ze stresem
Dzień dobry

Małżonka łażenie po sklepach relaksuje, ale całe szczęście nie zmusza mnie do tego typu relaksu
Kupujemy co mamy kupić, potem wracamy do domu. Jak małżonek ma potrzebę, to jedzie sam z powrotem i taka wersja mi najbardziej odpowiada 
Bo wiem, że do mojej zaokrąglonej sylwetki nie wszystko pasuje.
Mąż przynajmniej szczerze powie co myśli, a za szczerość człowiek nie powinien się obrażać… 
Poradnik na pewno świetny i na pewno działa, ale na pewno nie u nas
Nie znoszę zakupów. Męczą mnie niesamowicie i po odwiedzeniu trzech sklepów padam na dziób
A jak czasami muszę sobie kupić jakiś ciuch, to mąż jest najlepszym doradcą. I nie razi mnie, gdy usłyszę, że w tym wyglądam tragicznie
Panowie zbyt tu uogólniają zachowania i zamiłowania kobiet. Ja też nie pasuję do ich problemów.
A takich jak my, jest więcej.
I chwała Bogu. To znaczy, że istnieją również kobiety, których nie trzeba nakłaniać do rozsądnych rozwiązań podstępem.
Życie mnie nauczyło…
Na pewno masz rację, Bożenko. Większość moich znajomych pań nie znosi zakupów tak jak ja
Także sama nie wiem, czy to tylko męskie wydumki, czy faktycznie większość pań jednak tych zakupów nie lubi
Oczywiście musimy na nie chodzić, bo jeść coś trzeba, a i umyć się czymś też dobrze by było. Za stodołę nikt już nie chodzi, także i takie coś jak papier jest w domu potrzebne… Tych różnych rzeczy koniecznych w domu jest cała masa. To jak tu się nie wybrać na zakupy? Zawsze coś się kończy i trzeba dokupić. 
Coś mi zjada komentarze, już drugi. Albo ktoś, bo był głodny…
Proponuję Paniom zajrzeć do Rossmana, tam kolekcja G. Baczyńskiej (od bluzek po rękawiczki), wcześniej M. Zień królował w Biedronce, a torebki znanych firm były w Lidlu. O połowę tańsze i bez godzinnych wizyt w galeriach. A wtedy zostanie czas na spacer po parku.
Może kiedyś tam zajrzę, na razie się nie wybieram. Torebki nie kupię, bo mam ich pół szafy. Do spaceru po parku pogoda nie zachęca, bo chociaż ciepło, ale mokro…
Ja na pewno się nie wybiorę
Raz, że miałabym za daleko, a po drugie, torebka to jest chyba ostatnia rzecz, którą chciałabym kupić. Mam ich chyba ze trzydzieści, a i tak żadnej nie noszę. Leżą sobie poskładane w piwnicy… i tylko miejsce zajmują. Najchętniej bym je gdzieś wywaliła, ale na śmieci szkoda, bo niektóre tylko raz użyte na jakieś wesele czy inną ważną imprezę. Tak na codzień (i od święta również) noszę ze sobą futerał z aparatem. Jest tam również miejsce na portfel i moją maść, bo futerał jest większy niż aparat. I to mi wystarczy. Mam tam wszystko czego potrzebuję 
Twój komentarz z północy trafił (nie wiem czemu) do spamu, ale już jest widoczny. Podobnie jak komentarz po skansenie.
Jeśli komuś się coś takiego przydarzy, proszę dawać znać – do spamu z automatu trafia ponad 5000 komentarzy-ofert i nie jestem w stanie sprawdzać, czy ktoś się tam nie zaplątał za niewinność 😉
Dziękuję, będę interweniować, ponieważ frustruje powtórne pisanie, w tym czasie można się napić kawy lub herbaty.
Gdybyż tylko to działało te sześć lat temu z okładem i w moim przypadku!
Fajrant na dzisiaj i chwila przerwy, bo znów było sporo rzeczy pozapracowych. Np. wyprawić Najjuniora, który razem z Juniorem jedzie do dziadków do Kielc, co wiązało się z pewną operacją logistyczną.
No cóż… nie wypada mi się na własne powoływać badania i opracowania w tem względzie poczynione, zatem się ograniczę jedynie do stwierdzenia żeście Państwo dopiero na początku tej wielkiej drogi, ale winszuję już trafnych niektórych rozwiązań…:)
Kłaniam nisko:)
Ależ Mości Wachmistrzu! Nie przesadnąż jest skromność Waszmości? Żeby choć parę linków… Pokornie suplikujem!
Dziękuję za powinszowania, Mości Wachmistrzu. Po to wszakże jest Wyspa, żeby się rozwiązaniami dzielić. Swoje doświadczenia opisał Zoe, ja własne odświeżyłem, może faktycznie Waszeć linka podasz, żebyśmy wszyscy mądrzejsi z tutejszych i nietutejszych plaż wrócili?
No cóż… skoro Waszmościowie nalegacie…:)
część najpierwsza http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/www.kneziowisko.pl/operacja-market-poradnik-dla-mezow-jak-przezyc-owe-termina-srogie/
wtóra: http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/pogderankiwachmistrzowe.blogspot.com/2015/12/operacja-butik-czyli-poradnika-dla.html
zasię trzecia: https:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/pogderankiwachmistrzowe.blogspot.com/2015/12/operacja-butik-czyli-poradnika-dla_17.html
tudzież lekką ręką dorzucony bonusik:
http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/wachmistrz.blog.onet.pl/2011/08/29/o-pozbywaniu-sie-natretow-sklepowych/
Zamęczyłem wystarczająco?:) Kłaniam nisko:)
Coś się stało, że nasz Wachmistrz „wisiał” w niezatwierdzonych. Dopiero gdy to zauważyłam, uwolniłam Go z ukrycia.
Pomimo, że tekst jest przeznaczony dla mężów 🙂
Witaj nam Wachmistrzu!
Dobranoc
Aaa, kotki dwa…
Spokojnej!
Dobranocka tutaj.
Dzisiaj tak, z jednej strony będzie to KOLEJNY wieczór z Johnem Lee Hookerem i Carlosem Santaną. Nie oznacza to, że ich nadużywam, bo ten utwór nie pojawia się na dobranoc chyba częściej niż raz na kwartał… ale dzisiaj będzie – „The Healer”. „Uzdrowiciel”. A będzie, bo jest potrzebny, zwłaszcza nieobecnym.
Snów przywracających do zdrowia. Dowolnym sposobem.
Uzdrowiciel potrzebny od zaraz! Wielu z nas indywidualnie, a i wielkim grupom, jak naród czy wręcz ludzkość… ale niestety najczęściej odpowiedzią na ten popyt są zwykli szarlatani, tym pewniej, im większej społeczności uzdrawianie ma dotyczyć.

Zatem pozwolę sobie na odrobinkę lokalnej szarlatanerii: zapalę lampkę 😉
Zmęczenie mnie dopada. Chyba nawet nie zgaszę tej lampki. Słabnę z minuty na minutę. Dobranoc.
No! Chyba i do nas w końcu zawitała jesień. Wieje dziś niesamowicie. I nawet popadało i pogrzmiało. Zaczyna chłodnieć i chyba aż do wiosny skończyły się temperatury w granicach 20C

Może już jutro w nocy będą przymrozki. Z jednej strony to dobrze, ale dziś było prawie 20C i takie szybkie zmiany pogody nie działają na mnie za dobrze… czuję się taka zmęczona
Siedzę w domu i słyszę jak wiatr tacza coś tam po podwórku…
Na nikogo nagłe zmiany dobrze nie działają. Tutaj są ostatnio skoki ciśnienia i wielu to odczuwa negatywnie
Dzień dobry i… do niedzieli.
Wybywamy na weekend.
Dzień dobry
Dużo przyjemności życzę 
Witajcie!
Miłego wypoczynku dla weekendujących!
Uroczy poradnik. Niemniej trzeba być bardzo ostrożnym w implementacji. Zatarg z kobietą grozi bolesnymi konsekwencjami.
Uśmiechy dla Autora i Wyspiarskiej Rodziny
Uśmiechy z przyjemnością odwzajemniamy!

Dzień dobry! Dlatego metoda jest obwarowana zastrzeżeniami i dodatkowymi warunkami.
Weekend nie weekend kawa w południe być musi. Pozdrowienia dla wszystkich, którzy znajdą chwilę wytchnienia i również przysiądą się na kawę o tej czy innej porze.
Z przyjemnością. Andrucika?
Andrusika. Artura.
Służę uprzejmie!
Smętny jakiś ten dzień, nic mi się nie chce, głowa mnie boli. Dobrze, że Andrus nas rozwesela… Andrus jest dobry na wszystko
Dzień dobry

Wiem tylko, że po wymianie komp ma chodzić lepiej i szybciej. Ma też mieć większą pamięć. Zobaczymy 

A my się szykujemy na cotygodniowe zakupy
Potem raczej mnie nie będzie. Małżonek kupił jakieś nowe twarde dyski i będą je wymieniać w moim komputerze. Coś tam muszą zgrać, czy przegrać, żeby zamontować… niby tłumaczyli, ale ja się na tym znam jak świnia na akrobacji
Miłego dnia Wyspiarze
Nie widzę większych problemów w chodzeniu na zakupy z własną małżonką, ale pójście w takim samym celu z nastoletnią córką, to jest dopiero wyczyn!!!

To nie wyczyn. To zesłanie
Kneziu,
mnie się wydawało, że zakupy z chłopcami będą krótsze i tańsze. Nic bardziej mylnego, nie dość że godzinami, to z reguły markowe odwiedzają
(bo podobno nie chcą rodzicom głowy zawracać takimi drobiazgami jak kupowanie w Futurze).Poczekaj, jak Twoje Wnuki dorosną, to dopiero będzie wyzwanie.
Niech drudzy dziadkowie chodzą, Kneź jest do czego innego!
Poślesz Dreptaka?
Na TVP Historia za moment „Mistrz i Małgorzata” 🙂
Oglądałam Holoubka, Kowalskiego, Zapasiewicza, Benoit, Bończaka, Kociniaka, czyli mistrzów.
Ciekawe, czy mieszkańcy tego miasta zmienili się wewnętrznie po tych wydarzeniach, nurtuje następne pokolenie.
Obawiam się, że nie odbiło się ono aż tak wielkim echem wśród mieszkańców wielkiej Moskwy, którzy – nieliczni! – poznawali je dopiero wiele lat później z kart książki…
Dobranoc
Dobrych snów! Bez kotów-Behemotów! 😉
Z braku nadziei na dobranockę serwowaną przez Quacka proponuję aż 12 młodych Chinek, wyszukanych gdzieś w Azji przez Knezia. Muzyka łagodna, harmonijna, i wcale nam nie przeszkadza, że one są już sporo starsze! 😉
Rewelacja,
przy okazji odświeżyłem swoją znajomość chińskiego (przeczytałem samodzielnie, że gra 12 dziewczyn) 
Rany, czy Gdańsk to zagłębie znających chiński?
Dobranoc.
Zapalę lampkę – choć zastanawiam się, czy Zoe nie powinien przejąć tej funkcji…

Dzień dobry
To znów niedziela 
Niestety pogubiłem się w liczeniu, który to w kolejności komentarz na Wyspie. Załóżmy zatem, że dziewiąty co i tak różnicy nie czyni. Tym bardziej, że temat zakupów dokonywanych przez płeć piękną wydaje się na tyle wyeksploatowany, że dodanie czegokolwiek odkrywczego na ten temat graniczy z cudem. Jeszcze trudniej byłoby wskazać blog, czy też czat, bo tak postrzegam Wyspę, gdzie wspomniany temat nie byłby obecny. I to właśnie zastanawia, chociaż niekoniecznie co do powszechności występowania samego fenomenu, a bardziej w kontekście powodów opisywania tegoż. Gdyby bowiem założyć, że te wszystkie baby to kompletne kretynki, powstaje problem związany z celem w jakim związaliśmy się z kimś takim. A zatem satyra ma tu ostrze obosieczne 🙂
Kłaniam zebranym z zaścianka Loch Ness
Sokole, z twojego założenia można jeszcze wysnuć powód do dumy z tego, że nasze żony i znajome jednak nieco powyżej tego poziomu wystają!
Trafnie rzecz ująłeś ale abyś nie popadł nazbyt w dumę dodam, że dojście do takiego wniosku nie było aż tak bardzo skomplikowane, skoro rzecz jest powszechnie znana, oczywista i niepodważalna. I tego się trzymajmy 🙂
Kłaniam z zaścianka
Witajcie!
Pogoda napełnia nieuzasadnionym optymizmem. Dobry i taki!
Weekendowe słoneczko. Witam niedzielne.
Jak można do tej pory spać, gdy słoneczko w okna zagląda?! Ja już przy kawie…
A kto śpi? Ja już byłem wspierać dzieci i rodziców przeciwko deformie edukacji…
Aaaa, to szacun
Dzień dobry! Bezpiecznie pojechaliśmy, bezpiecznie wróciliśmy. W najbliższym tygodniu raczej bez dalszych wycieczek.
Bardzo dziękuję Imć Tetrykowi za zastępstwo dobranockowe, zaiste warte zamieszczenia na Wyspie.
Dzień dobry
Podłączyli jakieś dwa pudełeczka… na jednym pisze „1.0TB” i jak mi syn wyjaśnił, dzięki temu mam więcej miejsca na swoje foldery. Próbowali mi wytłumaczyć co robią, ale i tak nie jestem w stanie powtórzyć
Czyli od razu widać na ile zrozumiałam.
Widzę jednak różnicę, bo i komp szybciej chodzi i nic mi się w nim nie miele, czyli pracuje cichutko 
Komputer mam już unowocześniony, chociaż i tak nie do końca wiem co chłopcy w nim zrobili.
1 TB to 1 terabajt, duży dysk. Teoretycznie 1000 gigabajtów, ale może być i 1024 (potęga 2). Fajnie. Ale żeby szybciej chodził, to raczej trzeba RAMu dodać (pamięci). Może to też, w końcu sama piszesz, że niejedno pudełeczko leży.
Przepisałam te cyferki z większego pudełka (i to te największe literki), na tym mniejszym też coś pisze… Syn jest po informatyce, a mąż informatyk – amator, więc obydwaj się znają i wiedzą co i jak. W zasadzie tylko laptopy są u nas kupione w całości (a i tak syn jednego przerobił na swoją modłę), a resztę kompów zbudowali sami. Mąż mi mówił, że to jest proste, jak układanka z klocków LEGO. Tylko potem coś tam trzeba zrobić, żeby te części współdziałały ze sobą. Nawet nie próbuję zrozumieć ani zapamiętać. Mam dwóch w domu, którzy wiedzą i wystarczy

Czasem trzeba kupić odpowiednie części, żeby ze sobą działały – nie zawsze da się coś w tym celu zrobić (np. układy scalone z pamięcią są wysoko- i niskonapięciowe).
Ale jak obaj informatycy, każdy po swojemu, to na pewno wiedzą, co robią.
Na pewno wiedzą dużo więcej niż ja
I wiedzą też, co do tych kompów wkładali i jeśli jest potrzeba wymiany, to doskonale wiedzą co dokupić. Ze mną nie da się długo pogadać na te tematy, bo nie mam o tym zielonego pojęcia

Nie czuję też potrzeby, żeby się nauczyć, skoro oni obydwaj wiedzą i zawsze są pod ręką…
Mieliśmy jechać na wycieczkę, ale nie wiem co z tego będzie, bo jakoś się chmurzy
Przy takiej pogodzie, to nawet żebyśmy najrzadszy okaz ptaka spotkali, to i tak zdjęcia będą do kitu… to po co jechać? Tylko żeby się wnerwić? 
Małżonek sam pojechał do parku, ale on tam dość często jeździ. Wywiózł już chyba ze 40 wiewiórek i ciągle je łapie
Nie łażą po domu i nie zaglądają nam w okna. Nie włażą też na karmniki dla ptaków, a jedynie wyjadają ziarenka z ziemi…
Ale faktycznie, na naszym podwórku jest ich dużo mniej, a te nowe, które tu przyłażą nie czują się pewnie na nie swoim terenie i nie są aż tak bezczelne
Aha, czyli odławiacie i wywozicie? Z punktu widzenia ekologii chwalebne, tylko na ile skuteczne?
Nowe wiewiórki przyzwyczają się i będą jak tamte. Jeśli u Ciebie nie brakuje im pożywienia, to zostaną do następnych odłowów.
Pułapka stoi cały czas, więc są odławiane na bieżąco
Nawet nie zdążą się zadomowić i już lądują w parku 

I tak będzie aż do wiosny. Potem mają młode i nie pozwalam małżonkowi ich łapać. Jeśli złapie się matka, która ma w gnieździe małe, to maluchy umrą z głodu. Na to nie mogę pozwolić. To zbyt okrutne…
To po złapaniu odpytać na okoliczność posiadania młodych i puścić wolno, jeżeli to matka była.
Mąż był gotów je truć, tak ma ich serdecznie dość, ale kategorycznie zabroniłam.
One też mają prawo do życia, chociaż ich nie znoszę. Nie wiem czy to chwalebne, bo zmniejszając populację na jakimś terenie, zagęszcza się ją gdzie indziej
Skuteczne jest o tyle, że jest ich dużo mniej. A jednocześnie jest to „neverending story”, bo w miejsce tych wyłapanych przychodzą nowe. I mówiąc krótko, mąż ma zajęcie do końca życia

No więc teoretycznie są jeszcze inne sposoby – repelenty zapachowe albo urządzenia emitujące ultradźwięki, tylko że z ich skuteczności to najbardziej zadowoleni są producenci – nie znam ani jednej osoby, która by miała i sobie chwaliła.
Poza tym zapachowe szybko się zmywają (np. na deszczu), a ultradźwiękowe mogą odstraszać równie dobrze i ptaki, co by było wylewaniem dziecka z kąpielą.
Stosowaliśmy już różne metody. Pryskanie różnymi świństwami daje efekt, ale krótkotrwały i to też od wiosny do wczesnej jesieni. Później jakoś przestają się tego zapachu bać. Może to głód, czy chęć zgromadzenia odpowiednich zapasów na zimę? Nie wiem…
Kiedyś, gdy pojawiały się w naszym domu myszy, kupiliśmy taki, bo nie chciałam ich zabijać. Mało mnie coś nie trafiło, gdy zobaczyłam w kuchni myszkę siedzącą może metr od odstraszacza. Jakoś się nie bała… 
Niby teraz pojawiły się inne. Nowe i ulepszone… ale mając poprzednie doświadczenia, nie chcemy wywalać kasy bez potrzeby. Tych podwórkowych, to nie tylko wiewiórki się nie bały, ale i ptaki nic sobie z tego nie robiły. A darło się nam za oknem niemal bez przerwy
I to na różne tony i głosy. Jednym z nich był krzyk jastrzębia, co rozpoznałam bez trudu
Co do pozostałych głosów, mam wątpliwości 
A te dźwiękowe, czy ultradźwiękowe… mam do nich wybitną awersję
Małżonek kupił też takie odstraszacze do ogródka, tylko trochę inne niż te domowe. Działało tak samo jak te w domu, czyli wcale
Też miałem taki odstraszacz dźwiękowy – i też nie działał. Dlatego następny kupię dopiero od producenta, który będzie za darmo wypożyczał na okres próbny i pozwalał przetestować realne możliwości.
Znajdziesz takiego producenta?
Pewnie nie 🙂 ale to by był dla mnie dowód skuteczności sprzętu i, że tak powiem, przekonania producenta o skuteczności własnego produktu.
Masz rację. Jakby można było coś takiego „wypożyczyć” na spróbowanie, to może bym się pokusiła. Ale wywalanie kasy na kolejne niedziałające badziewie jest bez sensu. Co prawda mogłam to odnieść do sklepu z powrotem i na pewno by przyjęli, ale nie miałam paragonu, to mogły być z tym kłopoty. To co mieliśmy, poszło na śmietnik
Dobranocka
Dzisiaj będzie po polsku i po cichu. Czyli Grzegorz Turnau i „Cichosza”. Popatrzyłem na datę teledysku (1993) i lekko mnie zatkało. Ależ ten czas leci! A muzyka się broni.
Snów z tamtych lat.
No to cichosza, idę sobie do łżeczka

Spokojnej!
Dobrych, spokojnych snów!

Dzisiaj nie będę gasił żadnej lampki. Niech wam świeci po oczach. Jutro jest poniedziałek i nie tylko ja będę niewyspany:-)
Dobranoc.
A ja wstawiam na rano rzecz, którą niedawno sobie odświeżyłem. Hm… ci co za Wielką wodą, mogą jeszcze przed rankiem posłuchać!
Ja uwielbiam Peta Seegera!!!
Dobry wieczór!!!

O tej porze, Kneziu, to chyba już dzień dobry

Dzień dobry
No to trzeba było ten zadek ratować…
Nie dało się tego wytrzepać…
Zadek już go nie boli, wiatr wywiał zły humor…

Po południu wybraliśmy się na wycieczkę. Wysłoneczniło się i można było ruszyć, tym bardziej, że małżonek zaczął jęczeć, że od siedzenia w domu zadek go boli
Daleko nie pojechaliśmy, bo tylko do Busse Wood. Na parkingu, na którym się zatrzymałam, pasło się stado gęsi kanadyjskich (tak na oko ok. setki). Obejrzeliśmy też most dla pieszych i rowerzystów skończony w ubiegłym roku. Jeszcze go nie przechodziliśmy. Było już późnowato, ale przeszliśmy. Daleko ponad trzcinami przeleciała czapla modra, za nią druga i trzecia… Małżonek zboczył z asfaltowej ścieżki i poszedł w gąszcz. Rad niewola poszłam za nim. Chciał zobaczyć czy da się przejść przez trzciny na brzeg jeziora i obcykać czaple z bliska. Nie dało się. Wróciliśmy na asfaltówkę oblepieni puchem z pałek wodnych i różnego rodzaju rzepami
Na drzewie zobaczyliśmy dzięcioła kosmatego – samczyka. A w krzakach przydrożnych buszowały czyże złotawe. W sumie nic nadzwyczajnego. Same popularne i często spotykane ptaszki. Wróciliśmy na parking i do domu.
Wycieczka bliska i krótka… ale najważniejsze, że małżonek się przewietrzył i od razu innego humoru nabrał
Dzień dobry
I znów poniedziałek! 
Dzień dobry. Mrugniemy parę razy oczami i będzie piątek
A potem jeszcze trochę i będzie grudzień. Byle do wiosny
Właśnie w tym momencie kolega w pracy powiedział tak: „czytaliście tutaj jakie straszne rzeczy czekają nas w grudniu?” „jakie?” – pytam, „zima wróci”
Trudno, trzeba to przeżyć
Witajcie!
Cieszmy się złotawą jesienią!
Dzień dobry. Od rana jasno, w każdym razie za oknem, bo pod czaszką to jeszcze trochę zaćmiewa. I tu paradoks – na rozjaśnienie trzeba wypić czarną kawę (przynajmniej ja pijam czarną). Herbatę też czarną?
Mnie ostatnio smakuje mieszanka herbaty czarnej z zieloną. A kawę pijam białą.
To dopiero Ci się musi rozjaśniać.
Ale jeżeli paradoks, to może raczej – zaciemnia?
Mieszanka herbaty czarnej z zieloną? O tym nie pomyślałam… A kawę też pijam białą, niesłodzoną.
Dzień dobry, zasiadłem przy kawie
i nadrabiam zaległości z weekendu
A czas sobie mija banalnym tik-tak, i jest już po dziewiątej. To ja zmykam do popołudnia.
Dzień dobry;-)
Kawy kawyyyyy…
Jeszcze nie piłaś? Już zaparzam…
do 10 byłam już przy trzeciej, ale nie działała.
I dalej nie działa tak na marginesie, jakieś szajskie kawy teraz robią.
Ale dziękuję bardzo;-)
W dobrym towarzystwie to zawsze przyjemniej:(
Dziś podobno doszła do nas burza słoneczna – może to różnie na nas wpływać, może osłabia zbawczy efekt kawy?
Dzięki, Gimi!
To może i na mój komputer zadziałało, bo mi się zaciął i nie chciał ruszyć. Dopiero jak wyciągnęłam baterię i na nowo załączyłam, wrócił do formy.
Metallica wydała nową płytę. Zadzwoniłem do nich aby z tej okazji zrobili coś dla naszej wyspy:-)

Ty to masz chody!
Cudne, ale czy na Wyspę nie za ostre?
(BTW pozwoliłem sobie trochę zwęzić w pasie)
Zapraszam piętro wyżej
Dobranocka jeszcze tutaj.
Dzisiaj mam ochotę uraczyć Wyspę klimatami celtyckimi, ale w nowoczesnym sosie. Mój ulubiony bretoński zespół „Stone Age” (znany również jako „Stone Edge”, dla odróżnienia od zupełnie innej kapeli „Queens of the Stone Age”) w koncertowym wykonaniu tytułowego utworu z płyty „Promessa”. Konfrontacja syntezatora z niebiańskimi chórkami jest co najmniej ciekawa.
Snów z dalekich krajów!
Po tak pięknej obietnicy niech lampka obieca nam spokojną noc…
