« Czas ołowiu... Modlitwa »

Savoir vivre na wysokościach

Poniższy fragment pochodzi z memuarów majora Briana Shula, służącego w Siłach Powietrznych USA, obecnie emerytowanego. Shul latał w Wietnamie, został zestrzelony za linią wroga i ewakuowany przez siły specjalne. Przeżył ciężkie poparzenia i – mimo że lekarze zapewniali go, iż nigdy już nie będzie latał – wrócił za stery samolotów. I to jakich! Zgłosił się na ochotnika do pilotowania najszybszego i najwyżej latającego odrzutowca na świecie, zwiadowczego SR-71 Blackbird (osiągającego nawet 3,5 Macha, czyli trzyipółkrotną prędkość dźwięku) i został zakwalifikowany. Przeszedł w stan spoczynku w 1990 roku, a kilka lat później zaczął publikować wspomnienia. Książka, której fragment przeczytacie, nosi tytuł Sled Driver: Flying The World’s Fastest Jet, czyli w wolnym tłumaczeniu Saneczkarz: latałem najszybszym odrzutowcem na świecie. Ponieważ przezwisko „Sanie” pojawia się również w tekście poniżej – słówko wyjaśnienia: samolot porównywano do sań, ale nie takich zwykłych, tylko rakietowych, na których testowano zachowanie przeróżnych mechanizmów (i ludzi) przy dużych prędkościach. Sanie te są najszybszym lądowym pojazdem stworzonym przez człowieka (8,5 Macha, co prawda osiągnięte w wersji bezzałogowej).

Zdjęcie: SR-71 Blackbird w Air & Space Museum pod Waszyngtonem, 2007 (zdjęcie ze zbiorów własnych, więc na pierwszym planie cokolwiek prześwietlony Junior)

A teraz już do rzeczy: major Shul kończy szkolenie na samolocie takim jak powyżej na zdjęciu i wtedy…

Wielu rzeczy nie dało się zrobić podczas lotu naszym SR-71, ale jedną – na pewno: rozwijaliśmy największą prędkość na świecie – i uwielbialiśmy przypominać o tym wszystkim innym lotnikom. Często pytano nas, czy właśnie ze względu na to latanie Blackbirdem było takim zabawnym przeżyciem. „Zabawnym”? Nie, nie użyłbym tego słowa. Może raczej „głębokim”, czy nawet „dogłębnym”. Pamiętam jednak taki dzień w naszych Saniach, kiedy mogliśmy z czystym sumieniem przyznać, że być najszybszym to świetna zabawa – przynajmniej przez chwilę. Zdarzyło się to, gdy wykonywaliśmy razem z Waltem nasz ostatni lot treningowy. Do ukończenia szkolenia i osiągnięcia statusu „gotowi do misji” potrzebowaliśmy stu godzin wylatanych tym samolotem. Zaliczyliśmy setną godzinę gdzieś nad Kolorado, skręciliśmy nad Arizoną i lecieliśmy dalej na zachód. SR-71 spisywał się znakomicie. Siedziałem z przodu, na fotelu pilota. Obaj byliśmy w świetnych humorach, nie tylko dlatego, że po zakończeniu treningów czekały nas prawdziwe misje, ale także w związku z tym, że po dziesięciu miesiącach czuliśmy się za sterami pewnie.
Pruliśmy 24 kilometry ponad pustynią. Znad granicy Arizony widziałem już kalifornijskie wybrzeże Pacyfiku. Po wielu upokarzających miesiącach nauki i ćwiczeń na symulatorach siedziałem wreszcie na miejscu pilota. Żałowałem trochę Waltera, który leciał z tyłu i nie miał takiego widoku jak ja, zajmował się natomiast nasłuchem czterech różnych stacji radiowych naraz. Dla operatora było to świetne ćwiczenie przed poważną misją, kiedy jeden komunikat z dowództwa mógł przesądzić o jej powodzeniu lub fiasku. Trudno mi było trudno zrezygnować z kontroli nad radiem, ponieważ przez całą moją lotniczą karierę robiłem to samodzielnie, w tym samolocie jednak obowiązki podzielono właśnie w ten sposób. Przystosowałem się do tej sytuacji, mimo to nalegałem, by rozmawiać z kontrolerami przez radio, dopóki byliśmy na ziemi. Walt doskonale robił swoje, ale nie potrafił mi dorównać, jeśli chodziło o tembr głosu podczas rozmów przez radio. Wypraktykowałem tę umiejętność podczas wielu lat lotów myśliwcami. W kabinie takiego odrzutowca najdrobniejszy błąd podczas transmisji mógł poskutkować uziemieniem. Walt rozumiał to doskonale, więc dopuszczał mnie do mikrofonu chociaż przed startem.

Tym razem, w powietrzu, włączyłem nasłuch radia, żeby mieć pojęcie, z czym musi sobie radzić mój partner. W eterze było słychać głównie kontrolę powietrzną Los Angeles, daleko pod nami, zarządzającą ruchem w swoim sektorze. Mieli nas w zasięgu radaru (przez chwilę), lecz lecieliśmy ponad podlegającym im obszarem i normalnie nie łączylibyśmy się z nimi, chyba że plan naszego lotu zakładałby obniżenie pułapu.

Słuchałem więc, jak samotny pilot Cessny drżącym głosem prosi kontrolę o podanie mu jego prędkości względem ziemi. Kontroler odpowiedział: – November Charlie 175, widzę tu 166 kilometrów na godzinę.

Musicie wiedzieć, że faceci pracujący w centrum kontroli przestrzeni powietrznej to profesjonaliści w każdym calu. Nieważne, czy rozmawiają z nowicjuszem w Cessnie, czy też z pilotem prezydenckiego Air Force One, zawsze używają spokojnego, niskiego tonu, dzięki któremu każdy czuje się jednakowo ważny. Nazywałem go zawsze „głosem z kontroli w Houston”, bo po latach oglądania filmów dokumentalnych o lotach kosmicznych, w których zawsze występowali kontrolerzy mówiący spokojnie i wyraźnie, miałem wrażenie, że wszyscy pracujący w centrach kontroli przestrzeni powietrznej chcą ich naśladować – i większości się to udaje. Nie miało więc znaczenia, nad którą częścią Stanów leciałem: zawsze wydawało mi się, że rozmawiam z tym samym facetem. Piloci natomiast zawsze starali się naśladować przez radio głos Chucka Yeagera [słynny oblatywacz i pilot, również rakietoplanów – przyp. tłum.], a przynajmniej Johna Wayne’a, tak jakby nade wszystko chcieli wypaść na wyluzowanych zawodowców.

Chwilę po prośbie pilota Cessny zgłosił się na tej samej częstotliwości facet lecący maszyną Twin Beechcraft i tonem pełnym wyższości zapytał o swoją prędkość. Kontroler podał mu ją z nienaganną uprzejmością: – 230 km/h.

„O rany,” pomyślałem. „Gość z Beechcrafta musiał sobie pomyśleć, że zrobi wrażenie na kolesiu z Cessny”. Wtedy, jak diabeł z pudełka, wyskoczył pilot myśliwca Marynarki Wojennej F-18 Hornet, z bazy Leemore. Od pierwszego słowa dało się poznać, że to żartowniś z Marynarki, bo przez radio wydawał się tak bardzo wyluzowany: – Kontrola, Dusty 52, sprawdzam prędkość.

Zanim kontrola odpowiedziała, zdążyłem pomyśleć ze zdziwieniem, że Dusty 52 musi mieć w swoim kokpicie za milion dolców precyzyjny wskaźnik prędkości, więc po co pyta wieżę o odczyt? Szybko się jednak domyśliłem: oczywiście stary Dusty chciał udowodnić wszystkim w powietrzu między górą Mount Whitney a pustynią Mojave, że jest dzisiaj najszybszym facetem w okolicy, i pokazać, jaką ma kupę radochy z lotu swoim nowym Hornetem. Natychmiast nadeszła odpowiedź, zawsze taka sama, spokojna, wyraźna, nie okazująca emocji: – Dusty 52, tu kontrola, lecisz 1150 km/h.

Pomyślałem sobie: „No nieźle, to teraz chyba kolej na nas?” i instynktownie sięgnąłem do przełącznika mikrofonu. Przypomniałem sobie jednak, że dzisiaj za komunikację radiową odpowiada Walt. Jeżeli mieliśmy to zrobić, musieliśmy się więc pośpieszyć – za parę minut wyjdziemy z obszaru Los Angeles i stracimy tę niepowtarzalną okazję. Ten z Horneta musi dostać boleśnie po nosie, i to natychmiast. Pomyślałem sobie o wszystkich tych godzinach spędzonych na symulatorze i o tym, jak ważne było działanie zespołowe. Jeżeli teraz przejmę mikrofon i odezwę się do kontrolera, zniszczę wszystko to, nad czym tak ciężko pracowaliśmy. Czułem się wewnętrznie rozdarty. Gdzieś pod nami, dwadzieścia kilometrów nad Arizoną, pilot myśliwca rozkoszował się swoją prędkością, czując się niczym pan i władca świata. I wtedy usłyszałem z tyłu pstryknięcie przełącznika mikrofonu. W tej chwili zrozumiałem, że Walt i ja staliśmy się pełnoprawną załogą. Waler przemówił, bardzo profesjonalnie i zwięźle: – Kontrola Los Angeles, tu Aspen 20, czy mógłbyś podać nam prędkość względem ziemi?

Odpowiedź nadeszła natychmiast, tak jakby kontroler codziennie spełniał takie prośby: – Aspen 20, lecicie 3411 km/h.

Najbardziej chyba podobała mi się ta końcówka – 11 km/h. Kontroler podał nam naszą prędkość tak błyskawicznie, z taką precyzją i dumą, że w jego głosie niemal było słychać uśmiech. Tymczasem Walter zrobił coś jeszcze – i właśnie wtedy zrozumiałem, że nie tylko działamy razem bez słów, jak prawdziwa załoga, ale także, że z pewnością zostaniemy dobrymi przyjaciółmi. Raz jeszcze włączył mikrofon i powiedział swoim najbardziej luzackim-tonem-pilota-myśliwca: – Aa, kontrola, bardzo dziękuję, na zegarku widzę odczyt bliżej 3500 na godzinę.

Przez chwilę Walter był bogiem. W końcu usłyszeliśmy, po raz pierwszy w życiu, jak spokój i opanowanie kontrolera pękają: – Aspen, potwierdzam, bliżej 3500. Wasze przyrządy są prawdopodobnie dokładniejsze od naszych. (a po chwili) Niezłą maszynę macie, chłopaki!

Wszystko to trwało parę sekund, ale w trakcie tego krótkiego pamiętnego lotu nad południowo-zachodnimi stanami Marynarka została pognębiona za wszystkie czasy, a wszyscy śmiertelnicy w cywilnych samolotach, którzy przysłuchiwali się temu wszystkiemu przez radio, musieli pokłonić się Królowi Prędkości. Co ważniejsze, przekroczyliśmy wspólnie z Walterem próg, za którym dwóch latających wspólnie pilotów staje się zgraną załogą. Tego dnia wykonaliśmy świetną robotę, a przez resztę drogi do wybrzeża Pacyfiku nie usłyszeliśmy już na tej częstotliwości ani jednej prośby o podanie prędkości. Przez jeden dzień byliśmy najszybszymi facetami nad Ameryką – i mieliśmy w związku z tym niezła zabawę!

(Na podstawie: Brian Shul, Sled driver: flying the world’s fastest jet, Chico 1994)

Zdjęcie: autoportret majora Shula w kabinie SR-71, za angielską Wikipedią
_________
Tekst przekładu chroniony prawem autorskim, opublikowany na blogu madagaskar08.pl . Wszelkie prawa do tekstu przekładu zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora. Tytuł wpisu pochodzi od autora przekładu.

257 komentarzy

  1. Quackie pisze:

    Powyższy fragment był już przekładany i publikowany w polskim necie, ale ja zrobiłem to po swojemu.

    Happy

    • Bożena pisze:

      Łomatko, ile czytania! Muszę to zostawić na później 🙁

    • Zoe pisze:

      Super, z niesamowitą lekkością opowiedziana historia. Ekstra.
      A teraz przeczytaj sobie dla odmiany to (bardzo ciekawa teoria):https:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/www.quantamagazine.org/20161102-quantum-neuroscience/

      Ps. Z angielskiego znam tylko podstawy. Przy czytaniu korzystałem z translatora stron i jestem zaskoczony jak dobrze to przetłumaczył jak na takie hermetyczne słownictwo. To znaczy wydaje mi się, że dobrze przetłumaczył bo przecież nie znam angielskiego na tyle aby to stwierdzić obiektywnie.

      • Quackie pisze:

        Świetne, ale jeszcze parę szczegółów by wymagało wyjaśnienia, np. czy rozumowanie nt. spinu w atomach litu, czy też molekułach fosforowo-wapniowych nie ma dziur? (za słaby jestem z fizyki/ biochemii, żeby to samemu rozstrzygnąć) I jaki jest związek między klastrami („cząstkami Posnera”?) powiązanymi ze wzrostem kości a tymi samymi (takimi samymi?) klastrami hipotetycznie odpowiedzialnymi za procesy w mózgu? Przecież to dwa różne procesy? Opisu procesu „powiązywania” cząstek w sposób wymuszający spin „pojedynczy” lub zerowy w ogóle nie łapię.

        Chwilami się czuję jak Tuwim podczas wizyty ślusarza albo jak u Heinleina w „Między planetami”: „Kształtki modulują śmieciuszki w takim stosunku fazowym, że trójpaskudek musi się zbękać”.

        • Zoe pisze:

          To teraz do tego twojego poczucia dołącz moją nieznajomość języka:-). W tym przypadku chodzi mi o ogólne połączenie dość głęboko wchodzących w budowę materii teorii fizycznych z pracą mózgu. Niesamowite. Oczywiście teorie te mogą być zupełnie błędne. Ale wyobraź sobie jesteś naukowcem o jakimś tam dorobku, wymyślasz jakąś teorię, badasz to na papierze ale potem idziesz do tych ichniejszych władz uczelni i dostajesz środki na badania. Przeprowadzasz eksperymenty, sprawdzasz czy teoria ma podstawy w praktyce czy też poległa w laboratorium. Fascynujące życie mają naukowcy. Niektórzy.

          • Quackie pisze:

            Tym bardziej, jeżeli chcesz się oprzeć na badaniach z 1986, a okazuje się, że wyników nie da się powtórzyć, a papiery z tamtych lat jeszcze trzeba znaleźć.

  2. Jo. pisze:

    Piękne!

  3. maltese falcon pisze:

    Zamieszczam tu już trzeci komentarz, nie dlatego że realizuję jakieś dziwaczne hobby. Sympatyczne miejsce, najkrócej mówiąc. Przypuszczam, że ze względu na zróżnicowanie. Autorów, tematów oraz osób i nie oszukujmy się brak sztampowości. Każdy wpis wnosi coś nowego, a czytający wynosi. Raz to, a raz tamto, natomiast dziś rzecz zaskakującą, a zarazem egzotyczną dla przeciętnego śmiertelnika, tj. fragment rozprawki o lataniu. W reasumpcji pozwolę sobie pozdrowić zebranych i zaglądać tu nadal.

  4. Gimi**** pisze:

    Witam Wyspiarze po długiej nieobecności, ech ile kaw mi umknęło?! Kaw się nie da nadrobić, ale teksty z pewnością.
    Bardzo wciągający tekst, rozumiem, że ta książka nie wyszła w języku polskim?

    • Quackie pisze:

      Z tego, co mi wiadomo, jeszcze nie. Tzn. nikt nie wydał po polsku.

      • Gimi**** pisze:

        Szkoda, fragment zachęcił mnie w zupełności do kupienia gdyby taka była.
        a mówili: ucz się języków…
        Chlip

        • Quackie pisze:

          Też bym chętnie przeczytał. A nawet przełożył całość…

          • Jo. pisze:

            A w lengłidżu u nas dostępna?

            • Quackie pisze:

              Właśnie mi szczena opadła i nie chce się podnieść. Myślałem, że na Amazonie będą mieli, jak nie papierową, to elektroniczną, a tu guzik. Są dostępne fizyczne kopie, znaczy papierowe, za jakieś setki dolarów!

              • Wyimaginowany pisze:

                Dzień dobry. Happy

                Zajrzyj Mistrzu proszę TUTAJ i pobierz pliczek, być może udało mi się pomóc. Happy

                • Jo. pisze:

                  Daj znać, jak poszło.

                • Quackie pisze:

                  !!!!!

                  Poszło znakomicie, jestem pełen uznania i oszołomiony szybkością i sprawnością.

                  Gdyby nie to, że w przeciągu ostatniej godziny dotarły do mnie dwie propozycje kolejnej pracy, w sam raz mniejsza do zrobienia na szybko, a potem większa, już bym dyszał nad tą lekturą!

                • Quackie pisze:

                  PS. Jak sądzę, nie ma przeciwwskazań, żeby inni chętni również skorzystali?

                • Wyimaginowany pisze:

                  Cieszę się iż jednak udało mi się pomóc. Oczywiście nie widzę przeciwwskazań by inni skorzystali z tego co wrzuciłem na serwer, niemniej jednak w czasie kiedy oczekiwałem na odpowiedź udało mi się odnaleźć sieciową alternatywę dla powyższego linku, owa alternatywa dostępna jest po kliknięciu TUTAJ

                • Quackie pisze:

                  No proszę. Jestem wniebowzięty niemal tak jak autor w Blackbirdzie.

                  Pleasure

                  Swoją drogę, nie bierz tego, Imć Lordzie, za wybrzydzanie, spodziewałem się nieco dłuższej książki niż 142 strony. Ale biorę z dobrodziejstwem inwentarza!

                  Natomiast co do przekładu całości, to już po przeczytaniu podziękowań bym się zastanowił. Kwestia lotniczego slangu, skrótów i takich tam. Ale jak się czyta dla przyjemności, to nie ma takiego problemu.

                  Happy

                • Wyimaginowany pisze:

                  Co do samej długości książki, to sam po jej znalezieniu troszeczkę zdziwiony, pobiegłem sprawdzić w oficjalnych źródłach, czy ilość stron się zgadza. Tak też było. Fakt, że istnieje już chyba kolejne wydanie, sądząc choćby po innej okładce, co oczywiście nie musi oznaczać iż we wznowionym wydaniu coś zostało dodane. Niestety innych poglądowych źródeł odnaleźć mi się nie udało, by chociaż sprawdzić różnice pomiędzy wydaniami.

                • Quackie pisze:

                  Ależ i to jest znakomite do wyrobienia sobie POGLĄDU.

                  Wink1

                • Jo. pisze:

                  Bardzo dobrze, że tylko 142 strony. Mąż mi się przed świętami nie rozbisurmani, że sprzątać nie może, bo CZYTA.

  5. Bożena pisze:

    Nareszcie się dorwałam do tekstu i mogłam przeczytać. Jest bardzo interesujący i czytałam „jednym tchem”. Nawet nie wiedziałam, że samolot może osiągnąć takie prędkości! Że są ponaddźwiękowe wiedziałam ale że aż tak?!

    • Quackie pisze:

      Ten model zaczęto tworzyć po zestrzeleniu samolotu U-2 z Frankiem Powersem rakietą przeciwlotniczą, właśnie po to, żeby zwiadowcy latali szybciej od rakiet Happy-Grin co zresztą miało miejsce – właśnie major Shul wspominał, że nad Libią pobił rekord prędkości Blackbirdem, uciekając przed takim pociskiem (aczkolwiek oficjalnie to nie zostało potwierdzone).

      SR-71 wg danych oficjalnych latał z szybkością 3,2-3,3 Macha, podczas gdy Shul twierdzi, że nad Libią uciekał, lecąc 3,5 Macha (informacja za angielską Wiki).

  6. miral59 pisze:

    Dzień dobry Happy-Grin
    Opowiadanko rzeczywiście ciekawe Delicious Brawo!
    Niby długie, a czyta się lekko, łatwo i przyjemnie Happy-Grin

    • Quackie pisze:

      Dziękuję. Takich cudów z zakresu techniki w pobliżu zazdroszczę (mimo że Tobie raczej są bliższe ptaki, z natury rzeczy latające nieco wolniej).

      Wink

  7. Tetryk56 pisze:

    Hehe! Moja jest najmojsza obowiązuje pod każdą szerokością geograficzną! ROTFL

  8. Max pisze:

    Przed incydentem z Powersem , przez parę miesięcy , codziennie o godzinie czwartej rano granicę Polski przekraczały lecące z zachodu na wschód trzy zwiadowcze samoloty . Trasa wzdłuż wybrzeża , środkowa przez Poznań i południowa wzdłuż Karpat . Samoloty dolatywały do środkowej Rosji ,tam zmieniały kurs i wracały na zachód tymi samymi kanałami . Samoloty przekraczały granicę z Polską na pułapie 10.000 metrów i kiedy startowały nasze myśliwce , to bezczelnie machały skrzydłami :rób to co i ja i szły na pułap 20.000 metrów . Ta zabawa trwała do momentu zestrzelenia Powersa , który jednak uratował życie . Jak widać , kiedy nie ma bata , to trzoda robi co jej się podoba kosztem życia wielu niewinnych ludzi . Tears

    • Quackie pisze:

      Gdzieś czytałem, że poza amerykańskimi U-2 latały nad nami również brytyjskie Canberry, ale te nie były już tak mocne, żeby uciekać na wyższy pułap, i zwykle przechwytujące myśliwce je odstraszały.

      Natomiast co do kosztu życia, to byłbym ostrożny. U-2 nie był uzbrojony, SR-71 podczas misji zwiadowczych – również, a związek zwiadu z życiem niewinnych ludzi jest dość pośredni.

      • Max pisze:

        Racja , ale zwiad jest elementem większej całości , która już nie owija sprawy w bawełnę . A zatem racja , ale……. Amazed

        • Quackie pisze:

          To prawda. Całe szczęście, że w przypadku tych lotów nie doszło na naszej ziemi do tej większej całości! A – jak wiadomo – scenariusze rozmaitych wariantów wojny lądowej (konwencjonalnej lub w różnym stopniu jądrowej) w Europie istniały.

          Amazed

          • Max pisze:

            A mogło wydarzyć się wszystko . Młody , energiczny Dowódca Wojsk Lotniczych codziennie , przed pojawieniem się w gabinecie , zajeżdżał prywatnym autem na lotnisko , wsiadał do Miga i fruu w przestrzeń nad Ojczyzną . Próbował atakować latających wysoko Amerykanów , ale mu nie wyszło . Sprawdzał natomiast doskonale pracę stacji radarowych , bo po wylądowaniu domagał się dostarczenia dokumentów ze swojego porannego spaceru . Nie można było się pomylić . Te wyprawy mogły skończyć się fatalnie , tak jak inne , o których albo się mówiło , albo cicho sza , bo taka jest nasza fantazja . Niemożliwe ? Możliwe , możliwe , trzeb tylko bez przerwy próbować ….. Thinking

            • Quackie pisze:

              Hm, jakich dokumentów? Rozrysowanej na podstawie wskazań radarów trasy lotu?

              A co do „pomylić” w wykonaniu pilotów, to przypadkiem odkryłem w Internecie taką stronę – http:/www.lotniczapolska.pl/Pamieci-pilotow-28-Slupskiego-Pulku-Lotnictwa-Mysliwskiego,35799 opisującą wypadki z tylko jednego pułku lotnictwa. Nie wiem co prawda, jak to się ma do lotów udanych, a w każdym razie zakończonych bez szkody dla pilotów, ale robi to posępne wrażenie. Tutaj wszakże fatalne zakończenie nie wiązało się z groźbą rozpętania wojny…

              Masz fantastyczne wspomnienia. Gdybyś mógł i chciał opublikować chociaż część – choćby bez nazwisk i szczegółów, choćby na Wyspie – byłoby wspaniale.

  9. maradag pisze:

    Ja, właściwie jak Bożena, miałam zostawić na póżniej bo dużo czytania… Ale zaczęłam i wciągnęło mnie… Wspaniała opowieść!
    Approve

    • Quackie pisze:

      Dziękuję, chociaż nie wiem, czy to czasem nie rodzynek, wyciągnięty z książki na zachętę, żeby potencjalni czytelnicy się skusili na całość.

  10. Jo. pisze:

    Niby listopad, a wesoło.
    Sąd wysłał do nas pismo. 22 października. Wg listu przewozowego przesyłka jest obecnie w… urzędzie pocztowym, w którym ją nadano.

    • Quackie pisze:

      Chciałem napisać coś dowcipnego w odpowiedzi, ale Twój komentarz jest już tak zabawny, że mi przeszło.

      Distort

      • Jo. pisze:

        Coś by się znalazło, ale dziś wszystko pobił mój mąż, który wróciwszy z roboty zrobił awanturę, że pies nie wyprowadzony, a on się spieszy na imprezę firmową.

        No sami powiedzcie – limit dowcipów na dziś został nie tylko wyczerpany, ale znacznie przekroczony! Aż się boję pomyśleć, co będzie jutro?

        [Tylko bez tekstów, że tomorrow is another day, bo uduszę!]

    • Bożena pisze:

      Polska rzeczywistość Wink1

  11. Rena pisze:

    Zachodzę ja ci po trudach wielkich a tu nowe pięterko. Ciekawe niezmiernie. Jednak na książkę się nie skuszę ,bo pojazdy zmechanizowane i jeszcze militarne obchodzą mnie średnio raczej.Ja sobie moge poczytać troszeczkę tak dla orientacji ,żę takie dziwo jest. Pewnie za niedługo będą jeszcze jakieś inne dziwa… Pondering

    • Quackie pisze:

      Tak mi się wydaje, że ludzie coraz mniej potrafią ogarniać te „dziwa”, techniczne czy militarne, już to ze względu na szybkość, już to ogrom danych do przetworzenia, więc wspomagają się elektroniką, a pewnie coraz bardziej urządzeniami zbliżonymi do sztucznej inteligencji – a tutaj tylko patrzeć tego, o czym ostatnio dyskutowaliśmy, m.in. z Zoem.

  12. Rena pisze:

    Rozgryzienie tajemnic technicznych różnych pojazdów to ja jednak zostawię tej inteligencji sztucznej. Niech ona się martwi. Zresztą – uważnie tę dyskusję przeczytałam i – tu u mnie nie mówią o zygocie a częsciej o komputerach, itp. Właśnie – komputerach . Bardzo by mi się przydała ta sztuczna inteligencja. Poprosiłabym – rozwiąż problem w moim kompku i ona (ta inteligencja) wykonałaby to w trymiga. I jeszcze mi wytłumaczyła co zrobiłai jak z tego korzystac…

    • Quackie pisze:

      Otóż właśnie problem ze sztuczną inteligencją polega na tym, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć ani zaprogramować (chyba nie jesteśmy?) czy ona się w ogóle będzie czymkolwiek martwiła. Przykład przeczytany: jeżeli postawimy przed nią zadanie „Rozwiązać problem wojen”, a „ona” uzna, że wojny wybuchają wyłącznie z winy ludzi, to może chcieć zlikwidować problem u źródła – czyli nas jako gatunek. I nie będzie już wojen, co to, to nie, czyli zadanie wykonane.

      • Bożena pisze:

        No bo sztuczna inteligencja nie ma uczuć, jeśli kalkuluje, to na zimno.

        • Quackie pisze:

          A powinna mieć chociaż wbudowane 3 prawa robotyki Asimova:

          1.Robot (albo AI) nie może skrzywdzić człowieka, ani przez zaniechanie działania dopuścić, aby człowiek doznał krzywdy.
          2. Robot (albo AI) musi być posłuszny/a rozkazom człowieka, chyba że stoją one w sprzeczności z Pierwszym Prawem.
          3. Robot (albo AI) musi chronić samego siebie, o ile tylko nie stoi to w sprzeczności z Pierwszym lub Drugim Prawem.

          Doszliśmy, że powinno być jeszcze czwarte:

          4. Robot (albo AI), jeżeli zechce się powielić lub stworzyć nowego robota (albo AI), musi podporządkować jego/ jej działanie wszystkim 4 prawom.

          Teraz jest chyba szczelnie?

          Wikipedia podpowiada parodię tych praw w wykonaniu Davida Langforda:
          1. Robot nie może działać na szkodę Rządu, któremu służy, ale zlikwiduje wszystkich jego przeciwników
          2. Robot będzie przestrzegać rozkazów wydanych przez dowódców, z wyjątkiem przypadków, w których będzie to sprzeczne z trzecim prawem
          3. Robot będzie chronił własną egzystencję przy pomocy broni lekkiej, ponieważ robot jest „cholernie drogi”.

      • Tetryk56 pisze:

        Już ten hipotetyczny scenariusz wskazuję, że AI nie musi być obce stosowanie przemocy dla realizacji założonych celów. A to już prosta droga do kolejnej wojny – gdy tylko trafi się odpowiedni przeciwnik.
        To coś jak idea likwidacji kanibalizmu poprzez zjadanie wszystkich ludożerców…

        • Quackie pisze:

          Tak, to prawda. A jednocześnie, wiedząc to, ludzkość w żaden sposób nie kontroluje badań nad AI, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.

          • Tetryk56 pisze:

            Czy kontrolowanie badań w ogóle jest możliwe – bez efektywnego zablokowania rozwoju nauki w całości? I kto miałby decydować o barierach, a kto egzekwować ich nieomijanie?

            • Quackie pisze:

              Oho. No pewnie, że tak, niestety. Słuszna uwaga.

              Tyle że na drugim biegunie są korporacje, zainteresowane w pierwszym rzędzie zyskiem.

    • Tetryk56 pisze:

      Jeszcze przed rewolucją sztucznej inteligencji jesteśmy skrajnie zależni od techniki. Wystarczy kilka dni bez energii elektrycznej aby całkowicie zdezorganizować społeczeństwo…
      Dlatego wspierajmy się własną, naturalną inteligencją, nie dając jej popaść w letarg motywowany dostępnością elektronicznych protez…

  13. Tetryk56 pisze:

    Tyle że na drugim biegunie są korporacje, zainteresowane w pierwszym rzędzie zyskiem.
    Niestety, zysk jest podstawowym motorem rozwoju technologii, nauki i wszelkiego rozwoju. Wszelkie – a w miarę rozwoju coraz droższe – badania są finansowane albo przez wielki biznes (obecnie najczęściej funkcjonujący w formie korporacyjnej) albo przez budżety zbrojeniowe. I nie da się ukryć, że ta druga forma finansowania jest na ogół mniej efektywna – pożytki dla ludzkości są tam wszak efektem ubocznym rozwoju broni, wieszanej na ścianie już w pierwszym akcie…

    • Quackie pisze:

      Tak się zastanawiam, że kiedyś (XIX w.? Początek XX w.?) badania finansowali możni, właściciele personalnych fortun, licząc na zysk niewymierny – miejsce w historii. A od kiedy fortunami zarządzają coraz bardziej bezosobowe (np. po śmierci Jobsa czy odejściu Gatesa) korporacje, obawiam się, że coraz więcej działań motywowanych jest wyłącznie tym, o czym piszesz.

      • Tetryk56 pisze:

        Masz rację, tylko trzeba się zastanowić nad źródłami zamożności ówczesnych mecenasów. Aby te fortuny powstały, musiała je poprzedzić na ogół długa i/lub bezwzględna pogoń za zyskiem. Czyli mamy tylko dodatkowy stopień pośredniczący między zyskiem a mecenatem. Czy to tak wiele zmienia?

        • Quackie pisze:

          Zmienia o tyle, że motywacją do wyboru był osobisty gust mecenasa – czy zasponsoruje powstanie nowej katedry, nowej szczepionki, czy nowego materiału wybuchowego. A teraz korporacja nie sponsoruje, tylko inwestuje, a z powyższych zapewne największy zysk da sprzedaż materiału wybuchowego. Potem być może szczepionki, a katedry już zupełnie nie, chyba że przychodzi „dobra zmiana” i staje się to inwestycją w koneksje polityczne na bazie ideolo.

          • Tetryk56 pisze:

            A wtedy katedry nie były taką inwestycją w koneksje polityczne na bazie ideolo? Dziś już polityczna potęga Kościoła jest dla nas szokującą „dobrą zmianą”, wtedy była normą…

            • Quackie pisze:

              W XIX wieku już niekoniecznie. Wcześniej – owszem, jak najbardziej. Co więcej, szpitale i przytułki też były wszak w większości prowadzone lub firmowane przez Kościół, więc ich wspieranie (ekwiwalent późniejszych „badań nad szczepionką”) też mogły być motywowane ideologicznie.

            • Quackie pisze:

              PS. Dziękuję za linkę wyżej! Happy

          • Zoe pisze:

            Gates sponsoruje dużo rzeczy i rozdaje majątek.

            • Tetryk56 pisze:

              Teraz – kiedy już zdał sobie sprawę, że ma o wiele za dużo w stosunku do zasług…
              Dotychczas sponsorował głównie tańsze kopie Windowsa i M$Office dla uczniów i studentów – aby potem kupowali kolejne wersje przez całe swoje dorosłe życie.

            • Quackie pisze:

              No to chociaż tyle.

  14. Zoe pisze:

    Ominęła mnie wasza ciekawa dyskusja…Jak żyć???;-)

  15. Jo. pisze:

    Ja się oddalę w kierunku ciepłej wody w kranie. A może nawet i spod prysznica.
    Wanna kordelka

    • Quackie pisze:

      Spokojnej i ciepłej (chociaż ciepło z pieca było nawet miłe w porównaniu z kaloryferem, tyle że trzeba było wstawać i podrzucać do pieca, a nie wyregulować zawór na grzejniku stosownie do potrzeb).

      • Bożena pisze:

        Ale kaloryfery są bezpieczniejsze. Wciąż mówią o zaczadzeniach. Chociaż mimo wszystko, ja lubię żywy ogień.
        Teraz jednak też się pożegnam, a kaloryfery mam na noc zamknięte i uchylone okno. Lubię nocny chłodek.
        GoodNight kordelka

  16. Zoe pisze:

    Sponsorem dzisiejszego wieczoru jest literka „W” czy to będzie w kolejności alfabetycznej wymieniam:

    1. Wino
    2. Whisky
    3. Wódka

    to się jeszcze okaże.
    Cheers

  17. Quackie pisze:

    To dobranocka będzie żwawa i całkiem niedobranockowa.

    A za to bluesowa. John Lee Hooker w standardzie „One Bourbon One Scotch One Beer”. Czyli dla każdego coś dobrego. Rytm mocno akcentowany, instrumenty się przesadnie nie wychylają (w każdym razie do solówki), śpiewak śpiewa znacznie już rozważniej.

    Snów w oparach, jak nie alkoholu, to chociaż absurdu Wink1

    • Zoe pisze:

      Chciałoby się wrzucić Whisky moja żono Dżemu ale to zbyt proste byłoby. Mniej prostych kawałków nie mam po ręką…

  18. Tetryk56 pisze:

    Póki jeszcze opary nie odbiorą minimum zręczności moim palcom…

  19. Zoe pisze:

    Ostatni gasi światło. Pstryk.

  20. miral59 pisze:

    A ja je zapalę Happy-Grin
    Dzień dobry Happy-Grin
    To już piąteczek Fala

  21. miral59 pisze:

    Tak sobie pomyślałam o bardziej psychologicznym aspekcie tego fragmentu książki. Wydawać by się mogło, że ci kolejni piloci pytali o swoją prędkość tylko po to, żeby dokopać temu niedoświadczonemu pilotowi. Pokazać kto tu jest lepszy. Rozumiem też chęć pokazania im, że zawsze może się spotkać kogoś jeszcze lepszego Wink Bo nie sądzę, żeby autorowi chodziło o „dokopanie” temu pierwszemu, który zapytał o swoją prędkość. Czy to nie brzmi swojsko? Sąsiad kupił telewizor, to ja muszę mieć większy i lepszy… Wink To takie swojskie, prawie jak nasze Wink Overjoy I jak widać, to nie tylko Polacy tak mają. Czy brzmi pocieszająco? Chyba raczej nie, bo to oznacza, że świat schodzi na psy (przeprasza te zwierzaki, niczemu nie winne).

    • Tetryk56 pisze:

      Dokładnie tak to odczytałem – chłopięce prężenie muskułów Overjoy

    • Quackie pisze:

      Dzień dobry. Chyba właśnie dlatego tak mnie ten fragment ubawił – przez kontrast pomiędzy „a ja mam szybszy samolot!” a wysoką, wyrafinowaną techniką, jaka w to wszystko jest zaangażowana. „Kokpit za milion dolców” w F-18, a cały samolot ze 30 mln USD, SR-71 trochę więcej
      (33-34 mln USD), o kosztach użytkowania nie mówiąc.

  22. Bożena pisze:

    Dzień dobry Delighted Fakt, to już piąteczek…

  23. Tetryk56 pisze:

    Witajcie!
    Znów jesteśmy o tydzień starsi? Pondering

  24. Zoe pisze:

    Spóźnione dzień dobry. Pogodne dzień dobry mimo wiatru w oczy Happy

  25. Krzysztof z Gdańska pisze:

    Dzień dobry

    Czyżbym był pierwszym proponującym poranną kawę?
    expresso
    Dotrwaliśmy do piątku Tired
    Teraz tylko lampka szampana u Karola (jeśli jakiegoś znamy) i weekend można uznać za otwarty Happy-Grin

  26. Jo. pisze:

    Dzień dobry.
    To ja sięgnę po herbatkę.
    Kawa1

  27. Quackie pisze:

    Po dziewiątej – zmykam popracować (tak się dzisiaj składa 🙂 )

  28. Quackie pisze:

    Jeszcze pracuję, ale w międzyczasie zdążyłem również pobiegać po mieście, pozałatwiać parę spraw osobiście, a kilka – przez telefon, no i popracować, co jeszcze będę czynił, zerkając wszakże na Wyspę raz po raz.

  29. Jo. pisze:

    Niechcący poczytałam niusy na onecie.
    Censored

  30. Quackie pisze:

    Z informacji kompletnie niezwiązanych z wpisem, aczkolwiek być może potencjalnie interesujących – udało mi się dzisiaj zrobić placki z dyni (przypominające metodą przygotowania placki ziemniaczane). Najjunior pogardził („Dobra, już nie jestem głodny” Crazy ). Czuję się dotknięty i przechodzi mi ochota na robienie czegokolowiek.

    Angry

  31. Jo. pisze:

    Ja się dziś powoli żegnam, nieco psychodelicznie, ale cóż – takie życie…

    • Quackie pisze:

      Pozwoliłem sobie delikatnie musnąć rozmiar, żeby tak nie wystawało (koszmar perfekcjonisty, którym poza tym wcale nie jestem).

  32. Quackie pisze:

    Niestety jestem odrywany od kompa, więc będę wieczorem w kratkę…

  33. Bożena pisze:

    No to ja też się pożegnam. Dobrej nocy Spanko

  34. Quackie pisze:

    Spokojnej wszystkim pożegnanym!

  35. Zoe pisze:

    Dobranoc.

  36. Quackie pisze:

    Dobranocka.

    Dzisiaj Bee Gees i nie taki wcale słodycz, jakby się mogło wydawać. „How Deep Is Your Love”. Harmonie i melodie nie do pomylenia.

    Snów o właściwych pytaniach.

  37. Tetryk56 pisze:

    How deep is your sleep? – że pozwolę sobie na parafrazę.
    Głębokiego i spokojnego!

  38. Bożena pisze:

    Dzień dobry Happy Sen? U mnie był dość głęboki…

  39. Zoe pisze:

    Dzień dobry w Sobotę Happy

  40. Bożena pisze:

    Czas na kawę? Już zaparzam… expresso

  41. Jo. pisze:

    Znowu sobota? Jak to???

  42. Quackie pisze:

    Dzień dobry. A sobota, sobota.

  43. Tetryk56 pisze:

    Witajcie!
    Sobota, owszem. Może by zrobić jakiś sabat? Thinking
    Co wy na to?

  44. Rena pisze:

    Ach dzień dobry – zgłaszam swoją kandydaturę na następną wiedżmę.Tylko miotła mi się gdzieś zapodziała ale może postraszyć mogę? Kocur

  45. Rena pisze:

    Ach dzień dobry – zgłaszam swoją kandydaturę na następną wiedżmę.Tylko miotła mi się gdzieś zapodziała ale może postraszyć mogę? Kocur

  46. Rena pisze:

    o kurcze – i to podwójnie mi wyszło. Podwójna wiedżma Devil

  47. Max pisze:

    Dzisiaj widziałem ” wiedzmę ” na motolotni . Podobno przeleciała ze stadem łabędzi parę tysięcy kilometrów . Była szczęśliwa . Jeśli wezmiemy się do latania na miotłach ,to nikt nas poważnie nie potraktuje . Takie czasy cholera , za grosz nie ma poszanowania dla naszych , narodowych środków komunikacji dla wiedzm . Przecież miotełka Bożenki , to niedościgniony wzór do naśladowania . Dzien dobry Państwu 🙂 Tears

    • Quackie pisze:

      Dzień dobry! Otóż środki komunikacji dla wiedźm były, jak mi się zdaje, zawsze bardzo zróżnicowane: w Polsce latały swego czasu również na ożogu (czyli prymitywnym pogrzebaczu), w Rosji – w kociołku do gotowania, takim większym (rzecz jasna po zdjęciu z ognia i ostudzeniu), a na Bliskim Wschodzie – w kufrach.

      Motolotnie bardzo mi się podobają, nad Trójmiastem lata przynajmniej jeden pasjonat, który, jak wieść gminna niesie – robi to mimo kilku wypadków i kontuzji. A jedna z moich osobistych znajomych pasjami lata na paralotni, czyli w ogóle bez silnika. Bardzo się zdziwiłem, bo nigdy nie znałem jej od tej strony. Ta znajoma mogłaby uchodzić za nowoczesną wiedźmę (=”wiedzącą”), jako że poza lataniem na paralotni zajmuje się jogą a także działalnością wydawniczą 🙂

      • Max pisze:

        Czy my wszystko wiedzący i umiejący , nie zagapiliśmy się trochę , a w tym czasie wiedzmy przechwytują nie tylko motolotnie , ale stery państw i mocarstw ? Za parę dni główne starcie między diabłem , a wiedzmą za Wielką Wodą . Ciekawie zapowiada się ta piekielna zawierucha . Oby nam to wyszło na zdrowie … Thinking

        • Quackie pisze:

          Tak się składa, że tego diabła ze względów zawodowych trochę lepiej poznałem (nie osobiście wszakże) i uważam, że ktoś taki nie powinien szefować jednej z najbardziej się liczących sił politycznych, militarnych i gospodarczych na świecie. A wiedźma? Nie wiem, doprawdy. Też słyszę, że wcale nie będzie dobra – od ludzi, którym nie mam powodu nie ufać.

          Summa summarum wydaje się, że sytuacja przed wyborami za Wielką Wodą wygląda tak, jak to podsumował satyryk:

      • Tetryk56 pisze:

        Zapewne zatem paralotniarstwo jest dla niej wstępem do studiów nad lewitacją?

        • Quackie pisze:

          Zapytam!

          Wink1

        • Max pisze:

          Fatalna nasza męska przyszłość . Zaczynam uczyć się dziergania na drutach , to przecież takie spokojne , pozbawione agresji zajęcie , w sam raz na przetrwanie dobrej zmiany Happy-Grin

          • Max pisze:

            A tak przy okazji , jaka to inteligencja zaopatrzyła każde nasionko mniszka lekarskiego (mlecza) w paralotnię ?? Tears

            • Quackie pisze:

              Z tego, co mi wiadomo, to ewolucja. Większość roślin, które nie wykształciły takiego (lub innego) systemu rozsiewania się, po prostu nie dotrwała do naszych czasów.

              • Max pisze:

                Przyznasz jednak , że niekiedy ” ewolucja ” był wręcz genialna np. przy konstrukcji ptasich piór . Ewolucja to nie tylko czas , ale również pomysły przyrody , które do dzisiaj wprowadzają w zakłopotanie wielu badaczy w wyjaśnieniu tych skomplikowanych zjawisk Tears

                • Quackie pisze:

                  Pomysły, rozwiązania, sposoby. Mówi się, że ewolucja strzela śrutem – próbuje wszystkich (?) rozwiązań, aż któreś okaże się skuteczne w walce o przeżycie, ale z drugiej strony są i mutacje, które na mocno losowej zasadzie przyśpieszają bieg przystosowania albo kierują je w nieoczekiwaną stronę.

                  Czas, ale i katastrofy, wielkie wymierania, które czyściły całe nisze ekologiczne, choćby nie wiem jak dobrze przystosowane stworzenia je zajmowały.

                  Strasznie to wszystko chaotyczne, jak tak popatrzeć.

  48. Rena pisze:

    Ja tak teraz mało co, bo mam reise fiber, przemyśliwam jak się spakować do mikro torby, drukuje no i walczę z komputerem. Straszne Afraid

  49. Rena pisze:

    ten rower to niezła myśl….

  50. Jo. pisze:

    6 godzin na zakupach…

    CZY JEST NA SALI MARTINI???

  51. Bożena pisze:

    Ja się już pożegnam, bo rano muszę wcześnie wstać. Wyjeżdżam, zjawię się pod wieczór. GoodNight Spanko

  52. Jo. pisze:

    Wróciłam. Zjadłam. Poszłam spać. I nadal jestem śpiąca. To ja chyba wrócę pod kordelkę? Co się będę męczyć bez sensu?
    kordelka

  53. Quackie pisze:

    Dobranocka.

    „Czas nas uczy pogody” poznałem w wykonaniu Stanisława Sojki, ale Grażyna Łobaszewska również jest godna uwagi, tym bardziej, że zdaje się zaśpiewała to pierwsza. No to dzisiaj na dobranoc właśnie to. To już standard, więc chyba nie trzeba opisywać?

    Snów odpowiednich na ten czas.

  54. Gimi**** pisze:

    Dobrej nocy.

  55. Tetryk56 pisze:

    Fakt, Łobaszewska była pierwsza, i znacznie ją wolę od Sojki 😉
    Sabat nam nie wyszedł zbyt orgiastycznie, czas zatem na uspokojenie…

  56. Zoe pisze:

    No ale jak to? Taki wczesny wieczór a towarzystwo poszło spać??? Dobranoc Happy-Grin

  57. Bożena pisze:

    Dzień dobry mówię i już mnie nie ma. Wrócę wieczorem Bye

  58. Jo. pisze:

    Wy już po śniadaniu?
    expresso PofCooks Kawa1 Roll

  59. Tetryk56 pisze:

    Witajcie!
    Ja też już po śniadaniu! Happy-Grin

  60. Quackie pisze:

    Dzień dobry, trochę spania, trochę biegania i w końcu wyszło na to, że dopiero teraz tu ląduję.

  61. Rena pisze:

    Dzień dobry wszystkim. Informuje ze smutkiem, że mi laptop zupełnie odmówił współpracy. Nie zapala się i już. Pomerda troszkę na niebiesko i pokazuje mi środkowy palec. Już teraz nie będę nic z nim robiła. Może po moim powrocie mu się Odmieni? Dlaczego mnie to spotyka,dlaczego Cry

  62. Rena pisze:

    Ja chyba źle wpływami na urządzenia elektroniczne…. Conceited

  63. Tetryk56 pisze:

    Tu już bardzo wysoko, więc zapraszam na pięterko na wspólną z p. Andrzejem modlitwę Wink

Skomentuj Quackie Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[+] Zaazulki ;)