Wczesne lata osiemdziesiąte. Wakacje. Normalni ludzie, czyli ja i siostra we wakacje śpią co najmniej do godziny dziesiątej. A tu przykra niespodzianka godzina ósma rano mama krzyczy z dołu – dzieci szybko wstawać. Z wielkim bólem zwlekam się z łóżka – co się stało? – pytam. Kawę przywieźli do sklepu – idziemy kupić. W jej oczach widzę wojenne sznela, sznela (wszyscy co wtedy oglądali Czterech Pancernych i psa wiedzą o co chodzi). Poszliśmy – nikt wtedy nie jeździł do sklepu oddalonego o pół kilometra samochodem – chodziło się na nogach. Ewentualnie jechało na rowerze. Pod sklepem kolejka około 50 metrów. Ekspedientki wystawiły stolik turystyczny przed lokalem. Na stoliku stara, mechaniczna kasa. Obok kosze z kawą. Chyba taką, ale nie jestem pewien:

Sprzedawano po jednej paczce. Kto kupił wracał na koniec kolejki. Nam się udało wtedy w trójkę kupić 6 paczek. Piło się wtedy kawę zalewaną w szklankach wrzątkiem. Pamiętam, że po wypiciu wszyscy (no prawie wszyscy) robili dolewkę – aby jak najbardziej wykorzystać drogocenne ziarenka.
Kawę regularnie zacząłem pić kiedy poszedłem do pracy. Miałem możliwość wypicia tejże kawy i przejrzenia, przeczytania gazety. Były to jeszcze czasy przed rewolucją cyfrową. Normalnie ludzie ludzie czytali gazety, których nakład spokojnie sięgał ponad 500 000 egzemplarzy. W dalszym ciągu była to kawa zalewana w szklance. Piłem wtedy tylko tę jedną kawkę w pracy. Tę kawę piło się czarną. Bez mleka. Sporadycznie na jakichś imprezach, spotkaniach wypijałem drugą do towarzystwa. O ile dobrze pamiętam były to czasy tej kawy (obecnie można kupić za 22pln/500g):

Mija parę lat. Pojawiają się wygodne w użyciu kawy rozpuszczalne. Czasy rozpuszczalnej Nescafe. Tak swoją drogą to pierwszą puszkę kawy rozpuszczalnej kupiłem podczas podróży „na stopa” do Francji ponad 20 lat temu. Właściwie to była kawa z mlekiem w proszku „Cafe au lait”. Ale rozpuszczała się. Trzymam w tej puszce teraz cukier w pracy. Potrzymam jeszcze z 50 lat i sprzedam za górę pieniędzy tę puszkę i będę się pławił w kasie na emeryturze. Do kawy rozpuszczalnej zacząłem dolewać mleko. Lepiej smakowała.
Po jakimś czasie – paru latach przestała mi smakować najtańsza rozpuszczalna. Zacząłem szukać trochę lepszych smaków. Trochę lepszych rozpuszczalników. Czyli kawy rozpuszczalne produkowane metodą liofilizowania. Czyli po prostu jakąś technologią w której traci mniej naturalnego smaku. Tym, którzy piją rozpuszczalne polecam te kawy, drożej ale warto:

Ta powyższa kosztuje prawie 40pln, ta poniższa około 20-25pln

Mija znowu parę lat. Przestają mi smakować rozpuszczalniki. Internet już jest w domu na stałe. Pojawiają się fora internetowe. Pojawia się pomysł – automatyczny ekspres do kawy. Jak to w moim zwyczaju muszę przeczytać cały internet aby wiedzieć co wybrać. Jest kandydat po przekopaniu wszystkiego. Ekspres automatyczny firmy Jura.

Podobno parzy bardzo dobrą kawę jak na automat i jest najbardziej niezawodny z dostępnych rozwiązań. Ma jednak zasadniczą wadę. Cenę. Nie stać mnie na niego. Nie chcę kupować używanego sprzętu do parzenia kawy. Obawiam się kłopotów przy serwisowaniu takich urządzeń.
Kupuję kawiarkę taką kawiarkę Bialetti o pojemności trzech filiżanek

Jako, że pijamy kawy mleczne to dokupić trzeba mniej więcej taki dzbanek do spieniania mleka:

Niedrogi zakup dzięki któremu piję kawę o klasę lepszą niż polecane wcześniej rozpuszczalniki. Jako, że niedrogi to niewydane pieniądze;-) wydaję na lepszą kawę. Zamawiam mielone kawy w sklepie internetowym mastroantonio.pl. Dużo droższe niż kawy w ogólnodostępnych sieciach. Ale smak kawy wynagradza wszystko.
No prawie wszystkoJ. W dalszym ciągu chodzi mi po głowie jakaś większa maszyna do kawy. Przekopuję różne fora o kawie. Powoli krystalizuje się pomysł.
Ogólnie rzecz ujmując okazuje się, że najlepszą kawę wypijemy w dobrych kawiarniach z dobrym sprzętem, dobrą kawą i dobrymi baristami. W moim przypadku nie będę chodził dobrych kawiarni bo mieszkam na prowincji i nie mam czasu ani pieniędzy na codzienny wydatek 40pln dla mnie i rodziny na kawę. Ale mam dostęp do dobrej kawy (wspomniany powyżej sklep internetowy), mam dostęp do dobrego baristy (będę nim JA;-). I muszę mieć dostęp do dobrego urządzenia do parzenia espresso. Dla tych co nie wiedzą i nie wiedzieli (np. ja nie wiedziałem) dobre urządzenie do parzenia espresso to ekspres kolbowy. Nie taki automatyczny co się naciska guziczek i kawa leci. Tylko taki na zapinaną kolbę. O, taki:

Druga niespodzianka jest taka, że aby wypić dobrą kawę w domu musimy mieć świeżo zmieloną kawę w dobrym młynku. Okazuje się, że musimy tak naprawdę mieć młynek do kawy a nie jakieś tam ekspresy:

Na powyższy komplet trzeba wydać około 2000pln. Ekspres ok. 1300, młynek 700 złotych.
Pozostaje tylko jedna przeszkoda. Największa. Przekonać lepszą połowę i domowników, że warto wydać te pieniądze na ten powyższy zakup. Trzeba tylko cierpliwie czekać aż moja pozycja przetargowa ulegnie wzmocnieniu.
I w tym momencie pojawia się pies. Dotychczas przez długi czas byłem tym złym małżonkiem i ojcem, który był bardzo niechętny do kupna psa. Wiedziałem czym to pachnie. Mieliśmy już kiedyś psa i jest to prostu kolejny obowiązek, który w końcu spada na rodziców. Zgodziłem się na tego psa.
I mamy ten fajny ekspres do kawy:-). Uczę się parzyć dobrą kawę. I chyba wychodzi bo córka w szkole pije rozpuszczalnik. Wieczorem natomiast gdy usiedliśmy ostatnio usłyszałem z jej ust: O jaka pyszna kawa…
Ogólnie rzecz ujmując z parzeniem kawy w takim ekspresie to jest trochę zabawy. Aby zaparzyć trzy filiżanki kawy ze spienionym mlekiem to trzeba poświęcić około 10-15 minut. Trzeba zmielić kawę w młynku, nasypać kawy do sitka, ubić w tym sitku tę kawkę. Zaparzyć. Potem bawimy się w spienianie mleka. Potem trzeba te sitka, dzbanki umyć. No ale jaka za to jest potem satysfakcja gdy wyjdzie rewelacyjny napar. Ktoś kto nie ma czasu na te zabawy z parzeniem tylko chce się szybko napić ulubionego napoju powinien skorzystać z wcześniejszych alternatyw.
To jest sprzęt dla osób, które mają czas na napisanie dzień dobry na forum a potem spadają do innych ciekawszych spraw z realnego życia:)
Niko nie gryź tych butów! Niko! Tato on gryzie buty.
To nie jest mój pies! Czy ja nawet nie mogę spokojnie w tym domu się napić kawy!!!
Ała….





A o psie to będzie kiedyś przy okazji.
No cóż, ja jednak wolę moją kawę zalewaną. Wprawdzie mam ekspres do kawy, ale używam go tylko dla gości. Jak jestem sama, piję z przyjemnością moją „plujkę” z zagęszczonym mleczkiem lub śmietanką.
Ja w pracy również piję zalewaną ze śmietanką. Nie mam pracy żadnych mechanicznych wynalazków. A, że porzuciłem całkowicie rozpuszczalne to piję jak ty. Tylko, że teraz do tej plujki to mielę kawę w domu. Wiem co jem.
Kawy rozpuszczalnej nie piję wcale. Podobno jest niezdrowa i w dodatku jej nie lubię.
Toż to niemal powieść o kawie;) Bardzo przyjemnie się czyta;)
Parzona była w szklankach, a szklanki w takich metalowych koszyczkach z uszkiem, które potwornie się nagrzewały i parzyły palce;)
Mój tata do tej pory kawę pije tylko w szklance, specjalnie dla niego trzymam taką szklankę u siebie;-)
Też mam jakiś sentyment do szklanek. Mimo, iż nie piję już z nich kawy to są jeszcze w kuchni. Używane czasem jako miarka do sypania mąki do różnych słodkich wypieków przez małżonkę.
Dzień dobry
Kiedyś, jak kawy tak normalnie w sklepach nie było, to się różne dziwne rzeczy wymyślało, żeby tylko jej się napić. A praca w szpitalu, w zmianach, wymagała dużej ilości tego napoju. To było tak dawno, że czasami wydaje mi się, że to był tylko sen, a właściwie koszmar

Najczęściej piję rozpuszczalną. Najszybciej i najłatwiej. Mam ekspres do kawy, ale go nie używam. Ziarnistą też kupuję i czasami parzę. I tak jak tata Gimi, piję ją tylko ze szklanki. Co prawda nie mam tego metalowego koszyczka, ale szklanki mają uszka, to nie potrzebuję 
Historia kawy niezwykle interesująca
Teraz w sklepach jest tyle gatunków, że tak właściwie nie wiadomo którą wybrać
„Teraz w sklepach jest tyle gatunków, że tak właściwie nie wiadomo którą wybrać” – właściwie to jak się zastanowić to gatunków jest niewiele. Natomiast firma i marek kawy jest zatrzęsienie.
Witam Szanownych Kawoszy 🙂 Zoe odpracował niedzielne leserowanie i mamy małą powieść o minionych słusznie czasach . Prawdopodobnie w tym samym czasie , kiedy Zoe stał w kolejce po kawę , do mojego mieszkania zawitał ksiądz po kolędzie . Osoba w podeszłym wieku , ale sprawnie przeprowadził pokropek , ojcze nasz , rozdanie obrazków , przyjął gratyfikację i kiedy miał juz wychodzić , zaproponowałem kawowy poczęstunek . Ksiądz trochę się zawahał , ale przyjął propozycję . Miałem w tym interes , chodziło o chrzest dziecka , którego rodzice nie mieli ślubu kościelnego . Przy kawie , kanapkach , ciasteczkach i ” Plisce ” , ksiądz obiecał ochrzcić dziecko , umówiliśmy termin i kiedy ksiądz zbierał się do wyjścia padła ze strony księdza propozycja :Proszę pana , mam niedługo imieniny , czy mógł by pan załatwić mi trochę kawy ? Postaram się , odpowiedziałem , ale ile tej kawy ? No tak z pięć kilo , powiedział ksiądz . Załatwiłem , chrzest się odbył , ale wspomnienia o tym wspaniałym duchownym często powracają przy ocenie dzisiejszych kapłanów .
A zapłacił chociaż za te 5 kg kawy?
Oczywiście! Ochrzcił przecież…
Bożenko , rozliczenie ze strony księdza zgodnie z tradycją za Bóg zapłać , natomiast ja zostałem dodatkowo przyciśnięty do ściany , abym jeszcze opłacił organistę . Rozstaliśmy się jednak w dobrej komitywie i spotkaliśmy kilka razy na kawie i kanapkach . Księżulo był wyjątkowo sympatyczny
No, za taką hojność, nic dziwnego
No proszę, a ja ani w Kielcach, ani w Gdyni nie natknąłem się na takiego księdza.
Inna sprawa, że w Gdyni wszelkie kwestie księżowskie załatwiał stryj małżonki, dopóki żył. Znaczy owszem, ksiądz.
To znaczy u nas jednej tylko firmy jest wiele różnych gatunków. Taki np. Starbucks ma ich multum. Do wyboru i koloru. Są też inne firmy, które starają się nie być gorsze od tego potentata kawowego. Także nie tylko firm i marek jest u nas pod dostatkiem, ale i gatunków wiele
Fajrant i chwila przerwy na wyrwanie korzeni sprzed komputera. Zaraz wracam i wtedy ustosunkuję się do wpisu.
Ładna chwila, ale znów mnie zmorzyło.
Wpis niby taki oczywisty (w sensie tematu), a jaki fajny! I prowokujący do własnych wspomnień, naturalnie. W domu u Rodziców kawę traktowało się nader użytkowo, więc jak już się pojawiała, to albo jako towar na handel wymienny (dla pielęgniarek, urzędniczek, pani takiej albo siakiej), albo jako sypana, „po turecku” (któryś polski pisarz stwierdził kiedyś, że za to określenie Turcja powinna nam wypowiedzieć wojnę) czyli plujka. Piło się raczej herbatę, mocną i b. mocną, parzoną w czajniczku jako esencję i rozcieńczaną wrzątkiem.
Z czasem oczywiście pojawiła się rozpuszczalna, tak jak i u Autora wpisu, ale nadal traktowana nader użytkowo, przy czym o ile plujkę piło się czarną lub białą (zazwyczaj słodzoną i to mocno), to rozpuszczalnej bez mleka właściwie w ogóle nie (ale bez cukru i owszem).
W prezencie ślubnym dostaliśmy całkiem udaną kawiarkę przelewową, nic wyrafinowanego, ale regularnie myta i uzupełniania wyłącznie firmowymi papierowymi filtrami odwdzięczała się niezłą kawą. A, no i zamiast szklanego dzbanka miała zgrabny termosik, który po napełnieniu można było zakręcić i zabrać w podróż, np. autem.
Aż wreszcie zobaczyliśmy u znajomych ekspres ciśnieniowy na kapsułki marki Nespresso i od razu się do takiej kawy przekonaliśmy. Szczerze – nie jest to tania impreza, ekspresy można dostać w kilkunastu chyba sieciowych sklepach z AGD (nie licząc prywatnej sprzedaży w necie), natomiast kapsułki – WYŁĄCZNIE u źródła, tzn. w internetowym i (dwóch czy trzech na całą Polskę) salonach firmowych tej marki. Za wyborem przemawia natomiast połączenie smaku i jakości kawy oraz prostoty obsługi: otwieramy komorę (z której poprzednia, zużyta kapsułka wypada jak pusta łuska ze strzelby typu „pump action”), wkładamy kapsułkę, zatrzaskujemy komorę, wciskamy przycisk i voila – kawa leci do filiżanki. W stanie porannej niepełnej świadomości jest to dla nas rozwiązanie idealne. Korzystamy z ekspresu już od 7 lat – dokładnie takiego jak na zdjęciu
– i dopiero ostatnio zepsuł się jeden przycisk. Zadzwoniłem na infolinię, przemiła pani przyjęła zgłoszenie, zaproponowała kilka różnych wariantów postępowania (np. kupno nowego ekspresu ze znaczącą zniżką) i przysłała kuriera Z EKSPRESEM ZASTĘPCZYM bez dodatkowych kosztów, żebyśmy nie umarli z braku kawy. Jutro nasz ekspres przyjeżdża z naprawy. Jak więc widać, serwis frontem do klienta.
Do tego ekspresu po kilku latach dokupiliśmy dzbanuszek do podgrzewania i/lub spieniania mleka, o, taki:
i teraz różne latte i cappuccino robi się w miarę potrzeb bez problemu.
Na razie nie przewidujemy żadnych zmian w sensie ekspresów kolbowych, własnych mieszanek etc. Jesteśmy na to za leniwi.
Och! Zapomniałem. Przecież też dostaliśmy w prezencie ślubnym ekspres przelewowy. Chronologicznie rzecz ujmując było to po kawie parzonej a przed rozpuszczalną.
Kolega z pracy również jedzie na kapsułkach nespresso. Chwali z tych samych powodów co Ty.
Uniwersalny prezent ślubny, OIMW. Aczkolwiek ostatnio młodsze pokolenie, nie wiedzieć czemu, preferuje zamiast tego wycieczki na Malediwy i takie tam. A przecież dobra przelewowa kawiarka posłuży przez lata!
Też nie rozumiem o co chodzi z tymi Malediwami:-)
Prawda?
Malediwy, pfff.
Albo Seszele.
Ja się też napisałam i zachciało mi się w/g wszelkich madagaskarowych prawideł zamieścić zdjęcie mojego ukochanego ekspresu do kawy nabytym na pchlim targu za 5 eu. ALe jest piękny i kawa z niego odbra .
No cóż – zniknąl mi poprzedni komentarz, laptop odmówił posłuszeństwa, więc zrobię tak:
Hi może wam się otworzy??
Ależ UFO! Czekaj, zaraz się zrobi.
Wygląda jak robot z filmu „Roboty” 🙂 dokładnie ten styl 🙂
Wow. Piękny. Dużo ładniejszy od tego badziewia Mr.Q;-)
No.
I mój nie lata własnym napędem. Potrzebuje kuriera.
To mi właściwie wygląda na mikromaszynę czasu:-)
No więc na tym to się nie znam. W końcu nie można się znać na wszystkim.
Ale polegam na Pana wiedzy w tym względzie. Ten dinks niby do mleka tak naprawdę jest siedmiowymiarowy, czy tylko mi się wydaje?
Siedmio, siedmio. Dlatego czasem się zacina przy spienianiu mleka jak udaje ekspres:)
No i to mnie czasem irytuje. Niby taka technika, siedem wymiarów, a mleka nie potrafi porządnie spienić.
A potem wychodzą garbate karzełki i, tego, szczają nam do mleka.
MNie się otwiera !!
U mnie też.
Ale cudny nieprawdaż? Espresso sobie zrobię jak ta lala, i jeszcze mleczko wzburzę… A teraz ide już jakiegoś niemieckiego dreszczowca obejrzeć. Już teraz kawy pić nie będę ale dobra herbatkę .Dzieki za pomoc. Nie wiem co ja mam z tym lapkiem – nie mam ostatnio czasu i weny coś tu wyjaśnić. Mam bajzel i tyle. Wiadomo, że ja technicznie jestem inteligentna inaczej i potrzebuje specjalnego dnia ,żeby rozwiązać moje problemy. Po filmie się zgłoszę.
A, faktycznie z boku ma dyszę do mleka. A wygląda prawie jak napędowa, znaczy że w razie potrzeby wzbija się własnym napędem w powietrze i leci robić kawę potrzebującemu (albo potrzebującEJ). Np. na kacu.
Faktycznie, fajny. Wygląda trochę jak z innej planety… Takiego nigdzie nie widziałam
Na oko z lat 50′, może 60′ ??? Chyba że nie znam się na stylach.
Mnie to wygląda na starszą wersję tego:
http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/kompaniakawowa.pl/pl/p/Ekspres-kolbowy-Ascaso-Dream/40
Rewelka. Faktycznie, wygląda, jakby miał się odezwać do użytkownika, jak jakaś maszyna licząca Trurla (ha, dzisiaj 96 rocznica urodzin St. Lema!!!).
A propos urodzin Lema. Datę urodzin możemy tak zapisać: 1291921. Fajna symetria. Nb. 96 też możemy sobie „do góry nogami” ustawić:-)
Wygląda jak lekki matematyczny dowcip, być może ze strony Lema.
Nie zdziwiłoby mnie, gdyby któregoś dnia się okazało, że SL był tak naprawdę z przyszłości.
Podobieństwo jakieś jest.
No dobra, na mnie czas. Dobranoc Państwu

Spokojnej, a jutro rano – dobrej kawy!
Dbrnc:)
Niniejszym spieszę donieść, że w celu przepłoszenia Najjuniora od komputera wykonałem właśnie „Arię Skołuby” ze „Strasznego Dworu” Moniuszki. Małżonka oceniła, że całkiem udatnie.
Zatem na dobranoc będzie właśnie ta aria, jeno w wykonaniu p. Adama Zwierza.
Arii przedstawiać nie trzeba, straszyłem nią kuzynki już lata temu.
Snów bez praprabek w tle, jednakowoż.
Wysłuchałam. Prababcie mi nie przeszkadzają. Moje mnie nie straszą w nocy. Cudze te nie,bo co cudze pra mają do mnie. Co do tego ekspresika to nie wiem ale być może macie racje,że to lata 60-te. Bo dość wiekowy jest. I ja też udaję się na spoczynek Dobranoc
Spokojnej, i to awansem już wszystkim. Bo ja też zmykam, raczej spać. Jednak tak pociachana na części noc wymaga odespania.
Ja również odlatuję do krainy snów. Dobranoc.
A ja spędziłem całe popołudnie na bardzo interesującym spotkaniu z prof. Safjanem i dopiero dotarłem do kolacji…

Żegnam się więc z wami magiczną lampką, dziś bardziej pełną nadziei niż zazwyczaj 😉
Ja wprawdzie zalatana jestem, ale nie na tyle, żeby Wyspiarzom śniadania nie podać!

Dzień dobry.
Kawy nie musisz podawać. Została podana na pięć sposobów powyżej:-)
Również dzień dobry na Madagaskarze.
Dzień dobry! Witam wszystkich przy wtórze mojej ulubionej arii, w wykonaniu ulubionego wykonawcy.

Oczywiście korzystam też z podanego śniadania
OK. W takim razie to był ostatni bufecik. Ja tam się narzucać nie będę.
Ej, no co Ty? W tym wpisie akurat masz kawę NAD kreską, ale jak będzie nowe, nie-kawowe pięterko?
Gwoli wyjaśnienia. Wystarczy samo śniadanie. Kawa już jest zrobiona.
Witajcie!
Wsłuchuję się i wytężam uszy, i nijak nawet echa tej Bożenkowej arii nie docierają… Znaczy, za daleko…
Smacznego!
Ja tam nie mam głośników w komputerze. Ale chyba ładnie grają:-)
Dziwne, ja ją słyszę bardzo wyraźnie
Yyy, mam zaśpiewać?
No nie wiem… Ja to śpiewam dość donośnym głosem.
Dzień dobry. Być może dlatego, że wczoraj poszedłem spać nieco wcześniej, dzisiaj obudziłem się też wcześniej.
Kawa mimo to obowiązkowa. Z kapsułki, najmocniejsza, jaką mam.
Black Coffee
To jest jeden z tych utworów, których nigdy nie podjąłbym się zaśpiewać.
Ale kawa pyszna.
PS. Tylko link? Bez odtwarzacza?
No, teraz lepiej chyba:-)
TERAZ lepiej
No i na koniec poranka. Fajne fotki z Marsa:
Byłem, widziałem;-)
http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/mars.nasa.gov/msl/curiosity-murray-buttes-raw-images/
Faktycznie fajne. Jeszcze dla równowagi przydałyby się z Wenus. Jak Pan będzie następnym razem, proszę parę cyknąć. Albo posłać kota, jak będzie miał humor.
Na stronach NASA warto również śledzić misję Juno – zdjęcia z okolic Jowisza!
E tam, co to za zdjęcia jak żadnych Ufoludków tam nie ma!

Pochowały się. Są tam tylko ich teraz akurat nie widać…
No jak tak, to ok, już myślałam, że to jakaś mistyfikacja;)
Może faktycznie takie ufoludki mogą nie lubić się fotografować
Skromne takie i wstydliwe…
Dzień dobry. Siedzę przy podanej kaw e i budzę się. Zaczyna się nowy,upalny dzień. Dzisiaj po południu zaplanowane lody. Już się cieszę… Do wieczora wyspiarze,. Opowiem jak było na tych lodach. Bo to wszyscy ci ,co kiedyś remontowany Maximinę.
To ja może podam adres gdzie masz wysłać te lody superszybkim kurierem
Do lodów teleport by się przydał.
A cóż to dla Zoe taki teleport, skoro stać Go na Marsa?
To ja zmykam tam, gdzie zwykle. Może jak zacznę wcześniej, to i skończę wcześniej?
Jak zaczniesz wcześniej to skończysz później. Wspomnisz moje słowa za parę godzin:) Spokojnej pracy.
Yyy, na razie się zgadza. Skąd wiedziałeś? Zajrzałeś rano do dzisiejszego popołudnia?
Dzień dobry,
U mnie dziś jakaś nowa kawa (z konieczności), podobno lepsza, jak dla mnie jakaś kwaśna, jakaś gorzka, chyba nie potrafię docenić lepszości…
Ale w Waszym towarzystwie cóż tam się nad smakiem kawy rozkminiać;-)
Ja już po porannej kawie, teraz myślę o obiedzie. Jeszcze się nie zdecydowałam na co mam apetyt…
Dzień dobry



REWELACYJNY TEKST
Gratulacje dla autora
Żeby nie być gołosłownym parzę sobie kawę (zwykłą sypaną) i piję za zdrowie autora
Dzięki, miło.
Zajrzałem na chwilę, bo akurat wydarzyło się u mnie coś a propos wpisu – wrócił z naprawy oryginalny ekspres. Spakowałem zastępczy, uiściłem za naprawę, dostałem z powrotem własny – ciągłość zachowana, właśnie piję popołudniową dawkę.
Narobiłeś mi apetytu, zaraz i sobie zaparzę
No i udało się zakończyć, powiedzmy, o czasie. Nic wcześniej, ale i niespecjalnie później. No, może troszeczkę.
Czy oprócz sekundnika stosujesz może przy pracy także metronom? Do nadawania rytmu?
Nie.
Oceniam to całkowicie subiektywnie!
Więc teraz kawa?
Oj, nie, o tej porze to już nie, chyba że chcę nie spać do bardzo późna. Ale herbatki, zielonej na ten przykład, chętnie się napiję.
Właściwie ja też o tym czasie kawy nie piję
No więc właśnie. Chociaż naprawiony ekspres kusi, nie powiem 😉
Będzie na rano 🙂
Wybaczcie małą aktywność: dostałem właśnie wciągającą łamigłówkę: blog do ożywienia
Na szczęście nie nasz!
I całe szczęście, że nie nasz. Chociaż i nasz też czasem by wymagał
ożywienia…
A jak się ożywia blog? Tak w skrócie?
To zależy od sposobu, w jaki go uśmiercono
Brrr!
Co z takiego ożywiania wychodzi: blog-duch? czy blog-Frankenstein?
Zobaczymy…
Wolę w to nie wnikać, idę pod kordełkę…
Dobranoc 
Spokojnej!
Z innej beczki: widać mamy szczęście do tych zwisających gości. Dzisiaj w oknie pojawiła się sylwetka z ośmioma nogami, szkoda tylko, że pod światło…
Słowem: jak nie Batman, to Spiderman!
I na wypadek wszelki dobranocka.
To już kiedyś było, ale nie zawadzi raz jeszcze. Moody Blues i „Nights in White Satin”. Rzecz z tych ponadczasowych, bardzo charakterystyczna i klimatyczna. Tempo niby spokojne, dobranocne, ale w sumie rzecz dość dramatyczna.
Snów w bieli, jasnej i czystej.
Cóż za zbieg okoliczności…
Nie, dlaczego. Zauważyłem wcześniej na Facebooku i tak mnie to zainspirowało. Zresztą już kiedyś grałem to na dobranoc.
Ale ja bez sarkazmu. Ani ironii. Nie wierzysz w zbiegi okoliczności?
Ale ja naprawdę to zauważyłem na Twoim wallu, jak również Marillion.
A taki powrót do przeszłości z okazji filmu o Beksińskich. Mało kto mi się tak kojarzy z pewnym okresem życia, jak właśnie młodszy. RIP.
Mnie nie AŻ tak, chociaż częściowo też.
Znaczy muzycznie, tekstowo-tłumaczeniowo itd. Że tak dookreślę.
A Fish to też ciekawa historia.
Ha. Fish. Marillion. Kiedyś-najlepszy-potem-były-najlepszy-a-po-latach-znów-dobry przyjaciel. Najlepsze lata liceum.
No widzisz.
Dobry wieczór. Nie wiem jak tam u Was ale u mnie jest dzisiaj Liga Mistrzów.
Ps. Fajny pająk. Żyje jeszcze?
Chyba tak. Nie wiem, bo za oknem ciemno.
No to w białą satynę!

Si, senior. Dobranoc wszystkim. Dzieci lubią misie, misie lubią dzieci (zjadać, jak mawia Tata Quackie).
Dzień dobry
Jeszcze śpicie? 
Tak. Jeszcze śpimy. A te wpisy co teraz będą to krasnoludki zrobią. Toteż krasnoludki na dzień dobry mówią Dzień Dobry
No nareszcie ktoś się obudził
Krasnoludki.
No to witam krasnoludki
No witamy. To my krasnoludki
Panie Z., pan lepiej spojrzy, kto się Panu zakrada do komputera. Ja bym tam nikogo nie dopuszczał do klawiatury, krasnali ani innych stworów.
Są nieszkodliwe.
Dzień dobry. Piękna pogoda, by się chciało, żeby potrwała do weekendu, ale guzik, ochłodzenie oczywiście ma przyjść w sobotę.
Zacznij jutro weekend. Będziesz miał przynajmniej dwa dni pięknej pogody:-)
Dzień dobry.
W tym wypadku poniedziałek zacząłby mi się w sobotę. Musiałbym zmienić nazwisko na Strugacki albo jakoś podobnie.
Zostanę twoim bratem:-)
Który z nas będzie astronomem, a który japonistą?
Przecież to oczywiste:-). A propos japońskiego. Mój syn gdy chodził do pierwszej klasy szkoły podstawowej był z małżonką u lekarza (nie pamiętam chyba u stomatologa). Pani doktor aby go odstresować spytała czy umie liczyć do dziesięciu po angielsku. Młody wyszkolony przez starszą siostrę recytuje: One, two i tak do dziesięciu. Lekki opad szczęki pani lekarz:-) Ale niezrażona zagaduje: A do dziesięciu po japońsku mi policzysz? A syn odpowiada – Oczywiście i liczy: Ichi, ni, san, schi, go i tak dalej do dziesięciu jedzie (każdy przecież wie jak się liczy do dziesięciu po japońsku). Wyraz twarzy lekarki podobno był bezcenny;-) A moje dziecko nie jest żadnym poliglotą tylko akurat w tym okresie chodził na zajęcia karate i podczas każdej rozgrzewki typu robienie przysiadów, skłony etc. wszyscy powtarzali każde ćwiczenie licząc na głos w tym wschodnim języku.
Japoński nie jest językiem fleksyjnym, więc w sumie jest trochę trudniejszy dla osoby wychowanej i przyzwyczajonej do rodziny praindoeuropejskiej… ale niech będzie.
No widzisz. Ja nawet nie wiem co to znaczy język fleksyjny:-). A linku połączenie Japonii i powiedzmy astronomii (niesamowite):
http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/www.nytimes.com/interactive/2015/07/10/science/An-Image-of-Earth-Every-Ten-Minutes.html?utm_source=loopinsight.com&utm_medium=referral&utm_campaign=Feed%3A+loopinsight%2FKqJb+(The+Loop)&utm_content=FeedBurner&_r=1
I tym akcentem oddalam się
Dzień dobry Krasnoludkom i innym Ludkom;-)
Dobry, dobry. Pogodny.
Pogodny do piątku, później… kto to wie
Po dziewiątej, więc zaczynam poniedziałek, dzisiaj w środę.
Witajcie!
Znowu taki dzień, że nie zdążyłem wysłać przywitania. A zatem:
Czołem, Krasnoludki!!!
Przerwa na kawę.
A żebyś wiedział. U mnie druga kawa z ekspresu.
Edit: tyle że trochę później.
Ja też przy kawie
Ale za dwie godziny wychodzę 
Jeszcze trochę pracy mi zostało, więc tutaj o wychodzeniu nie ma mowy
Chyba, że z siebie…
Tak źle na szczęście nie jest! Na pewno nie dzisiaj!
No! Wreszcie w domu!
Rano ok. 7:30 zdążyłem napisać Witajcie! – i telefon od użytkownika oderwał mnie od klawiatury, zanim dokończyłem i wysłałem. Całe szczęście, że koło 10-tej mamy przerwę na kawę…
Brzmi, jakby to był nie użytkownik, a raczej użyszkodnik?
Czasem się zastanawiam; czy to na pewno są różne gatunki?
Hmmm.
Ja sam siebie mam za użytkownika. I jeszcze parę osób.
Natomiast Najjunior, który na jednym z domowych komputerów instalował wszystko jak leci, ze źródeł pewnych i niepewnych, zależnie od tego, czy akurat było mu to potrzebne do grania/ kontaktów z rówieśnikami/ tworzenia grafiki/ innych celów (niepotrzebne skreślić), dorobił się pięknie zawirusowanego systemu, i to do tego stopnia, że można było już tylko przeinstalować system od zera ze stratą większości danych, zachował się IMHO jak użyszkodnik (z wiekiem mu to w dużej mierze minęło).
O, a propos: Mistrzu T., czy orientujesz się może w zagadnieniach dotyczących Pythona, tego komputerowego, nie węża i nie Monty’ego?
Ogólnie wiem, że jest to język skryptowy ceniony zwłaszcza w świecie Linuxa. A o jakie zagadnienia ci chodzi?
Spróbuję może na priv, żeby na Wyspie nie rozkładać maneli za szeroko.
Poleciał goąbek.
A to jest jakiś nieMonty?

Też byłem zdziwiony. Wikipedia to wyjaśnia: „Nazwa języka nie pochodzi od zwierzęcia, jak można przypuszczać. Python pochodzi od serialu komediowego emitowanego w latach siedemdziesiątych przez BBC. Ten serial nosi nazwę „Monty Python’s Flying Circus” (Latający Cyrk Monty Pythona). Projektant potrzebował nazwy, która była krótka, unikalna i nieco tajemnicza. Na dodatek był fanem serialu, więc uważał, że taka nazwa dla języka była świetna.”
Jestem wstrząśnięta.
Ale nie zmieszana.
I tak mi się dziś/wczoraj koło Beksińskiego kręci, no.
Zauważyłem. Ale dzisiaj dobranocka będzie skądinąd 😉
Lubisz malarstwo Beksińskiego?
Obawiam się, że Jo nie odpowie, a przynajmniej nie tak od razu, bo wyjechała na dłużej.
No to żegnam Was do wieczora
Pa, czekamy. Przyjemności!
Jo, może opublikujesz swój wpis?
Boję się.
Znowu mi ktoś przywali, czy co.
Schodzę do skorupy. I w ogóle. Ale jak się kiedy przyda to publikujcie. Prosit!
Tu, na Wyspie? Przywali? Kto i kiedy???
Jestem zbulwersowana. Nie pamiętam takiego zdarzenia, żeby ktoś komuś tu przywalił. No, chyba że w żartach, jak Misiek Senatorowi. Oni sobie czasem dogadywali, ale to były żarty.
Ja tu jestem w sumie nowa, ale czytam Was (nas) już trochę i chyba łatwiej oberwać w tramwaju niż na Wyspie.
A ktoś ci kiedyś tu przywalił???
Wyleźże ze skorupy! Nie daj się prosić!
Ja się z Państwem pożegnam.
Nie wiem na jak długo.
No, do powrotu. Chyba że w trakcie trafisz na jakieś oczko w sieci.
A na razie ewentualnie – spokojnej.
Dobranoc.
Wróciłam, ale zmęczona, więc się pożegnam do jutra.

Spokojnej!
Dobranocka – coś z klasyki. Ale tej lżejszej.
Johan Strauss i niech ukołyszą nas do snu fale pięknego, modrego Dunaju.
Snów rozkołysanych.
uwielbiam;-)
Stukanie w skorupę nic nie dało. Może lampka przyniesie ukojenie?

I ja się z Państwem żegnam, jutro kawy też się racze rano nie napiję:(

Przed południem będziemy się z Młodszą kontrolować u lekarza:
proszę o dobre myśli, kciuki czy co tam kto może.
Dobrej spokojnej nocy…
Trzymam!
Ja też!
Wszyscy hurtem!
Pomogło!!!

Dzień dobry
To już połowa września? Wierzyć się nie chce! 
Dzień dobry. Jeszcze pogodny i słoneczny.
Witajcie!
A kiedy właściwie doczekamy się, jakie znaczenie dla kawopijstwa miał pies?
Będzie osobna opowieść o psie. Muszę zebrać siły i chęci do napisania tekstu. Co nie jest proste. A jakie znaczenie dla kawopijstwa miał pies?W uproszczeniu: to była transakcja wiązana – moja zgoda na zakup psa równała się zgodzie mojej lepszej połowy na takie bezsensowne wyrzucanie pieniędzy na zakup tej śmiesznej maszyny do parzenia espresso. Czyli poszerzyła się ilość sposobów na które mogę wypić kawę w domu z domownikami.
Napisz chociaż, jaka rasa?
Taka:

Zagadka dla wyspiarzy. Co to za rasa? Nie mam siły zmniejszać obrazka (coś innego robię w międzyczasie)
Ładny. Podobny trochę do beagle’a, ale strzelałbym, że jakiś terier.
Jack Russell terier?
No i skończyłeś zabawę:-). Wku…..co inteligentny pies. Jeszcze jest mały a już cwaniak.
Jak taki inteligentny, to naucz go obsługiwać ekspres do kawy, będziesz miał dwie korzyści za jednym zamachem (ekspres i darmową obsługę).
Proszę:)
Ej, ten pies potrafi robić tyle rzeczy, że właściwie powinien również zarabiać za właściciela pieniądze, żeby było na ten dom, zakupy i zabawki.
Ładny ten piesek, ale na rasach znam się bardzo słabo 🙁
Ja się w ogóle prawie nie znam. wiem tylko jak wyglądają niektóre.
Dzień dobry. Wobec (jeszcze) pięknej pogody za oknem i kawy na biurku pozostaje mi tylko przysiąść na poranne pół godzinki na Wyspie dla zdrowia psychicznego.
Dziewiąta minęła, czas wziąć się za bary ze zleceniem.
Podziwiam Twoją pracowitość Quackie . Trzeba jednak przyznać , że sam temat zaangażowania w pracy nie jest nowy . Były czasy , kiedy każda firma miała swojego ” przodownika pracy ” .Bito różne rekordy , nagradzano pracusi , ale zdarzył się precedens , o którym warto wspomnieć : Pewien dyrektor, sprawdzając przedstawione do podpisu rachunki swoich pracusi zauważył , że towarzysz Wildstein coś tam musiał pokręcić , wezwał więc go na rozmowę . Przeglądałem towarzyszu wasze rachunki i nie mogę pojąć jak to się stało , że czasami pracujecie po 26 godzin na dobę ! Czy to jest możliwe ? Możliwe , panie dyrektorze , bo ja w te dni dwie godziny wcześniej wstawałem . Ach , sapnął dyrektor , nie pomyślałem o tym , zatem wszystko w porządku możecie iść po wypłatę ! Pozdrowionka .
Quackiemu coś z tamtych czasów zostało. Nadal jest przodownikiem pracy, pewnie też wstaje wcześniej i ma dłuższy dzień
Cudne! Historia podobna, z czasów nieco nowszych – rozmowa o pracę w korporacji:
Kadrowiec: Wszystko to pięknie i ładnie, ale coś mi się nie zgadza w pana CV. Otóż ma pan 23 lata, tymczasem deklaruje pan piętnastoletnie doświadczenie w pracy zawodowej. Jak to możliwe?
Kandydat: To proste, proszę pana. Brałem nadgodziny.
Dzień dobry. Moje zdrowie psychiczne zostało żdziebko nadwątlone przez niespodziewane wydarzenia .Na moje własne życzenie. Byłam tak zajęta,że nawet kompa wczoraj nie otwierałam,już nie mówiąc o zajrzeniu na wyspę.
spreek les,potem gotowanie i robienie kanapek dla aktywistów ,wieczorem party ślubne. Kto to jest w stanie wytrzymać…
A i teraz mam dylemat – przysiąść i spróbować sie poudzielać internetowo – czy skorzystać z ostatniego podobno ładnego dnia (deszcz dopiero wieczorem zapowiadany) i wyruszyć gdzieś na jakiś spacer…
Przedwczoraj umierałam ,walczyłam bezskutecznie ze śpiączka jakąś po powrocie z tych lodów, a wczoraj to był już całkowity wybryk natury. Rano
Dzielna dziewczyna!
Ja bym wyszedł, a potem wrócił – również na Wyspę. Dotleniony i świeższy.
Zapraszam na nowe pięterko