Przy pięknej, słonecznej, a nawet wręcz wiosennej niedzieli wybraliśmy się na spacer do Rewy. Tym, którzy może nie wiedzą albo nie pamiętają, przypomnę, że Rewa to miejscowość na północ od Gdyni, położona nad Zatoką Pucką, nazywana czasem „Helem w miniaturze”. Ten sam prąd, który usypał helską mierzeję, zakręcił ślimakiem w głąb Zatoki Puckiej i przy brzegu za Mechelinkami zrobił drugą, mniejszą. Na zdjęciu z powietrza (pożyczone z bloga poznajpolske.blogujacy.pl) wygląda to tak:

W lecie Rewa jest mekką osób pływających na deskach z żaglem i z latawcem (wind- i kitesurferów), właśnie dzięki mierzei. Przy wietrze od lądu faluje woda wewnątrz zatoczki ograniczonej mierzeją, natomiast za piaszczystym pasem lądu morze jest względnie gładkie – nawet przy silnym wietrze, a kiedy wieje od wschodu, tak jak dzisiaj – vice versa. Dlatego zawsze po którejś stronie mierzei woda jest gładka i przyjemnie się na niej pływa. Oczywiście nie w lutym!
Dzisiaj wiało od wschodu, a że zaczęliśmy krótki spacer właśnie od wschodniej strony, musieliśmy uciekać przed falami:
Z poziomu plaży cypel nie wygląda już tak atrakcyjnie jak z powietrza (nawet z moim cieniem):
Kiedy się dochodzi do końca cypla, widać, że płycizna ciągnie się jeszcze dalej pod wodą – po zagiętej linii rozbijających się na biało fal. Zresztą co roku właśnie po tej płyciźnie, która ciągnie się aż do mierzei helskiej (z przekopem dla kutrów z Pucka) odbywa się Marsz Śledzia.
Potem zrobiłem jeszcze zdjęcie na drugą stronę zatoczki, ku lekko zamglonej miejscowości Osłonino…
…a bliżej zabudowań Rewy ktoś karmił ptaki – łabędzie, kaczki i mewy (z czego najlepiej wyszły oczywiście awanturujące się o każdy kąsek mewy):
A na końcu okazało się, że na spacer można wybrać się nie tylko na dwóch, ale i czterech nogach. W siodle, oczywiście 🙂




Przy okazji warto dodać, że do Rewy kursuje z Gdyni linia autobusowa, więc nie trzeba być zmotoryzowanym, żeby się tam dostać. Co prawda autobus jedzie około godziny (po drodze nie dość, że staje na przystankach, to jeszcze zakręca do Mechelinek, co wydłuża trasę o parę km), ale oznacza to, że bez problemu można się napić na plaży w Rewie piwka.
Piękna wycieczka i wspaniałe widoki. Zainteresował mnie jednak Twój cień. Wygląda jakbyś był w dłuuugim płaszczu, albo w sutannie
Nie, skórzana kurtka, tyle że zimowe słońce jest dość nisko nawet koło południa, więc i cienie długie.
No, aż takim konformistą to Mistrz Q. nie jest!
Hihi, znaczy sugerujesz, że teraz taka moda będzie mile widziana przez tzw. władzę???
Kto wie
Faaajneee
Chciałabym zjeść sobie rypkę z pifkiem na plaży…
To raczej w lecie, chociaż mijałem dzisiaj restaurację, w której serwują jedno i drugie, tuż obok plaży, ale nawet nie sprawdziłem, czy czynna poza sezonem.
Dzień dobry
Chociaż sutanna też jest do przyjęcia 

Mnie cień Mistrza Q skojarzył się z dziurką od klucza
Piękna wycieczka!!! I piękne zdjęcia!!! Widać teraz wyraźnie jak bardzo Lake Michigan jest podobne do Bałtyku
A żebyś wiedziała, że dokładnie o Twoich zdjęciach znad Michigan rozmawialiśmy dokładnie przy okazji robienia tego zdjęcia! W sensie podobieństwa. A małżonka przytakiwała, bo spędziła kiedyś pewien czas w Detroit, w pobliżu tychże jezior.
Te wielkie jeziora wyglądają jak morze. Niektórzy mówią, że w Lake Michigan woda jest lekko słonawa. Nie wiem, bo nie próbowałam
Też fakt, że Detroit leży spory kawałek od Lake Michigan… ale i Lake Erie jest bardzo duże. 
A wycieczka może piękna, ale też króciuteńka, może ze 30-40 minut wystarczy, żeby obejść cypel. Więcej, jeżeli jest lato i się chce plażować i/lub oglądać deskarzy, a potem np. zjeść wspomnianą przez Jo rybkę. No i jeszcze jakby przyjechać autobusem, to by się można przejść plażą na południe, do Mechelinek albo i nawet do Pierwoszyna (bo do samych Babich Dołów to nie wiem, czyby się plażą doszło), a potem wrócić stamtąd znów autobusem. To by była wycieczka.
Nasze wycieczki też często są króciutkie. Nie zawsze można spędzić na marszach kilka godzin. Czasami (jak wczoraj) wieje lodowaty wiatr i po prostu nie da się łazić za długo.
Wydaje mi się, że nie długość (ilość godzin) jest miarą przyjemnego spędzenia czasu. Widoki mieliście cudne (co widać na zdjęciach) i to jest najważniejsze 
Według mnie najfajniejsze w spacerach nad morzem jest wypatrywanie jak najdalszych obiektów i zastanawianie się, co też by to mogło być. Takie rzeczy jak torpedownia albo statki na redzie (czy też wchodzące do/ wychodzące z portu) są względnie łatwe, ale już przeróżne znaki nawigacyjne – boje, stawy etc. – niekoniecznie.
Chyba nie tylko nad morzem
Ja też, gdy jestem nad Lake Michigan, szukam czegoś na widnokręgu
Nawet sama dokładnie nie wiem czego… Ta bezkresna (wydawałoby się) woda wręcz zmusza do znalezienia czegoś, jakiegoś punktu oparcia… Czasami nie widać gołym okiem, ale dobry zoom ściągnie takie niewidoczne… Jak na moim filmiku znad Lake Michigan…
Latem jezioro roi się od żaglówek, motorówek i różnego rodzaju jachtów. Teraz jest sztuką coś znaleźć 
Jeżeli chodzi o „roi się od”, to w Gdyni chyba najlepiej jest wleźć (albo – od niedawna – wjechać kolejką „linową”) na Kamienną Górę. Względnie na taras w Sea Towers, ale to już tylko dla bogatych albo ich znajomych. To są punkty widokowe, z których świetnie się obserwuje to rojenie na wodzie.
Muszę zająć się realem
Ale jeszcze zajrzę… do popotem 
Taaa, można sobie ładnie połazić w okolicach Krakowa, ale takich widoków tu nie uświadczysz…
Mój tato zawsze mówi, że morze jest – w przeciwieństwie do gór i terenów wyżynnych – takie STRASZNIE poziome.
A jest poziome, ale na pewno nie jest nudne ! Choć ja i tak bardziej kocham góry
No cóż… Niektórzy mówią o mnie góralka, ale bagienna (nizinna)
Wychowywałam się na „płaskim”/poziomym i kocham wodę. Mazury, morze… to mój żywioł. Na temat gór się nie wypowiadam, bo w zasadzie mało w nich bywałam. Trudno jest mi powiedzieć, czy je lubię… Chociaż… przy moim lęku wysokości… to raczej nie jestem aż taką miłośniczką… 
Szczególnie jeśli umie się patrzeć i widzi się te zmiany 
A morze, czy jeziora, czy rzeki nudne nie są!!! Każdy dzień nad nimi jest inny. Pogoda, pory roku, a nawet pory dnia, zmieniają je i potrafią zaskoczyć
Faktem jest, że jeśli chodzi o zmianę pogody, to właśnie w górach i nad morzem potrafi nadejść bardzo szybko. Tu bywają takie dni, kiedy słońce i deszcz zamieniają się miejscami kilka razy dziennie i zupełnie niespodziewanie (chociaż niby płasko i widać z daleka, że coś się kroi).
Dobry wieczór : Widziałem kiedyś ( w słusznie minionych czasach) poglądową lekcję dobrego wychowania , kiedy na plaży (może w Rewie ?) urzędnik przepraszał swojego dyrektora ,bo przez nieuwagę nadepnął na cień Dyrektora !!! To były czasy ! A Twój cień Quackie , to cień godny nawet …..oj , żebym nie przeholował , bo jest nowa ustawa …. To powiem tak : cień jest wyrazny , kształtny , po prostu ładny . Podoba mi się….
Dziękuję w imieniu cienia, postaram się, żeby jak najdłużej był kształtny i ładny!
Bywałem na Helu od strony lądu i od morza , ale bez mozliwości rejestracji obrazu . Pozostały ciekawe w wydarzenia wspomnienia .Dobre i to …
Czyżby w wojsku?!?
Chętnie bym poczytał takie wspomnienia!
Ja też chętnie bym takie wspomnienia poczytała!!! Muszą być niezmiernie ciekawe

Może jakiś nowy cykl opowieści Maksiu?
Myślę, że rowerek nie pozwoli na zmianę kształtu cienia
Jeszcze musiałbym na niego wrócić…
Czyżbyś go zaniedbał?
A nie widać po cieniu??!?!?
Nie widać.
Też uważam, że nie widać

Cień ma to do siebie, że po południu uprzejmie wydłuża (żeby nie powiedzieć: zwęża)…
Chociaż taka pociecha.
Z wyjazdu wróciły moje zezwłoki i to w stanie rozkładu. To ja tylko kordełkę i do łóżka.

Spokojnej.
Złóż je pod kordełką! 🙂
Złożyłam. Pomogło. Kordełka jest dobra na wszystko.
Moooooorze nasze mooooorze beńdziem ciebie wieeeernie szczec…
Mamy rozkaz cię uczyyymać, albo na dnie, na dnie twoim lec…
Płynę lec……….
Zawsze jak się kończy refren, takim dziarskim tam taram tam tam, to śpiewam sobie pod nosem „Stanisław Jerzy Lec!”
No to tam taram, też idę lec…Pod kordełkę

Spokojnej nocy Kochani
Spokojnej!
Dobranocka – 2 w 1.
Czyli Pat Metheny w delikatnym, jazzującym coverze Bitelsów. No nie wiem, można lepiej? Niby oryginał świetny, ale na Wyspie, dzisiaj, na dobranoc…
Snów z uczuciami w roli głównej.
Bardzo miła dobranocka. Dobranoc zatem!
dobranoc i niech mi się nie przyśnią śledzie, co to je przygotowywałam na śledziowa imprezę! Stanowczo wolę śnić o Zatoce Puckiej
Ach śledzie! To już pojutrze!
Komuś kawy? (Najpierw napisało mi się „jawy”… Proroctwo, czy co?)

Bo ja sobie herbatkę szykuję. Dlaczego tu nie ma herbatki???
Dzień dobry
Kawa? Baaardzo chętnie 
Herbata też, ale później, w ciągu dnia. Czerwona albo zielona.
Dzień dobry. Widzę na fotkach sporo miejsca na rozłożenie kocyka na plaży. Rzucam wszystko i jadę się opalać bo latem tłok.
…a latem wygląda to tak (zdjęcie pożyczone ze str. kosakowo.pl):
Bywa gęściej !
Witajcie!
Śledzie? Jakie śledzie? Z cebulką czy z marchewką?
Nie śledzie tylko naleśniki i nie z marchewką tylko z domowymi powidłami:-)
Witajcie!
Ps. Jednak z cebulką.
O, no! Naleśniki z powidłami. Dzięki. Bo nie miałam pomysłu na środę.
Nie, nie i jeszcze raz nie! W środę tylko placki ziemniaczane z sosem Tzatziki np.
Ziemniaczane mogą być. Ale po bożemu: z cukrem i śmietaną.
Ale dlaczego naleśniki z powidłami nie???
Bo często w środy robię placki ziemniaczane. Ale nigdy z cukrem. Wiem, że niektórzy tak podają no ale sorry. To musi być niejadalne:-). Z gulaszem owszem, od bólu z keczupem, z mlekiem super. Ale z cukrem – nigdy. To jak picie ciepłej wódki! Nigdy. Howgh:-)
A z musztardą? U mnie wyłącznie… no, gulasz też może być!
Ooo to może być dobre połączenie. Nie jadłem jeszcze w tej konfiguracji.
Z KECZUPEM??? ALBO MLEKIEM???
O jezusienazareński…
Zwłaszcza z mlekiem. Zimnym prosto z lodowki…
Na chwilę, w przerwie pomiędzy pracką a pracką. Na temat placków muszę 3 grosze wtrącić.
Otóż jako dziecię jadałem wyłącznie na słodko, tak jak Jo pisze, z cukrem i śmietaną, ale jako dorosłemu już mi z tym za słodko, więc jeżeli już jadam, to na nie-słodko – jako tzw. placek węgierski lub cygański (osobliwie w restauracjach), właśnie z gulaszem lub czymś podobnym (gęsty, pikantny sos z kawałkami mięsa). Natomiast w domu w podobnej konfiguracji, ale ponieważ mam wpływ na ciasto od podstaw, to – jeśli nie zachodzi sytuacja, że część placków będzie na słodko – można je podrasować, dodając już do ciasta np. posiekaną cebulę, grubo utarty ser, względnie drobno pocięty boczek. Ślinka leci, toteż wycofuję się na z góry upatrzone.
Pięknie, noo pięknie




Wykonałam lot od Tatr przez Lace Michigan aż do Bałtyku i łykam jooood
Dzień dooobryy
PS
Jakże cieplutki głos Ukratka wita nas na Wyspie
Ale tylko w Win 10
Hej, Skowronku!
Gdzie byłaś, jak cię nie było?
Na emigracji wewnętrznej

Aaa dlaczego już nie witasz???????
Powitanie jest na początku pierwszego wpisu o Tatrach, więc uruchamia się gdy otwierasz ten wpis lub stronę główną – lub dowolne archiwum, wyświetlające początek tego wpisu.
Fajnie, że wróciłaś!
A nie. Już mnie nie witasz na Edge

Jednak pozostałeś na Chrome i MF
Może sobie na Edziu zablokowałaś ten skrypcik…
A w jaki sposób zablokowałam??? Taż ja go cały czas ulepszam
A witam cię zawsze, jak mam okazję – tyle, że przeważnie cicho!
Aha, na ucho
Ja też słyszę ten ciepły głos, a mam siódemkę
Okrutnik, wziął i wyłączył
PS2 Stępem po plaży? Też bym se tak pospacerowała
Hmm, jeżeli chodzi o konie, to jakoś nie mam zaufania. Zwierzę większe ode mnie i jakby miało własne zdanie nt. celu podróży, to trudno by mi było przekonać je do współpracy.
No właśnie. Mam takie samo samo odczucie. Koń by się z tego pewnie uśmiał:-)
Pewnie tak. I pogalopowałby w swoją stronę. Znajoma koniara twierdzi, że konie znakomicie wyczuwają takie obawy i bezlitośnie je wykorzystują.
Dzień dobry. Jeżeli chodzi o śledzie, to pewnie powinienem prym wodzić, ale mimo miejsca zamieszkania nie mam jakichś fascynujących doświadczeń. Dobre rolmopsy to jest to. W śmietanie z pieczonymi ziemniaczkami (czyli wielkopiątkowy) też niczego sobie.
No i jeszcze kojarzy mi się słynny „śledź po kaszubsku” z menu pewnej restauracji, przetłumaczony na angielski jako „Follow Kashubian” (tzn. „śledź” jako tryb rozkazujący czasownika „śledzić”). Ot, uroki tłumaczenia automatycznego.
Śledzie? Jak najbardziej, ale w śmietanie. To znaczy – pyry w łupinach i śledź w śmietanie – moje ulubione danie.
Tak, to jedno z tych dań prostych, a trudnych do przebicia smakowo.
Jak ja tego nienawidziłam w dzieciństwie… A w moim peerelowskim katolickim przedszkolu serwowany był chyba w każdy piątek. Dzieciom!!!
A teraz, jakbym sobie zjadła, to nie mogę
Takie śledzie jadałam dwa razy w roku: w Wigilie i w wielki piątek. A przynajmniej tak pamiętam
A imprezowo zrobiłam śledzie z czosnkiem i majerankiem, w czerwonym winie i po żydowsku. Trzy inne smaki zrobi moja przyjaciółka.
W czerwonym winie??? Hmmm, to ja jednak tradycyjnie!!! Winem nawet nie popiję
Ja częściej sobie robię, niezależnie od dnia. Już mam na nie apetyt, może na jutro je zrobię. Dziś już za późno na zmianę planu
DzińDybry:)) Dlaczego hetman Czarniecki na ostatnim zdjęciu, nie jest w zbroi tylko w błękitnym wdzianku???
To jest błękitno szmelcowana zbroja, Stateczku.
A skojarzenie jak najbardziej prawidłowe, tylko nie wiem, czy Czarniecki się rzucał przez morze dla ojczyzny ratowania samotrzeć? Czy może jednak w nieco liczniejszym towarzystwie?
Hetman Czarniecki kurował się z ran na zamku w Pęzinie u pani Puttkamerowej tak długo, aż król wysłał po niego umyślnych :)Bo wojenki kiedyś się kończą ?
Po dziewiątej – zmykam do pracy! Pojawię się, jak będzie możliwość.
Bo nie ma tego złego… U mnie słoneczko świeci
Pytanie mam do kawoszy. Bo ja się nie znam. A potrzebuję nabyć ekspres do espresso, czyli ciśnieniowy, do domowej produkcji porannej kawy dla małżonka.
Nie kupię mu KitchenAid, chociaż by mi pięknie pasował do pozostałego wyposażenia, bo mnie nie stać na maszynę do kawy za cztery i pół tysiąca. Ale może znacie z własnego doświadczenia coś przyzwoitego, za nieco mniejsze pieniądze?
Dotychczas mieliśmy/mamy kenwooda, ale po dziesięciu latach chyba się kończy…
Rozważaliście system kapsułkowy (np. Nespresso)? Bo my z takiego korzystamy i jesteśmy bardzo zadowoleni. Ekspres to od kilkuset zł do tysiąca kilkuset, natomiast jeżeli wchodzić w taki system, to z pełną świadomością, że uzależniacie się od producenta w kwestii kapsułek. Plusy – bajecznie prosta obsługa (co się liczy zwłaszcza w godzinach porannych), minusy – kapsułki tylko od producenta (próbowałem zamienników z Duki i stanowczo odradzam – wychodzi świństwo, jakich mało). Ewentualnie możesz wysłać małżonka do butiku przy Nowym Świecie 47 (albo w Arkadii), niechby spróbował, czy mu w ogóle smakuje taka kawa.
No właśnie kapsułki nie. On lubi szukać różnych rodzajów i tak dalej. Kupuje albo zmieloną, albo sam sobie zgrzyta, znaczy mieli. Nie ma letko…
Może boi się, że będzie jak w reklamie? Że co sobie Clooney zaparzy nespresso, to mu ktoś podiwania?
Nie żebym się upierał, ale aktualnie w ofercie jest 28 rodzajów (różniących się smakiem i intensywnością) kapsułek, w tym przynajmniej 2-3 rodzaje zmieniają się okresowo (np. przed świętami wchodzą różne śmieszne smaki, typu piernikowy, cynamonowy czy karmelowy). Ale jak P. sam lubi kombinować, to faktycznie może mu być mało.
BTW – można zakupić bodajże na Allegro (znaczy poza oficjalną siecią Nespresso) kapsułki wielorazowe, które można napełniać własnymi mieszankami, ale lojalnie uprzedzam, że to się tak sobie sprawdza – jednak najlepsza kawa z tego ekspresu wychodzi z firmowych, jednorazowych kapsułek.
Kwaku – mnie przekonywać nie trzeba! Ale skoro to ma być prezent urodzinowy dla małżonka, to nie będę go przekonywać do czegoś, czego on nie chce. Ja bym zabiła…
Si, signora, capisco.
Bene.
Buonanotte
A domani!
Spokojnej, bo po włosku nie wiem, jak będzie, żeby jeszcze miało aspekt życzeniowo-dopełniaczowy.
To jest taka firma Mercedes wśród ekspresów:
http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/www.ekspresyjura.eu/category/ekspresy-jura/impressa-c-line/
zapłać pierwszą ratę 1200,00 i powiedz najdroższemu, że resztę musi sobie sam sfinansować. Będzie przeszczęślwy:) (z ekspresu). Sam się zastanawiam nad używanym ale… używany. Hmm nie bardzo. I dlatego korzystam z kawiarki i kupuję dobrą kawę.
Nespresso ma kolega. Chwali sobie ich czarne kawy. Natomiast o tych ze śmietanką mówi, że syf. Krótko mówiąc.
Inna sprawa, że te jednorazówki wychodzą chyba i tak drożej niż moja kawa (już i tak droga) za którą płacę powyżej 100zł/kg.
Noale na ile Ci starcza ten kilogram za 100 zł? Ja piję 2 kawy dziennie, w cenie od 1,60 do 2 zł za kapsułkę. Załóżmy, że nawet 4 zł dziennie (w weekendy mogę, nie muszę, ale załóżmy). No to na 30 dni wychodzi ok. 120 zł na osobę. Kosztu ekspresu nie liczę.
Natomiast jeżeli piszesz o chemicznych gotowcach z kapsułki „ze śmietanką”, to to nie jest Nespresso, tylko inna firma kapsułczana. Tchibo albo Nescafe Dolce Vita.
Z kawiarki robimy 3 filiżanki kawy. Od poniedziałku do piątku – pojedyncze parzenie, czyli 3 filiżanki (Ja, moja Pani i moje od paru dni dorosłe dziecko, które nb już od gdzieś 2 lat pija z nami regularnie trochę mniejszą filiżankę. Sobota – niedziela – dwie kawiarki – czyli 6 filiżanek. To wychodzi 30 kaw tygodniowo (w ciągu tygodnia ktoś przyjdzie i też wypije kawę). Do kawiarki sypię 15gram kawy (specjalnie zważyłem przed chwilą z ciekawości).Czyli z kilograma wychodzi 200 filiżanek kawy. Spojrzałem jeszcze na cenę ostatniego zakupu kawy – zaszalałem 150zł/kg. Summa summarum płacę 75gr za filiżankę kawy (+ 5groszy za energię, cukier i mleko).
Czas poświęcony ok 10 minut. I jest to coś co naprawdę lubię. Parzyć kawę lubię – zapach rytuał jak nie przymierzając przy japońskim parzeniu herbaty:-). Relaksuje mnie to w tej codziennej gonitwie.
W pracy przez ostatnie lata piłem rozpuszczalnik (w miarę pijalna jest Davidoff;-) ale ostatnio przerzuciłem się na parzoną MK Cafe + mleko. Niestety nie mamy automatu do kawy – pewnie wtedy byłoby automatycznie parzone i wypijane.
Co do kapsułek faktycznie nie jestem w tym momencie pewien firmy. Tak czy inaczej znajomy zresztą do spółki z drugim twierdzą, że te zwykłe kawy są bardzo dobre a w smakowych i z dodatkiem sztucznego mleka nie gustują. Zwłaszcza jeden z nich akurat dzisiaj się w pracy wypowiedział, że kawa z tym sztucznym mlekiem to wielkie g… No cóż to jego wypowiedź. Nie moja, nie piłem to nie wiem:).
Się rozpisałem bo kumbinuję jakiś napad na bank aby sobie to kupić:
http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/www.caffeineonline.co.uk/wp/wp-content/uploads/2014/06/imgGaggiaDeco.jpg
Faktycznie wychodzi sporo taniej (nie liczę u siebie mleka i cukru, bo nie używam, a prąd – pewnie trochę idzie). Ale ja z kolei nie celebruję, w przypadku ekspresu kapsułkowego trzeba 30 sekund, żeby się nagrzał, wrzucam kapsułkę, zatrzaskuję wajchę, i może następne 30 sekund (albo mniej), żeby nalać filiżankę kawy.
Tutaj już nie da się odpowiedzieć dlatego piszę (ja Zoe) w trybie edycji: To jest oczywiste, że każdy sposób parzenia ma swoje plusy i minusy. I nie krytykuję żadnego – każdemu wg potrzeb. Reasumując: Automatyczny ekspres: duży koszt ekspresu, nieograniczony wybór kaw w różnych cenach, szybkość parzenia. Nesspreso itp wynalazki: niski koszt ekspresu, szybkość parzenia, wysoka cena kawy, ograniczony wybór kaw. Kawiarka: niski koszt kawiarki, dużo zabawy i czasu z parzeniem, nieograniczony wybór kaw w różnych cenach. Wyjście do kawiarni: zmiana otoczenia, najdroższa kawa – niespodzianka – czyli nie wiesz czy będzie dobra czy niedobra, nie bawisz się w kuchni
Polecam Saeco XSMALL z młynkiem. Cena około 1000zł. Robi znakomitą i zawsze świeżą kawę, wymaga odkamianiania co trzy cztery miesiące:))
O, zaraz sobie popatrzę!
No i fajrant – ale i przerwa od komputera…
No to i ja idę w objęcia Morfeusza

Spokojnej!
Dobranocka więc.
Dzisiaj mam smaka na evergreena, więc będzie Ella Fitzgerald, w takim klasyku, że nie wiem, czy może być bardziej klasyczny. „Manhattan” – melodia, orkiestra, zajedwabisty głos i te dzwoneczki!
Snów zamorskich i całkiem bezwizowych. A co!
A paluszkach zapalam lampkę, żeby nie płoszyć nastroju ! Takie ładne określenie evergreen !
W dodatku zajedwabisty!
Dzień dobry
Komu kawy?
A może do
tego bułeczkę?
Dobry, Bożenko
Wczoraj się nagadaliśmy o kawie. Dzisiaj nie będziemy jej za to pić:-).
Oooo, nie! Ja się kawusi nie wyrzeknę!
Dzień dobry.
Dobry, Panu
Witajcie!
Już po śniadanku…
Zajedwabistym??
Witaj, Ukratku 😀
Wyspany też??
Śpię! Halniak mnie wykończył. Zabierając sen o trzeciej, albo o czeciej

Idę na mentoska!! Wiem, wiem.. chętnych do towarzystwa nie znajdę
Czyżby i w Poznaniu wiał halny? Też się obudziłam o trzeciej i zasnąć nie mogłam
Zaspałam.
– będę udawać, że to herbata.
Ale jak się nie śpi od północy do trzeciej, to kiedyś trzeba.
Bardzo proszę, jest i herbata…
Dzień dobry. Kawa obowiązkowa!
Zmykam popracować, dam znać, jak skończę.
Witam ciepło i słonecznie :)))
I wielkanoc tuż tuż…
Smacznego ! Czy podać równiez ziemniaki w mundurkach ? I coś jeszcze?
Czyli karczmiaki. Zawartość także wg uznania 🙂 Ale chytruska ze mnie ?
Podobno najlepsza z mozliwych ?
A ja wolę ajerkoniaczek
I do tego norweskie śledziowe cukierki…
Też dobrze
No więc tak – praca skończona (wieczorem jeszcze jedna fucha, ale to zaraz), a teraz niemiła konieczność pójścia do sklepu i kupienia nowego monitora, gdyż stary właśnie się zepsuł – ze sporą częstotliwością (na oko 2-4 razy na sekundę) zmienia poziomy jasności, i niestety jest to niezależne od źródła obrazu (to samo dzieje się po podłączeniu lapka, a przez chwilkę myślałem, że to może karta graficzna). O ile się nie mylę, jest to również związane z intensywnością poruszania się różnych elementów, zwłaszcza na białym tle – kursora myszki lub literek w tekście.
W każdym razie muszę kupić nowy monitor. Jak wrócę i podłączę, odezwę się.
Dziś ostatki, ale mało szalejemy, bo nie mamy siły. Za to moim panowie bardzo ładnie się prezentują i zastanawiam się, czy ich nie uwiecznić w szkicach…
Bo TU nie umiem…
1. Umieszczamy zdjęcia w dowolnym publicznie dostępnym miejscu, np. w tutejszej Bibliotece Mediów: Dodaj + Medium, potem przeciągamy fotkę z lokalnego dysku na okno „Dodaj plik”. Po dodaniu klikamy w link „Edytuj” i ukazuje nam się link do zdjęcia w bibliotece
2. We wpisie lub komentarzu wpisujemy:
<img src=”adres_sieciowy_obrazka” /> gdzie w miejsce adres_sieciowy_obrazka wpisujemy uzyskany wcześniej link (pełny! od http począwszy, na rozszerzeniu – najczęściej .img – kończąc).
3. Przed /> można jeszcze ustalić rozmiar, konkretnie np. szerokość, dopisując width=500 (gdzie 500 to zadana szerokość w pikselach).
4. Publikujmy – i wszyscy są zadowoleni!
Przepiszę do notesu. Bo TAMTĄ karteczkę zgubiłam…
Dzień dobry, jestem, jeszcze nie zacząłem wieczornej rundki z fuchą, ale mam nowy monitor. Swoją drogą, przydałoby się wymusić na karcie graficznej wyższą rozdzielczość.
Od rzemyczka do koniczka… za chwilę uznasz, że musisz jednak wymienić komputer
E, właśnie nie. Z rozdzielczością już poszło, teraz próbuję coś zrobić z czcionką i kolorami, ale guzik. Czcionka się rozszerzyła w poziomie, jest prawie kwadratowa i dość cienka, nijak nie mogę z tym dojść do ładu, a kolory jakby zazielenione? Można to regulować z poziomu monitora… żeby jeszcze jasność i kontrast, psiakość, jakoś sensownie wyszły
Powodzenia, dasz radę.
A jaką masz kartę graficzną? nie masz w sterowniku np. ustawiania gamma? i profilowania kolorów?
Mistrzu T. mam problem raczej z nadmierną ilością ustawień, nie wiem co wybrać, w zaawansowanych ustawieniach jest tych zakładek chyba z kilkanaście. Ale chciałem to raczej z poziomu monitora ustawić, bez grzebania w sterownikach i ustawieniach karty, tyle że mogę ustawiać osobno RGB, a opcje „ton kolorów” i „gamma” mam w ogóle nieaktywne, nie wiedzieć czemu. Karta ATI Radeon X550 256MB RAM.
Plus do tego jeszcze kwestia systemu (XP i tu masz rację – gdybym chciał jakiś nowszy, to musiałbym właśnie zmienić większą część hardware’u).
No i czcionki też się jakoś dziwnie ustawia, co próbuję zmienić, to szlag trafia całe ustawienia ekranu i/lub pulpitu.
Wróć do sklepu po nowy komputer. A z tym starym na balkon i wyrzuć przez okno z okrzykiem wy ……e. Pomyśl jakie wspaniałe plotki wzbudzisz w otoczeniu. Trzy tygodnie okoliczne emerytowane panie będą zachodzić w głowę co się stało w ostatni dzień karnawału 🙂
No co Ty? Komputer własny, jak stary fotel – wysiedziany, dopasowany do potrzeb i wymagań, tam aplikacja ta, co trzeba, tu wyłączona funkcja, co do szewskiej pasji doprowadzała. Wszystko gra, tylko ten monitor.
To tak jak moje auto. Wszystko gra, tylko blacha rdzewieje coraz bardziej…
O, przypomniałeś mi, że muszę otworzyć i odkurzyć w środku. Może w weekend?
To ja ostatkowo powiem dobranoc i idę śnić o lepszym jutrze.

Spokojnej.
No to i ja idę w ślady Jo.

No to też spokojnej.
Dobranocka zatem.
Była Ella, będzie Marysia, Peszkówna zresztą. Jej płyta „Miasto mania” z 2005 roku bardzo, bardzo mi się spodobała, ale niedługo potem zobaczyłem ją na żywo na Open’erze i miałem odczucia wręcz przeciwne do tych po wysłuchaniu płyty (może dlatego, że śpiewała wtedy piosenki z następnego albumu). I może dlatego, że muzykę do „Miasto manii” napisał Wojciech Waglewski.
Ale dzisiaj na dobranoc naprawdę świetny utwór, „Mam kota” – spokojny, ale drapieżny, minimalistyczny, ale mocny, prężący się do skoku, ale wcale nie skaczący.
Snów na kocich łapach!
Chyba wolę swojego kota ! Nie przypomina smoka, to fakt
Jak dla mnie, Maria-Awaria ma coś wspólnego z kotem. Miauczy rozpaczliwie!
Zgodzę się, ale nie w każdej piosence miauczy…
Śledziowo usatysfakcjonowana zapalam lampkę na dobr
e sny
Dzień dobry
W pracy biegiem, żeby być w miarę wcześnie w domu, a potem znowu biegiem, żeby przygotować obiad na dziś i sałatkę z tuńczyka na jutro
Wczoraj robiłam rybę po grecku i przy okazji rozcięłam sobie kciuka
A wszystko przez nową tarkę. Ma za duże i za głębokie oczka i ciężko się na niej tarkowało. Docisnęłam mocniej, marchew mi pojechała, a ja paluszkiem po tarce… krew leciała jak z prosiaka
Wściekła wzięłam starą tarkę i poszło mi jak po maśle… Trzeba było od razu użyć starej
Rano miałam sztywny palec, ale jakoś go rozruszałam
Co prawda cały plaster był znowu we krwi, ale już mam nadzieję będzie spokój.
Najgorzej jak się wyłączy mózg i robi się coś bezmyślnie… sama jestem sobie winna…
Padam na dziób… urobiłam się
Nie zamartwiaj się! Do wesela się zagoi!
Nie zamartwiam się
Kiszek nie było widać, czyli nie jest tak źle
Do wesela się zagoi, jak to się u nas kiedyś mówiło 
A jeszcze na dokładkę małżonek mnie wkurzył
W warsztacie naszej firmy ubezpieczeniowej zreperowali mu wreszcie samochód po tym wypadku. No i moje kochane szczęście ślubne zapłaciło „deductible”, czyli „wkład własny” (czy jakoś tak, bo nie wiem dokładnie jak się to po polsku nazywa). Pytam się go, po co płacił, przecież to ubezpieczenie tej baby powinno za wszystko zapłacić? A on mi mówi, że powiedzieli mu, żeby zapłacił, to zapłacił
W jego przekonaniu, skoro reperowali mu samochód, a mamy w naszym ubezpieczeniu $500 „deductible”, to jak miał nie zapłacić?!!! Mało mnie apopleksja nie trafiła. Burżuj się znalazł!!! A jak zaczęłam mu tłumaczyć, że to nie tak, to się obraził
Na drugi dzień pogadał w pracy ze swoim najlepszym kumplem, który przyznał mi rację, a potem jeszcze z kilkoma kumplami i wszyscy mówili mu to samo, to zadzwonił do warsztatu. A tam mu powiedzieli, że jak ktoś ma tak „dupne ubezpieczenie” jak ta baba, to oni zawsze biorą, bo takie ubezpieczenie nie zawsze chce zwracać koszty. A przynajmniej nie w całości… No i teraz wiadomo kto pójdzie wykłócać się o kasę od ubezpieczenia
Czemu zawsze ja mam po tych pierońskich urzędach się szwendać?!!! Moje szczęście ślubne z lubością stosuje spychoterapię
Bo on nie umie się kłócić… a ja nie lubię 

No i właśnie myślałam, kiedy by tu się wybrać do tego ubezpieczenia i z kim najlepiej porozmawiać, żeby jak najszybciej i pozytywnie załatwić sprawę… wzięłam nie tą tarkę i mam skaleczony palec
Bo nieszczęścia parami chodzą…
A czasami i stadami
To już żeby tak nie narzekać i nie psuć poranka…

A że drogi nie był… te parę „zielonych”… 
Kupił cienki pręt, wygiął go odpowiednio i zaczepił dokoła karmnika. Ale ptaki i tak nie chciały z niego jeść. Bały się nowości… Małżonek, który cały czas się złości, że te moje ptaszydła strasznie brudzą, denerwował się, że nie chcą siadać na nowym karmniku. Tłumaczyłam, że muszą się przyzwyczaić do widoku i będą siadać…
Kilka wiewiórek sobie podjadło, a ja wyszłam i nasypałam ziarna na ziemię. Gołębie od razu się zleciały. Wiewiórki przestały skakać na karmniki… Płytek widać nie było, tak głodne towarzystwo obsiadło nasze podwóreczko 
Ze starego wszystko zjadły, a że spadł śnieg, to na ziemi niczego nie mogły znaleźć. Zabrały się więc za nowy
Na pręcie, który doczepił małżonek siadały, ale tylko na chwilę, a potem siadały na oryginalnym siedzisku i jadły
Ale tego już małżonkowi nie powiem…

Może ze dwa tygodnie temu kupiłam nowy karmnik. Widziałam takie w przydomowych ogródkach i bardzo mi się podobał
Małżonek od razy stwierdził, że za mało jest miejsca dla ptaków do siadania i coś z tym trzeba zrobić
W niedzielę zabronił mi (z groźną miną) sypania ziarna na ziemię. Mają jeść z karmników i koniec. Nie pomogły tłumaczenia, że gołębie z takich karmników nie jedzą. Po prostu nie umieją… Stanął w oknie kuchennym i patrzył. Biedne, głodne gołąbki szukały ziaren… coś tam znajdowały, ale mało… Najgorzej z wiewiórkami. One muszą jeść dużo. Kiedyś widziałam program o nich i wiem, że muszą zjeść ok. 20 kasztanów dziennie. Ja nie mam kasztanów, a ziarenka słonecznika, orzeszki, czy migdały duże nie są. Nie znalazły na ziemi, to zaczęły koncepić jak by tu się dostać do karmników. Co i rusz jakaś drapała się po ścianie, właziła nam na parapet i skakała na karmnik. Małżonek ganiał je bez przerwy. W końcu nie wytrzymałam. Poradziłam, żeby nie ganiał wiewiórek, bo one pokazują ptakom, że tu jest coś dobrego do jedzenia. Popatrzył na mnie tylko i poszedł
Dziś wróciłam z pracy, a na nowym karmniku cały tłum ptaszków
Czyżby to już środa?!!! Czyli weekend tuż tuż


Miłego dnia Wam życzę
I chyba się wybiorę do łóżeczka…
Dzień dobry
To już środa i coraz bliżej do Wielkanocy 
…bry.
Na to wygląda.
Witajcie!
Póki co ta Wielkanoc podtrzymuje nas na duchu. A jak przeminie?
Jak przeminie, to będziemy czekać na Gwiazdkę
Dzień dobry, chociaż prognozy pogodowe brzmią, hmm, nienajlepiej – deszcz ze śniegiem w różnych proporcjach w różnych częściach kraju.
Dzisiaj trochę wcześniej muszę zacząć, bo zapowiada się pracowity dzionek.
Po prostu u mnie leje.
U mnie jeszcze nie.
A właśnie. Tak w ogóle Dzień dobry.
U mnie też nie, na razie się nie zanosi.
Zmykam.
A w Krakowie pada…
Dzień dobry
Trochę mrozi, ale najzimniej ma być -9C, to nie jest jeszcze tragedia
Od następnego tygodnia na plusie… może to już wiosna? 
U mnie bezopadowo
Dzień dobry 🙂 Potwierdzam symptomy wiosny . Przed blokiem ,na dwóch klonowatych drzewach , rozwijają się pąki kwiatowe . Wczoraj , uciąłem parę gałązek Tawuły , wstawiłem do wody i dzisiaj już są zielone . Czekam , może rozkwitną …. Nie jest to dobre , bo pamiętam mrozy pod koniec marca , kiedy padły sady koło Grójca . Jedyna nadzieja w ” dobrej zmianie ” , może nie do końca wszystko zwariowało ??
Na razie zwariowało ciśnienie, jest ok 990 hPa. Od rana boli mnie głowa, pomimo wypitych kaw.
Na ból głowy pomaga proszek Kogutek , na chrypkę – Wokaler , na suche oko -Zuma Noka , na stawy -Voltaren -Max itd . Po jednym dniu oglądania telewizji , dowiesz się o lekach na wszystkie dolegliwości , bez wizyty u lekarza . Po cholerę zatem ,te wszystkie zdrowotne instytucje , miesięczne kolejki do konowała , kiedy wystarczy obejrzeć TV i spisać co , na jaką chorobę i po ptokach …..
To prawda, wystarczą nam reklamy w TV
Ale ja wolę nie faszerować się chemią, samo przyszło, samo przejdzie. 
Dobry wieczór. Nie mam jednak dobrych wieści – praca w toku, z powodu że w ciągu dnia byłem zmuszony poświęcić parę godzin na coś zupełnie innego. Nie przewiduję, żebym dzisiaj miał siłę na cokolwiek poza dobranocką… Bardzo żałuję, ale jakoś tak wyszło.
Łączymy się w bólu. Ale z drugiej strony równowaga w przyrodzie być musi. Tzn. jeśli Ty musisz pracować to ja absolutnie nie powinienem aby nie zakłócić tej holistycznej(?) równowagi w pzyrodzie:-).
No, mam nadzieję, że dotrzymasz tego wielkopostnego (?) postanowienia!
Znaczy jak ja będę pracować, to Ty nie!
Dokładnie. W ciągu dnia gdy będziesz pracował ja oznajmię w swojej pracy, że dziś nie mogę nic robić bo runie symetria we wszechświecie i ten świat się skończy!
Mistrzu Q, spoko , posyp głowę popiołem , wszak dzisiaj jest popielec i wszystkie Twoje grzechy , w realu i wirtualne , natychmiast zostaną odpuszczone , a nawet , mozesz dostać 300 dni odpustu . Za co ? A za podtrzymywanie i kultywowanie narodowych tradycji . Koniec kropka , takie są postanowienia ” dobrej zmiany ”
Całkowicie popieram powyższe słowa, nic dodać, nic ująć.
Dbaj o siebie, żebyś się nie przepracował. Uśmiechnij się, jutro będzie lepiej…
Wydaje mi się, że praca do tej pory jest już wystarczającym umartwieniem. Oby jak najrzadziej!
A teraz uśmiechając się, idę pod kordłę
Dobrej nocy życzę!

To ja też.
Spokojnej nocy – nieco spóźnione.
Dziewczyny pod kordełką – dobrych snów! – Quackie zapracowany, ja dziś jakiś przymulony jestem, reszta zdaje się umartwia się przy pomocy popiołu i śledzi…
No i tak jak zapowiadałem, w sam raz fajrant na dobranockę.
Do śledzi ogóreczek moim skromnym zdaniem nadaje się o wiele lepiej od popiołu.
A na dobranoc dzisiaj będzie Fredek Rtęć. Znaczy Freddie Mercury, solo, w piosence o wielkim udawaczu. Utwór mało kameralny, rzekłbym rodem z dancingu, w dodatku rozpisany (chyba) na całą orkiestrę? Dynamiczny dość, z tym ta-da-da-dam na początku. Ale w sumie na tyle melodyjny i ładny, że ośmielę się zaproponować.
Snów prawdziwych, nieudawanych!
Nocny wicher pozbawił mnie chęci do życia na cały dzień, ale jest to stan przemijający, zwłaszcza przy młodym Fredku Rtęć.
Ach, ten lśniący garnitur. !!!
Dobranoc
Dzień dobry!
Miło zasypiać, ale też miło się budzić przy Fredku 
Dooobryyy…
A by kto miłościwie wycieraczkę dał nową, co?
Zapraszam piętro wyżej