Po raz pierwszy od długiego czasu mój małżonek wyraził chęć odwiedzenia konkretnego miejsca. Byłam zdziwiona, bo zwykle mówił tylko, że chciałby jechać na wycieczkę, ale sam nie wiedział dokąd i to ja musiałam wymyślać dokąd by się tu wybrać. Oczywiście skwapliwie przystałam na jego pomysł…
Galena, to niewielkie miasteczko w Illinois, na północny-zachód od Chicago. Leży przy samej granicy z Iowa i Wisconsin. Od nas to kawałek drogi. Według wujka Google 153 mile (244,8km).
Wyjeżdżaliśmy zaraz po wschodzie słońca i muszę przyznać, że bardzo miło jechało się pustymi ulicami. Amerykanie wstają i wyłażą z domów nie wcześniej niż o 11. Przynajmniej w soboty i niedziele…
Okolice Chicago to równiny. Teren płaski i mało urozmaicony. Ale już za Rockford zaczynają się górki. Oczywiście „opstrykałam” całą drogę, pełną ostrych zakrętów i pagórków…
Przed samą Galeną zobaczyliśmy informację o miejscu widokowym. Oczywiście skręciliśmy tam. I faktycznie było co podziwiać…
Dojechaliśmy do Galeny. Oczywiście nie bardzo wiedzieliśmy gdzie powinniśmy pojechać. W którą stronę… Jurek, jako kierowca zadecydował. Pojechał prosto przed siebie, aż dotarł do napisu, że Galena tu się kończy. Zawróciliśmy i teraz mu powiedziałam, gdzie moim zdaniem powinniśmy skręcić. Miałam nosa, bo trafiliśmy na stare miasto…
W Galenie byliśmy 14-15 lat temu i prawie kompletnie nie pamiętaliśmy gdzie co jest. Trudno z resztą pamiętać, jak się było raz i to tyle lat temu. Pamiętałam tylko, że do muzeum szliśmy po strasznie stromych schodach. Z ulicy na ulicę…
Galena wzięła swoją nazwę od galeny, minerału z gromady siarczków (pod względem chemicznym jest to siarczek ołowiu). Położona jest na malowniczych wzgórzach. Niektóre ulice mają ostry spad…
W przeszłości było to spore miasto, ale podupadło i z 14 000 mieszkańców w połowie XIX wieku zostało trochę ponad 3 000 obecnie. Ci, którzy mieszkają tu teraz, walczą o jego rozwój. W tej chwili jest to głównie miasto turystyczne z wieloma sklepikami i knajpkami przy głównej ulicy. Atrakcją dla Amerykanów są też pola golfowe i trasy narciarskie.
Dumą tego miasta jest historia i to, że mieszkało w nim aż 9 generałów z czasów wojny domowej. W tym prezydent Stanów Zjednoczonych Ulysses Simpson Grant. W jego domu jest urządzone muzeum, ale tam nie byliśmy tym razem. Poszliśmy za to do innego, w którym też są pamiątki po Grancie, ale jest też cała historia Galeny…
Staliśmy chwilkę przed budynkiem muzeum, zastanawiając się czy wejść, a jeśli tak to czy jest już otwarte. W drzwiach pojawiła się starsza kobieta i zaprosiła nas do środka. Głupio było nam odmówić, więc weszliśmy. Przy wejściu na prawo, mały sklepik z pamiątkami. Tam zapłaciliśmy za wstęp. Pani kasjerka powiedziała, że za pięć minut zacznie się seans filmowy i poprosiła nas, żebyśmy zaczekali przy drzwiach naprzeciwko sklepiku. Zaczekaliśmy. Przy okazji zrobiłam zdjęcie manekinowi stojącemu przy kasie. Żadnych biletów nie dostaliśmy, ale też nikt takowych nie sprawdzał…
Po kilku minutach z pokoju „filmowego” wyszli ludzie i pani kasjerka zaprosiła nas do środka. Razem z nami weszło parę osób. Usiedliśmy w wygodnych fotelach. Pani zgasiła światło i wyszła. W czarnej przestrzeni przed nami pojawił się hologram dwóch osób. Przedstawili się jako małżeństwo Grantów. Opowiadali o życiu Galeny w ich czasach, a także o swoim życiu. Nawet ciekawie to było zrobione. Całe szczęście „film” nie był długi i nie zdążyliśmy się znudzić. Państwo Grantowie życzyli nam miłego zwiedzania i znikli. Salka pomału pustoszała, a my z małżonkiem dokładniej sobie to pomieszczenie obejrzeliśmy. Pokój ten nie był duży, obwieszony obrazami i różnymi pamiątkami, a w rogu, przy kominku, stał manekin w sukni. Nie wiem czemu nie postawili tu takiego samego manekina jak w sklepiku. Ta suknia bez głowy i dłoni wyglądała dość upiornie. I jeszcze to światło!!!!
W salkach na parterze było o historii Galeny. Sporo miejsca poświęcono górnictwu. W połowie XIX wieku Galena była największym dostawcą rudy w całych Stanach. Rocznie wydobywano tu 27 000 ton, co stanowiło 80% wydobycia krajowego. W małym pokoiku była nawet imitacja szybu górniczego z manekinem górnika. Trzeba było się trochę wychylić, żeby zobaczyć co jest w środku. Nad szybem solidne kraty a tuż pod nimi gruba szyba. Pewnie zabezpieczyli się przed wypadkiem, ale i nie chce im się sprzątać śmieci, które na pewno lądowałyby na głowie górnika… W innej salce były eksponaty związane z samym miastem. W łączniku historia komunikacji wodnej tego terenu. W największej sali na dole stała makieta całego powiatu Jo Daviess, na którego terenie leży Galena. Nie udało mi się zrobić zdjęcia makiety, bo jest ona za duża i za wysoko stała, żeby można ją było zmieścić w kadr. A wspiąć się nie za bardzo było na co… Oglądając wszystko po kolei usłyszałam głośne westchnienie mego męża. Od razu wiedziałam o co chodzi. Już wcześniej zauważyłam w rogu sali starą centralkę telefoniczną. Mój małżonek dwadzieścia jeden lat przepracował w łączności na kolei i konserwował podobne centralki. Jak mi potem powiedział, aż mu się słodziutko zrobiło, bo to jakby kawałek i jego historii…
Na górze, oprócz małego pomieszczenia z kilkoma damskimi ubraniami i dodatkami, oraz pięknym wiszącym zegarem, całość była poświęcona wojnom i generałom. Makiety z bitwami, posągi ludzi i koni, broń i cała masa jakichś dokumentów. Prawdę mówiąc, niewiele mnie to interesowało. Pewnie niektórych naszych „Wyspowiczów” ciężko by było stamtąd wyciągnąć, ale ja po pobieżnym obejrzeniu wyszłam. Powiedziałam tylko małżonkowi, że zaczekam na zewnątrz. I wcale nie żałowałam. Na dachu kościoła obok siedział piękny czarny gołąb. Zauważyłam też po drugiej stronie ulicy piękne pnącze z czerwonymi kulkami. A co się naoglądałam cudnych kwiatków!!!! Obcykałam też co nieco okolicę muzeum.
Na męża nie musiałam, na szczęście, zbyt długo czekać. Poszliśmy w stronę kościoła Metodystów. Przeszliśmy się kawałek i doszliśmy do wniosku, że tam dalej nic już ciekawego nie ma. Skręciliśmy więc w boczną ulicę. Była strasznie stroma i chyba zjeżdżające po niej samochody musiały jechać na hamulcu, bo inaczej wylądowałyby w rzece. Doszliśmy do wniosku, że jest jeszcze dość wcześnie i poszliśmy nad rzekę. Aluminiowy most przez Galena River był paskudny. Szłam po nim i miałam wrażenie, że zaraz się zawali pod nami. Jakoś przetrwał. Ja też… Poszliśmy wzdłuż rzeki do kolejnego mostu. Po drodze zauważyliśmy pomnik na górce. Sporo sterczał nad drzewami i po prostu rzucał się w oczy. Oczywiście poszliśmy tam. Trafiliśmy do Parku Granta. Na środku była piękna fontanna, ale o tej porze dnia padał na nią głęboki cień drzew i nie za dobrze ją widać na zdjęciu. Za to armaty, jak i pomnik żołnierzy, czy Granta są zupełnie wyraźne…
Pomału wracaliśmy do samochodu. Jeszcze tylko przed sklepem zobaczyłam te „cudne” kwiatki z blachy. I to nawet lekko podrdzewiałe, a może tak pomalowane. Nie wiem…
Było sporo po 12 w południe. Nie chciałam wracać do domu. Było jeszcze za wcześnie. Namówiłam męża na dalszą podróż – do Dubuque (czyta się „debjuk”). Wytłumaczyłam mu, że z Galeny do Dubuque jest tylko 15 mil (24km), to co to jest, skoro się przejechało ponad 150. Dał się namówić…
Ale to już temat na kolejną opowieść…
Ps. Po powrocie do domu doszliśmy do wniosku, że Galena jest trochę przereklamowana. W zasadzie ma jedną ładną ulicę. Powiedziałabym reprezentacyjną i jeśli człowiek nie wybrał się na zakupy (a wszystko jest piekielnie drogie), to nie za bardzo ma tam co robić. Bo ile można chodzić po tej jednej ulicy!!!! Pozostałe niczym się nie różnią od uliczek w wielu innych miastach, park też nie jest niczym specjalnym. No, może ciekawostką jest ten paskudny aluminiowy most… Krótko mówiąc byliśmy, przypomnieliśmy sobie jak to wygląda i nie wybieramy się do tego miasta w najbliższej przyszłości. Tym razem nie byliśmy co prawda w domu Granta, ale co może być tam aż tak interesującego? O ile pamiętam z poprzedniej wizyty, w tym domu stoją meble, których używał Grant, parę jego ciuchów, trochę naczyń i różnego rodzaju papierów. Może dla jego fanów to jest ważne… dla mnie nieszczególnie. A jak mam tak daleko jechać, to wolę wybrać miejsca gdzie jest dużo do oglądania i zwiedzania…




Zapraszam do zwiedzania Galeny i okolic
Dzień dobry Mierelko 😀 Aaa ten aluminiowy most, to się gibał??? 😉
Ząb czasu pewnie go nadgryzł!: )
Dzień dobry Skowroneczku 😀 Ten most się nie gibał, ale jak się po nim szło, to miało się wrażenie, że się idzie po kartonie i na dokładkę wydawał taki dziwny odgłos. Zupełnie inny niż podczas przechodzenia po drewnianym, czy metalowym. Tego nie da się tak dokładnie opisać. Po prostu strach było po nim iść
Witaj Przewodniczko nasza !
nie poczułam się rozczarowana tą wyprawą …..
.. a te sąsiadujace ze sobą portrety generała Granta i Lee…. no cóż…za łby się już nie wezmą 🙂
Te wielkie malowidła dwa
Na względzie wasze miej.
Miecznika praprababką ta,
Ta praprababką tej.
Przy obcych w nocnej dobie,
Te praprababki obie
Wyłażą z ram, gdy pieje kur
I nuż w zacięty spór.
Mogłoby tak być ! Ale Lee i tak jest przegrany 🙂
Zawsze mnie zastanawiało o co się tak praprababcie spierały ? 🙂
Jeżeli jedna była praprababką drugiej, zapewne o upadek obyczajów wśród młodzieży. Suknie odsłaniające nawet kostkę, i takie tam, o tempora, o mores.
Nawet na plaży:
A to był „już” wiek dwudziesty, a wcześniej? Mam zdjęcie mojej babci, która młodo umarła w końcu XIX wieku. Suknia rzeczywiście do samej ziemi.
No, i obaj amerykańscy generałowie, i Moniuszko, to też XIX wiek, nie mówiąc już o Strasznym Dworze…
Witaj Wiedźminko
Miło, że Cię nie rozczarowałam 
napisałam tak, bo Ty zdawałaś się mało zadowolo
na z tej wycieczki, a mnie się podobało 😉
Gdybyśmy byli tylko w Galenie, byłabym troszkę rozczarowana. Ale potem pojechaliśmy do Dubuque. Co prawda też do muzeum, ale zupełnie innego. I tam pożałowałam, że za dużo czasu straciliśmy w Galenie i nie wystarczyło nam już na muzeum w Dubuque i jego okolice. I tego żałuję najbardziej
Poczytam Wasze opinie rano (u mnie oczywiście), a teraz idę spać
… miłego dnia wszystkim życząc 
Dziękujemy i spokojnego snu życzymy
Dzień dobry: )))
Fajne!; ) Nie rozumiem tylko jednego – tam, w tym muzeum, stara broń sobie leży, interesująca nad podziw, a szanowna reporterka miast właśnie ją sfotografować zdjęcia szosy mnie tu tycze! No, ja rozumiem, szosa „amerykanska”, ale specjalnie od innych się nie różni i aż taki ewenement na światową skalę to ona nie jest! Na upartego to ja se mogę codziennie od brzasku do zmierzchu jakąś oglądać a nawet zapachem rozgrzanego asfaltu się poupajać niczym Mistrz Quackie bimbrem z granatów!! Ale fotki oryginalnej broni z epoki to bym popodziwiał…. a tu ni ma, ledwie jedną znalazłem…. dwu harmat nie licząc!: ((
PS Bardzo ładne imię szofer nosi. Dostojne i urodziwe. Nie wiem czy wiecie ale każdy chłopiec tego imienia wyrasta na prawdziwego mężczyznę. W dzisiejszych zniewieściałych czasach to zaiste rzadkość!!: )
No bardzo
aaa wśród dzisiejszych kaszojadów, to zaprawdę – rzadkość 😀
Witam Senatora Pana
Rączki całuję!: )))
Z pewnością to imię wróci, skoro już dostał je Royal Baby…. jak moda, to moda 🙂
Miejmy nadzieję!: )
Czyżbyś miał na imię tak samo jak moje szczęście ślubne, Senatorze? Inaczej nie zachwalałbyś go aż tak bardzo
Ale mogę się z Tobą zgodzić, bo na męża nie narzekam
A nawet uważam, że jest wspaniałym człowiekiem… Co po ponad 32 latach małżeństwa mogę stwierdzić z całą stanowczością 
: )) Tak jakoś wychodzi! Wszystkie Jurki to fajne chłopaki!: )))
Samochwała w kącie stała…
Każdy pstryka to, co go najbardziej interesuje. Może szofer – prawdziwy mężczyzna ma w swoim apracie coś dla Ciebie Senatorze… Trzeba Mireczkę o to spytać.
Kiedy to Miral pstryka, szofer tylko kierownicy się trzyma i o bezpieczeństwie najdroższej durś myśli!: )
Ale i on ma swój aparat i pstryka samodzielnie.
Ale Miral tylko swoje fotki nam prezentuje!
Jak ją poprosisz, to pokaże i fotki męża. On ma nawet lepszy aparat od jej, ale ciężki. Jestem prawie pewna, że więcej tej broni pstryknął.
Ja tam się prosić nie będę, o!!
Się nie… Ale jeśli te zdjęcia Szanowny Małżonek posiada, to ja o nie poproszę dla Ciebie.
Ale karabiny!! Żadnych różyczek!!
Sie wie
Kiedy ja właśnie pokazałam fotki męża. Moje nie za bardzo wyszły. Ta szyba w gablotach dawała mi odbicie i niewiele było widać. Tak mnie to zdegustowało, że przestałam nawet próbować. Małżonek jest lepszym fotografem i jakoś mu się to udawało…
Przykro mi, ale jestem tylko pstrykaczem-amatorem, a nie profesjonalnym fotografem
Aha, plagiacik!??: )))
Jaki plagiacik, skoro od dawna pisałam, że pokazuję NASZE ZDJĘCIA, a nie tylko moje. A za zgodą autora można opublikować wszystko
Pewnie możesz Rumaku, ale nie wiem czy dużo tak gładkich, bez dziur, jak w najlepszym serze, znajdziesz. Przynajmniej w kraju
Wdychanie rozgrzanego asfaltu, mimo wszystko, odradzam!! To już lepsiejszy bimber Mistrza Q, niechby i z granatów lub granatowy. Albo fioletowy – też może przecie być!!
Ten ostatni, to zdaje się zwie się „rum na kościach” 😀
Oto foto klasycznej nalewki na kościach!
A tu foto podróbki!
Ta kształtna niżej, to to samo co na górze??? Wzrok już nie ten, od tej nalewki
A nie. To likier fiołkowy! Smakuje i pachnie nieco inaczej ale w zależności od producenta mniej więcej tego samego koloru, choć zwykle nieco bardziej gęsty!: ))
Swego czasu dostępne były fiołkowe likiery Bols. Ale dawno już się za nimi nie oglądałem.
Nie piłam 🙁 Dlaczego??? Bo się mnie na oczy nie rzuciła czy cóś??
Ja nawet kiedyś przelałem toto do flaszki po denaturacie, i usprawiedliwiając się że tylko takim trunkiem dysponuję, podałem gościom. Panie były zszokowane, ale panowie szybko się tropnęli że to dowcip i ku niemałemu przerażeniu małżonek ze smakiem poczęli popijać!: )))
Już widzę tę konsternację
Wańkowicz był mi przewodnikiem i inspiratorem tej hecy!: ))
Ja kiedyś próbowałam taki fioletowy likier Bolsa i o ile mnie pamięć nie myli, był o pomarańczowym smaku. Też jakoś się go dziwnie piło, właśnie ze względu na kolor. Prawie jak denaturat, tyle że dużo gęściejszy.
Taki też jest! Ale ja miałem fiołkowy. Tylko czy na pewno Bolsa to już ze trzy godziny główkuję a zapytać nie ma kogo!
Ja Ci nie podpowiem, bo nigdy fiołkowego nie piłam, także nie wiem.
To się nazywa różnie – księżycówka lub KPN, czyli Koniak Pędzony Nocą.
Nie, zaraz widać żeś Waćpani mało trunkowa. Denaturat, czyli inaczej „dykta”, to produkt państwowej rafinerii wzbogacony elementami smakowymi i zapachowymi celem wywołania doznań wstrząsających, a KPN to staropolska krzakówka czyli inaczej bimber, produkt chałupniczy. Można by nawet rzec – rękodzieło!: ))
Też czasami wstrząsa kubkami smakowymi i organem węchu. Szczególnie gdy do „rzeźbienia” użyto buraków. Nota bene cukrowych!: )
Mowa też była o bimbrze i takowy miałam na myśli.
Głodnemu chleb na myśli?: ))
Czemu nie, nie odmówię…
Łaj! Mną bimber wstrząsa, ale szwagrowski czasami sobie chwali. W Rosji piłem taki, że od spirytusu nie można było odróżnić. Ale to z wysokowydajnej manufaktury. Tak wg słuchów chodzących między tubylcami właściciel tego warsztatu po tysiąc litrów potrafił na raz wyprodukować!
Kiedyś też pijałam i to bardzo mocny. Od niego nie bolała głowa. Teraz u szwagra też bym mogła się w nim wykąpać, ale już nie to zdrowie ani ochota. Wolę jego jajówę, którą też robi z alkoholu własnej produkcji. Dooobra jest
Księżycówka, da i owszem, ale tej drugiej nazwy nie znałam 😀
Krzakówka?? W krzakach leśnych często pędzona!!: ))
Koniecznie przy księżycu!!! Najlepiej w pełni
Tak jest! Acani rękodzielnik!??: )))
Niektórzy przepuszczali to przez chleb, żeby wytracić kompromitujący kolorek 🙂
Ale nam się wszystko pokręciło… Mowa jest o dwóch szlachetnych trunkach, ale posty nie wchodzą jak byśmy chcieli i stąd nieporozumienia. Chodzi oczywiście o bimber, czyli – księżycówkę, KPN, krzakówkę itd i ten drugi trunek, czyli likier na kościach.
To tak gwoli uporządkowania…
A nie musieli tego robić, Bożenko
Wystarczyło zostawić na słońcu i kolorek sam znikał 
Też prawda. Nie miałam w tym doświadczenia.
Witaj Senatorze… fotek jest trochę więcej niż jedna 🙂 ale rozumiem niedosyt! 🙂
Witam: ))) Łoj tam, raptem trzy!: (
Każdy na zdjęciu widzi co chce zobaczyć
Asfalt mnie nie interesował, tylko piękne widoki!!! A bronią się nie interesuję, więc i nie za bardzo zwracałam na nią uwagę. Na piętrze tego muzeum było jej więcej, ale jak już pisałam, obleciałam tylko pobieżnie. Chyba miałam jakieś zaćmienie, skoro nie pomyślałam o Tobie, Senatorze
Że akurat to Tobie byłoby najciekawsze…
Tak, o mnie to ani jednej myśli… Tylko kiecki i kiecki!: (
Dzień dobry również tu
Ato ci heca, odeszłam tylko na chwilę, a tu wyrosło nowe piętro 
Dzień dobry: )))
Czuwaj!! Bożenko 😀 bo sama widzisz ile to może w ciągu paru minut umcknąć 😀 Witaj Poranna
Otóż to, ale niepodobna siedzieć bez przerwy przy kompie. Żyć też trzeba…
Jasne!! Intensywnie i w ruchu, bo inaczej portki /spódnica/ o rozmiar większa zakupiona być musi!! 😀
… można sobie sprawić strój, który nazywam porowory 🙂
Dzień dobry 😀 Centrala cud malina, se przypomniałam jak to kiedyś się wtykało w te dziurki
Nie, nie pracowałam na centrali, ale w mojej pierwszej pracy takowa była i można (hi,hi..) było rozmowy podsłuchiwać 😀
Mnie na zajęciach z woja uczyli takie ustrojstwo obsługiwać. Marnie mi ta nauka szła!: )
Taż to przecie proste, jak konstrukcja cepa, Panie Senatorze 😀
Widać tuman ze mnie okrutny!: ((
Ja nawet taką kiedyś obsługiwałam i wiem jak to się robi
Faktycznie prosta w obsłudze jak budowa cepa 
Idziem se zapalić na taras, Ktoś ze mną?? Może???
Przykro mi, nie będę towarzyszyć. Jam już niepaląca…
Przykro. Się samemu truć
Czas na okna.. To się nazywa „czynny wypoczynek” 😀
I ja muszę pomyśleć o oknach, ale nie dzisiaj bo nie lubię jak po mnie poprawia deszcz.
ja też powinnam… ale mi się nie chce. Poczekam na natchnienie 🙂
Dzień dobry Skowronku..
.jesteś jeszcze na tarasie? Zrób sobie przerwę w tych oknach …
Ja już byłam
Co prawda nie na tarasie, a w ogródku…
Dzień dobry. Jak zwykle relacja pełna, drobiazgowa i znakomicie się czytająca. Chciałoby się powiedzieć: „Sic transit gloria mundi”, czyli kiedyś przez miejscowość szło 80% krajowego wydobycia, a teraz… Teraz miasto musi walczyć o uwagę muzeami i takimi tam. Przyłączam się do apelu Senatora o nieco więcej militariów na zdjęciach. I uciekam do pracy.
Miłej pracy Quacku
Cześć Pracku-Quacku….
powodzenia ….niech Ci sie szybko i dobrze pracuje.. 🙂
Dzień dobry Quackie. Dzisiejsi mieszkańcy właśnie o powrót do tej „chwały świata” walczą. I muszę przyznać, że przez miasteczko przewalają się tłumy ludzi. Chętnie bym Wam dołożyła tych militariów, ale za bardzo nie mam co. Chyba specjalnie się wybiorę do muzeum w Cantigny jeszcze raz, bo tam różnego rodzaju militariów jest od groma. A tak w ogóle, to czy ja Wam opowiadałam o wycieczce do Cantigny? Bo nie pamiętam
Tam jest cały park z czołgami, działami i armatami…
Jeśli nie, to muszę to nadrobić
Weeeeee! Działa, czołgi i takie tam! Yes, yes, yes!
Quackie, na cholerę Tobie czołgi, może jeszcze Grubą Bertę!!? Tylko ręczna broń, czołg nijak portatywny nie jest i na dodatek to masówka z taśmy, a taka stara broń to z rusznikarni najczęściej, małe arcydzieło nieraz!
A właśnie że niekoniecznie, zdarzają się i wśród czołgów perełki – prototypy, które nie dojechały na pole bitwy, a mogły zmienić losy wojny, albo kreatywne przeróbki na bazie masowej produkcji, uwzględniające bieżące potrzeby i pokazujące, jaki cwany musiał być frontowy mechanik.
Czy ja wiem… Przyspawali kawał blachy i już piękny??
…albo zmienili uzbrojenie na bardziej odpowiednie. Albo pomysłowo dopancerzyli tym, co było pod ręką, choćby workami z piaskiem (np. mocując je nietypowo w newralgicznych miejscach).
No tak, ale przez to ten czołg jeszcze bardziej paskudny. Ja lubię broń ze względu na jej urodę i podziwiam za funkcjonalność. Ale ja lubię broń strzelecką, indywidualne uzbrojenie żołnierza albo wyposażenie myśliwego.
Ot, popatrz:
Ładne?: )
A tu para dubeltówek Purdey’a
Aha, dla jasności – strzelby Holland & Holland, Purdey czy Vickers Armstrong Limited są uważane za najlepsze i jednocześnie najdroższe na świecie.
Och, broń jako dzieło sztuki? To oczywiście inne podejście… ale i w kształtach samolotów i pojazdów, w ich elegancji często kryje się piękno. Ewolucja od dwupłatowców na rowerowych kółkach z pierwszej wojny światowej do opływowych myśliwców, które czasem trudno odróżnić, tak są podobne do siebie prawem konwergencji, to też (dla mnie) temat do zachwytów. A jeśli idzie o indywidualizację, to widziałem kiedyś cały album nt. sztuki zdobienia samolotów przez lotników amerykańskich podczas drugiej wojny światowej, już to wizerunkami dziewczyn, już to obrazkami z komiksów albo filmów animowanych, już to pogróżkami wobec npla. Oczywiście nie są to grawerunki na dubeltówkach Purdeya, ale też służyły wyrażaniu indywidualności i jakiejś idei. Poza tym szlachetne metale i kamienie w połączeniu z bronią to jest jednak pewna nadmiarowość, luksus, który w mojej skromnej opinii zmienia funkcjonalność broni w zabawę, wynosi jej formę na plan pierwszy – nawet jeżeli nie zakłóca ona funkcji, w sensie celności czy niezawodności.
Hmmm, muszę stwierdzić że jest niejaka różnica między namalowanym olejną farbą na burcie samolotu króliczkiem Playboya a szlachetnym grawerunkiem w oksydowanej stali strzelby myśliwskiej. I nie w materiale tu rzecz. Szlachetne metale i drogie kamienie nie wpływają ujemnie na osiągi tej wspaniałej broni. Bogato zdobiona broń myśliwska znanych firm nic a nic nie traci ze swych osiągów. Całość wykonana jest zawsze z najlepszej stali a części łoża i kolba z najwspanialszego szlachetnego drewna. Podobnie jak dom, samochód, dobry zegarek czy ubranie świadczy o statusie majątkowym właściciela.
Ależ zgoda, ani grawerunek, ani króliczek nie wpływają na osiągi, mimo znacznej różnicy w kosztach jednego i drugiego. Ja po prostu zachwycam się bardziej funkcjonalnością niż statusem majątkowym, to wszystko, taki mam gust. Chociaż oczywiście zdobienia na dubeltówkach Purdeya są piękne, podobnie jak piękne potrafi być drogie pióro, kosztowna oprawa lupy lub zabytkowy, wysadzany klejnotami globus.
Niby się zgadza…. a uszczypnął!: )
No nie, w Cantigny to nie jest „tylko” park, to jest muzeum WIELKIEJ CZERWONEJ JEDYNKI! Słynnej amerykańskiej dywizji piechoty!
Dlatego muszę się tam wybrać jeszcze raz, bo w muzeum nie byliśmy
Obeszliśmy tylko park i obcykaliśmy coponiektóre czołgi, armaty… Żeby był pełny obraz tego parku, powinniśmy wejść do środka tego muzeum. Obiecuję, że tym razem „ocykam” wszystko dokładnie, specjalnie, żeby panów zadowolić 
Z góry dziękuję, bo Big Red One to kultowa sprawa.
Duuuuużo tego poproszę. Czołgi i armaty oddzielnie dla Mistrza Quackie, a dla mnie wszystko co ładne!
Przedsmak czołgów można sobie zobaczyć tutaj: http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/www.firstdivisionmuseum.org/museum/exhibits/tankpark/default.aspx (poszczególne modele wyświetlają się z podmenu ciemnymi literami na beżowym, z nazwami), a całość przedsmaku eksponatów – tutaj: http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/www.firstdivisionmuseum.org/museum/exhibits/default.aspx, oczywiście trzeba kliknąć nieco głębiej, pod „Main Exhibit Hall” i dalej już pod poszczególnymi konfliktami. Ale zdjęć jest akurat tyle, żeby wzbudzić ciekawość, a za dużo nie pokazać, więc relacja Miral jest jak najbardziej pożądana!
Się to jutro raniutko opanuje! Dziękuję: )
Nadrabiaj!: )))
Dzień dobry
! Relacja świetna, Mirelko! Mnie ta pralka przypomniała „Martina Edena”….:) popatrz co za skojarzenia.
Owszem, mnie ta broń też zainteresowała… przede wszystkim ze względu na długość luf….. to się dało utrzymać w rękach ?
Senatorze ? co na to powiesz ? 🙂
Te długie lufy to z kilku przyczyn. Pierwsza to reguła iż z dłuższej lufy strzał jest celniejszy i broń ma większą donośność, niezależnie czy lufa jest gładka czy gwintowana. No i druga przyczyna, taka raczej ciekawostka – pionierzy amerykańscy to ludzie często zaradni, a jeszcze częściej zwykli oszuści. W większości oszuści. Handlując z Indianami ustanowili zasadę: za strzelbę płaci się takim stosem skór zwierząt futerkowych jaki sięgnie od ziemi do końca lufy pionowo ustawionej broni. No i celowo produkowali strzelby z długaśnymi lufami! Ta amerykańska zaradność zawsze jak nie na bandytyzmie i krwi rozlewie, to choć na parszywym oszustwie oparta!
Jest jeszcze parę powodów wydłużania lufy, ale te dwa najważniejsze.
Ot, tu przykładowo słynna strzelba z Kentucky. Długaśna broń o heksagonalnej ciężkiej lufie, zwana także karabinem z Kentucky. Z takiej strzelał słynny Sokole Oko (Natty Bumppo) u Coopera, z racji długości używanej przezeń broni zwany przez kanadyjskich Indian La Longue Carabine!: )
PS Lufa heksagonalna nie ma gwintu, a przekrój skręconego sześciokąta. Jest jedną z odmian lufy poligonalnej, liczba kątów, a zatem i jej ścian, może być różna w różnej broni. Dziś raczej rzadko spotykana ze względu na wysokie koszty produkcji..
Nie miałem pojęcia, że przekrój wielokątny był skręcony. Ale strzelało się z takiej lufy pociskiem (kulą) o przekroju okrągłym, nie sześciokątnym? Tzn. część gazów prochowych uciekała bokami?
Nie. Strzelało się specjalnym pociskiem dostosowanym do kształtu wewnętrznego lufy. Ładowanie było paskudne bo nieraz stempel trzeba było drewnianym młotkiem wbijać ale kształt pocisku zabezpieczał przed niepożądanym ubytkiem gazów prochowych! Te nasze przodki to pomysłowe bestie były!
Pomysłowe, ale chiba niepraktyczne. Taki pocisk raz że trzeba było specjalnie odlać/ uformować do konkretnej lufy i nie dało się ani strzelać nim z innej broni, ani innym pociskiem z tej samej, a po drugie nie daj panie Boże żeby się miał gdzieś po drodze zaklinować, o co przy graniastości przekroju nietrudno. Jakby taka długa lufa jeszcze się rozerwała…
Hehe. Mistrzu, produkcja broni o wymiennych częściach to ostatnie sto lat. Mniej więcej. Nawet słynna rosyjska pepesza miała jeszcze magazynki (te bębnowe) robione oddzielnie do każdej jednostki broni. Próba założenia do innego niż od pary egzemplarza kończyła się albo niepowodzeniem albo zacięciem!
Kiedyś robiono broń indywidualnie i różnice były potężne. Nie można było wyjąć np. kurka z jednej sztuki i zamontować w innej. Różnice choćby w kalibrowaniu luf były zbyt duże i dlatego w wojsku radzono sobie stosując kule o mniejszym kalibrze (a właściwie wagomiarze), za to dając różne przybitki. Łatwiej udrzeć kawałek papieru lub szmaty niż mordować się z pecyną ołowiu. Musisz pamiętać, że kalibry też były różniste. Ot, taki karabin z XIX w z czasów wojny secesyjnej mógł mieć kalibry od 15 do 25 mm, a masa pocisków z tego wielkokalibrowca dochodziła do prawie 5 dkg!!. Każdy producent zasuwał sobie takie jak mu się podobały, przecież maszynkę do odlewania kul zrobić łatwo, a proch sypany bezpośrednio do lufy odmierzała prochownica.
Ano tak, niby się to wie, ale wyobraźnia mimo wszystko wzdraga się przed pomysłem graniastego pocisku…
Jesteś niezawodny, Senatorze…. pojęcia nie miałam, że są, czy też były, takie rodzaje luf ! A pomysł, by dłuższa była droższa nie jest taki całkiem oszukańczy, skoro celniej biła !
Ale nie można jej wydłużać ponad miarę bo efekt będzie w końcu marny. Ostatecznie rusznikarze i konstruktorzy broni nie prezentują nam karabinów z dwumetrowymi lufami!: )
…chyba że weźmiemy takie dziwo jak Anzio 20 mm, właśnie dwumetrowe (80 cali), chociaż uczciwie trzeba przyznać, że sama lufa to „tylko” 1,24 m. Zasięg (efektywny) wg cioci Wiki – niewiele poniżej 5 km. Tyle że to już właściwie nie karabin, a bardziej nowoczesna rusznica ppanc.
Jest trochę bardzo specjalistycznej broni ale przez to że ona ma bardzo wąskie zastosowanie niewiele z niej przetrwa. Pojawi się i zaraz zniknie, bo taki już los wszystkiego co ma zastosowanie w bardzo szczególnych przypadkach. Ten karabin (?) to tak naprawdę działko bo od kalibru 20 mm wzwyż broń przestaje liczyć się jako strzelecka a staje się artylerią!.
O, to dobre, nie wiedziałem. Doczytałem jeszcze, że tego kalibru używali Finowie przeciw Sowietom, i to całkiem udanie!
Od 20 do 60 mm jest to lekka artyleria naziemna przeciwlotnicza, a od 20 do 85 może też być lekka artyleria naziemna nadbrzeżna i lekka artyleria okrętowa.
A suknie ? pomyśleć ile czasu trzeba było, by to ręcznie uszyć… i jak starannie ! Nie te nasze dzisiejsze szmatki….
Witaj Wiedźminko 😀 Dzisiaj idzie taśmowa robota, bo takie są wymogi rynku i na to pozwala technologia. Wyobrażam sobie co by było, gdyby dzisiaj nie było tych maszyn i wszystko ręką…
Dzień dobry Bożenko !
ale suknie były piękne i chyba niezbyt wygodne 🙂 Podziwiam je, bo sama jestem zupełnie pozbawiona talentu do ręcznych robótek 🙂
Fakt, suknie piękne. Ale to chyba jedyna ich pozytywna cecha.
Całe szczęście nie musimy tych sukni nosić, ani szyć
A popatrzeć zawsze przyjemnie…
A wiesz…. ja bym ponosiła taką kieckę ! 🙂 Lubię długie sukienki i mam też takie 🙂
Najpierw się woziło, potem popadało, a teraz grzmi. Wyłączam się, dopóki burza nie przejdzie…
Tu już przeszła.
Dzień dobry 🙂 Kolejna fajna wycieczka 🙂
DzięDobry:)) Jakie to miłe i radosne mieć znajomych podróżników :)) Oni marzną, przegrzewają się, czasem mokną, tną ich moskity, napadają tygrysy i aligatory, muszą się żywić w podejrzanych traktierniach, my leniwcy korzystamy z ich trudu i przeżywamy podobną im radość, ciesząc się z ich opowiadań, zdjęć, filmów. Dzięki Wam za to :)))
Hyhy, smarujemy się niezawodnym środkiem przeciwko moskitom, tygrysom i aligatorom. Jeszcze żaden tygrys ani aligator mnie nie ugryzł, od kiedy się nim smaruję, z moskitami bywa już różnie.
Dzień dobry, Stateczku 😀 Całe szczęście wyżywienie wozimy swoje i nie muszę się obawiać o żołądek w podejrzanych knajpach. A nasza podręczna lodówka wystarczająco dobrze trzyma nasze kanapki w świeżości, nawet w największe upały

I też używamy maści, jak Quackie
Trafiłeś w sedno Korabiu 🙂
Dzień dobry Miśku 😀 Cieszę się, że Ci się podoba
Witaj Miralko 🙂 Zawsze mi się podoba, jakby nie było, to dla mnie egzotyka 🙂
Cześć Miśku! Ty mnie zdumiewasz nieustannie – upiornie pracowity a jednocześnie po mojemu leniwy!
Zawsze pamiętać będę te słowa:” Praca może i uszlachetnia, ale lenistwo naprawdę uszczęśliwia!: )
Lubię, a w zasadzie lubiłem pracować, byłem pracoholikiem idealnym, ale obecnie praca, to wieczna szarpanina, która przynosi coraz mniej radości, a coraz więcej stresów, więc lubię się polenić, nie myśleć, wyłączyć się, napić wódeczki, pograć … Tych wstrząsów, które dostają się ciału
W spadku natury. O tak, taki koniec
Byłby czymś upragnionym. Umrzeć – usnąć –
Spać – i śnić może? Ha, tu się pojawia
Przeszkoda: jakie mogą nas nawiedzić
Sny w drzemce śmierci, gdy ścichnie za nami
Doczesny zamęt? 🙂
I jeszcze filozof!!
Matko Boska ruska i polska z jakiegokolwiek bądź kościoła, cóż to na ludzi spada!!??: (((
Witam się z Państwem ciepło, bo chłodno.
Się mnie podoba. Równie bardzo jak wcześniejsze relacje.
Mirelko, powinnaś pisać przewodniki turystyczne dla marzących coby tam być chociaż raz.
Co do napojów to miałam znajomego który robił bimber nie śmierdzący, łatwo przez gardło przechodzący (wszelakie spirytusowe dla mnie nie a to tak). Głowa nic a nic po nim nie bolała.
Co do win to najbardziej utkwiło mi w pamięci nie żadne tam kupne. Kolega z akademika przywiózł domowej roboty i mnie na nie zaproszono. Było przepyszne. Piłam i piłam i nic. Umysł jasny, język nie poplątany. Słabowite jakieś czy co ❓ Kiedy nadszedł czas udania się do swojego pokoju zrozumiałam czemu koledzy tak natarczywie przez cały czas degustacji mi się przyglądali. Próbowałam wstać, ale… Odcięło mi nogi ❗ Ktoś wie dlaczemu aż tak ❓ Rodzina częstującego od pokoleń trudni się winiarstwem. Z takim efektem nigdy przedtem ani potem się nie spotkałam. Zaznaczam, że mówią, iż jestem nieekonomiczna. Mój organizm bardzo szybko spala alkohol. Tym razem nie podołał.
Efekt pójścia w nogi, przy pełnej świadomości głowy, przypomina mi kreteńską raki (inną od tureckiej yeni raki). Na szczęście na Krecie się w porę zmitygowałem.
Wiesz może dlaczego to tak ❓
Do pokoju mnie zanieśli. 
Moje szczęście, że piłam w takim towarzystwie, iż mitygować się nie musiałam.
Pojęcia nie mam, najwyraźniej jest w nim coś, co atakuje w mózgu ośrodek ruchu kończynami dolnymi, ale co to jest, to nie wiem.
Dzień dobry Jasminko 😀 Przecież piszę coś w rodzaju pamiętników. Dla Was
Wszystko zależy ile razy się go „przegoni” i z czego jest zrobiony. Ja się na tym nie znam i nie pijam.
A co do trunków, to mój małżonek robił w Polsce swój bimber i nasi znajomi bardzo sobie to chwalili. Prawdopodobnie nawet nie śmierdział
Witaj Mireczko.
Od lat nie stosowałam tego „lekarstwa”, ale polecam w razie gdyby. 
Specyfik ten kilka razy uratował mi życie. „Wczorajsze” jedzenie, nikt nie odczuł, tylko ja, skutkowało zielenieniem, bólem i innymi atrakcjami. Nic nie pomagało. Wtedy biegiem do sąsiada. Zatykany (na wszelki) nos i chlup w głupi dziób ❗ Jak ręką odjął.
A tu się wtrącę z lekka i może nawet a propos – znajomy Amerykanin uważa za panaceum na lekkie kłopoty żołądkowe odgazowany napój typu „Ginger Ale”, czyli „piwo imbirowe” (chociaż akurat z piwem niewiele ma wspólnego). Nie wiem, czy to przesąd, czy rzeczywiście jest w tym napoju coś tonizującego.
Próbowałam. Nigdy więcej. Absolutnie mi nie smakuje. Jego właściwości leczniczych nie wypróbowałam, bo po spróbowaniu wylałam. 🙁
PS: Na lekkie kłopoty żołądkowe… Lekkie to one u mnie nie bywały. 🙁
Nie wiem na ile to działa, ale słyszałam, że niektórzy tego używają. Inni wolą „Canada Dry”. Prawdę mówiąc nie próbowałam żadnego z tych napojów. To znaczy nie próbowałam jako lekarstwa
Nie kupujemy tego świństwa. Wiem, że ta „Canada Dry” jest też dobra do odmaczania przypalonej kuchenki
Nawet rdzę zeżre
Ale jak ktoś lubi to pić…
Aż taką desperatką, nawet gdy bardzo dokucza, to nie jestem.
Ja też nie
Ani smakoszem, czy fanem takich napojów. A jak mi coś zaszkodzi, to robię sobie napar z babki zwyczajnej (te brązowe pręciki), którą co roku zbieram i najgorsze problemy żołądkowe „załatwia”. Pomaga nawet przy grypie żołądkowej. I to jest najlepszy wypróbowany przeze mnie sposób. Można go stosować nawet dzieciom, bez podawania alkoholu 
Hmmm, to jak z kolą do odrdzewiania zapieczonych gwintów/ nakrętek/ świec samochodowych.
Wódka z pieprzem, pieprzu nie żałować, wymieszać i chlup, grzeje w żołądku jak diabli, ale przechodzą wszelkie sensacje 🙂
Tak jest, Misiu, ale tę driakiew trzeba umieć wypić, jeszcze jak się w naczynku kręci. Słabosilnego zatka, później poty kropliste go obleją i o dobicie pocznie prosić!
My na takie okazje mieliśmy orzechówkę, czyli nalewkę na orzechach włoskich. Też pomagało. Co prawda nasz znajomy kiedyś mówił, że każda wódka pomaga, jak się ją odpowiednio pije.
Jego przepis na bolący żołądek to: 3 kieliszki z pieprzem, 3 bez pieprzu i 3 zwykłe
Prawdopodobnie pomaga jak ręką odjął
Tylko nie wiem, czy potem od tego „leczenia” głowa nie boli
Szczególnie jak kieliszki są „trochę” większe 
Orzechówki mama używa do smarowania bolących stawów. Pić, moim zdaniem, tego się nie da.
Czemu nie da się pić? Może nie jest to super smak, ale jako lekarstwo wcale nie gorsze od bimbru, a kto wie, czy nie lepsze
Ośmielę się zaprotestować. Dobry bimber nie jest zły. 🙂 Pozostańmy przy… De gustibus non disputandum est.

Oczywiście, każdy ma prawo do własnego gustu i smaku
Moja mam jak tu była objadała się owocami mango, a mnie mdli od samego zapachu… 
Da się! Po piątej setuchnie jakiejkolwiek wódki każda następna – co by to nie było – wchodzi. Po literku na łeb niejeden farbę olejną wypije różnicy nawet nie poczuwszy!: ))
Witaj Jasminko: ))) Dobre wina i najlepsze miody idą w 90% do nóg, a tylko pozostała część do głowy!: )
Witaj Senatorze.
Czyli prawdę mówił kolega zachwalawszy wina rodowej roboty. Nie żałował ich nam, przyznaję, że lepszych nigdy nie piłam. Receptury nie zdradził. Od iluś tam wieków stosowana i zazdrość budząca, z ojca na syna przechodzi. Staszek twierdził, że On ci 7-e pokolenie jest. Na mękach nie zdradzi jak to się robi. 🙁 Nawet jeśli troszkę koloryzował to doznania organoleptyczne kazały Mu wierzyć bezgranicznie. 😆
Jest sporo tajnych receptur na różne smakołyki: )
Postaram się nadrobić niedosyt Senatora. Co prawda nie bronią, a rybami. Muszę tylko trochę posiedzieć nad opisami i mam nadzieję, że nasz Rumak mi w tym pomoże. W Dubuque też byliśmy w muzeum. Tylko tam nie było broni, a ryby. I to takie, które można spotkać w Mississippi. Byłam zdziwiona wielkością niektórych. Prawie mojego wzrostu (a mam 166 cm). Piękne, ale nie mam bladego pojęcia co to jest
Nu, ja od amerykańskich rybek nie fachman!; (
Ale niektóre znasz, może będziesz wiedział… A jak nie, to chociaż sobie popatrzysz
Bym wolał złapać. I w łeb!!!
Miło się rozmawia, ale czas mi najwyższy i pora do pracy
A szkoda 
Nie smutaj Mireczko.
i do popotem. 
Do popotem

Czytający nas to zrobią, czy my sami wybudujemy sobie wytrzeźwiałkę ❓
Pewnie, że wytrzeźwiałka niepotrzebna. Trochę mnie nie było, bo wpierw obiad, film, a później byłam w Tatrach… „Pochodziłam” sobie szlakami, na których kiedyś byłam (kiedy to było). Zaprosiła mnie tam pięcioosobowa wycieczka. Chciałam tylko spojrzeć gdzie idą i mnie ta wyprawa wciągnęła na fest…
Wszystko jedno kto byleby sanitariusze z zimnym prysznicem niezbyt nachalnie się pchali!: )))
Wybywam na chwilę, zgłoszę się po powrocie.
Też wybywam!
Witajcie!
Fotoreportaż jak zwykle bardzo ciekawy, wielkie brawa dla tej pani!
Rozczulił mnie historyczny warsztat dawnego okulisty. Otóż moja mama praktykowała ten zawód i sprzęt jest mi doskonale znany. Taki zestaw do eksperymentalnego dobierania pacjentowi optymalnych szkieł mama posiadała, a zdołała go zakupić (trudnodostępny bo z importu – chyba firmowany przez Zeissa, ale nie przysięgnę) dopiero w około roku 1970.
Wszechobecne teraz skomputeryzowane aparaty diagnozujące wadę oka poprzez bezpośrednie pomiary soczewki rozpowszechniły się dopiero w okolicy przełomu wieków. To ilustruje, jak szybko epoka „przedkomputerowa” staje się dla nas prawie archaikiem… 😉
Witaj Tetryku.
Mnie „rozczulił” most aluminiowy. Z wczesnego dziecięctwa pamiętam drewniany, miałam wrażenie, że się za chwilę zawali, bałam się pewnie jeszcze bardziej niż Mireczka na owym aluminiowym.
Epoka przedkomputerowa nie tylko pod tym względem wydaje się nam archaiczna. Czy ktoś z nas jest w stanie sobie wyobrazić jak by to było teraz bez ❓ Tak twierdzę ja, żyłam w czasach gdy o komputerach tylko czytałam i sobie świetnie bez nich radziłam. Co mają powiedzieć na to dzisiejsze nastolatki, które tamte czasy znają tylko z opowieści. ❓ Strach się bać gdy się pomyśli co by było gdyby odciąć nam np. prąd. Już nawet na wsi nie ma studni żeby czerpać z niej wodę. My mamy rzekę, ale nie wszyscy są w tak „komfortowej” sytuacji..
Prawda, wizja upadku cywilizacji jest nieciekawa. My mamy morze, ale słone przecież!
Wróciłem!
Ja też!
Ale na krótko, bo znów się zmywam… Idą goście
Też wróciłam 🙂 długo nie posiedzę, bo obowiązki domowe wzywają 🙂 Już nie wspomnę o stercie prasowania ….
…. a jest dość chłodno, żeby nie znaleźć powodu do odłożenia. Tutaj pozazdrościłąm Mirelce suszarki ! 
Też wróciłem i też zaraz znowu wybywam. Niby na dwie godzinki, ale kto to wie….
Na wszelki wypadek już teraz życzę wszystkim spokojnej nocy: )))
Dzięki za giwery i interesującą dyskusję w tym temacie Panowie 🙂
By tak zostawił ten komin i częściej dołączał?
Dobranoc.
I ja się pożegnam, jestem wykończona. Dobranoc
D o b r e j n o c y … Państwu Gadulskim 😀
Dobranoc… pchły na noc, karaluchy pod poduchy ….
Nic nam nie zrobią, bo lampka już zapalona i czuwa 🙂

Dobranoc z akcentem mocno wyspiarskim, rozkołysanym, a przez to kołyszącym do snu.
Faktycznie rozkołysane i kołyszące… Dobranoc wszystkim
Dzień dobry
Piękny dzionek wstaje
Dzień dobry 😀 Się przywitam i pędzę /nie księżycówkę!/ parę spraw pozałatwiać. Wrócę, proszę gończych za mną nie wysyłać 😀
PS Optymistka, co nie??
Dzień dobry. Słońce od rana, co cieszy, ale bez upału, więc tym bardziej. Do pracy – marsz.
Tak, dzień zapowiada się ładnie – słoneczny ale nie upalny.
Dzień dobry 🙂 Jutro dzień wolny, ładnie się zapowiada 🙂
Kto wziął 1 dzień urlopu, to ma 4 dni wolnego. Ja jestem pokrzywdzona, bo nie mam urlopu buuuuuu
Hehe, dla kogo wolny, dla tego wolny. Myślę, że jutro skończę pierwszy etap zlecenia, więc raczej nie będę tego odkładał na potem.
Dzien dobry !
U mnie też piękny poranek… słoneczny, a nie upalny …. miłego całego dzionka …
No i pochwaliłem! Się rozpadało, mam nadzieję, że przynajmniej obejdzie się bez burzy!
Niesamowite! U mnie piękne słonko świeci. Burza i deszcz były wczoraj.
Dzień dobry!: )))
Lecę dalej!
Masz skrzydła? Może aniołem jesteś
Dzień zimny, wietrzny, słoneczny, po bardzo zimnej nocy.
Mam wierszyk. Dać jako przerywnik ❓ A może ktoś coś ma innego i bym się wcięła z tym drobiażdżkiem ❓
Nikogo nie ma, zatem bez zezwolenia zapraszam piętro wyżej.
Yes, ma’am!