Pewien znajomy kupił kiedyś w Liverpoolu dwa krążki sera. Cóż to były za wspaniałe okazy, dojrzałe i soczyste, a ich wysokooktanowy zapach niósł się na trzy mile i potrafił z odległości dwustu jardów zwalić z nóg dorosłego człowieka. Byłem wtedy przejazdem w Liverpoolu. Znajomy spytał czy byłbym tak miły i zabrał sery ze sobą do Londynu, bo on ma zamiar zostać jeszcze parę dni, a nie jest wskazane trzymać ser tak długo.
– Ależ z przyjemnością, drogi przyjacielu – odrzekłem – z przyjemnością .
Zabrałem sery i wsiadłem do dorożki. Była to stara drynda, którą ciągnęła słaniająca się na nogach szkapina o świszczącym oddechu ( w ferworze rozmowy właściciel nazwał ją raz koniem ) . Położyłem sery na wierzchu, po czym ruszyliśmy majestatycznie z prędkością, której mógłby nam pozazdrościć wyścigowy walec parowy.
Wszystko szło jak z płatka nagrobnej chryzantemy, póki nie wzięliśmy zakrętu. Wiatr tchnął serowym aromatem w nozdrza naszego pegaza. Nagle zbudzona szkapa zadrżała ze strachu i pognała z prędkością trzech mil na godzinę. Wiatr wiał nadal w jej kierunku, toteż zanim skończyła się ulica, osiągnęliśmy już prawie cztery mile na godzinę, nie dając żadnych szans kalekom i najczerstwiejszym ze staruszek. Prócz woźnicy potrzeba było jeszcze dwóch tragarzy, żeby zatrzymać ją na stacji. Pewnie i to by nie wystarczyło, gdyby któryś nie wykazał się przytomnością umysłu i nie przytknął jej do nozdrzy chusteczki, a następnie nie zapalił armeńskiego kadzidła.
Gdy kupiłem bilet i dumnie wparadowałem na peron z serami pod pachą, ludzie z szacunkiem rozstępowali się na boki. Pociąg był zatłoczony, toteż zmuszony byłem wejść do przedziału, w którym jechało już siedem osób. Pewien gderliwy starszy pan wprawdzie zaprotestował, lecz mimo to wsiadłem, położyłem sery na półce, wcisnąłem się na siedzenie i z miłym uśmiechem powiedziałem, że mamy ładny dzień. Po upływie kilku chwil starszy pan zaczął się wiercić.
– Straszny tu zaduch – powiedział
– Siekierę można powiesić – poparł go sąsiad.
Następnie obaj zaczęli węszyć i już za trzecim niuchem płuca odmówiły im posłuszeństwa – bez słowa wstali i wyszli.
Potem powstała tęga matrona i rzekła, że to skandal, żeby zacna zamężna kobieta musiała się tak poniewierać, po czym chwyciła swoją torbę i osiem pakunków i wyszła. Pozostali czterej pasażerowie przez jakiś czas siedzieli spokojnie, dopóki pewien mężczyzna o uroczystym wyrazie twarzy ( sądząc po stroju i ogólnej aparycji – z branży karawaniarskiej) nie orzekł, że zapach przywodzi mu na myśl martwe niemowlę. Pozostali trzej pasażerowie nie zmieścili się naraz w drzwiach, toteż doznali uszczerbku na ciele.
Uśmiechnąłem się do dżentelmena w czerni i powiedziałem, że chyba będziemy mieli przedział dla siebie. Roześmiał się życzliwie i odparł, że niektórzy ludzie potrafią zrobić awanturę o byle drobiazg. Jednak, gdy ruszyliśmy, jego również ogarnęła dziwna melancholia, toteż, gdy minęliśmy Crewe, zaprosiłem go na drinka. Przebrnęliśmy do bufetu, gdzie przez piętnaście minut wrzeszczelismy, tupaliśmy i wymachiwaliśmy parasolami. Przyszła wreszcie młoda dama i spytała, czy mamy jakieś życzenie.
– Co dla pana ? – spytałem odwracajac się do mojego współpasażera.
– Jeden głębszy. Trzy razy, jeśli pani łaskawa – odrzekł.
Wypiwszy zamówiony trunek, bez słowa pożegnania udał się do innego wagonu, co uznałem za grubiaństwo.
Od Crewe miałem przedział dla siebie, chociaż pociąg był zatłoczony. Gdy przystawaliśmy na kolejnych stacjach, ludzie widząc pusty przedział, biegli ku niemu na wyścigi.
„Chodź ino Mario, kupa miejsca”. „Szybko Tom, tu wsiadamy” – wrzeszczeli . Gnali po peronie z ciężkimi tobołami i przepychali się, by być pierwszym. Ktoś otwierał drzwi, wspinał się po schodach, po czym bezwładnie opadał w ramiona stojącego za nim innego podróżnego. Wszyscy kolejno zaglądali, pociągali nosem i rezygnowali, po czym albo wciskali się do innych przedziałów, albo dopłacali do miejsca w pierwszej klasie.
Z dworca Euston zaniosłem sery do domu znajomego……………………….
cdn
Jerome K. Jerome




Dzień dobry ! Bawi mnie humor tej książeczki i mam nadzieję, że nie tylko mnie…
Dzień dobry !
Mnie też ten humor ubawił. Niektóre sery faktycznie śmierdzą niesamowicie i zawsze podziwiam tych, którzy je jedzą
Lubię sery, ale niekoniecznie te najbardziej aromatyczne i ciągliwe 🙂
Niektóre fragmenty książeczki są naprawdę komiczne… np. rozdział o chorobach 🙂
Ciąg dalszy nastąpi, bo poczuwam się ( do pewnego stopnia)do zastąpienia w charakterze łatki – nieobecnego Skowronka …:)
Miłego dnia od samego poniedziałku
Miłego dnia wszystkim życzę i spadam do łóżeczka
Dzień dobry
Opowiadanie ciekawe i dowcipne. Niecierpliwie będę oczekiwać dalszego ciągu.
Dzien dobry: )))
Czy jesteś może Acani amatorką spleśniałego starego sera capiącego tak, że oczy łzawią, podawanego na desce na deser między innymi serami mniej lub bardziej podjeżdżającymi przechowywaną do dziś w muzeum onucą Czapajewa??
Dzień dobry: )))
Czy to nie nasz pancerbjorn zachwycał się wspomnianym przeze mnie swego czasu serem limburskim??
Witaj Senatorze…. nie pamiętam czy Miś pisał coś o serze limburskim….. Nie widać Go i nie ma jak zapytać..
Melduję się :)Nie mam netu w domu, wskutek czego mogę pisać tylko z pracy, co też niniejszym czynię 🙂
OOO, jak dobrze Cię znów ujrzeć ! Niekoniecznie z powodu sera limburskiego:)
Cześć, Miśku: ))
Może zapłać ten rachunek?: ))
Hihihi hi!! Wszyscy wonnych serów szukają??: ))
Witam Cię Senatorze! Przypomniało mi to opowiadanie o serze, który kiedyś smażyłam. Też capił na całe mieszkanie, ale lubiłam ten „zapaszek”. Wpierw kupowałam biały twaróg, kruszyłam go, wymieszałam z kminkiem i odstawiałam w ciepłym miejscu, aż się zaczął pomału rozlewać. Wtedy smażyłam z dodatkiem jajka i przypraw. Palce lizać. Dziś już tego nie mogę zrobić, bo twaróg prędzej zgorzknieje niż przegnije. 🙁
Dzień dobry Bożenko ! uuu… tego serka szczerze nie znosiłam. A na zapach pomagało zawijanie w kilka warstw paieru. Takie ładne słowo było: ser musi ” zgliwieć „… 🙂
Dzień dobry Wiedźminko 🙂 Myśmy się przepadali za tym serem, a jak dałam z nim chleb mężowi do pracy, to koledzy się z nim zamieniali na chleb z szynką. Szkoda, że już takiego twarogu się w slepie nie dostanie
zgadza się, byli amatorzy tego sera… ja też zamieniałam kanapki z tym serem… albo wyrzucałam jak nie było chętnych. :)Na szczęście rodzinka szybko wycofała sie z fetowania mnie tym smakołykiem 🙂
Mąż go nie wyrzucał bo go lubił, ale nie chciał odmawiać kolegom. Przecież wciąż mnie namawiał do smażenia tego „śmierducha”, jak go nazywaliśmy.
Ech… Moja mama też robiła gliwiony ser. Pychota!
Teraz można kupić (np. w Realu) serki ołomuńskie albo harceńskie. Niby podobne, ale to nie to…
Dzień dobry 🙂 Zimno nadal… 🙂
Śnieg wczoraj padał prawie cały dzień i trzyma lekki mróz. Jeszcze.
i wygląda na to, że potrzyma jeszcze, Bożenko. No cóz, to jest połowa stycznia 🙂
Dzień dobry! Woziło się sery – z Francyjej i Italijej – mocno pachnące, a konkretnie, ale raczej już własnym środkiem lokomocji, a nie publicznym. Małżonka wracała z Pas de Calais z grupą młodzieży; jedna osoba wiozła właśnie konkretnie dający ser na zamówienie rodziców. Przez aklamację ser został na pierwszym postoju przepakowany z bagażu podręcznego do luku bagażowego, a i tak kabinę pasażerską trzeba było intensywnie wietrzyć w czasie jazdy. Potem rodzice nieco narzekali, że ser prześmierdł spalinami. Ja się pytam, jakim cudem? Chyba odwrotnie – spaliny – serem?
Ale przyznacie pewnie, że najlepsze sery najmocniej śmierdzą.
Hmm, niekoniecznie, niektóre bardzo intensywnie woniejące odmiany roqueforta są dla mnie za ostre. Lubię taki francuski wynalazek z gór pt. reblochon, coś w rodzaju camemberta, ale specyficznego, z mięsistą skórką i miękki w środku; można go zapiec w całości lub części, można jeść i bez zapiekania. Pachnie dość brzydko i jeszcze się nam chyba nie udało go zahermetyzować na podróż tak, żeby nic nim nie prześmierdło w bagażniku.
Jest i inny ser, dużo twardszy od reblochona, też z gór, tomé. Występuje on w odmianach z mleka krowiego (woń w miarę do przyjęcia) i koziego (oranyboskiejezusiemariojózefieświęty). No i w smaku kozi też jest duużo ostrzejszy od krowiego.
Ale wszystkie, o których piszesz mają intensywny zapaszek
A tak, to prawda.
… zapach może zdecydować o jadalności produktu:)
Niekoniecznie, jadałem już sery, zatykając nos podczas posiłku. Wrażenia smakowe z języka potrafią być inne niż węchowe – z nosa, chociaż to pokrewne zmysły.
chętnie Ci wierzę, ale ja tak nie mam… 🙂
Lubię sery, ale niespecjalnie te o zapachu grzybicy stóp pomieszanej z kilkudniowym nieboszczykiem, konsumowane z klamerką na nosie 🙂
Nie wiesz co dobre Miśku
.. są też serki glutowate np. niektóre harceńskie…brrrrrrr za sam wygląd:)
Mniammm
ŁooooooMatuśkuuuuuuu!!
Senatorowa to pożre w mig!!!
Bo i nie budzą go one we mnie. Jak już ser, to na moje podniebienie wystarczy twarożek, byle świeży. Nie mam wyrafinowanych potrzeb: ))
A gzik lubisz? Twarożek ze śmietaną i szczypiorkiem (ewentualnie przyprawami)?
Tak, twarożek ze szczypiorkiem, rzodkiewką, ewentualnie z jakimiś przyprawami dwa trzy razy do roku zjem!
Najlepsze są pyry z gzikiem
Z gazikiem?? Znaczy – pyry też podjeżdżają?: )
Czym miałyby podjeżdżać? Białym serkiem? Pyry jedzone z gzikiem. Polecam
Ten gzik to niby biały serek?
W domu moich Rodziców jada się w Wielki Piątek zestaw śledzik – pieczone na blasze ziemniaki – gzik. Postnie, a przednio!
W Poznańskiem tak nazywają twarożek.:) Nie przepadam za tym zestawieniem, wolę pieczone ziemniaki i śledzie w śmietanie jako danie wielkopostne 🙂
Cała dyskusja o serach nieodparcie kojarzy mi się z tym kawałem:
„Pewnego razu w pociągu Czapajew zdjął skarpety i powiesił na wieszaku.
– Czy pan, panie dowódco – spytał go Pietka – wymienia czasami skarpety?
– Tylko na wódkę!”
Ooo, to mnie się kojarzy z innym dowcipem (osoby obrzydliwe proszę o nieczytanie! 😉 )
Siedzi Czapajew na kwaterze i coś żuje. Przybiega Pietka i melduje:
– Towarzyszu dowódco, do sztabu wzywają! Pilnie!
Na to Czapajew:
– Tfu! Tfu!
I już z pustą buzią:
– Blać! Nawet skarpet uprać nie dadzą!!!
Nie jestem obrzydliwa, przynajmniej nikt mi tego nie powiedział, więc przeczytałam.
Koneser był !
Czyścioszek, mat’ jewo!!: )))
No, w polowych warunkach każdy orze jak może 😉
Tak, a o higienę stóp dbać trzeba!: )
Skarpety a nie onuce??????????????????
Pewnie onuce. Nieco uwspółcześniłem 😉
Dobre…
mieliśmy w liceum dwóch ” skarpetkowych” kolegów. Rozeźlony wychowawca powiedział kiedyś jednemu z nich: ” jak zdejmiesz skarpetki, rzucisz do góry, a one przykleją się do sufitu, to znak, że pora je zmienić „… 🙁
Znaczy – jakby tak jeszcze trochę jechało od nich gorzałą, to można by powiedzieć, że każdego z nich czuć było prawdziwym mężczyzną!: )))
Tylko nie mów, że Ty tak pachniesz Senatorze
Ja już nie piję!: (((

Nie dlatego, że nie mogę, o, nie!!
– Dlatego, że mi nie wolno!: ((
Jeśli możesz i nie wolno, to pij prędko
Dziękuję!! Podsunęłaś mi wspaniały argument!!: )))
Witam:-)) Kie3dyś,w pociągu relacji Białystok-Gdynia jechał pasażer w butach,które w jego stronach nazywano-oficerkami.Pod koniec podróży,pasażer usilnie próbował zdjąć z nóg te cacka,ale nie było to takie proste.Do zdjęcia buta potrzebny był tzw. piesek,lub pomocny ordynans.Jeden ze współpasażerów widząc szamotaninę sąsiada zapytał :panie po co pan zdejmuje te buty,przecież zaraz bedzie Gdynia.Oj panie, pada odpowiedż,muszę bo mi nogi zdrętwieli.Zdrętwieli ? A smierdzo,jakby zdechli,odpowiedział sąsiad.Panie,do jakich chodził ja doktorów,specjalistów,ortopedów,jakie dawali mi rady,maście ,żele,nagrzewania i cholera wie co jeszcze i nic nie pomagało,śmierdzą jak smierdzieli.Nie pomogło ? No nie.A probował pan solidnie umyć te nogi ? Panie,nogi w oficerkach się nie brudzą,od podeszwy po kolano szczelna skóra,widzi pan,że zdjąc nie łatwo.Ale może pan ma rację spróbuję umyć !!!Ciekawe czy dotrzymał słowa
Aż wyjdę na najbliższy pociąg z B-stoku! 😀
Lepiej nie!!: ))
E, na dworzec można dojść przez halę rybną, to sobie znieczulę nos…
Nieświeża rybka przy takich butach to parfiumem wonieje!: )
Sprawdzić czy dotrzymał słowa?
Zobaczyć, może jeszcze tacy jeżdżą?
Quckie!!! Nie te czasy ! Popatrz w jakich butach chodzą teraz gentemani.Wszyscy,lub prawie wszyscy w adidasopodobnych !
Czytaj niżej!
Ja na zimę na szczęście mam parę par naprawdę zimowych. Mam też taki niemiecki wynalazek, co w obcasie ma wysuwaną końcówkę z metalowymi zębami, coś jak malutki substytut alpinistycznych raków, ale niestety z jednego buta to odpadło 🙁
Poszukaj dobrego szewca!
Nic z tego, zbadałem sprawę sam na tyle, że widzę, jak to funkcjonuje. Otóż w działającym bucie ta końcówka z ząbkami wysuwa się na takich jakby metalowych zaczepach, obraca zębami w dół (lub odwrotnie) i wchodzi z powrotem w obcas, dla stabilizacji, zależnie od potrzeby – gładką lub zębatą powierzchnią na zewnątrz. Z tego odpadniętego znalazłem samą końcówkę, ale zaczepów już nie 🙁
Nie idzie dorobić? Dospawać czy przylutować? To przecież wspaniały wynalazek!
Cały wic w ruchomości tego ustrojstwa, więc dospawanie/ dolutowanie odpada 🙁
Pozostaje zwrócić się do producenta o nową parę! Powinni Ci sprzedać.
Wiesz, gdyby się uprzeć to w jakimś zakładzie mechaniki precyzyjnej dorobią brakujące części wzorując się na zachowanych w drugim bucie. Mnie kiedyś do stareńkiego unikatowego kołowrotka parę drobiazgów dorobili. No, taniutko to nie było, ale jednak…
PS Pewien rusznikarz, znajomy znajomego, nie mógł sobie z jakimś detalem swego czasu też poradzić. Poszorował do takiego zakładu i dorobili drobiazg nie wiedząc nawet do czego to jest. Ponoć strzelba do dziś sprawna i kto nie wie o remoncie, od oryginału nowego elementu nie odróżni za żadne skarby!
Dorobienie to raz, a potem jeszcze trzeba to zamontować, a cały mechanizm jest schowany w obcasie i – na moje oko – fabrycznie zalany tworzywem podczas produkcji.
A jak tak, to już kaplica!: (
Juz mnie coś kusiło żeby facetowi podać Twój adres w Gdyni,ale zamknąłem swoją nieogoloną mordę i uniknęliśmy internetowego skandalu
Jakiś Ty powściągliwy!!: )))
Na!!
Cześć, Maxiu: ))
Ja mam gdzieś w domu jeszcze ojcowe oficerki. Tarabanię je ze sobą już Bóg wie ile lat, ale rzeczywiście, tak solidnych butów to nigdzie się nie znajdzie. Wszystkie, co do jednej pary, szyte były na wymiar. Gotowych oficerek nie było!!
I pomyśleć, że nigdy ich nie założyłem, bo ja mam stopę jak podolski złodziej, a wszyscy inni w rodzinie mniejsze!
Kiedyś marzyłem o uszyciu sobie takich butów, ale mi to skutecznie z głowy wszystkie wybijały, a jak dorosłem na tyle, że mi już babskie brzęczenie przestało resztki nerwów psuć, to zniknęli szewcy u których takie cacko można by zamówić!
I kolejne marzenia szlag trafił!! Przez ten mój ustępliwy charakter!: (
A masz pieska albo ordynansa? Jakbyś je ściągał?
„Pieska” można było kupić lub zrobić!
Zgadza się.Mój starszy brat,paradował w takich bucikach.Zazdrościłem mu.Chodziłem,biegałem w pepegach,które odświeżało się pastą do zębów.Kawaler,psiakrew !!
Pastą do zębów albo kredą.
I na zęby już brakowało!: (
t się nie nazywało tenisówki ? 🙂
Oficerki ze szklanką 🙂 pamiętam i ja ojcowe 🙂
Ze szklanką, a jakże!: )
to urządzenie, Maxiu nazywało się również ” pachołek” 🙂
Jak już jesteśmy przy tych moich butach – znalazłem fotę w sieci, tak to wygląda w nowiutkich butach, w pozycji zębami na zewnątrz.
No to widzisz, możesz kupić drugą parę i będziesz miał znowu sprawne. W ostateczności pozostaje hamowanie tylko jedną nogą. Najwyżej wykręcisz parę piruetów: )
Rzeczywiście, sprytny wynalazek. Przyjrzałem się dokładniej i wychodzi mi, że to się składa przesuwając ku noskowi buta. Chowa się między podeszwę, a podwyższenie obcasa.
W ogóle można się ślizgać na jednej nodze, a hamować drugą. W butach na rolkach hamulec jest na ogół w jednym bucie z pary
Zupełnie jak w butach używanych w curlingu!
Nie miałem okazji, chociaż sam sport bardzo mi się podoba!
PS Fajne te buty. Co to za marka??
One są zasadniczo bezmarkowe, nabyłem je w Tchibo ponad rok temu, ale już wyprzedali niestety (http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/www.tchibo.pl/Buty-zimowe-o-wlasciwosciach-termoizolacyjnych-p200003766.html). Poza tym była jedna niedogodność, największy rozmiar, jaki mieli, to 45 i to dość dobrze dopasowane. Ja się z moim 45,5 jakoś w miarę wygodnie w nie mieszczę, ale raczej w cienkich skarpetkach, a tak żeby było naprawdę wygodnie, noszę 46.
To masz takie samo kopyto jak i ja!! 46!!!
No, pół numeru mniejsze. Ale dla wygody używam faktycznie butów nr 46. To jeszcze nie jest tak źle, znajomy „znajomycz” (syn znajomych z pracy i serdecznych przyjaciół moich Rodziców) ma ponad 2 metry wzrostu i nosi buty 54. Wbrew pozorom z koszykówką ani tenisem nie ma nic wspólnego.
Delikatna stópka!: )
kajak mniej uprzejmie 🙂
Ino wioseł nie sprzedają w komplecie 😛
Pagaj można sobie wystrugać!
Dokładnie to wysuwa się całość w dół (używam pojęć „dół” i „góra” patrząc na normalnie stojący but) na tych bocznych prowadnicach, co je widać, a się właśnie pogubiły, następnie cały ten duży element obraca się o 180 stopni, zębami w dół lub do góry, a potem całość znów się wciska w obcas (czyli „pod górę”). Jeżeli zęby są zwrócone w górę, to chowają się w specjalnych wycięciach w obcasie, a jak w dół, to pomagają na lodzie.
Fajnie pomyślane! No cóż, wg Pana Zagłoby Niemcy nawet małpę wymyślili!
Aha, zapomniałbym, a to jeszcze taki drobiazg, świadczący o pomyślunku – w obcasie nad tym zębatym elementem jest wtopiony nieduży, ale silny magnes, dodatkowo stabilizujący całość w pozycji „wciśnięte w obcas”.
Germańska solidność!!
Dwie małpy wymyślili!: )
Śnieg znów pada, a ja idę popracować w charakterze ściany płaczu. Może nikt nie przyjdzie w tę pogodę … 🙂
Jak taka praca wygląda i kto przy niej płacze???
To jest tak: Wiedźminka siedzi sobie w wygodnym fotelu i czeka. Przychodzi jakiś nieszczęśnik i gada, gada, gada, gada aż mu w gębie zasycha. Przestaje i cisza zapada głucha.
Słuchaj, Wiedżminko!
– Ona nie słucha!
No dobrze. A teraz: kto tu płacze i nad czym?
Śnieg już nie pada, śnieg sypie!!! Jest jedna biel za oknem pomimo zapadającego wieczoru
Niech sobie pada, przynajmniej po cichu to robi!: )
Ci, co przyszli się skarżyć Pani p…..s!! A jak, a coś Ty myślał, Wiedźmineczka to nie byle szysz, to szycha!!
.. szyszki ładnie trzeszczą w ognisku 🙂
hihi, Senatorze… prawie zgadłeś, ona siedzi i czyta książkę, bo nikt nic nie gada 🙂
Nie było komu 🙂
Ten opis wonnego serka przypomniał mi, jak Alcest (z Mikołajka) miał wyrecytować wiersz „Kruk i lis”, ale nie umiał i tylko streścił własnymi słowami :
– To jest bajka o kruku, który siedział na gałęzi i trzymał w dziobie camemberta. – Nieprawda powiedział Rufus,- to był roquefort. Kruk nie mógł trzymać w dziobie camemberta, bo z tego sera się leje, a pozatym strasznie śmierdzi. – Strasznie śmierdzi – powiedział Alcest,- ale jest pyszny. Mydło ładnie pachnie, ale jest wstrętne w smaku. Wiem, bo próbowałem.
(Alcest, jak wiadomo, to jest ten gruby kolega, który ciągle je)
Przytoczyłam też własnymi słowami.
Mam w sobie coś z Alcesta!
Ja tam lubię po równo camemberta i roqueforta, oraz inne, z zieloną, niebieską, białą i wszystkipi pleśniami świata.
Te twarde, dojrzałe, takoż.
Z pleśnią tak umiarkowanie, de gustibus, natomiast moim skromnym zdaniem pleśniowe znakomicie sprawdzają się a) w formie zapiekanej/ zasmażanej, b) jako baza do sosów, sałatek etc.
Twarde, choć i pleśniakami nie pogardzam 🙂 Kozie twarde też…. Tylko te ceny….. ratunku !
Już kiedyś coś pisałem na temat zapachów,ale przypomnę.Do jednostki wojskowej wpadł niespodziewanie wyzszej rangi oficer,pociągnął nosem i wrzasnął do oficera dyżurnego:Służbowy ! Do jasnej cholery,co tak tu smierdzi ! Melduję panie pułkowniku,że jak pana pułkownika nie było-to nie śmierdziało!
Podobny: Na dziedzińcu koszarowym stoi rekrut i pali papierosa. Podchodzi kapral i każe mu go zgasić – „tu palić nie wolno”
– Myślałem, że tu na świeżym powietrzu można – tłumaczy się żołnierz.
-To sobie zapamiętajcie – kapral na to – tam gdzie ja jestem, tam nie ma świeżego powietrza!
Z tej serii znam całkiem cywilny:
Na stacji benzynowej młody człowiek tankuje samochód, widać, że to jego pierwsze auto, mocno już używane. Tankuje jedną ręką, a drugą sięga do kieszeni i wyjmuje pudełko papierosów, łapie jednego w usta, chowa pudełko, wyjmuje wolną ręką zapalniczkę…
Dostrzega to pracownik stacji, który czym prędzej rusza w kierunku młodego człowieka, krzycząc: „Co ty wyrabiasz, w tej chwili przestań, nie zapalaj tego!!!”, okraszając swoje okrzyki mocno nieparlamentarnie.
Młody człowiek puszcza końcówkę węża, cofa się dwa kroki ze strachem, zasłania się rękami i mówi obronnym tonem: „No co?! No co?! Ja już mam osiemnaście lat skończone!”
Jeśli nie wiesz, czy twoje auto jest na benzynę, czy na olej napędowy, doradzam prosty test. Odkręcamy nakretkę zbiornika paliwa, przytykamy tam płonącą zapałkę. Potem – jeśli jest potem, twój samochód jest na olej napędowy.
No jest tu pewien problem, co zrobić, jak jest jednak na benzynę.
Proste. Nie ma „potem”
To z cyklu:
„wszystkie grzyby są jadalne – ale niektóre tylko jeden raz! 😉
No tak. Nie ma „potem”, nie ma problemu.
A, jeszcze jedno. Film „Ptaki” Hitchcoca. Jest tam scena, w której ktoś tankuje na stacji benzynowej, a te wredne ptaki przedziurawiły dystrybutor (?) i benzyna się wylała. Facet stoi w niej po kostki, zapala papierosa. Z budynku stacji zgromadzeni ludzie dają mu rozpaczliwe znaki, on jednak ich nie rozumie i wyrzuca zapałkę.
Kreciu, ten film zrobił na mnie ogromne wrażenie…. szczerze współczułam bohaterce i bałam sie jak nigdy… 🙂
Ja go nadal bardzo lubię, jako wspaniale opowiedzianą historię. Podobno na pytanie, jak Hitchcock potrafił zmusić ptaki do współpracy, miał odpowiedzieć : były bardzo dobrze opłacone
Bo to jest świetny film ! chciałabym zobaczyć te ptasie gaże
hihi….:)
Witajcie! Smakowita dyskusja się wywiązała 🙂
Smakowita i „pachnąca”. Witaj Tetryku
Czy mam rozumieć, ze ciąg dalszy ma nastąpić już jutro ? Może jednak jest jakiś lepszy tekst w pogotowiu ?:)
Jestem bardzo ciekawa dalszego ciągu
To ja tak warunkowo i nawszelkowypadkowo mówię dobranoc. Ale może jeszcze nie do końca.
znowu polowanie na mamuty, Kwaku ?:)
A ja już bezwarunkowo mówię dobranoc. Niech Wam się przyśnią apetyczne, wonne sery. 😉
Tym razem wyrowerowywanie się. Stacjonarne. Spływam potem bardzo nieapetycznie, więc teraz też już spływam. Dobranoc i przyłączam się absolutnie do życzeń Bożenki poniżej.
Wiedźmo, inicjujemy kategorię „Opowieści JKJ” ?
Było jeszcze o tychże trzech panach na przejażdżce (przez kontynent) i chyba coś więcej
Tetryku… jest jeszcze ” Trzech panów na włóczędze”…. możemy spróbować…. za jakiś moment 🙂
„Three men on the trip” – to właśnie miałem na myśli 😉
[edit] „.. on the Bummel” – pamięć jednak jest zawodna 🙁
Ok…. poszukam ciekawszych ” momentów”… 🙂
A teraz? niech nam lampka pogodnie świeci 🙂
