Pewnego razu wszyscy nasi znajomi przyjechali do Upity, by
wziąć udział w uroczystym zakończeniu szwedzkiego potopu.
Łyczkowie upiccy cieszyli się jak dzieci, że to właśnie ich mias-
teczko ów honor spotyka, a już szczególnie gorąco oklaskiwali
pana Andrzeja Kmicica, wybaczając mu wielkodusznie, iż nie tak
dawno wraz ze swą kompanią doszczętnie ich obrabował, a kilku na
tamten świat wyprawił, ale za to burmistrzowi i władzom miejskim
po sto batożków kazał wrzepić, co zawsze w Polsce wywoływało
szczery entuzjazm, szczególnie gdy istniało podejrzenie, że
władza do władzy mocą czarów czynionych nad urną się dorwała.
Wjeżdżał tedy pan Andrzej do Upity cokolwiek upity, a trochę
i pobity przez septentrionów, z którymi ostatnio wojował i którzy
go tak urządzili, że kto inszy dawno byłby Panu duszę za pokwito-
waniem oddał. Zagłoba z Wołodyjowskim wprowadzili go więc pod rę-
ce do pięknie przystrojonej sali miejscowego Klubu Łyka i Rze-
mieślnika i usadzili przy stole prezydialnym, tuż pod napisem
„Żmudzin potrafi”.
– Dla mnie schabowy! – zarządził pan Andrzej, któremu stół ko-
jarzył się wyłącznie z karczmą.
– Uciszcie się! – zawołał Skrzetuski, pełniący funkcję prze-
wodniczącego akademii, i jął czytać referat królewski, pięknie
gotykiem powielony: – „My, Jan Kazimierz, król Polski, Wielki
Książe Litewski, mazowiecki, pruski, etc, etc, etc. …”
– Nie jąkaj się! – zwrócił mu uwagę Zagłoba.
– Kiedy tu tak pisze – wyjaśnił Skrzetuski i czytał dalej: „..
etc. etc. etc. wiadomym czynimy, że pan Andrzej Kmicic, chorąży
orszański, lubo w początkach potopu po stronie szwedzkiej się
opowiadał, przecie czynił to nie z żadnej prywaty, ale z najsz-
czerszej ku ojczyźnie intencji…”
– Cha, cha, cha! – huknęli śmiechem zebrani, co słysząc
chorągiew laudańska czekająca na dziedzińcu i mająca wystąpić
w części artystycznej, wkroczyła z brzękiem ostróg, śpiewając
trochę fałszywie, ale za to bardzo głośno: – „Jam nie pański, nie
hetmański jeno szlachcic jam laudański…”
– Won! Za drzwi! – krzyknął Skrzetuski. – To jeszcze nie
teraz! – Po czym popił z karafki i kontynuował czytanie referatu:
„… który to rycerz następnie do Częstochowy się udał, a stamtąd
na Śląsk pojechał, skąd też i do Warszawy przybył, a z której do
Prus Elektorskich się był udał, ale zaraz ku Siedmiogrodowi zaw-
rócił…”
– A cóż on tak się szlajał za nasze pieniądze? – spytał
zgryźliwie Jóźwa Butrym Bez Nogi.
– Referat pan czytasz czy rozliczenie z delegacji? – wołano
z sali.
Skrzetuski opuścił więc kilka kartek i trafił na zakończenie:
– „Reasumując, widać z tego jak na dłoni, iż pomieniony pan
Kmicic wielkie i nieocenione oddał osobie naszej usługi i wal-
nie.” – Tu Skrzetuski skłonił się i usiadł.
– Chwileczkę – zawołał Zagłoba. – Co to znaczy „oddał usługi
i walnie”? Kogo on niby walnie?
– Może ciebie wreszcie walnie? – szepnęła Kulwiecówna do
Oleńki.
– Ja każdego mogę walnąć. Na mnie nie ma mocnych… – wymam-
rotał Kmicic, podnosząc na chwile głowę.
– Aha! – ucieszył się pan Skrzetuski. – Mnie się kartki
zlepiły dżemem, a ja myślałem, że to już koniec! I rozdzieliwszy
stronice koncerzem, czytał:
– „… i walnie przyczynił się do naszej Wiktorii nad królem
szwedzkim, a zwłaszcza nad zdrajcą Radziwiłłem…”
– Niech żyje pan hetman Radziwiłł, wielki książę litewski
i wojewoda wileński! – wrzasnął Rzędzian, któremu kazano zorgani-
zować na balkonie trybunę entuzjastów, ale zapomniano podyktować
nowe hasła, więc poleciał starymi, sprzed kilku lat.
Na ten okrzyk laudańscy znowu wkroczyli ze śpiewem: „Jam nie
pański, nie hetmański jeno szlachcic jam laudański…”
Ponownie wyrzuceni za drzwi obrazili się i wyjechali
złorzecząc. Mieli bowiem jeszcze dzisiaj trzy chałtury w okolicz-
nych zaściankach, a nazajutrz szkolniaka w Wołmontowiczach.
– Może ktoś chciałby zabrać głos w dyskusji? – próbował ra-
tować sytuację Skrzetuski.
Jakoż i zgłosił się Kudłaty Żmudzin, ale wyłącznie przez
chytrość, aby dorwać się do karafki stojącej na mównicy, z której
też od razu zdrowo pociągnął, stwierdziwszy wszelako, że napił
się wody, co było całkowitą nowością dla jego organizmu. Napluł
więc na podium i powiedział z oburzeniem:
– Padłaś! – i wrócił na miejsce, żegnany gromkimi oklaskami.
– I tym miłym akcentem – włączył się przytomnie Skrzetuski –
zakończymy chyba dzisiejsza uroczystość…
– A cześć artystyczna? – dopraszali się zebrani.
Laudańskich wprawdzie już nie było, ale sytuację uratowała
Kmicicowa kompania, która wcale nie wyginęła swego czasu w bójce
z Butrymami, lecz została zreanimowana przez panny Pacunelki, pod
wpływem których charaktery dawnych morderców i gwałcicieli stały
się dobrotliwe, obyczaje zaś wytworne. Tedy pan Jaromir Koko-
siński, Pypką się pieczętujący, wyrecytował dowcipny tren Kocha-
nowskiego: „Wielkieś mi uczyniła…” , a na bis własną Pypką dok-
ładnie opieczętował. Zaś pan Ranicki, herbu Suche Komnaty odśpie-
wał bardzo wdzięcznie utwór:
Wyruszyła w pole wiara,
Jeden z fuzją, drugi z brzytwą,
Żeby Litwa, żeby Litwa,
Żeby Litwa była Litwą.
Dalej pan Rekuć – Leliwa odtańcował poloneza, co mu łatwo
przyszło, gdyż jedną nogę miał wprawdzie krótszą, ale za to drugą
dłuższą. Następnie pan Uhlik na swym legendarnym czekaniku grał
przecudownie pawanę, zaś pan Zend udawał pawiana, gdyż był to
znany imitator zwierząt, natchniony naśladowca wszelkiego bożego
stworzenia. Wreszcie Oleńka Billewiczówna wygłosiła, napisany
przez siebie wierszyk pod tytułem: „Jędruś, ran twoich nie god-
nam całować, bo byś je musiał wpierw dezynfekować.”
– Bier ją, Jędruś! – zawołała szlachta. – Toć żeż ona tobie
testamentem zapisana!
– Nie daj się nabrać! – buntował pana Andrzeja Zagłoba.
– Ta panienka w czasie wojny z rąk do rąk i z obozu do obozu
przechodziła. Pewien jestem, iż nosisz już ogromne rogi, chociaż
o tym nie wiesz.
– Przebóg! – zawołał Kmicic w olśnieniu. – To dlatego nawet
najciężej poranion za każdym razem do zdrowia dochodziłem, bo
jako mi mówili medycy, dusza we mnie dziwnie rogata i przez te
rogi nijak cielesnej powłoki opuścić nie mogła!
– Wybawicielko moja! – Runął na kolana i jął ściskać stopy
narzeczonej, co trwało dość długo, miała bowiem czterdziestego
i czwartego numeru, według starego normatywu sprzed wojny, bodaj-
że trzydziestoletniej.
W mieście biły dzwony, a młodzi Kiemlicze bili młodych Butry-
mów. Kraj przystępował do budowy wspólnego, europejskiego domu.
Andrzej Waligórski





Witam na nowym pięterku. Waligórskiego dość dawno tu nie było, więc myślę, że chętnie poczytacie nowe przygody Rycerzy Trzech.
Dzień dobry



Wpadłem dziś na chwilę, na wyspę a tutaj widzę „soczysty” kawał prozy Waligórskiego!
Mało nie oplułem klawiatury ze śmiechy
Gratulacje i podziękowania dla autorki!
Cieszę się, że Ci się podoba.
Jubel , gdziekolwiek by się odbywał , jest godnym wydarzeniem , a opisy jego przebiegu zawsze są pełne ciekawych epizodów i niespodzianek . Taki jest Waligórski i dzięki Bożenko za porcję rozrywki z naszej polskiej ,bogatej, w prawdziwy humor literatury
To nie mnie dziękuj Maksiu, ale Waligórskiemu. Miał facet poczucie humoru
Waligórski napisał ,Ty zamieściłaś , wyręczając nasze lenistwo w poszukiwaniu rozrywki . Jak to dobrze kimś się wyręczyć ….
Taka sama moja powinność, jak Wasza. A należało mi się, bo dawno niczego nie zamieściłam.
No , tego się nie spodziewałem . Myślałem , że dygniesz nóżką ze słowem dziękuję , a tu proszę , ” taki był mój obowiązek ” , jak i Wasz panowie … Przykład do naśladowania , ale jak wyleczyć lenia ? Proszę o receptę , bo dzisiaj nie chciało mi się ogolić ,siedzę więc zaropiały przed monitorem , bo wiem , że nikt mnie nie widzi . Kłaniam się i mimo wszystko dziękuję ….
Widzę, że Cię rozczarowałam nieco, więc „dygam nóżką” i mówię „dziękuję”.

A na lenia ja też nie znam lekarstwa. Najchętniej bym spała, ostatnio mam w tym manko.
Włącz kamerkę – to mobilizuje…
Od godziny 10 .00 czekam na delegację ze wsi ,która ma przekazać mi zaproszenie na wiejskie wesele .Taki teraz obyczaj , ze nie poczta , a zainteresowani przywożą zaproszenia .Minęło juz parę godzin , a gości nie ma . Cholera , żebym coś nie wykrakał , bo miałem tylko sygnał , ze powinni być o 10 .00 i do tej pory cisza .
Nie denerwuj się, może ich coś po drodze zatrzymało.
A może czekają aż się ogolisz?
Teraz męskie pyszczydło lekko przybrudzone sierścią jest akceptowane . Taka moda psiakrew ….
Ale gości tak witać nie wypada. Tym bardziej takich ze wsi, którzy może za modą tak nie podążają i mogą to przyjąć jako afront.
A czy kontaktu telefonicznego z nimi nie masz?
Przyjechali !!! Na wsi , to będzie wesele .Panna młoda po doktoracie w Australii z fizyki jądrowej , pan młody też doktor w dziedzinie ekonomii . Nie miałem wyrzutów , pan młody był nieogolony co najmniej od miesiąca , a jubel 10 pazdziernika we wsi Kowalków koło Iłży . Jest zatem jeszcze trochę czasu na refleksję , ale widać ,że młodzi są ze sobą jakby po ślubie …..
Początek wypisz wymaluj z mrożkowego „Wesela w Atomicach”
A tak się martwiłeś…
Ale będzie się działo! A że młodzi są jakby po ślubie, to nic nowego. Dzisiaj kota w worku się raczej nie kupuje
Maksiu, to nie teraz taki obyczaj, ale dawny, już niemal zapomniany. Teraz większość takich zaproszeń wysyła się po prostu pocztą. My z mężem jeździliśmy po całej rodzinie i znajomych, żeby ich na nasze wesele zaprosić osobiście i wręczyć zaproszenie. Pojechaliśmy nawet do Warszawy, do rodziny męża, żeby ich też zaprosić. Podejrzewam, że obraziliby się, gdybyśmy im to zaproszenie wysłali pocztą.
Dzień dobry
AW niezastąpiony
Już to chyba pisałam
Ale co tam, to zawsze aktualne 
Witaj Mireczko! To Ty ten pomysł podsunęłaś
Witaj
I beze mnie byś na to wpadła
Przecież jesteś naszą specjalistką od Waligórskiego 
Obawiałam się tylko, że się Wam to sprzykrzyło
AW nie sprzykrzy się nigdy
To pewne!!! Jego humor i widzenie świata (literackiego i realnego) nie da się porównać z niczym. To mistrz pióra i humoru 
Muszę jakoś przegonić tego lenia, co od wielu miesięcy mnie prześladuje
Za tydzień mamy być pod namiotem i mam od metra roboty… a tak mi się nie chce!!!! 
) 
Muszę w końcu spiąć się i wziąć (nie wziąść
Epidemia jakaś, czy co?
Może i epidemia…
Bo jak zauważyłam, tych z leniem za pazuchą jest trochę więcej
Czyżbyśmy się pozarażali jeden od drugiego? Szkoda, że nie ma na to lekarstwa 
Szkoda, ale myślę, że leń minie gdy się nieco ochłodzi.
Mnie to nie robi różnicy. Czy ciepło, czy zimno i tak się mnie ten lenisko kurczowo trzyma

No to się biorę za tą robotę
Na pewno jeszcze tu zajrzę 
Dzień dobry. Powrócon-em w domowe pielesze, co prawda bez takiego upickiego jubla jak pan Andrzej, ale bezpiecznie i bez żadnych potyczek z septentrionami (hihi, komputer nie zna tego słowa), Kiemliczami ani Butrymami.
Witaj w domu
Wpadłam na Wyspę tylko na moment. Cholerne wiewióry przegryzły sznury od mojego wieszaka na kwiatki i kwiatek poleciał na ziemię
Pojechałam do sklepu i kupiłam łańcuch
Niech to małpa jedna spróbuje przegryźć 
Dziś koncepiłam, jak te pomidory podłączyć do prądu… niechby wtedy sobie gryzły
Na dokładkę skunks znowu zrył nam grządki i podwórko, a przynajmniej tam, gdzie nie mamy płytek. Chyba kupię spluwę… mam bardzo bojowy nastrój
O przekopanych (znowu) skrzynkach z truskawkami wolę nie myśleć… ughm 
Znowu mam trochę ponadgryzanych pomidorów, które oczywiście są do wyrzucenia
Kocham naturę i zwierzątka, tylko czemu czasami toto jest takie upierdliwe!!!

Udzieliło Ci się ode mnie i paralotniarzy? 😀
Więc potrzebne są już dwie spluwy. Komu jeszcze?
Z wiewiórami walczę od lat i niestety tylko czasami uda mi się wygrać, a i tak zwycięstwo jest krótkotrwałe
Ze skunksem strach zadzierać, bo jak obleje tą „pachnącą cieczą” to choć na podwórku mieszkaj
U Ciebie paralotniarz polata i jak mu teren się „opatrzy” to poleci innym działać na nerwy
U mnie nie ma szans na zmiany. Wiewiór jest multum i nie ma szans, żeby przestały mi po płotach i ogródku latać. To samo ze skunksem, szopem praczem, czy oposami. Chociaż tych ostatnich jakoś nie widuję… Może się wyniosły gdzieś dalej… i szczęśliwej drogi 
O matko. No to współczuję. I nie ma na nie sposobu?
Dobrej nocy, miłych snów
Ponieważ dzisiaj szybciej muszę zmykać z Wyspy – dobranocka.
Mimo bojowego nastroju na koniec dnia wśród Pań zaproponuję coś bardzo na sen. Peter Gabriel, „At Night”, ze ścieżki dźwiękowej do filmu „Ptasiek” wg powieści Williama Whartona. Najpierw spokojnie, potem trochę straszno. Mimo to…
…spokojnych snów.
dobry wieczór i dobranoc.
A Waligórski jak zawsze – przedni i na pewno się nie znudzi 
Dzień dobry
To znów niedziela… 
Ostatnia niedziela wakacji.
Za dwa dni odpalamy nowy sezon.
Dzień dobry. Idę robić ciastka śniadaniowe.
Witaj Jo! Dziś możesz sobie zaśpiewać: „Ta ostatnia niedziela”.
Bym zaśpiewała gdyby jutro potomstwo wsiadało w express do Hogwartu 🙂
Ale pojutrze już wrzesień, będziesz miała po kilka godzin dziennie względnego spokoju. 😉
Na to liczę.
Dzień dobry. Słońce się leje z nieba, a u mnie – pracka. Dorywcza, ale zawsze.
Witam! Dziś ma być następny dzień upalny, ale Twoje strony będą podobno potraktowane ulgowo.
Dzień dobry
U mnie też pogoda nie najlepsza. Pochmurno i ciepło. Docelowo, w południe ma być 27C. Jutro już ponad 30C 
U mnie docelowo 32C. jutro 34C. Obecnie już 29C. Ale to już ostatnie upalne dni. Przynajmniej tak zapewniają synoptycy.
Ja bardzo chętnie. Czekam na to ochłodzenie. Nie, żeby od razu kożuch z szafy wyciągać (… zaraz zaraz – przecież ja NIE MAM szafy!!!), ale tak dwadzieścia z małym kawałkiem całkowicie mi wystarczy.
Tylko grzybów w tym roku szkoda…
Niestety grzybów nie będzie, chociaż w sklepie widziałam kurki.
Temperatura dwadzieścia z kawałkiem też mi najbardziej odpowiada.
Kurek to widziałam sporo. Natomiast innych zupełnie nie ma. Co gorsze – nie uświadczysz nigdzie nawet mrożonych. No cóż – może trzeba od razu kupić suszone, bo na święta zabraknie? Wcale nie żartuję.
Biorąc pod uwagę pogodę, to za chwilę będziemy ZBIERAĆ suszone.
O ile je znajdziemy.
Suszonych mam cały słoik od ubiegłej jesieni i dodatkowo mielone.
A co robisz z mielonymi?
Nawiążę tutaj do wątku motolotniarzy i motocyklistów (n.b. wczoraj ok 19-tej chyba przejeżdżałem, Jo, niedaleko twojego domu – latali!). Na jeziorach ich odpowiednikami są ujeżdżacze skuterów wodnych… Ilekroć takie uprzykrzone coś pojawiało się w pobliżu, córa formułowała swoje marzenie:
– Ech, żeby tak mieć stadko tresowanych mew!
Ooo… Przydałyby się. Ja mam wrażenie, że tu cały czas latają…
Trzeba było wpaść na kawę.
Ehm… Nawet, gdybym mógł, musiałbym jeszcze wiedzieć nieco dokładniej, gdzie. Ale, może kiedyś…
Nie powiem: idź za paralotnią, bo różnie mogło by się skończyć.

To by było nieco trudne, zważywszy że ona w jedną stronę raczej nie lata. Chcesz Go wywieźć w pole?
Ale ja właśnie wśród pól! Pól, łąk i nieużytków!
Witaj powrócony Ukratku!!!
Jak miło Cię widzieć z powrotem!!!
Pomału wracają wczasowicze, zrobi się tu nareszcie ruch. Może i Misiek wreszcie się okaże?
Na Miśka to za gorąco…
Chyba, że ktoś mu podciągnie internet do lodówki

A może zdejmiemy mu to futro? Ale ja tymczasem się pożegnam, coś mi dziś ślimaczy…

Spokojnej!
Ja też odpływam… To przez dzisiejsze kajaki rozmiar 44.
Dobranocka.
Kasia Groniec, moja równolatka, co do dnia.
Snów z nadzieją na przyszłość.
Dobranoc . Taka ładna obietnica…
Dzień dobry
Dziś żegnamy sierpień… Czy nie za dużo tych pożegnań? 
Po prostu jutro trzeba zacząć coś nowego!
Chyba masz rację.
Ato co to? Jeszcze wszyscy śpią? Kawy nikt nie zaparza?


No to ja zapraszam na kawę
A do kawy ciacha
Smacznego.
Witajcie!
Tych ciasteczek do kawy to starczy na cały wrzesień
Jak się wszyscy dosiądziemy, to damy radę
Dzień dobry, jestem, kawa wypita. Zobaczymy, co dzień przyniesie…
Dzień dobry
To znaczy mamy taką mgłę, że nic nie widać

Też nie wiem jaki będzie ten dzień… Na razie mamy 100% wilgotności i powietrze widać
A tak w ogóle, to wczoraj robiłam pyzy. Znowu… Gdy w ubiegłym tygodniu robiłam knedle, mój synek powiedział, że od czasu do czasu może je zjeść, byle nie za często. One są dobre, ale nie ma w nich mięsa!!!!
A co to za obiad bez mięsa?!!!
Na pyzy poszły dwa woreczki ziemniaków, czyli prawie 10kg. Mam nadzieję, że i córeczka się na nie załapie, bo już jutro przyjeżdża
Ona też je lubi…
Może wrzucisz parę?

Jak przecisnę przez łącza, to masz to jak w banku

Otóż chyba musimy porównać wersje. W domu moich Rodziców pyzy robiło się z ciasta drożdżowego, były bez nadzienia, gotowało na parze i jadło zazwyczaj z mięsem w zawiesistym sosie (np. bitkami), wykorzystując kawałki pyz do omaszczania sosem. Natomiast knedle robiło się z ciasta ziemniaczanego, były z nadzieniem (pamiętam mięsne i śliwkowe, ale pewnie nie tylko) i jadło się je omaszczone cebulką i skwarkami (wersja mięsna) lub śmietaną na słodko (wersja śliwkowa).
Dlatego też Twoje „Na pyzy poszły dwa woreczki ziemniaków” spowodowało u mnie dysonans poznawczy.
Bo pyzy w Poznaniu są rzeczywiście z ciasta drożdżowego, właśnie takie mam dziś na obiad. W innych regionach pyzy, to takie pierogi z mięsem. W sklepach u nas można kupić pyzy do gotowania na parze i pyzy z mięsem.
To są trzy rodzaje produktów:
kluski drożdżowe, zwane pyzami lub pampuchami, gotowane na parze i podawane np do mięsa i sosu (ale ja, jako dziecko uwielbiałam nadziane powidłami śliwkowymi, a BB zjada je z truskawkami i śmietaną)
pyzy ziemniaczane, podawane również do mięs i sosów, ale bywa, że tylko z okrasą, znaczy ze słoninką i podsmażoną cebulką
te pyzy bywają „gołe”, albo nadziewane mięsem
knedle ziemniaczane, najczęściej ze śliwkami (jadłam też z truskawkami i wiśniami, ale śliwki są the best!)
Numer dwa na tej liście jest mi bliżej nieznany, jak sądzę.
Nazwa „pampuchy” jest mi nieznana. Pyzy drożdżowe gotowane na parze, niczym się ich tu nie nadziewa. Nadziewane są pierogi, ale co kraj, to obyczaj.
Pampuchy są łodzkie 😉
A powiedz, do czego używasz zmielonych suszonych grzybów?
Zmielonych suszonych grzybów używam głównie do sosów, czasami do zupy. Taka zupa-krem grzybowy. Nie za bardzo znam nazwy potraw, które gotuję. W sumie nazwa nie jest mi do niczego potrzebna. Potrawa ma smakować, a jak się nazywa, to już niech się martwią specjaliści

Droga Miralko i tu mi podpowiedziałaś cudowny sposób … Zostają te prawdziwki suszone i do bigosu mało ich ubywa a te zmielone zawsze można dodać do wielu potraw co je tylko smakowo wzbogaci pozdrawiam
W naszym regionie pyzy są podobne do kartaczy, tylko do pyz dodaje się więcej gotowanych ziemniaków. W kartaczach jest proporcja 1/3 – 2/3 (jedna trzecia gotowane, dwie trzecie surowe, tarkowane), w pyzach jest pół na pół.
Ciasto knedlowe można też użyć do kopytek. Czyli uformować wałeczek, pokroić i ugotować. I to je się z mięsem zamiast ziemniaków.
W przepisach znalazłam knedle ze śliwkami polane podsmażoną bułką tartą. Nawet sobie jednego knedla tak zrobiłam i wybitnie mi nie smakował. Do śliwek pasuje mi tylko śmietana

Ciasto na knedle to tylko gotowane ziemniaki, jajko i mąka. Niektórzy robią ciasto na knedle z białego sera(zamiast ziemniaków) i nadziewają brzoskwiniami. Jeszcze nie jadłam, ale chyba wypróbuję
Każdy region ma swoje nazwy na podobne potrawy, czy takie same nazwy na różne potrawy.
O pyzach z ciasta drożdżowego nawet nie słyszałam…
Patrz! A ja knedle tylko z bułką!
Niby jedna kuchnia, a regionalizmów na potęgę 🙂
No tak – obiad bez mięsa się nie liczy. Zabrzmiało BARDZO znajomo.
No właśnie…
Jeszcze co jakiś czas może być rybka, ale to też w odpowiedniej formie, bo nie każda nadaje się w tym domu do jedzenia
Najlepiej idzie ryba po grecku, jeśli nie ma w niej za dużo warzyw.
Małżonek nie lubi mięsa chudego, synek nie jada z tłuszczykiem i żyłkami. Jeden woli szynkę, drugi karkówkę. Czasami coś mnie trafia z tym gotowaniem. I co się dziwić, że nie znoszę gotowania tak samo jak i zakupów 
A mięsko też nie może być byle jakie
Mimo niechęci, jadę do pracy

Do popotem…
Oczywiście poza pyzami i knedlami, tak jak ja je rozumiem, znam jeszcze multum „kluchowych” potraw:
– lane kluski (np. do pomidorowej i zupy mlecznej, skład bliżej mi nieznany)
– pierogi leniwe (na słodko, z ciasta z twarogiem, gotowane i podsmażane)
– kluski śląskie (chyba ziemniaczane, kształt i wielkość zależna od twórcy, zdecydowanie do miąs, np. bitek z sosem)
– racuchy klasyczne (smażone, z ciasta drożdżowego)
– naleśniki
– 'jabłka w cieście’ (placki z jabłkami, z ciasta podobnego do naleśnikowego, jednak gęstszego)
– placki cioci Agnieszki, przebój ostatniego roku (ciasto zawierające cukier wanilinowy i takiż serek homogenizowany).
Więcej nie pamiętam, oczywiście abstrahuję od makaronów w stylu włoskim.
Nie znam tylko ostatniej pozycji.
A to właśnie z Poznania 🙂
Robi się tak:
2 jajka + 4-5 łyżek stołowych cukru + 1 opakowanie cukru wanilinowego się ubija mikserem do białości.
Dodaje się, hmm, od 250 do 400 g serka homogenizowanego wanilinowego, następnie miksuje.
Dodaje się szklankę mąki + 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia + szczyptę soli i miksuje jw.
Smażyć należy na małym(!) ogniu, w zasadzie smażąc część spodnią, przylegającą do patelni, suszymy część wierzchnią, następnie przewracamy i obsmażamy do brązu z obu stron (cały czas na małym ogniu – elektryczny palnik ustawiam na 6/10).
Junior wciąga pasjami, potrafi całą porcję wtrząchnąć, przyrządzoną wedle powyższych proporcji.
Muszę spróbować, ale ostrożnie. To musi mieć masę kalorii…
„W cieście” to nie tylko jabłka – częstowano mnie nawet akacją…
Hmm, tak to nie, tylko do placków ziemniaczanych (a właśnie, to też temat-rzeka, są wszak różne przepisy!) poza syropem klonowym kiedyś u rodziny dostałem do polania sok(?) z czarnego bzu. Tak mi się skojarzyło z akacją.
A kluski kładzione z serem? Podstawa bytu BB.
Kładzionych nie kojarzę, chyba że tylko nazwy nie znam, a sam obiekt tak, tylko pod inną?
Głodna jestem…
A ja senna.

To już ta pora? Dobranoc, spokojnej!
Dobranocka w stylu niedzisiejszym, dixie-jazzowym.
Woody Allen oprócz pisania scenariuszy, reżyserowania i aktorstwa gra również na klarnecie. Oto jeden z utworów z jego solowymi popisami. Czy nie nazbyt skoczny? Ale spokojny na tyle, żeby i do snu się nadawał. A jak dobrze pójdzie, to i na dzieńdoberkę da radę.
Snów o niedzisiejszych czasach.
Dobranoc klarnetem przywołana.
ps. Pięterko stanęło 🙂