– Z drogi, parchu! – wchodzący do gospody mężczyzna w pysznym stroju nie ma najmniejszych skrupułów. Z rozmachem kopie obszarpanego żebraka, który nie dość szybko odczołgał się na bok. Elegant wybucha chrapliwym śmiechem i rozgląda się zwycięsko naokoło, jak gdyby rzucał wszystkim obecnym wyzwanie. „No? Który pierwszy?” Nikt nie podejmuje rękawicy. Nawet w przyćmionym świetle latarni goście – ci trzeźwi i ci pijani – doskonale widzą wielkie pomarańczowe „T” na czarnej bluzie eleganta. To ogłoszenie i ostrzeżenie, znak cechowy i symbol dumy, wspólnej dla tych, którzy go noszą. Telepatów.
Ostatnia wojna nie cofnęła nas w rozwoju aż tak, żeby następna miała odbyć się na maczugi, ale niewiele brakowało. Twórcy literatury postapokaliptycznej pomylili się tylko nieznacznie: promieniowanie i epidemie w istocie sprawiły, że pojawiło się wiele mutacji. Tyle tylko, że większość ze zmutowanych istot nie była zdolna do życia na Ziemi. Większość nie, ale niektóre – owszem, i to całkiem nieźle. Telepaci należeli do nielicznej mniejszości, radzącej sobie w świecie przemocy znakomicie. No cóż, najlepszy miecz i szermiercze umiejętności, najmocniejsza kusza i znakomite oko nie pomogą, kiedy przeciwnik czyta ci w myślach. A kiedy umie zmienić ich tok… Najsilniejsi z nich potrafili i to. Niejeden napastnik rzucał z wrzaskiem broń na widok ognia tańczącego mu na ramieniu lub wielkiego węża-dusiciela, owijającego się naokoło nóg.
Nie wszystkim telepatom chciało się tak bawić, najczęściej ten, który próbował ich ograbić, w ułamku sekundy tracił przytomność i budził się po dłuższym czasie… przywiązany do drzewa tuż obok mrowiska, albo na środku stawu pełnego aligatorów. Nic więc dziwnego, że chętnych szybko zabrakło. Telepaci zaś szybko urośli w siłę, odnaleźli swoich wśród zgliszcz społeczeństwa i połączyli w nową kastę panujących. Żadni to zresztą byli panujący, raczej pasożyty, bo czerpali tylko korzyści, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności.
Tak jak ten, który teraz wkracza na środek sali, zakłada dłonie za szeroki pas i przez chwilę stoi bez słowa, marszcząc brwi. Wiemy, że skanuje umysły obecnych, szukając zagrożenia: słów lub tylko buntowniczego nastroju… Ale nie – nikt nie pozwala sobie na podobną niesubordynację. Starsi mamroczą modlitwy, młodsi starają się myśleć o czymś kompletnie nieistotnym, byle tylko zająć mózg, byle nie podpaść temu, który potrafi czytać w myślach. Ja też wciskam się głębiej w kąt tu, gdzie siedzę, tak, by tamten nie zauważył, że coś się nie zgadza.
Kończy, uśmiecha się pogardliwie – tak go bawi ludzki strach. Podchodzi do baru, pstryka palcami, karczmarz zaś usłużnie podsuwa szklanicę pełną najlepszego bimbru. Telepata wychyla ją, przymykając z lubością oczy, odstawia pustą na blat i wyciera usta wierzchem dłoni.
– A teraz przyprowadź tu swoją córkę. Wiem, że zamknąłeś ją w pokoju od tyłu. Ładna chociaż? Pokaż, zobaczymy, czy warto się z nią zabawić przy wszystkich!
Teraz w postaci gospodarza nie ma już usłużności. Facet trzęsie się z gniewu, lecz telepatę bawi jego opór. – No, nie daj się prosić, staruszku! Z karczmarza żaden staruszek, raczej wielkie byczysko z łapami jak cepy. Mimo to świetnie wie, że nic nie wskóra, uderza więc w błagalny ton: – Panie, władco, toć to jeszcze dziecko, szesnaście lat! Tamten wybucha szyderczym śmiechem. – Dziecko! W zeszłym miesiącu sam przyłapałeś ją, jak gziła się z chłopakiem! Poza tym szesnaście lat to doskonały wiek, żeby zacząć się kształcić w ars amandi. Zmienia ton na rozkazujący: – Dawaj ją tu!
Miejscowi z rozdziawionymi gębami patrzą, jak karczmarz z ociąganiem zmierza na zaplecze. Widać, że w ich umysłach gniew miesza się z ciekawością – jakże to będzie, co pokaże karczmarzówna? – a telepata już się oblizuje na myśl o młodym ciele. Teraz jest doskonały moment, żeby wkroczyć. Zamykam oczy i budzę bestię, czarną istotę, ukrytą w najdalszych zakamarkach mojego umysłu. Przyszła do mnie dawno, dawno temu i oznajmiła, że zamieszka w mojej głowie. Nie pożałujesz, szeptała kusząco, obdarzę cię mocą, której nie ma nikt inny na świecie, mogę być tylko z tobą, przydam ci się, uczynię cię niezwyciężonym… Zgodziłem się, a wówczas czarna, bezkształtna masa, istniejąca tylko na płaszczyźnie wyobrażeń, w abstrakcyjnym świecie myśli, znalazła się nagle we mnie, w miejscu, które czekało tam na nią od lat.
Istota rzuca się naprzód i przejmuje nade mną kontrolę. Nie opieram się, wiem, że tak trzeba, to za chwilę minie. Wyczuwam, że telepata odkrył naszą obecność i zamarł, zaskoczony. Sięga myślą ku mnie, najpierw próbując nakazać, żebyśmy się nie wtrącali, a potem uderza z całą siłą, usiłując nas zniszczyć, wymazać z mojego umysłu całą świadomość. Tylko o to mi – nam – chodziło! Im silniejsze połączenie telepatycznym mostem, tym łapczywiej bestia wgryza się w jego jaźń i po kilku sekundach zaczyna ją wysysać. Wiem, że goście w karczmie, zaskoczeni, wpatrują się z oczekiwaniem w telepatę, który zastygł na swoim miejscu przed barem z napiętą twarzą, nie wiedząc na dobrą sprawę, co się z nim dzieje. Milczy, więc pewnie coś knuje?
Nie, nic już nie knuje, teraz skupia się tylko na tym, żeby przeżyć. Nie uda mu się to. Czarna istota wciąga go w siebie, w nicość, gdzie umysł wiruje w próżni bez wymiarów, rozpaczliwie szukając punktów odniesienia, jakiegoś wyjścia z matni, aż po kilku chwilach, które złapanemu wydają się eonami, rozpuszcza się całkowicie, znika, oddając swoje wspomnienia, doświadczenia, uczucia polującemu drapieżnikowi. Na zwykłych ludzi to nie działa – moja wewnętrzna bestia potrzebuje połączenia, które nawiązują tylko telepaci, tacy jak ten, który teraz usiłuje złapać blat baru, żeby ustać na nogach… Już wiem, że nic z tego. Dłonie kurczowo zaciskają się w powietrzu i oto niezwyciężony, budzący strach władca umysłów zwala się na zakurzoną podłogę jako roślina, ciało bez umysłu, któremu pozostały tylko najprostsze odruchy.
Ten, kto pierwszy rzuci się na to, co pozostało z telepaty, i zada decydujący cios, wyświadczy mu tylko przysługę. W tym świecie nie ma już urządzeń ani środków, żeby podtrzymać życie w ciele bez świadomości, a nawet gdyby były, to nikt nie potrafiłby mu jej przywrócić. Wygasła, zniknęła, pożarta przez czarną istotę, mieszkającą w moim umyśle. Pierwszy reaguje karczmarz. Doskakuje do ciała, sprawdza puls, otwiera powieki, odsłaniając białe, wywrócone oczy, po czym z dziką satysfakcją łapie za olbrzymi tasak… Nie widzę, co dzieje się potem, widok zasłaniają mi gapie i ci, którzy uznali, że gospodarzowi należy pomóc. Nie interesuje mnie to, widziałem i czułem już dość.
Wychodzimy z karczmy, to znaczy wychodzę z niej sam, bez słów i gestów gładząc bestię po nieistniejącym grzbiecie. Przeciąga się mentalnie, przysiągłbym, że słyszę w głowie pomruk zadowolenia. Oboje czujemy się nasyceni. Tamten miał potężną, bogatą osobowość, która starczy czarnej istocie na długo. Idę przed siebie, nogi prowadzą mnie same, nie dbam o to, dokąd. Ściskam w kieszeni zielony kamyk na szczęście. Wiem, że gdziekolwiek pójdę, będą ludzie, a gdzie są ludzie, tam prędzej czy później pojawią się również telepaci. Będę tam, cierpliwie czekając, by spuścić ze smyczy drapieżne stworzenie, drzemiące teraz w moim umyśle.
Pójdziemy przez świat, przypominając rzekomo niezwyciężonym, że jest ktoś, kto w łańcuchu pokarmowym stoi ponad nimi. Tylko czasem dopada mnie natrętna myśl, której nie potrafię się pozbyć: co będzie, gdy moja bestia napotka godnego przeciwnika? Wtedy gdzieś z dna umysłu pojawia się leniwe, beztroskie przeczucie, że nie nastąpi to szybko. Jeszcze nie teraz.
_________
Tekst chroniony prawem autorskim, opublikowany na blogu madagaskar08.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.





Dzień dobry na nowym. Pomysł sensacyjno-wakacyjny, w sam raz na sezon ogórkowy, dający się streścić w zdaniu „Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka”
Dojrzewał przez dłuższy czas, aż okazało się, że już można zerwać. Smacznego!
Rysunek Bruegela, a ja przez moment myślałam, że to Bosch. Upiorny Bosch.
Czasem mi się mylą. Ten pamiętam bodajże z którejś książki Łysiaka. „Flet z mandragory”?
Szacunek, Mistrzu Q.!
Służąc bestii, zyskujemy ograniczone gwarancje bezpieczeństwa. Niestety, zawsze ograniczone…
No właśnie. Jak tak na to spojrzeć, to wszystko jest mniej lub bardziej tymczasowe… Ale może jeszcze nie teraz.
Na szczęście każda bestia trafi bez wątpienia na godną siebie bestię. Homeostat utrzymuje równowagę :))
Witaj Stateczku ! to jest optymistyczny pogląd na bestie
Witaj Czarodziejko, ważne by szklanka była zawsze do połowy pełna :)))
Zgadza się ! świat od razu wydaje sie milszym miejscem
Tak, to dobre podsumowanie!
Brawo
Tekst wydawał mi się długi i już chciałam przeczytać później. Zerknęłam jednak na początek i to przeważyło. Nie mogłam się oderwać od czytania. Dlaczego to takie krótkie? 
Hihi, to długi czy krótki? A pisany nieco pośpiesznie, więc…
Tyle że pomysł dobrze dojrzał, toteż i dobrze się napisało.
Hogwartem mi nieco zapachniało, Kwaku !
Och, ale postapokaliptyczno-średniowiecznym. Magia? Czy bardziej fantasy, czy jednak SF?
Jednak fantasy. I dementorzy, postacie groźne acz cielesne 🙂
Krótki!!!
Dzień dobry raz jeszcze ! to jest fascynujące Mistrzu Q. i aż się
prosi o rozwinięcie. 🙂
„Czarna bestia ” jest budzona, więc nie do końca włada umysłem bohatera 🙂
No, stosunek między bohaterem/ narratorem a pożeraczem (telepatycznych) umysłów to jest raczej symbioza niż pasożytnictwo.
Cóż – każdy czas potrzebuje swojego wiedźmina. Ostatecznie lepszy wiedźmin, niż nawiedzony 😀
Bardzo fajna opowieść. Mam nadzieję, na ciąg dalszy.

Witaj JO !!Zdecydowanie lepszy wiedźmin ! Taki jak Geralt? nie do końca maszyna do zabijania potworów ?
Bardzo się cieszę, że się podobało, ale wydaje mi się, że postać bohatera/ narratora nie ma takiego potencjału jak wiedźmin – w końcu jego zdolność ogranicza się do kasowania telepatów, ze zwykłymi ludźmi nie ma powodu zadzierać, a ile można pisać o telepatycznych potyczkach, które – w tym świecie – wyglądają z grubsza tak samo?
Poza tym znacie mój stosunek do ciągów dalszych – niewiele ich powstało.
Ojjj, wiemy, wiemy, że tylko pan Ignacy był w kontynuacji. Bardzo sie za nim stęskniłam
No, nie tylko, jeszcze agent Nowak i świat cesarsko-królewskiej arystokracji. Ale pan Ignacy najbardziej wyrazisty. Wróci, kiedy się wszystko wyprostuje, na pewno.
Nieustająco czekam, a słusznie piszesz, że pan Ignacy jest postacią wyrazistą. Nowak i świat cesarsko-królewski nie trzyma sie tak dobrze pamięci. Mojej, rzecz jasna
Czekamy więc na powrót pana Ignacego
Czy rycerze mają branie, that is the question. Celowo częstochowsko pofrunąłem, bo przecież mają – głównie u (uuu… niedostatek…uuu…) Księżniczek. Albo w książkach, ale tylko w bardzo dobrych, jak to opowiadanie zresztą, wystarczy spojrzeć na podpis.
Dzięki, czyta się, wiadomo, dzień dobry.
Ajjjaj! Pan Y. u bram, a właściwie za progiem, a tu rzeczywistość odciąga od ekranu. Niestety zmykam, wyrażając najgłębsze uszanowanie!
Witaj, rzadki gościu!
Yo la zwięzły ? Nie do wiary. Liczyłam na dłuższy wpis
Zwięzły i rzadki, co nieczęsto idzie w parze, jak i ja sobie chadzam.
Na dłonie Damy składam Panom ukłony.
Niestety muszę wybyć na chwilę, potem mam gości… trudno powiedzieć, do kiedy :/
Drogi Quackie,
Udane, ale tak krótkie, że aż płakać się chce. A nie mógł to bohater nieco poczekać, aż dziewczynę przyprowadzą i oględziny zaczną? 😉 Ciekawiej by było… Cóż, autocenzura czuwa 🙂
Ukłony głębokie dla Mieszkańców
Witamy Pana!
Witam i ja z uciechą, bo się zastanawiałam czy będzie Panowa recenzja czy jednak nie
Dzień dobry, miło Pana widzieć 🙂 przygotowałem dłuższą odpowiedź, kiedy właśnie wyłączył się komputer. Postaram się ją odtworzyć pp burzy.
O to to właśnie!!! Nadal nie wiemy, jak ta karczmarzówna się prezentuje.
Otóż tak: z jednej strony zafiksowałem się na samym pomyśle telepaty, który trafia na lepszego od siebie (wszystkim, którzy pomyśleli o wiedźminie, zdradzę, że początkowo chciałem zacząć opowiadanie od słów: „Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy od bramy Powroźniczej”
), a z drugiej – nie chciałem poświęcać czasu na detale (mógłbym również pogłębić żebraka, poszczególne postacie na sali, ich ubranie i uzbrojenie), tylko wyrzucić z siebie treść, możliwie zwięźle przedstawiając główną intrygę. Rozumiem, że karczmarzówna byłaby dość interesującą postacią, biorąc pod uwagę ujawnione przez telepatę szczegóły, ale z drugiej strony nie miałem powodu, żeby główny bohater/ narrator czekał z rozpoczęciem akcji na pojawienie się dziewczyny. Bestię trzeba nakarmić, a nie przyglądać się, jak jakiś gość ryćka dziewczynę, i to wbrew jej woli.
Zyskał zdecydowaną (choć nieuosobioną) wdzięczność karczmarza, i lekki (choć też nieuosobiony) zawód publisi…
No właśnie zauważ, że ten bohater/ narrator ma (czego też nie dopowiedziałem) w sumie w pompie karczmarza i publisię; on się skupia na obiekcie ataku, czyli telepacie, a całą resztę postaci i wydarzeń traktuje jako element odwracający uwagę atakowanego. Nie ma siebie za zbawcę na białym koniu, tylko myśli w kategoriach łańcucha pokarmowego, drapieżnictwa i nasycenia. Bardzo biologicznie zasadniczy facet, co nastąpiło (niedopowiedzianie) zapewne pod wpływem bestii…
Bo bestia ma pod ogonem ludziska. Ją papu interesuje, a nie jakieś społeczne interakcje.
No i właśnie dlatego b/ n zaczął działać, zamiast zaczekać, aż akcja z karczmarzówną się zacznie.
Co racja to racja.
Akcja z karczmarzówną jednak zbanalizowałaby tę niezwyczajną historię !
Karczmarzówna mogłaby odwrócić i naszą uwagę od kunsztu Autora!
No, Mistrzu, niewielu potrafi tak połączyć komplement z leciuteńką kpiną!
To zależy od karczmarzówny!!! Bo może ona nie taka gęsiasta? Znaczy trochę jak z Fioną – wszyscy się spodziewali barbiastej księżniczki, a ona jednak swoje potrafiła.
Problem z założenia jest taki, że karczmarzówna sama by niewiele wskórała, no chyba że byłaby równie wyjątkowa jak narrator. Ale to już by był zbyt duży zbieg okoliczności
🙂
Dobre popołudnie
Moje gratulacje. Bardzo dobry tekst a rysunek Breugla na zakończenie wręcz REWELACYJNY!

A dziękuję, również w imieniu Breugla
Kochani, nie wiem, czy z powodu burzy właśnie nie trafił szlag głównego komputera w domu, a zanim się nie skończą błyskawice i przepięcia, widoczne choćby przez przygasanie lamp ,nie będę próbował go włączyć. Na razie piszę z telefonu.
Burza zaraz przejdzie, sprawdzałam.
No i idzie następna!
Tyle że komputer cały, więc tylko strachu się najadłem. Ale kolejny sinogranatowy wał chmur na zachodzie. Do chrzanu! Teraz już nie ryzykuję, wyłączam się, ale niech przynajmniej będzie planowo.
A w ogóle to tekst za szybko opublikowany i należy się jeszcze gruntowną przeróbka stylistyczna (o tempora, o mores, o powtórzenia!). Po burzy wszakże.
Oj tam, oj tam – to blog, nie wydanie jubileuszowe!
(powiedziała Jedna Taka, co pięć razy równoważnik zdania poprawia)
Ej, no nie, albo się pisze, albo się w kulki leci…
Dlatego idę poprawiać za chwilkę, mam nadzieję, że limit burz na dzisiaj został wyczerpany.
Blitzortung twierdzi że tak.
I znów wieczór… Dobranoc
Spokojnej!
Ja też
O, to chyba lecę po jakąś dobranockę 😉
No to dzień rozpoczęty tak pięknie należałoby zakończyć równie udanie.
Naszła mię chęć na polską klasykę, ale w jakimś nieoczywistym wykonaniu. I pomyślałem sobie, że jak polska klasyka, to Osiecka, jak dobranocka, to „Bossa nova do poduszki”, a jak nieoczywiste wykonanie to…? No właśnie. Anna Maria Jopek z koncertu jakoś mi nie brzmiała, żadna inna pani też nie, aż znalazłem to, pani Joanny Dark. Nie jest pretensjonalne, chociaż dość… zwyczajne? Właśnie tego dzisiaj potrzebuję. A Wy?
Snów o wybaczaniu.
Ale żeś trafił…
Zdarza mi się czasem, dzięki rozwiniętej kobiecej intuicji.
To prawda, dzień się zaczął ładnie. Ładnie się kończy, choć pani Dark niecałkiem mi pasuje. Chyba wolę Hanię Banaszak. 🙂
Dobranoc
Dzień dobry
Dzień dobry
Ładny dzień się zapowiada 
Dzień dobry Bożenko
I nawet nie mam nadziei, że po zapowiadanej burzy (nad ranem) coś się zmieni…
U mnie gorąc jak cię mogę
Zapraszam, na te marne 20° u mnie, co zapowiadają
Z chętnością zamienię te moje 36C na 20

Przeczytałam tekst kilka razy. Jakiś wydał mi się krótki
Za pierwszym razem przeczytałam jednym tchem, a potem tylko się delektowałam
Cudo!!!
Mistrzu Q to jest wspaniałe opowiadanie!!!
Dzień dobry… No jak nic, w mojej głowie siedzi uśpiona bestia. Czasem się budzi, ale niemrawa jakaś… bo nikt trupem nie pada. A szkoda /żeby nie było, to ja nikomu źle nie życzę!/. Niechby się chociaż skręcił. Ze wstydu, na ten przykład



Słomiane wdowieństwo służy Mistrzowi Q. / nie bij, tłumacz/
Może jeszcze pociągnie temat??
Jakby co – od poniedziałku jestem na urlopie. Teoretycznie.
Spokojnego dzionka i zmykam
Dzień dobry, dziękuję. Służy? Być może. Na pewno się nie nudzę, bo rzeczywistość zapewnia nieustający potok rozrywek, a właściwie „rozrywek”.
Nie mam głowy do tytułów, ani autorów, ale ta czarna… nie wiem jak to nazwać… „istota”(?), przypomina mi jedno opowiadanie, które kiedyś czytałam. Tam „zdobywca kosmosu” dostaje od kosmitów „prezent”. Nikt z ludzi nie jest w stanie wytrzymać jego obecności. To „coś”, co z niego emanuje wzbudza w innych nieopanowany wstręt. Bohater zaszywa się więc w opuszczonym labiryncie… Wyciągnięty z niego niemal na siłę (przy użyciu „łagodnej perswazji”) oddaje to „coś” kolejnej misji pozaziemskiej, z którą żaden człowiek nie mógł sobie poradzić… po czym wraca do swojej samotni…
Pamiętam, że kiedyś na Wyspie mogliśmy przeczytać fragment tej powieści…
Ten sam motyw… Coś co przyszło z kosmosu i było z zasadzie złe, pomaga przełamać zło…
Oo, to komplement. Ale masz rację, Mireczko, motyw pasożyta lub symbionta przyczepiającego się do człowieka jest popularny w SF.
Na przykład Smardz w „Cieplarni” Aldiss’a 🙂
Albo „Władcy marionetek” Heinleina.
Już nie kontaktuję i czas mi najwyższy do łóżeczka

Miłego środowania się życzę
Dzień dobry
Zapraszam na tradycyjną filiżankę kawy 😉


Może być espresso na szybkie rozbudzenie
Witajcie!
Za oknem deszcz, budynki nadal nagrzane i duszne, ale ogólnie jest fajnie – zwłaszcza z perspektywą kawy! :Mniam:
Smacznego
A ja się nieco spóźniłam… czy zostało dla mnie trochę kawy?
Dzień dobry. To znaczy na razie niestety wcale nie, ok. 6:30 a potem 7:00 budziły mnie głuche telefony, wściekłem się niemożebnie.
Kawa bardzo wskazana. Jak to pisała Szymborska?
Kawa
Radość dawa
Lecz gorzała
Lepiej działa.
Pozwolę sobie nie zgodzić się, przynajmniej rano wolę kawę.
Czyżby Szymborska była trunkowa?
Ja też się z jej drugim punktem nie zgadzam.
Jeśli chodzi o głuche telefony, to zapewniam, ze to nie ja.
Chociaż o tym czasie już dawno nie spałam…
Co do Szymborskiej, to razem z przyjaciółmi stworzyła nowy gatunek czy też odmianę wierszyków – odwódki. Nazwa pochodzi od wzorcowego wierszyka:
Od wódki
Rozum krótki
Zakładam więc, że za kołnierz nie wylewała.
Hej, Kwaku, ja mam to jako utwór Ogdena Nasha w tłumaczeniu Barańczaka ! w cyklu „Refleksje na temat przełamywania lodów przy nawiązywaniu stosunków towarzyskich” ( oczywiście „Fioletowa krowa „).
Jak to możliwe ?
Och. Być może pomyłka. A być może, że Szymborska wzięła ten wiersz za wzór i tworzyła wedle jego konstrukcji własne?
Np. ten był prawie na pewno jej:
Od absyntu
Zanik talyntu
Większy wybór pod linkiem – http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/pokazywarka.pl/szymborska/
Chwilowo spokój. Żale wylałam tam, gdzie zawsze, i teraz ze spokojem mogę wstawić krupniczek dla potomstwa i iść do ogrodu zastanawiać się, co mi, do diabła, zżera jałowce??? Nigdy nie miałam problemu z jałowcami, a tu mi drugi idzie w cholerę. No jak ja tego nie lubię
O, lawendę pościnam… Może jakieś badyle przesadzę, bo ten mój ogródek weryfikacji wymaga. Koncepcyjnej.
Może te jałowce zżera jakaś cholera uzależniona od ginu?
Może to nie gin, tylko krupniczek ??? Dawno już nie widziałem tej nalewki :)))
Witaj Stateczku – krupniczek na ciepło ?
A krupniczek się robi też na jagodach z jałowca? Nie wiedziałem.
http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/allrecipes.pl/przepis/3700/krupnik-staropolski.aspx
Można samemu sobie zrobić, dawniej można było kupić w sklepie. Teraz jest wyłącznie biały :))
Robiłam to drzewiej, gdy mróz był trzaskający. Śpiewnie bywało
Pardon, ale w tym przepisie nie ma jagód, ani ewentualnie innych fragmentów jałowca?
Pewnie dlatego mu szkodzi :)))
Lubię krupniczek. Oba zresztą. Właśnie… trza by nastawić, żeby na zimę był!
Witaj Jo ! Coś Ci wpisałam….
Widziałam. Odpisałam. W nadmiarze 😀
Pozwoliłem sobie parę słów również.
Trzymam rękę na pulsie.
Bo one, te jałowce, bywają kapryśne i czasem strony świata im nie pasują. Podobno 🙁
Pierwszy raz mi się tak zdarza i wcale nie jestem zadowolona.
Trudno lubić coś takiego; rośliny też chcą żyć. 🙂
Dzie dobry !
Powiadają, że nie ma ludzi
zdrowych, są tylko niezdiagnozowani. Zmieniłam sobie lekarza rodzinnego i wyszłam od miłej pani doktor z plikiem skierowań na różne badania.
Rozumiem, że to jest dowód rzetelności pani doktor, ale szczęśliwa nie jestem.
No to kawa raz :
Mnie też to czeka w najbliższym czasie (znaczy wizyta u rodzinnego :-/ )
Autoironicznie zacytuję znów Barańczaka : „Kłopot ze starością, na prawdziwe życie jest już za późno”. A Tobie? ” Kłopot z wiekiem dojrzałym, na prawdziwe życie nie ma czasu, bo trzeba zarabiać na życie „. !
Prawda to czy fałsz?
Nawet jeżeli w mojej sytuacji nie do końca, to i tak doprawdy się nie nudzę. Na szczęście na życie zostaje trochę czasu. Nie za dużo wszakże.
Ponoć prawdziwe życie jest dopiero po śmierci :)))
Choć pewnie dotyczy to spadkobierców miliardera :)))
Znaczy masz na myśli TEGO miliardera?
Ależ skąd, to było tak ogólnie. Zauważ jak rozkwitają wdowy, wdowców jakby rzadziej się spotyka :)))
Aaa. Z tym że w swoim przypadku wolałbym tego nie zauważyć. W sumie – siłą rzeczy – nie zauważę, jeżeli do tego dojdzie.
Choć bywa i tak. Umierająca żona zwraca się w ostatnich słowach do męża. Kochany obiecaj mi, że gdy ponownie się ożenisz to ona nie będzie nosiła moich rzeczy. Ależ skąd moja droga, ona jest od ciebie znacznie szczuplejsza !
Albo tak: mąż do żony: kiedy jedno z nas umrze, ja wyjadę do Wiednia!
A! Dopiero przeczytałam njusa. No cóż… co przeżył, to jego.
Dobrego, nigdy za wiele :))
Pamiętacie kurs po holter dla Jaśka?
Dzwonimy dzisiaj z pytaniem o wyniki. Pani doktor A – lekarz prowadzący, u której byliśmy na wizycie kontrolnej i która zleciła holter, jest na urlopie. Kazała nam się zgłosić, do pani doktor B, która miała holter opisać. Pani doktor B zdziwiona. Ona w tym tygodniu nie opisuje holterów, tylko pani doktor C, której już nie ma, bo poszła do domu.
Czy nasz holter w ogóle został przez kogoś opisany?
Jakie są wyniki 24godzinnego badania?
Czy z Jaśka sercem wszystko jest OK? A jeśli nie – to co nie i co dalej robimy?
Zostańcie z nami! Jutro ciąg dalszy telenoweli „Z medycyną nie wygrasz”.
Słów brakuje na takie traktowanie pacjenta. Nieodpowiedzialność i brak empatii…
Zaraz po aspekcie zdrowotnym, znaczy pacjencie, najgorszym aspektem tej sprawy jest rozmywanie się odpowiedzialności, bo jak widać – odpowiedzialnych nie ma. A gdyby ktoś konkretnie odpowiadał za to (doktor A za skierowanie do B i/lub niezawiadomienie B, że ma opisać ten holter, i/lub nieskojarzenie, że w tym tygodniu robi to dr C ALBO dr B za nieprzekazanie tego obowiązku dr C, albo jeszcze jakoś inaczej), to może można by tę odpowiedzialność wyegzekwować. Gdyby w ogóle się to robiło tu i teraz, przy takiej służbie zdrowia.
Bajeczka o orzeszku…
Jeśli mojego męża szlag trafił po tej rozmowie, no to sobie wyobraźcie.
Robimy dwa kursy do Łodzi – po holter, i potem oddać aparat. Dziecko jest prowadzone przez nich od 3 lat, po operacji, wykrywają nieprawidłowości, nam się robi ciepło w gaciach, za przeproszeniem, a teraz: „Holter? Jaki holter? Ale że my mieliśmy odczytać? Taaa?”.
A jest pan pewien, że nie chodzi o Zieloną Górę?
Przecież ja tu na szpilkach siedzę i czekam na ten wynik! Może znowu powinniśmy użyć rodzinnych koneksji? No ręce opadają.
Albo zrobić odpowiednią reklamę temu szpitalowi i zmienić lekarza.
Wpierw bym jednak pogadała z ordynatorem.
O ile pamiętam, ten szpital w Łodzi został wybrany nieprzypadkowo, to niestety nie tak hop siup, żeby zmienić lekarza (bo przy okazji pewnie i szpital, no bo jak się robi odpowiednią /anty/reklamę, to lepiej nie liczyć na wdzięczność szpitala). Piszę „niestety”, bo za taki bajzel należy się kilka gorących słów.
Ja nienawidzę korzystać z protekcji. NIE NA WI DZĘ. W Jaśka przypadku to był wyjątek absolutny i chyba każdy rodzic mnie tu zrozumie. Matka Chrzestna Pomeza, jednocześnie będąca jego osobistą stryjenką, jest osobą mocno ustosunkowaną. Również w kręgach medycznych. Do łódzkiej kliniki rekomendowała nas bardzo wysoko postawiona w kręgach kardiologicznych persona. Co absolutnie nie miało wpływu na dalsze leczenie Jaśka – poza pierwszą wizytą. Okazało się, że trzeba natychmiast operować i po prostu poszliśmy na listę. Natomiast już na oddziale miało znaczenie to, że moja dla odmiany osobista kuzynka jest lekarzem w CZDMP i wystarczyła jedna jej wizyta, żeby wszystkie pielęgniarki mnie znienawidziły. Bo co? Bo ja się na nikogo nie powoływałam i one wszystkie nie mogły tego zrozumieć. Ani na tę moją kuzynkę, co ma dokładnie takie samo nazwisko, jak ja, ani na panią profesor, ani w ogóle. A na pytania (no bo fama szła po oddziałach), dlaczego z Warszawy jechałam do Łodzi, odpowiadałam: bo tu jest najlepsza dziecięca kardio w Polsce.
Zatem to jest taki podwójny nelson. Bo oczywiście mogłabym znów przez kuzynkę. Albo przez profesorów. Ale nie chcę. I strasznie mnie wkurza, że najprostszej sprawy nie można załatwić normalnie, a nie robiąc z siebie ważniaka z protekcją. Nienormalna jestem… słowo daję – nienormalna.
Jesteś normalna, ja też tak mam. Tych wykorzystujących układy jest niewielu, ale są bardzo głośni.
Aha – ja zawsze tak miałam. Jak się urodził Kuba, to moja kuzynka była na dyżurze pediatrycznym, na noworodkach. I taka rozmowa się wywiązała: „O, takie samo nazwisko, a nie rodzina!” Spojrzała w kartę: „A jednak rodzina…” i potem do mnie: „Nie mogłaś chociaż POWIEDZIEĆ, że tu rodzisz???”.
No to sami widzicie.
Współczuję Jo

Mnie też by jaśnisty szlag trafiał
Zachmurzone dzień dobry
U nas chwilowo też zachmurzone. Dzień dobry!
A u nas w kratkę. Witaj!
No i proszę, ledwie wyszedłem, żeby zamontować bagażnik na samochodzie, a lunęło. Zdążyłem na styk.
Dobrze, że zdążyłeś
faaarciaaarz
Szkoda, że tylko w takich sprawach.
Już po deszczu, wszystko schnie ze mną włącznie.
Nie narzekaj, przynajmniej zaoszczędziłeś na myciu
Siebie czy samochodu???
A co wymagałoby większych nakładów?
Chyba jednak samochód…
A nie można tego połączyć? Przecież razem z samochodem się kąpałeś… 😉
No właśnie! Dwa w jednym! Jak ekonomicznie!
Hyhy, to ja chętnie wejdę do myjni razem z autkiem, tylko muszę mieć prywatną, bo jakby obsługa na stacji benzynowej zauważyła faceta, który wchodzi (w najlepszym razie) w kąpielówkach, to by zadzwoniła po ochronę albo i policję.
Weź ze sobą kobitkę również jedynie (w najlepszym razie) w kąpielówkach, a natychmiast staniesz się dla obsługi przeźroczysty…
Żegnam się na dzisiaj. Za dużo emocji. Wykończyły mnie.
Spokojnych snów, Jo.
Spokojnej nocy!
Mać-żeż!
Burza. Wybywam z Wyspy i wyłączam kompa, mam nadzieję, że wrócę jeszcze dzisiaj.
Burza zaraz przejdzie.
Dobranoc

No, wygląda, że się uspokoiło, bo wcale nie wygląda (bo jest ciemno).
Poburzowa dobranocka.
Jakoś tak mi się sentymentalnie porobiło. A w takim nastroju dryfuję ku jednemu korpulentnemu facetowi z wielkim głosem. Stasiu Sojka się nazywa. „Kiedy jesteś taka bliska” to utwór, przy którym wpadam w trans, powolny, a potężny, z motywem muzycznym prostym i chwytającym za serce. No i oczywiście kojarzy mi się jak najlepiej.
Snów roztopionych w nirwanie.
Nie lubię na Soykę patrzeć ani słuchać co opowiada. ale gdy śpiewa – to wszystko staje się niewazne.
Nie, to co Jo pisze jest wręcz niewyobrażalne. Poszłabym z tym do ordynatora, bo to skandal.Ktoś jest przecież lekarzem prowadzącym Jaśka ?
Ha. Kwestia odpowiedzialności, o której pisałem wyżej. Po pierwsze, każdy z lekarzy (A, B, C) może twierdzić, że to wina/ odpowiedzialność któregoś z pozostałych, co więcej, może to twierdzić bezkarnie. Po drugie, nawet gdyby ktoś (np. ordynator, dyrektor szpitala) arbitralnie stwierdził, że odpowiedzialność ponosi A, B lub C, Jasiek (lub dowolny pacjent) miałby w przyszłości u tego lekarza przerąbane.
Dosyć mafijny system. Mimo wszystko nie spotkałam sie z takim olewaniem pacjentów.
Za podsumowanie stanu obsługi można wszak polecieć z ordynatury… a nie każdemu pomoże pani premier!
No właśnie lekarz prowadzący pojechał na urlop i nikt nic nie wie. Burdel totalny.
dobranoc..
Dzień dobry
oby najlepszy…
Dzień dobry
Zapraszam na (tradycyjną) kawę.
Zapewniam, że po filiżance „małej czarnej” świat zaczyna wyglądać dużo lepiej 😉 (zwłaszcza, że „u nas ” chmury na niebie i kto wie jaki dzień nas czeka)
Witam i chętnie skorzystam z zaproszenia
W Poznaniu niebo czyste, zapowiada się piękny dzień.
Witajcie!
My, południowcy, mamy słoneczko i perspektywę gorącego dnia. A w taki dzień kawa też dobrze robi!
Dzień dobry. Ponieważ Krzysztof już nakreślił sytuację pogodową w tych okolicach, ja sobie daruję. Koniecznie muszę wypić kawę, miłe towarzystwo doda jej smaku!
Rzeczywiście, u Was niewesoło
Biedni wczasowicze nad morzem 
Biedni, ale wytrwali. W długich spodniach, polarach, kurtkach przeciwdeszczowych, pod parasolami, idą na plażę. „Przyjechaliśmy nad morze, planowaliśmy plażowanie, więc BĘDZIEMY plażować i żaden głupi deszcz nas nie zniechęci!”
Dzielny! Przecież płacili za to.
No właśnie.
Co prawda można i tak, jak znajomi z Poznania (2 rodziny), którzy mnie odwiedzili we wtorek. Mieszkają na Kaszubach, nad jeziorem, ale w związku z pogodą jeżdżą po regionie – Gdynia, Gdańsk, w planach mieli jeszcze Malbork, może również Hel.
Przynajmniej trochę pozwiedzają.
Dzień gorący raczej się nie zapowiada, ale cieplutki. Na południu 24’C.
Jednak kawa zawsze jest pożądana. Tym bardziej od rana.
Heloł. Spaaać!
No chyba raczej wstaaać?
Znaczy sugerujesz, że noc NIE była spokojna?
O rany… męczyłam się do 5tej. Potem o 7.00 kot darł się pod moimi drzwiami. A teraz mam piękną migrenkę i chęć wymordowania połowy ludzkości. A nie mogę, bo muszę dokończyć konfitury… Nie mam czasu na roz-rywkę 😉
Zgłoś to do organizacji zajmującej się prawami człowieka, do nich zdaje się można zgłaszać pozbawienie snu jako torturę naruszającą te prawa.
Tylko kogo powinnam skarżyć?
Podobne refleksje nachodzą mnie z okazji dzieci. Znaczy dawniej nachodziły częściej, więc albo te dzieci się ucywilizowały, albo ja znieczuliłam. Bo są różne organizacje ochrony praw dziecka – również przed rodzicami. A kto obroni rodziców przed dziećmi?

Nec Hercules contra confitures :)))
Sama prawda.
Zrobiłam truskawki i morele metodą żekfiksu i tylko powidła jeszcze usmaże. Ale najpierw muszą dojrzeć węgierki. Że żelfix jest chemiczny ? Ba, a co nie jes
t.
Ja robię dżemy z pektynami, bynajmniej nie ekologicznymi. Jak zobaczyłam różnicę między wygotowanymi na śmierć truskawkami, a zachowującymi piękny kolor tymi z pektyną, to przestałam zawracać sobie głowę.
Ostatecznie nie jemy dżemów kilogramami, a w domowych przynajmniej wiem, co jest.
DzieńDobry:)) Dopadły mnie skutki lenistwa, już od jakiegoś czasu zbierałem się by odkamienić ekspres. Dzisiaj pyknął, pstryknął i nie nakapał. Trzeba chyba zawieźć do serwisu. Znowu kawa plujka:))
Ale jakaś jest, to i tak lepsze niż jej brak.
Dzień dobry !
A ja mam ulubioną porę roku tzn. wieje i leje 🙂 Aby do wiosny ! 
Tu przed chwilą świeciło słońce ORAZ JEDNOCZEŚNIE padało. Tak dla odmiany.
Słuchajcie… ja nie wiem już czy się śmiać, czy co…
Dr C powiedziała, że nie ma czasu odczytać holtera, bo ma bardzo dużo odczytów z oddziału. MOŻEMY się dowiadywać w przyszłym tygodniu. Ale bez gwarancji.
To ja mam takie pytanie: po cholerę na cito była ta cała akcja z holterem i nasze dwukrotne jeżdżenie do Łodzi???
Ja bym jednak pogadała z ordynatorem, bo to jest jawne olewanie pacjenta.
Tylko że to trzeba by znów do tej Łodzi jechać i jeszcze wbić się na rozmowę do Kierownika Kliniki. To jest jakiś obłęd.
A nie da się jakoś „zaocznie”?

Sugeruję wysłanie „życzliwego” anonima do NFZ albo Rzecznika Praw Pacjenta.
A tak przy okazji może moglibyśmy opracować metody postępowania w podobnych sytuacjach bo (mam wrażenie), że wszystkich nas to może kiedyś spotkać!
To się nadaje do „Uwagi” w TVN.
Pardon, jak to jest – bo nie mam jasności jako laik: czy TYLKO w TYM szpitalu TA konkretna osoba może odczytać tego holtera? Czy też DOWOLNY odpowiednio wykształcony kardiolog w DOWOLNYM szpitalu mógłby to zrobić? Czy chodzi o biurokrację – ten holter z tego szpitala może być odczytany tylko w tym szpitalu i żadnym innym (bo prawo, bo obyczaj, bo tak)?
Tak, bo to był ICH holter.
Gdybym wiedziała, jak to będzie wyglądać, to w cholerę – poszłaby w Warszawie i zrobiła za 150 zł.
Przychodzi mi do głowy parę dalszych pytań, ale są czysto teoretyczne, zwłaszcza w tej sytuacji, więc sobie daruję.
A praktycznie chyba bym jednak uruchomił tę kuzynkę czy tam chrzestną stryjenkę. Pal licho skrupuły.
Myślę, że to dobra rada.
Faktycznie… jak się czyta co Ci się przytrafiło, to nóż się w kieszenie otwiera i same nieparlamentarne słowa przychodzą do głowy
Przypomniało mi to jak ponad 30 lat temu znaleźli u mnie guza. Lekarz prowadzący kazał natychmiast kłaść się do szpitala i wycinać. Miałam wtedy małe dziecko i trochę mi było nie na rękę. Ale jak mus, to mus. Spakowałam wszystko, co w szpitalu potrzebne i poszłam raniutko na onkologiczną izbę przyjęć. A tam mi powiedzieli, że ma miejsc i może zgłoszę się za miesiąc, to wtedy będzie lepiej… a najlepiej, to żebym dowiadywała się telefonicznie jak z tymi miejscami jest… Wściekłam się, bo jeden mi mówi, że to wymaga natychmiastowej operacji, a tu mi mówią – może za miesiąc? Wróciłam do domu i już więcej tam nie poszłam
Niech się ukąszą w odwłok i to kilka razy.
A guza usunęłam ok. 6 lat później i to w swoim szpitalu. Na onkologię nie chciałam więcej iść.
Także może i z tym holterem, to nie było aż takie pilne i niepotrzebnie Was denerwowali. Co nie zmienia faktu, że takie postępowanie z odczytaniem wyniku jest nie do przyjęcia!!!
No dokładnie. Albo jest emergency i lecimy trzy razy do Łodzi, albo bez paniki. Rrrany… jakie to irytujące.
Jo, masz świętą rację – wszelkie leczenie jest irytujące.
Dzień dobry
Słońce świeci całym niebem, na razie 23C, czyli może być
Później ma wzrosnąć do 32C, czyli nie do końca może być, bo trochę za ciepło
Planowałam prace ogródkowe, ale nie wiem czy się wezmę. W pełnym słońcu, przy takiej temperaturze, to samobójstwo
I tak już jestem obrzydliwie opalona (ciągle zapominam o filtrach przeciwsłonecznych), także nie mam ochoty na dalsze zaciemnianie skóry 
I to słoneczne dzień dobry
O ile mi wiadomo, opalona jesteś podwójnie
Coś w tym rodzaju
Z tym, że to drugie „opalenie” aż tak mi nie przeszkadza 

Pierwsze przeszkadza, bo wygląda nieestetycznie
A tak w ogóle, to wczoraj synek kupił sobie samochód (w końcu) i nie muszę się zastanawiać jak biedactwo dojedzie do pracy
Tym bardziej, że od poniedziałku zaczyna nową pracę i nie miałby kto go wozić. A że będzie zaczynał o 6 rano…

I to jest dobra wiadomość!
Brawo Synek
Dobra wiadomość
A co najśmieszniejsze… Synek planował, że kupi jakiś używany, starszy samochód, bo na nowy go nie stać. A dowiedział się, że taki nowiutki z pożyczką na 0%, wychodzi niewiele drożej niż ten używany
No to kupił ten nowiutki, prosto z fabryki. Samochód miał raptem 14 mil przebiegu… Synek jest zachwycony, bo autko ma całą masę bajerów, chociaż jest to podstawowa wersja. Chyba nie pisałam, że jest to Toyota Corolla… biała… jak tatusia. Tylko tatuś kupił pięcioletnią Corollę
bo nie było go stać na nową
Brawo synek!!!
Dodam jeszcze, że w nowej pracy ma zarabiać trzy razy więcej niż w tej i może w końcu się usamodzielni. Czas mu najwyższy i pora… we wrześniu skończy 30 lat…

Mirelko – to po trosze wina rodzicieli, znam to z autopsji
Synka wyprowadziłam z domu, ale mieszkanie dostał 🙁
Po trosze tak, Wiedźminko
Może sobie wynająć
A jeszcze jak jego dziewczyna – Sara przeprowadzi się z Portland (Maine), to będą mogli zamieszkać razem i coś wspólnie wynająć. I jeśli mam być szczera, to właśnie na to liczę 
Jak dla mnie, to mógłby mieszkać. Tylko dla niego to nie jest dobre. On nawet nie wie ile co kosztuje… ile kosztuje utrzymanie domu. Jak będzie musiał sam wszystkie rachunki opłacić, nauczy się prawdziwego życia, a nie wiecznie pod kloszem…
Nasz syn mieszkania nie dostanie
I wcale nie chodzi mi o to, że syn w domu mi przeszkadza
Dzień dobry. Wróciliśmy z Juniorem z kina, tak się rozbestwiliśmy w wakacje, a co! Dzisiaj animacja – „W głowie się nie mieści”, czyli film o emocjach, dość spersonifikowanych.
Prędko nam to piętro urosło! Czy ktoś myśli o nowym? Bo znów się trzeba wspinać
Popieram!
Kochani – idę spać. Mam tylko nadzieję, że obudzę się dopiero rano, a nie w środku nocy 🙁

Miłego wieczoru!
Jest nadzieja, że jak jednej nocy się nie wyspałaś, to następnej, odeśpisz. Miłych snów.
Powiedziałabym nawet spokojnych snów

Wam obydwóm
Spokojnej!
Idę w ślady Jo.
Dobranoc 🙂
Również spokojnej!
Dobranocka zatem.
Przypomniał mi się dzisiaj zupełnie bez powodu Bobby McFerrin, który uprawiał już dawno to, co dzisiaj robią adepci tzw. beatboxu. Czyli używał swojego głosu i ciała jak instrumentu, a nawet całego zespołu, żeby nie rzec orkiestry.
I nie, wcale nie chodziło mi po głowie nieśmiertelne „Don’t Worry, Be Happy”, ale inny utwór. „Thinkin’ About Your Body” jest mniej znaną piosenką, dużo prostszą i spokojniejszą. Poza tym zamieszczone wykonanie pozwala w pełni obserwować umiejętności piosenkarza, a że jest koncertowe, widać, że nie ma tu żadnej ściemy ani wspierającej elektroniki (poza mikrofonem).
Snów prostych, a przyjemnych.
Bardzo w typie, mimo iż nie ” Dont worry…” Kolorowych snów ”
Dzień dobry


W sam raz zajęcie na weekend
Takie „grządki” zajmą mniej miejsca w ogródku i można je postawić wszędzie… nawet pod domem na trawniku 
Z uśmiechem zaczynam nowy dzień
Dziś opowiedziałam małżonkowi swoje plany na weekend i chyba troszkę się wystraszył
Przez te ponad 30 lat powinien się przyzwyczaić do moich pomysłów…
Postanowiłam zrobić porządek z truskawkami. Mam dość tej ich ekspansji na betonowe ścieżki. Poza tym rosną już tak gęsto, że zaczynają dziczeć. Co to za truskawka wielkości poziomki? Mam trochę drewnianych skrzynek. Chcę z nich zbudować „grządki”… Czyli taką kaskadę truskawek. Wystarczy do skrzynek dobudować nóżki o różnej długości i odpowiednio je ustawić
Też się dziś przymierzam do przesadzania truskawek do skrzynki!
Dodam tylko, że nasz ogródek jest malutki i nie możemy sobie pozwolić na zbyt wiele gatunków roślin. Musimy jakoś zwiększyć powierzchnię, żeby nam więcej weszło
Z doświadczenia wiem, że w czerwonej porzeczce najlepiej owocują pędy siedmioletnie (np. czarnej porzeczki – roczne), czyli na konkretniejsze zbiory będziemy musieli trochę poczekać 
Nasi sąsiedzi (drugi koniec budynku) mają na rogu krzak czerwonej porzeczki. Zaczyna im to dziczeć, bo oczywiście nie jest odpowiednio przycinane. Małżonek powiedział mi, że chciałby takie w naszym ogródku… nie dziwię się, bo ja też lubię czerwone porzeczki (i nie tylko… białe i czarne też lubię). Nasi sąsiedzi nawet nie wiedzą, że to jadalne (to Meksykanie). Porzeczki są już przejrzałe i tylko czasami ptaki je skubią. Jako „nadworny ogrodnik” obejrzałam dokładnie krzak i znalazłam kilka młodych odgałęzień. Można je będzie wyciąć z korzeniami i posadzić u nas
Dzień dobry
Piękny ranek wstaje, a mi się wstać nie chciało… 
Zapraszam piętro wyżej