Lena od czasu do czasu daje nam do czytania piękne wspomnienia z dzieciństwa. Urzekają atmosferą spokoju i miłości, pewności i akceptacji. Niestety, nie każdy miał takie szczęście. A jednak magia wspomnień ożywa czasem w każdym. Nawet w Zenku…
11 lip 2012 Cykle opowiadań • Świat wg Zenka
Zenek i wspomnienia z dzieciństwa
Zenek rzadko wracał myślą do swoich dziecinnych lat. Bo też to jego dzieciństwo – jak i późniejsze życie – nie było szczególnie barwne ani intrygujące. Owszem, miał zabawki – ale nigdy najmodniejsze, którymi mógłby zaszpanować przed rówieśnikami. Owszem, rodzice kupili mu rower – ale dwa tygodnie wcześniej Wojtek na urodziny dostał najprawdziwszą kolarzówkę! Taką z przerzutką, z kierownicą – barankiem, na wąskich oponach, lśniącą barwnym lakierem i niklem. Wszyscy ten rower podziwiali! A Zenek ze swoją czarną „Ukrainą” toczył się gdzieś na końcu stawki bez żadnej satysfakcji.
W piłkę też nie grał zbyt dobrze. Tak się jakoś od początku porobiło, że kapitanowie zwoływanych ad hoc drużyn dokooptowywali go zawsze w ostatniej kolejności – kiedy ewidentnie brakowało im sztuki zawodnika, a nie sztuki prezentowanej przez zawodnika… Kolejność odwracała się, gdy przychodził czas rozliczania porażki – wtedy Zenek był pierwszy.
Oczywiście zdarzały się też chwile przyjemne – bywały świadectwa bez brązowego ojcowskiego paska, ogólnie jakoś sobie w szkole radził przecież; zdobył parę rozmaitych wyróżnień, zdarzało mu się zainteresować sobą jakieś dziewczyny (choć nigdy z pierwszej szkolnej ligi!). W sumie, jak się wreszcie nad tym zastanowił, było tych wspomnień zdumiewająco mało. Pozbawione wyrazistych barw dzieciństwo było przygotowaniem do szarego dalszego życia – po prostu toczyło się samo.
Pewnego dnia mając perspektywę samotnego weekendu – kumple od brydża mieli jakieś pilne sprawy, Kryśka wyjechała na jakieś szkolenie – nieoczekiwanie dla samego siebie Zenek uległ potrzebie wspomnień. Zapragnął koniecznie przypomnieć sobie coś jednoznacznie i absolutnie miłego. Usiadł na kanapie, wyłączył odruchowo uruchomiony telewizor i zaczął myślami cofać się w czasie. Bilans niestety nie był budujący! Dorosłe życie przemknęło mu przez głowę prawie bez zatrzymywania – jak film puszczony na zepsutym projektorze na najszybsze przewijanie. Z późnej młodości znalazł parę momentów, które może bliskie były założeniom tych poszukiwań, ale żadne nie spełniało ich w pełni. I tak, cofając życie na wstecznym biegu, przypomniał sobie miśka.
Gdy był mały, miał taką maskotkę. Misiek był w sam raz – nie za duży i nie za mały, dobrze pasował do jego ówczesnych rozmiarów. Nie był wprawdzie pluszowy, ale cały pokryty był miłą, mechatą skórką – jak prawdziwy niedźwiedź futerkiem. Właściwie to tylko te chwile, kiedy zasypiał przytulony do swojego miśka, odprężony i bezpieczny – tylko te chwile warte były, by do nich wracać!
Gdzie on mógł teraz być? Dom dziadków Zenka – dom jego dzieciństwa – stał jeszcze kilkanaście kilometrów od miasta; mieszkała tam jego kuzynka z mężem i z dziećmi. Zenek nigdy nie lubił się z Hanką, toteż rzadko bywał na wsi. Ale tym razem, pod wpływem impulsu, pojechał na poszukiwania. Kuzynostwa nie było w domu, więc ceremonie rodzinne ograniczyły się do chłodnego „Cześć, dzieciaki” i jeszcze chłodniejszego „Cześć, wujek!” – i droga na strych stanęła przed Zenkiem otworem. Kichając i otrzepując się z zewsząd spadającego kurzu, dotarł wreszcie do zostawionej pod samym skrajem dachu skrzyni, wypełnionej resztkami jego starych zabawek. Przerzucanie tych szczątków wzniosło kolejną falę pyłu – walcząc z bezdechem, kichając, plując i smarkając, Zenek dokopał się dna skrzyni i znalazł swoje wspomnienie!
Stary misiek był prawie nieuszkodzony – jedno oczko miał naderwane i wykręconą łapkę – w sumie nie widać było po nim lat, które spędził na tym wygnaniu. Zenek porwał go, otrzepał nieco i nie żegnając się z młodymi, wrócił do domu.
W domu zrzucił z siebie zakurzone ciuchy i krytycznie przyjrzał się zdobyczy: miśkowi ewidentnie należała się kąpiel, jeszcze wyraźniej niż samemu Zenkowi. Kąpiel niestety sprawiła, czego czas nie zdołał: prawie cała mechata miękkość spłynęła do umywalki. Misiek niby ten sam, ale twardy i do przytulania wcale się nie nadawał.
Ryzykowne jest liczenie na powtórkę z dawnych przyjemności!




Oby nam nigdy nie zabrakło możliwości przytulenia!
Ha, ja w sumie nie mam ulubionych maskotek, a przede wszystkim książki. I te książki jeszcze widuję u Rodziców, nawet jeżeli ich zawartość trąci myszką (jak np. z powieściami Szklarskich czy Verne’a).
Mam w domu dziecięce książki, które są jeszcze mojej mamy, które przyjechały do Krakowa ze Lwowa.
Już byłam matką dwójki dzieci gdy miałam misia, którego dostałam od chłopaka w liceum. W końcu musiałam go wyrzucić, bo trudno mi było tłumaczyć sentyment do maskotki z przypalonym noskiem, trochę nie wypadało tłumaczyć dzieciom, że był jakiś chłopak przed tatusiem.
Bo przytulać trzeba się do wnętrza. Bo prawdziwe przytulanie jest między duszami.
I wtedy nie zabraknie możliwości przytulenia.
Wtedy tęskniąc przytulamy się do obiektu tęsknoty.
A później w realu nawet nie zauważamy, że gdzieś tam coś się zestarzało. Liczy się tylko czułość:)
Przytulam się do mojego kota i idę spać.
Dobranoc!
Ale do futerka czy do wnętrza?
Do kota realnie do futerka, a dusza…do duszy…
no przecież nie kociej duszy…
Piękne



Ale ja też nie miałam takiej maskotki. Zasypiałam bez niczego, niemal na stojąco. Po tych wszystkich treningach (niemal codziennie) padałam jak kawka po strzale i żadne maskotki nie były mi potrzebne
Ale rozumiem pewien sentyment do wspomnień, tylko przeszłość, to zamknięta księga, nie da się do niej wrócić – można najwyżej powspominać te najmilsze chwile…
Zenek sam się o tym przekonał…
Witajcie!
Moja cioteczna babcia lubiła taki wierszyk:
Oj, Boże, oj, Bożycku,
nie było to jak przy cycku…
Jeść dali, spać kazali
i jeszcze kołysali!
Witaj

A może to tylko ja jestem leniwa i tego chciałam? 
Wierszyk – cudo
Najgorsze, że chyba każda matka chce, żeby jej dziecko szybko urosło i jak najszybciej stało się samodzielne… a przynajmniej do pewnego stopnia samodzielne
Dzień dobry, zaspałem troszeczkę, a wszystko przez to, że zamiast nastawić drzemkę w budziku, wyłączyłem go i nastawiłem minutnik, tyle że palec mi się omsknął i udało mi się zamiast 0 godzin i 15 minut nastawić 99 godzin i 15 minut.
Dzień dobry


No to faktycznie nieźle Ci się palec omsknął
Ale wstałeś, co najważniejsze
Wstałem, bo żona się zdziwiła, dlaczego jeszcze śpię, więc ta zasługa przypada akurat jej.
Wstałem, bo żona się zdziwiła, dlaczego jeszcze śpię, więc ta zasługa przypada akurat jej.
No proszę, wystarczy, że żona się zdziwi, a ty już wstajesz!
Ona się bardzo głośno i wyraźnie dziwi
Słonecznie witam!
A ja się przywitałam na poprzednim piętrze, nie zauważyłam nowego. Nie wiem jak to się stało!
Za niedługo będzie gotowe śniadanie. Mąż smaży placuszki z jabłkami i muszę trochę poczekać
Ale na takie pychotki mogę czekać – nawet dość długo 

Niby mogłam odmówić, ale przynajmniej będę miała ich z głowy. Hansa kiedyś nawet lubiłam – jego żony nigdy. Kłamała i złapałam (niechcący) ją na tym, a takich ludzi ani lubię, ani szanuję. Uważam, że jesteśmy za starzy na kłamstwa. Jako dzieci, ze strachu przed karą, może nam się zdarzyć, ale nie mając ponad 60 lat!!! Bo co? Bo głupio się przyznać do błędu? Wydaje mi się, że jeszcze głupiej jak to się wyda…
Radiacja jeszcze tylko dziś i jutro, a potem weekendowa przerwa. Oczywiście na weekend zapowiadają deszcz. My to mamy szczęście
Jutro ma przyjść z wizytą Hans z żoną. Akurat jestem w nastoju na przyjmowanie gości
Są osoby, które nie potrafią się przyznać do błędu, idą w tzw. „zaparte”.
Osoba przekonana o swojej wartości z klasą tak nie robi.
Powiedziałabym nawet, że takie osoby są niewiele warte, bo przemawia przez nie pycha.
Nie zawsze. Czasami pycha i zarozumiałość, a czasami brak pewności i brak poczucia własnej wartości.
Pycha i zarozumiałość, obojętne, czy szczere, czy udawane zawsze są paskudne.
Też tak sądzę.
A brak poczucia swojej wartości, który też czasami utrudnia przyznanie się do błędu?
Jednak ja trochę poszerzyłam sprawę. Czym innym jest kłamanie i nieprzyznawanie się do zrobienia czegoś, a czym innym jest niechęć do przyznania „nie miałam racji tę książkę napisał nie ten co mówiłam”.
Wydaje mi się, że obie macie rację

Tylko samo przyznanie się do czegoś, czego się nie wie, wcale nie oznacza jakiejś ułomności. Przecież nikt nie jest specjalistą w każdej dziedzinie i można czegoś nie wiedzieć, a nawet się do tego przyznać. To samo z popełnianiem błędów… czy jest ktoś, kto nigdy nic nie zepsuł? Nie popełnił omyłki? Przecież to się każdemu zdarza!!! Dlaczego mam się starać uchodzić za ideał, skoro nim nie jestem? Nawet swoim dzieciom, gdy były małe mówiłam, że mama nie wie wszystkiego i też popełnia omyłki. Choć małe, rozumiały to doskonale…
Tym bardziej, w moim wieku, nie mam zamiaru uczyć się kłamać i oszukiwać. Do tego trzeba mieć dobrą pamięć, żeby wiedzieć co się komu mówiło. A jak zawsze mówi się prawdę, nie muszę się zastanawiać
Po pracy, na przerwę.
À propos przyznawania się do błędu albo…problemu, aby się przyznać, że się czegoś nie potrafi.
Kolega podesłał mi zagadkę, a ja jakoś nie mogę myśleć logicznie, ale głupio mi się przyznać. Pomożecie?
Tekst zagadki matematycznej kosiarze:
Pewnemu zespołowi kosiarzy polecono skosić dwie łąki; powierzchnia jednej z tych łąk była dwa razy większa od drugiej. Pół dnia cały zespół kosiarzy kosił większą łąkę; w drugiej połowie tego samego dnia zespół podzielił się na dwie równe grupy. Pierwsza grupa w dalszym ciągu kosiła większą łąkę i do końca dnia skosiła ją całkowicie. Druga grupa poszła kosić mniejszą łąkę, którą kosiła do końca dnia, ale nie skosiła jej całkowicie. Reszta małej łąki została skoszona nazajutrz przez jednego kosiarza, któremu zajęło to cały dzień.
Pytania:
1/ Ilu kosiarzy liczył zespół?
2/ Przyjmując założenie, że wydajność 1 kosiarza wynosi 4.000m2/dzień. Oblicz, jaką powierzchnię posiada większa i mniejsza łąka? Wynik podaj w hektarach.
Jeżeli jako w oznaczymy dzienną wydajność kosiarza, a jako n liczbę kosiarzy, to w pierwszej połowie dnia wykosili oni 1/2*w*n większej łąki, a w drugiej 1/4*w*n większej i tyleż mniejszej, a resztę mniejszej kosił jeden przez cały dzień, co daje 1*w koszenia. Koszenie większej łąki to zatem 1/2*w*n + 1/4*w*n zaś mniejszej 1/4*w*n + 1*w. Skoro większa jest dwukrotnie większa od małej, mamy zatem równanie:
1/2*w*n + 1/4*w*n = 2*(1/4*w*n + 1*w)
które po redukcji zmiennej w oraz wykonaniu dodawania i mnożenia sprowadza się do postaci:
3/4*n = 2/4*n + 2
po pomnożeniu przez 4 i pogrupowaniu daje to n = 8
Zatem większa łąka to 3/4*n*0.4 ha czyli 2.4 ha, a mniejsza to (1/4*n + 1)*0.4 ha czyli 1.2 ha
Dziękuję.
Chciałam tym się zająć, jak skończę odpisywać, ale widzę, że Ukratek już rozwiązał

To dobrze, bo musiałabym się porządnie zastanowić jak to rozwiązać, a tak…
Dobranocka.
Było, jest i pewnie będzie. Leonard Cohen wiecznie żywy w swojej wieży pieśni.
Snów z tym chórkiem w tle
Na mnie czas. Życzę wszystkim dobrej nocy i idę pod kordełkę.

Dobrych snów!
Spokojnej!
A, zapomniałbym. Wybywam w niedzielę rano na resztę długiego weekendu, tzn. mam pewną rodzinną uroczystość. Powinienem we wtorek wrócić.
Masowe dobry wieczór, Wyspo:)
Całkiem indywidualnie: dobry!
🙂
I to najważniejsze, Quacku:)
Mój indywidualny wciąż upływa na masowaniu;)
To, co zrobiłam, już prawie poschło, ale chyba pokaże już po całkowitym obrobieniu, bo jakieś to takie b o s e… 🙂
hmm, a nie gołe raczej?
„Bose” to w naszej gwarze „biedne”, „nieefektowne”:)
„Lose” to „krótkie”, a „na tos” znaczy – „na złość”:)
I u nas się nie daje „reprymendy” tylko „aprymandę”;)
Czyżby germanizmy pozostałe po Prusach Wschodnich? (böse, lose, aus Trotz)
Tak, oczywiście.
Germanizmy, rutenizmy, hebraizmy, arabizmy i bałtyzmy:)
Ostatecznie kompleks nekropolii siedmiu wyznań do czegoś obliguje;)
Ależ piękne. A arabizmy jakie, tak z ciekawości?
🙂
Na przykład „majdan” to nie tylko „klamoty”, ale także „cztery litery”, eufemizując:)
„Ulem” to taki „mędruś”, a na żwirową łachę mówi się „hamada”:)
Ha! Faktycznie! Nie jestem pewien, czy „majdan” nie przez turecki, ale fakt, od „midan”. „Ulem” – oczywiście, nie miałem pojęcia, że to u Was funkcjonuje.
A z hebrajskiego (jidysz) mamy „bachóra” czyli „nieślubne dziecko”. „Mykwa” to „ściek”, „szejgec” to „łobuz”, „purec/purek” to najgorszego sortu „pijak”:)
Jeszcze skojarzył mi się „murza” od „mirzy”, tylko u nas to zwykły „brudas”, a nie wielki dostojnik:)
Jest tego znacznie więcej, ale musiałabym posprawdzać, bo nie zawsze jestem pewna pochodzenia. Najłatwiej jednak z rutenizmami, choć i one potrafią zaskoczyć pochodzeniem:)
Jak ja uwielbiam takie informacje, one dodają kolejne gałązki do bujnego krzaku języka!
Też to lubię, choć krzew ten podskubuję po amatorsku jeno!
Witaj, Tetryku:)
Szkoda, że się panu Zenkowi powrót do przeszłości nie do końca powiódł.
Nie każde medium jest jednakowo trwałe i czasem lepiej pozwolić mu działać na odległość:)
A a propos maskotek:
czy
miał
jedno ucho niżej
przyszyte niebieską nitką
czarne koraliki strapień
odbijały brąz
stukał chropawo
o poręcz łóżka
mościł się między lalkami
pękaty od sekretów
dziecinnych utuleń
weteran
😉
Nie każde medium jest trwałe, nie każda relacja jest trwała — czasem aż strach pomyśleć gdzie lądują weterani…
Pamiętam to opowiadanie.
I nadal mi się bardzo podoba:)
Też pamiętam to opowiadanie i tak samo mnie wzruszyło jak kiedyś.
A może nawet bardziej?
Ludzie tutaj nie lubią uchodźców, wyrzuconych siłą ze swoich domów. -to jedno zdanie było wtedy aktualne, a teraz ? Jakby mniej (gdy tylu Ukraińców jest w polskich domach), albo jakby więcej.
Więcej ktoś się zdziwi? No przecież jest pomoc, wsparcie itp. itd.
Po pierwsze -nie wszystkich uchodźców traktuje się chętnie, po drugie -coraz więcej słyszę „przez ich darmowe bilety MPK będziemy płacić więcej”, „przez nich będą dłuższe kolejki do lekarzy”.
Dziś zaczęłam się zastanawiać czy jechać na coroczne spotkanie ze studiów w Rożnowie.
Boję się, z jakimi poglądami przyjdzie się zmierzyć. Co, do których znajomych z lat studenckich trzeba będzie zweryfikować jacy są.
A to, nawiasem mówiąc, jest paradne, w sytuacji kiedy rząd deklaruje, że robi wszystko, żeby odwrócić spadkowy trend przyrostu naturalnego, przybyło nam (lekko licząc) 2 miliony obywateli w ciągu kilku tygodni, a ludzie niezadowoleni. I jestem przekonany, że głównie ci, co ten rząd popierają.
Dziś mam zły dzień z wielu powodów, więc jestem nadwrażliwa.
Parę dni temu kolega, którego uważam (uważałam?) za przyjaciela powiedział, że czemu mamy płacić na Ukraińców i że ja dałam sobie zmanipulować mózg.
Dziś koleżanka ze studiów o tych kolejkach do lekarzy.
Kiedyś na wycieczce od koleżanki, która wszędzie jeździ autem usłyszałam oburzenie o darmowe bilety MPK.
No właśnie -było mało dzieci. Ale małopolska Kurator powiedziała, że będzie bronić polskości naszych szkół, więc szkoły tylko dla Polaków.
O małopolskiej kurator wolę się nie wypowiadać, bo Wyspa to miejsce zaciszne, spokojne i pełne życzliwości, a ja wobec tej pani żywię uczucia wręcz przeciwne.
Plus jeszcze i to, że takie postawy są zgodne z (albo nawet inspirowane!) narracją z Kremla, a już samo to wystarczy, żeby się grubo zastanowić nad nimi.
Dlatego tak mnie boli, gdy mówi tak ktoś, kogo uważam za koleżankę, kolegę.
A o kurator faktycznie lepiej nie rozmawiać.
Niestety, ludzie nie rozumieją dlaczego Ukraińcy tak masowo emigrują do innych krajów. Polskę mają najbliżej, więc się tam przenoszą… przynajmniej czasowo, póki na ich terenach wre wojna, a bomby padają gęsto.

Lepiej milczeć i tak wszyscy wiedzą co o niej myśleć…
Ludziom wydaje się, że to przez Ukraińców są problemy z lekarzami, zaopatrzeniem w sklepach, czy innymi niedogodnościami. Może faktycznie kolejki się zwiększyły, ale to nie z winy Ukraińców. Przecież oni uciekli, żeby żyć, przeżyć to piekło. Jaka ich w tym wina?
Makóweczko, staraj się nie zwracać uwagi na głupie komentarze, nawet zaprzyjaźnionych osób. One po prostu nie wiedzą i nie
rozumieją… może z czasem do nich dotrze, a może nie. Ważne jest, że z Ukratkiem działacie, macie zapał i werwę… i tylko to się liczy
A inni? Niech robią co chcą… to już nie Wasza sprawa
A co do pani kurator… też wolę się nie wypowiadać, bo musiałabym używać wyrazów dotychczas omijanych w słownikach i nieużywanych w kulturalnym towarzystwie
Niestety, na mnie już czas — jutro rano do pracy… Dobrych, indywidualnie ulubionych snów!

Spokojnej. Pewnie też niedługo zemknę.
Też już się pożegnam:
miłej nocki, Wyspo:)
Spokojnej!
Dobranoc!
Spokojnej wszem wobec. I ja zmykam.
Dzień dobry
Piękny dzień się zapowiada i ostatni przed długim weekendem.
Witajcie!
Weekend, jak weekend, za to weekbegin zapowiada się przyjemnie!
Dzień dobry, tutaj również piknie. Aczkolwiek wczoraj było chłodnawo, zobaczymy, jak to się rozwinie dalej.
Ma być coraz cieplej. Tak więc idzie PRAWDZIWA WIOSNA!
Witajcie!
Witamy!
Dzień dobry


Ostatni dzień przed weekendem i ostatnia przed weekendem radiacja. Może jestem coraz bardziej zmęczona po tych zabiegach, ale nadal pełna życia i radości
I tak trzymać
Myślałam, że znalezienie numeru telefonu do tego Amwestu (czy jak mu tam), to będzie prosta i szybka sprawa, a tu nie… nie mogę tej firmy znaleźć w internecie. Chyba zadzwonię do Virginii i zapytam, bo wiem, że ona korzysta z ich usług. Z jednej naszej sypialni nazbierałam kilka worków niepotrzebnych rzeczy, które trzymałam na zasadzie „przydasia”. Od lat ich nie używałam, więc po co trzymać?
I tak trzymać! Nie ciuchy, tylko samopoczucie! 🙂
No i koniec dnia pracy, koniec tygodnia pracy, norma wykonana.
I przerwa.
A dzień był piękny, jutro ma być taki sam…
Dobranocka.
Dzisiaj – przy piąteczku – trochę żwawsza. Z filmu „Dirty Dancing”, który był wyświetlany w Polsce pod tytułem (apage) „Wirujący seks”. Nie był to ani pierwszy, ani ostatni przypadek, kiedy o tytule dzieła decydował nie tłumacz, tylko ktoś z marketingu.
Snów tam, gdzie bliska osoba.
I teraz tak: jutro rano jadę na zakupy przeddługoweekendowe.
Wracam i pobędę.
A potem po południu mam jeszcze jedno spotkanie tu na miejscu. Pewnie potrwa do (wczesnego?) wieczora.
I pojutrze rano wybywam na tę zapowiadaną rodzinną uroczystość. I wracam we wtorek, trudno powiedzieć, wcześniej czy później.
Będzie Cię brakowało…
A ja idę spać. Dobranoc
Spokojnej! (Ale przecież wrócę!)
No myślę!
Domowe dobry wieczór, Wyspo:)
Niech będzie najlepszy! 😉
Przyłączam się do przedmówcy!
Dziękuję:)
Musi być, bo zamierzam doprowadzić do stanu używalności to, co wstawiłam niżej, a, jak wiesz, lubię to robić:)
Używalność smakołyków jest dla mężczyzn znacznie bardziej oczywista (na ogół!), niż używalność biżuterii.
🙂
Przy całym romantyzmie my bywamy jednak bardziej pragmatyczne – przedkładamy wielokrotną używalność biżuterii nad jednokrotną używalność smakołyków;)
Zaraz się przywitam niemasowo;) ale najpierw dotrzymam obietnicy:)
To jest przygotowana do obrobienia masa (już w elementach gotowych do robienia biżuterii), nad którą ostatnio pracowałam:
Trochę wygląda jak czerwone agaty, a trochę jak słodycze…
Taki był zamysł, Quacku, żeby przypominało agaty:)
A mężczyźni mają jednak podobne skojarzenia:) Kiedy wysłałam zdjęcia smarkactwu, napisało: „Robisz landryny? Zostawisz trochę?”
🙂
No cóż, ten banał, że „do serca mężczyzny przez żołądek” zawiera ziarno prawdy zapewne…
W pierwszym momencie pomyślałem, że nasypałaś na stół leśnych owoców 😉
🙂
Sezon na żurawiny możemy zatem uważać za rozpoczęty, Tetryku;)
A tutaj już wstępnie ją obrobiłam.
Jest to ta sama masa w różnych wariantach obrabiania jej:
Nie bardzo to widać, ale jest transparentna, pięknie przepuszcza światło.
Nie wrzucałabym zdjęcia półproduktu, ale skoro Quack wyjeżdża, a to On chciał ją obejrzeć, oglądajcie i cierpcie:)
No bez przesady z tym cierpieniem
te pasiaste są bardzo ładne, jak naturalne.
W oprawie wygląda to lepiej:)
Tu masz inną masę:
i po oprawieniu:
Bardzo mi się podoba! Uwielbiam taką biżuterię.
Zazwyczaj ubieram na siebie jakieś tam tanie i od lat te same ciuchy, ale lubię do tego wszelkie ozdoby. Właśnie takie kolorowe, wełniane, plastikowe itd.
Dziękuję, Makówko.
Efekt plastiku też umiem osiągnąć:)
Te pokazane w dotyku przypominają raczej kamienie – są chłodne, bardzo gładkie i jednak – mimo wszystko – cięższe:)
*szkło; miało być szkło, a nie kamienie:)
Ooo, zupełnie jak błękitne krzemienie pasiaste!
🙂
I za to właśnie lubię zabawę masami, że przy odpowiednim doborze komponentów i kolorów da się odtworzyć niemal każdy minerał (nie wiem, czy prawidłowo używam nazwy:)). A deseń zależy też od kolejności i sposobów łączenia składników, od ugniatania, a nawet – krojenia:)
A! I możesz do nich dodawać, czego dusza zapragnie:) Na przykład czarnuszkę, ryż, sól, kolorowy piasek, żwirek, nienaturalne barwniki, nici, papier, folię aluminiową, itd. I nie wybucha. Naprawdę:)
Ciekawe, czy Twoje techniki są podobne do naturalnych procesów (oczywiście w uproszczeniu), ugniatanie jak naturalne fałdowanie skał, krojenie jak uskoki etc.
Myślę, że można mnie potraktować jak komplet żywiołów. W skali mini;)
<3
O rany! Piękne!
Dziękuję.
Spodziewam się, że efekt końcowy tych landrynkowych będzie równie zadowalający (mnie):)
I zawłaszczyłam Twój wpis, Tetryku. Wybaczysz?
Może rzeczywiście powinnam zrobić oddzielne pięterko?
Nawet myślałam, jak to mogłoby wyglądać i jedyny problem (prócz tego, że nie potrafię stworzyć galerii), to różnorodność. W jednej notce bym chyba tego nie zdołała upchnąć, jeśli miałabym to zrobić porządnie…
Nie ma problemu — zawsze możesz kontynuować także w kolejnej notce. Ta miała na celu głównie ulżyć wysokości drabinki pod poprzednią 😉
N.b. jutro zaczyna się maj masz koncept na coś od patrona?
Faktycznie. Nie wiem, czemu myślałam, że kwiecień ma trzydzieści jeden dni:)
Mogę czegoś poszukać. Chyba, że tak od ręki „Kuplety…”
🙂
Dziękuję.
Wiele osób uważa, że są naturalne, póki nie weźmie do ręki – one są dużo lżejsze i ja poczytuję to za zaletę, bo od dźwigania nie boli kark, swobodnie da się podnosić rękę, a płatki uszu po kilku wyjściach nie sięgają ramion:)
A jaka jest trwałość? Albo odporność np. na upadek?
Nigdy nie dostałam reklamacji:)
Póki nie wyschnie – jest krucha i łatwo ją uszkodzić. Najpierw odkształcić, potem ukruszyć, ale kiedy wyschnie – robi się bardzo trwała, nawet wiercić w niej trudno, ja to robię widiami, wtedy idzie:)
Nie ima się jej także woda, o co się martwiłam, gdy zaczynałam eksperymenty ze składem, bo średnio fajnie zmywać sobie oczko w pierścionku albo wycierać koralowe zacieki z dekoltu w trakcie deszczu:)
Tworzenie in statu nascendi jest bardzo interesujące…
Zwłaszcza dla tego, kto robi:)
Ciekawe, gdzie Makówka dzisiaj fruwa… jakoś tak cichcem…
Makówka dziś cały dzień w domu.
Zdołowana, bez nastroju i energii.
Jedyne wyjście z domu było na pobliski plac targowy (na zakupy spożywcze i do zegarmistrza celem wymiany baterii) oraz do apteki.
W aptece uświadomiłam sobie fatalność mojego stanu ducha – nie mogłam sobie przypomnieć PINu do karty. Mam ten sam od dawna, stale robię jakieś zakupy i stale ten sam PIN wstukuję. A tu nagle -kupka leków przygotowana, do zapłacenia 200zł , a ja pustka w głowie, czarna dziura!
Wyjątkowo cierpliwa, młodziutka dziewczyna była. Najpierw kazałam sobie pokazywać opakowania, zanim zdecydowałam czy brać, bo niektóre pamiętałam wzrokowo, że jeszcze mam. Po nazwach jakoś nie mogłam.
A potem ten numer z PINem. Dziewczyna spokojnie, abym się nie denerwowała, a ona rozbije to na 3 transakcje i może przejdzie zbliżeniowo.
Przeprosiłam, podziękowałam. Najważniejsze, że dziewczyna nie okazała zniecierpliwienia, była empatyczna.
Bodaj tyle, ale i tak źle mi ze sobą.
Dobry wieczór, Makówko:)
Zapominanie zdarza się każdemu.
Kiedyś w drogerii nie mogłam sobie przypomnieć nazwy sztyftu, a też używam go od lat. Musiałam opisać opakowanie i dopiero na nim przeczytałam, czym się sztyftuję:)
Ale PIN do karty to jednak co innego. Tym bardziej że stale używany.
Mnie najbardziej irytuje, jak terminal odrzuca płatność zbliżeniową (dla bezpieczeństwa, co piątą zdaje się) i każe wsadzić kartę chipem do szczeliny i wbijać PIN, a ja akurat nie mam na to czasu.
Dlatego i tak miałam szczęście, że poszło zbliżeniowo bez sprawdzania.
No sztyft raczej też:) W moim przypadku najczęściej trzy razy na dobę:)
Dobranoc!
Myślę, że zanim zasnę pojawi się lampka?
Spokojnej! Również zmykam!
Wywołany do tablicy, zapalam lampkę 😉

To ja biegnę do masowania:)
Dobrej nocki, Wyspo:)
Piękne ta Twoja biżuteria, Leno

Co prawda nigdy nie nosiłam żadnej, ale wcale to nie przeszkadza się pozachwycać.
O! To tak, jak i ja!
A ja się zachwycam jak Wy, ale jednak się od Was różnię -uwielbiam i noszę różne kolorowe kolczyki, korale, bransoletki itp.
Dobry wieczór, Makówko:)
Jeszcze raz dziękuję.
Tak, ja też lubię nosić biżuterię.
I lubię oglądać ją na innych. Nie tylko tę, którą sama „produkuję”, każdą.
Patrzenie na takie drobiazgi zawsze sprawia mi przyjemność:)
Och, Tetryku, jesteś niepoprawny:)
Zaproponowałabym Ci komboloi, ale Ty chyba rzadko oddajesz się bezczynności:)
A co to takiego?
To sznur korali popularny wśród Greków. Ilość koralików wiąże się z wydarzeniami biblijnymi, ale komboloi nie służy modlitwie, lecz jest „sposobem na bezczynność”:) Koraliki podrzuca się w odpowiedni sposób, co ma także dawać odprężenie, gwarantować sprawność rąk i giętkość umysłu. Jest to biżuteria przeznaczona dla mężczyzn:)
Za moich smarkatych lat podobną funkcję spełniało tzw. jo-jo, choć związek z giętkością umysłu nie został — o ile mi wiadomo — naukowo udowodniony…
Jo-jo jest chyba bardziej poręczne niż pomyślne;)
Ja, ja, natürlich…
Jo, jo…;)
Witaj, Miralko:)
Dziękuję.
Miło mi czytać, że Ci się podoba.
Akurat noszenie biżuterii nie jest czymś wymagającym specjalnych zabiegów – zawsze można zacząć to robić:)
Dzień dobry
Słoneczko wstało, ale go nie widać
Niebo takie jakoś szare…
Witam Wyspiarzy!
Dzień dobry, zaraz jadę na zakupy, jak zapowiadałem.
Witajcie!
Ja już po zakupach, i po śniadanku
I wrócone. Teraz będę jakiś czas w pobliżu komputera
Znajomy podlinkował, to się podzielę. Jeżeli ktoś miałby ochotę odwiedzić jedno źródełko z wodopojem w Namibii, to jest okazja. Przed chwilą było stado świń (guźców), ale sobie poszło.
To jest ciekawe…
Dzień dobry

On pracuje na nocki i z rannym wstawaniem ma trochę problemów 
Znowu mnie dołączyli do pożyczki i znowu mam Miroslaw na imię, a przecież to męskie imię. Musimy to wyprostować…
Nigdy nie mówiłam o nim inaczej, jak w samych superlatywach i tak prawdę mówiąc, nie bardzo mam na co narzekać 

Nie wiem na ile będzie dobry, bo zapowiadają burze, ale co tam…
Mamy jechać do DeKalb, ale to popołudniu. Rano ma przyjść synek. Ciekawe czy wstanie
Musimy też jechać do banku. Znowu jakieś problemy z naszą pożyczką na dom
W DeKalb powinnam oddać książkę. Właścicielka o niej zapomniała, ale ja pamiętam. Nie chcę ukraść, wolę oddać. Kathy jest szczęśliwa, bo w końcu zobaczy mego męża. Ona ma dla niego wiele szacunku, ale to chyba za moją sprawą
Z resztą, wszyscy na domkach, gdzie pracowałam wiedzą, że mam dobrego męża. I chyba wszyscy chcą go zobaczyć… ale on tego nie lubi. Nie chcę być jak model – na pokaz
W pełni pana małżonka rozumiem! Przy wyśrubowanych oczekiwaniach łatwo drobną wpadkę, ale w pamięci pozostaje pierwsze wrażenie — czyli ta wpadka…
Tetryku! Ty rozumiesz? Ty i wpadki?
Dziwisz się, że coś rozumiem? Tego akurat nie rozumiem!
Jestem też w pełni szczęśliwa



Pokryją nam wszystkie dotychczasowe rachunki za szpital i badania, za konsultacje lekarskie, aptekę… a to kilkanaście tysięcy. Wpisali też nas na bezpłatne ubezpieczenie, które te rachunki pokrywa. A to oznacza, że konta nam nie wyczyszczą i jednak trochę oszczędności zostanie
Teraz mogę zacząć starać się o rentę inwalidzką. Do pracy wrócić nie mogę, a z czegoś muszę żyć. Na emeryturę jestem za młoda. Tu się idzie na nią mając 67 lat, więc trochę mi brakuje. Dostałabym tyle co kot napłakał… po dojściu do wieku emerytalnego też by mi nic nie dołożyli. A tak? może się uda
I jak tu nie być zadowolonym
Czyli szczęście w nieszczęściu. To bardzo dobrze!
Zadzwoniłam też do Virginii i zapytałam o ten „Amwest” i dobrze zrobiłam


Okazuje się, że nazwa jest zupełnie inna i nic dziwnego, że nie mogłam tego znaleźć w internecie. Zarejestrowałam się i teraz czekam kiedy będą w mojej okolicy, żeby zabrać to wszystko. Telefonicznie dadzą znać, kiedy mam to wystawić na schody. Pozbędę się masy rzeczy i od razu zrobi się luźniej
Ta firma działa od 1946 roku, więc jest wystarczająco stara i zasłużona. Jeśli mogę pomóc, chętnie to zrobię, szczególnie, że przy okazji pozbędę się niepotrzebnych rzeczy
Wróciłam z małego spaceru i już będę domowa.
A ja się włączam w spotkanie Kneziowiczan…
Bawcie się dobrze!
A ja już po spotkaniu, teraz na przerwę wieczorną.
A ja jestem dzisiaj słaba jak mucha, nic mi się nie chce…
Mam tak od paru dni…
Dobranocka.
Z niezłego filmu, standard.
Snów o słonecznej stronie ulicy.
Dziękuję za dobranockę, tego mi było trzeba.
Miłych snów życzę i idę spać…
Dobrych i tobie!
Prawie majowe dobry wieczór, Wyspo:)
Prawie dobry! 😉
Mam nadzieję, że wszystko w porządku, Tetryku.
Dziękuję, w porządku. Piszę „prawie”, bo jestem przeciwnikiem bezprawia!
🙂
A ja jestem miłośniczką żartów językowych;)
Dobry mimo prawia!
A jutro będzie dobry mimo juża?
🙂
Jutro sam już będzie dobry!
Niech już zawsze będzie dobry:)
Podpisuję się pod tym! <3
Też już wróciłem. I jeszcze jakiś czas pobędę.
To ja się prawie pakuję.
A ja nawet nie prawie…
Spakuję się i zmykam spać, bo jutro skoro świt ruszamy.
Szerokości, Quacku!
Udanego wyjazdu, Quacku:)
Szerokiej Q!
Może jednak w nic się nie pakuj, Makówko;)
W każdym razie oby nie w nowe kłopoty! Tych starych mam dość.
W jednej ze swoich wczesnych książek p.t. „Lekarstwo na miłość” (sfilmowanej zresztą z K. Jędrusik jako obiektem tej kuracji) Joanna Chmielewska dowodzi, że owym lekarstwem jest… nowa miłość. Ale to chyba nie dotyczy kłopotów…
Ty wiesz co Tetryku, że to jest jakaś myśl!
Nowa miłość powiadasz? Ale tej starej jeszcze jakby żal…
Tetryku, to ja mam wstawić tekst p. Przybory?
Byłoby nam bardzo miło!

Ok:)
A ja na razie wstawię lampkę, żeby się wszystkim dobrze spało 😉

To ja się już pożegnam.
Dobranoc!
I nastawiam budzik (Zocha powiadała) na nieistniejącą godzinę.
To ja też się pożegnam tutaj, ale jeszcze chwilę będę:)
Dobrej nocki, Wyspo:)
Niepostrzeżenie nadszedł maj, więc po Panzenkowej konfrontacji oczekiwań z rzeczywistością zapraszam na, sympatyczne, mam nadzieję, spotkanie z Jeremim Przyborą:)
Dzień dobry
Witaj maj, piękny maj…
Co się dzieje? Czyżby wszyscy poszli na pierwszomajowy pochód?