Kiedyś randki wyglądały inaczej.
Nigdy nie uważało się siebie za obiekt westchnień spędzający płci przeciwnej sen z powiek, więc wszelkie objawy zainteresowania kwitowało się żartami podszytymi lekkim niedowierzaniem.
Nie zwracało się specjalnej uwagi na pojawiających się od czasu do czasu kandydatów na wielbicieli, a tych zbyt namolnie snujących się po orbicie, ignorowało tak długo, aż zrozumieli, że nie tędy droga i zmieniali trajektorię.
Do dnia zakochanych miało się ambiwalentny stosunek, ponieważ przyjemność słuchania komplementów uzależniało się głównie od tego, kto je wygłaszał.
We wczesnym nastolęctwie nie było się jednak tak odporną na męski wdzięk, jak się chciało, więc pewnego walentynkowego razu uległo się gładkim słówkom i dało zaprosić na lody.
Niewprawionej w trudnej sztuce uwodzenia już na wstępie udało się popełnić kardynalny błąd – pod cukiernię przyszło się punktualnie i kompletnie nie zrozumiało zawodu malującego się na twarzy fatyganta. Odpuściło się sobie jednak dociekania i – tyleż bezlitośnie, co lekkomyślnie – odrzuciło nieśmiałą propozycję przechadzki po parku inicjującej poczęstunek. W cukierni zrezygnowało się z uczty w wytwornych pucharkach, po czym bez zbędnych wstępów zamówiło dwie gałki ulubionych lodów w wafelku i… chciało za nie zapłacić.
Następnie niefrasobliwie obśmiało się urażoną minę fundatora i stanowczo odmówiło przycupnięcia przy cukiernianym stoliku.
Po wyjściu na zewnątrz już z większą przychylnością odniosło się do ponowionej oferty spaceru. Przed parkową bramą dobrodusznie wykpiło się dżentelmeńską sugestię wsparcia na silnym ramieniu i równie mało kuszącą – trzymania się za ręce. Nie omieszkało się przy tym kąśliwie napomknąć o wrednych podejrzeniach o niedołęstwo.
Wędrując skostniałymi lutowo alejkami, konsumowało się mrożoną słodycz i zastanawiało: Co dalej?, póki nie dostrzegło się w oddali zamarzniętego stawku, przylegającego do ogrodzenia parku. Wtedy nagle wpadło się na genialny pomysł poślizgania się, którym bez chwili zastanowienia podzieliło się z dziwnie milczącym towarzyszem. Szybko pozbyło się rozmokłego kubeczka i pognało w kierunku zamarzniętej powierzchni, słysząc za sobą kroki ledwo nadążającego młodocianego donżuana.
Po sforsowaniu średnio wysokiego płotka, bez zbędnej brawury, ale i bez nadmiernego strachu, weszło się na lód. Wiedziało się, że stawek nie jest zbyt głęboki, a ewentualne przemoczenie nóg odgórnie wkalkulowało się w cenę przyjemności. Bez namysłu zaproponowało się ściganie do majaczącej w oddali ślizgawki i zrobienie zawodów, kto doślizga się dalej.
Co się umyśliło, to się wykonało.
W szalonym pędzie dobiegło się do ciemnostalowej smugi i pięknym ślizgiem wysforowało przed siebie. Uniosło się głowę i z przyjemnością wystawiło twarz na świszczące podmuchy wiatru. Za sobą słyszało się szuranie podeszew towarzysza.
Dojeżdżało się już niemal do końca, gdy zza pleców wychwyciło się serię dźwięków do złudzenia przypominającą przekleństwo, krzyk i plusk.
Wyhamowało się niechętnie i odwróciło.
Przed sobą miało się niefortunnego ślizgacza, który jakimś cudem zboczył z głównej osi ślizgawki, potknął o podstępną lodową żłobinę, przejechał na najmniej szlachetnej części ciała po lodzie i tą-że częścią zakorkował niewielką przeręblę. Dopiero po chwili zrozumiało się, że absztyfikant zaklinował się w niej na amen. Niewiele myśląc, przystąpiło się do akcji ratunkowej. Znalezioną w pobliskim szuwarze przerdzewiałą dulką rozbiło się lód wokół delikwenta, poszerzając przerębel do rozmiarów, z których wyłuskanie zmoczonych czterech liter nie było już żadnym wyczynem.
Podało się pomocną dłoń i dopiero po wydostaniu pechowego amanta z otworu, zainteresowało się jego samopoczuciem.
Długo nie rozumiało się reakcji epuzera, który bez słowa podzięki odwrócił się na pięcie i pognał przed siebie, świecąc sinymi z zimna pośladkami wyzierającymi z przetartych garniturowych spodni…




Witam:)
To jedna z moich pierwszych miłosnych przygód, do dziś nikomu nie opowiedziana.
Mam nadzieję, że opisany w niej chłopak dawno już o wszystkim zapomniał i jeśli natknie się przypadkiem na ten tekst, nawet przez myśl mu nie przejdzie, że opowieść jest o nim:)
Miłego czytania i jeszcze milszego wspominania własnych walentynkowych perypetii.
Och. Jak to pięknie i absurdalnie bezosobowa relacja!
Dziękuję:)
W takiej formie napisałam pierwsze z tych „wspomnień z dziecięcej perspektywy” i już tak zostało:)
Świetne opowiadanie, Leno!!!



Uśmiałam się jak norka
Jakbym siebie widziała, tylko nie miałam takiej przygody z żadnym chłopakiem
Ale też nie traktowałam chłopaków jako obiektów westchnień, raczej jako kumpli. A jak któryś próbował za bardzo się zbliżyć, dostawał dosadnie do zrozumienia, że nie ze mną te numery
Dzień dobry, Miralko:)
Dziękuję.
W tym właśnie jest, a raczej – był, ambaras, że mieliśmy różne i niekoniecznie zbieżne oczekiwania. On wybrał się na randkę, ja – nie:)
Pozdrawiam:)
Dzień dobry
Walentynki? Nigdy ich nie obchodziłam, więc nie mam czego wspominać. Ale opowiadanie ciekawe. Brawo 
Witaj, Bożenko:)
Dziękuję.
Jeśli nie walentynki, to może Noc Kupały:)?
Też piękne święto i też – miłości:):
Pozdrawiam:)
Witajcie!
Zabawne opowiadanie doskonale z dużą lekkością opowiedziane.
Wielkie brawa
Uśmiechnijmy się walentynkowo do siebie, to nic nie kosztuje, a poprawia nastrój!
Witaj, Makówko:)
Dziękuję.
Też uważam, że każda okazja do okazania drugiej osobie tych najlepszych uczuć jest dobra.
Pozdrawiam:)
Dzień dobry. Jestem, ale za chwilę wybywam (na chwilę). Zgłoszę się popo wrocie.
Świetnie opowiedziana historia!
Tak to jest, zrodziliśmy się bez wprawy i ten brak wprawy daje się we znaki w każdej sytuacji. A żeby było jeszcze dziwniej, gdy już w czymś wprawy nabierzemy, nabieramy także przekonania, że to nie to samo…
Dzień dobry, Tetryku:)
Dziękuję.
To prawda. Mówi się przecież, że rutyna niszczy związek i zabija miłość:)
Chociaż… i tu zdania są podzielone…
Taka pani Ania na przykład:):
Pozdrawiam:)
Byłem jeszcze nie kolczykowany , kiedy za pewność siebie los mnie pokarał . Szedłem rano do pracy w bazie lotniczej . Droga gruntowa po deszczu pełna była kałuż . Co za problem , przeskakiwałem te kałuże jak kangur zwłaszcza , że za mną szły młode dziewczyny . Warto było pokazać się i po przeskoczeniu kolejnej kałuży , na miękkiej glince pojechałem jak na łyżwie do środka jeszcze większej wody i tam usiadłem jak trafiony rakietą . Dziewczyny przysiadły rozbawione , a ja dostałem nauczkę . Przestałem skakać przez kałuże
A to mnie rozbawiłeś
Nie warto się popisywać…
Przestałeś skakać przez kałuże, ale nie przestałeś „popisywać się” przed dziewczynami, prawda?
Witaj, Maksiu:)
🙂
Ponoć życie mężczyzny jest zabarwione na kolor jego wyobraźni, więc pozwolę sobie jednak nie uwierzyć, że przestałeś:)
Pozdrawiam:)
Ach , szkoda gadać . Szedłem do pracy , przyzwoicie ubrany , a z kałuży wylazłem od stóp do głowy oblepiony błotem . Kompromitacja ! I ten chichot rozbawionych panienek … Tego skoku nie sposób zapomnieć . Chyba , ze nie szedł bym do pracy , a na towarzyskie figle , być może , być może ….
Może odrobinkę pocieszy Cię, że nie jesteś jedyny, któremu wyszło inaczej, niż planował:):
Kto na ławce wyciął serce…przypomniało mi jak w LO kolega popisał moją ławkę różnymi tekstami pod moim adresem typu
” Makówko puchu marny…itd”.
Wychowawczyni mnie zrobiła awanturę o niszczenie ławki.
Nie pomogło „Pani myśli, że ja sama o sobie i dla siebie tak napisałam?”
„To kto?”
Wiedziałam kto (cała klasa wiedziała), ale przecież odpowiedziałam „a skąd ja mogę wiedzieć?”.
Potem myliśmy razem ławkę.
Nie odwzajemniłam uczuć kolegi, ale nadal mamy kontakt, lubimy się i darzymy sympatią.
Miłość wymaga ofiar i nie pyta o stopień zaangażowania stron;)
Mnie chłopak próbował „rwać na poezję”. Miał pecha. I bardzo nieszczęśliwą minę, gdy powiedziałam mu, że prawdziwym autorem „jego wierszy” jest Barańczak:)
Teraz pomyślałam sobie, że powinnam była docenić fakt, że chciało mu się ich uczyć na pamięć:)
Och. Przypomniałaś mi, jak jedna dziewczyna w liceum, kiedy byłem naczelnym redaktorem szkolnego pisma, przyniosła mi Jurandota „Balladę o jednej Wiśniewskiej” i próbowała mi wmówić, że to jej. Faktycznie dziewczyna nazywała się Wiśniewska (imię zmilczę), i może bym uwierzył, że to jej, ale ja znałem ten wiersz, i to zarówno z druku, jak i z wykonania wokalnego (Jarema Stępowski to nagrał jako piosenkę na jednej z płyt). Strasznie mi było głupio jej powiedzieć, że wiem, że to nie jej, ale w końcu powiedziałem.
Nie żeby próbowała mnie rwać, przynajmniej nic mi nie wiadomo na ten temat.
Ja też nie czułam się dobrze w tym demaskowaniu.
Mniej bym się zdziwiła, gdyby próbowała Ci wmówić, że to ona jest tą „jedną Wiśniewską”:)
Dzień dobry, jestem z powrotem, lekko zdyszany.
Dzień dobry, Quacku:)
😉
O, a dlaczego ja tego nie kojarzyłem! Znakomite, dziękuję.
Zadyszenie było po spacerze, nie po biegu, ale coś jest w tych modelach.
Wydaje mi się, że pan Turnau to jeden z artystów, który nie narzuca się ze swoją twórczością:) Może wychodzi z założenia, że jeśli komuś zależy, to znajdzie:)
My tak dyszałyśmy po spacerze uliczkami:) Te wąziutkie ścieżynki na półtorej stopy szerokości, z warstwami podmarzających kolein nie są zbyt komfortowe… Zwłaszcza gdy nieuważny „krok w bok” sprawia, że ląduje się w śniegu po udo:)
Tutaj jednak mniej, tak do pół łydki, w porywach do kolan. No chyba że jakieś pryzmy usypane przy odśnieżaniu.
Posypało:)
Botki do kolan odpadają. Wiem, bo się w takich wybrałam na krótki spacer z Psiułką i przyniosłam w nich do domu mnóstwo śniegu:)
A vis-à-vis kuchennego okna usypano taką górkę, że chłopiec, który chciał z niej zjechać na sankach, zapadł się po szyję.
Kto mógł przypuszczać, że nie jest porządnie uklepana. Dobrze, że mały był z ojcem, bo mogło niefajnie się skończyć…
No, to brzmi jak relacja z drugiego końca kontynentu (tego północnego końca)
Coś w tym jest:)
Zwłaszcza, że znowu zaczęło sypać:)
Zaraz się przekonamy, bo właśnie wybywamy na krótką przechadzkę:)
Zapisywanie własnych zużyć.
(najlepiej zostawić bez komentarza i się zadumać)
Po przeczytaniu opowiadania Leny, a potem komentarza Maksia usiłowałam przypomnieć sobie jakąś podobną historię z mojego życia.
Niestety nic nie przychodzi mi do głowy.
Chyba zawsze miałam tak, że najpierw czymś facet musiał mi zaimponować, a dopiero potem wzbudzał moje zainteresowanie.
No i (niestety) żaden w moim towarzystwie nie wpadł do przerębli lub kałuży.
No i (niestety) nie przypominam sobie sytuacji, abym adoratora musiała ratować z opresji. To raczej oni mnie ratowali.
Ależ ten „facet” był naprawdę do rzeczy:)
Po prostu spiął się, a moje podejście nie pomagało. I ten okolicznościowy garnitur pod kurtką, w który się odstrzelił – też pewnie nie pomagał:) Garnitur, którego nie dałam mu szans zaprezentować, bo zrezygnowałam z poczęstunku przy stoliku…
Mam chyba „szczęście” do niecodziennych sytuacji, bo blamaże wielbicieli są wpisane w moje sercowe perypetie programowo:)
Też mam chyba “szczęście” do niecodziennych sytuacji.
Ale to raczej ja w moim nieuporządkowanym rozbieganiu je stwarzam.
Czasami niektóre opisuję na Wyspie, ale sytuacja pasująca do Walentynek nie przychodzi mi do głowy albo…nie nadaje się do publicznego opisywania.
Zaintrygowałaś mnie, Makówko, tymi „nienadającymi się”:)
No, cóż… niech pierwszy rzuci kamieniem, kto…
Nikt nie jest wolny od gaf:)
Opowiadałam już o tej sytuacji:
Siedziałam kiedyś w empeku, do którego wsiadł pewien starszy ode mnie pan. Zaczął mi się przyglądać dość intensywnie, więc… ustąpiłam mu miejsca. Trzeba było widzieć jego posmutniałą nagle twarz. On czuł się mężczyzną, a ja potraktowałam go jak staruszka:) Fatalna gafa:) Wielkie faux pas:)
Kiedyś ustąpiłem miejsca w autobusie damie w średnim wieku, wyglądającą na ciężarną. Okazało się, że to koleżanka z pracy żony – znałem ją z widzenia, ale nie rozpoznałem – i potraktowała uprzejmość jako koleżeńską, bo… ona po prostu tak wyglądała!
Upiekło Ci się:)
Ale jeśli nawet nie była w ciąży to i tak jako facet powinieneś jej ustąpić miejsca.
No, chyba że to było hm…jak już masz swoje lata(
),
a ona jest DUŻO młodsza od Ciebie.
Muszę niestety opuścić Was, bo idę na proszony obiad. Wrócę chyba pod wieczór
Smacznego i przyjemności!
Bożenko!Baw się dobrze, walentynkowo i miło.
A ja dziś kobieta domowa.
Mieliśmy dziś jechać z synem na narty. W planie było, że ja odpocznę po wczorajszej wycieczce, on rano pojedzie ze znajomymi na wycieczkę i pojedziemy na wieczorne jeżdżenie.
Teraz wrócił tak zmarznięty ( silny wiatr dawał tak w kość ), że postanowiliśmy odpuścić.
No patrz, a na spacerze w Gdyni (11.00-12.30) względnie miło (nie wiało), dopiero pod koniec zaczęło.
To ja sobie zaklepuję kolejkę na następne pięterko. Na spacerze udało mi się zrobić ładne zdjęcia rozmaitym ptakom i chętnie się podzielę
Super!
Będę czekać!
Międzyspacerkowe dzień dobry, Wyspo:)
Odtajało nieco, więc byłyśmy posłuchać, co w śniegu piszczy:)
I co piszczało?
Głównie Psiuła:)
Z radości rycia, że się tak wyrażę:)
Och, dzisiaj kilku opiekunów psów pokazywało takie zabawy w śniegu. Jakby tak te pieski były w jednym miejscu i współpracowały, to by mogły odśnieżyć kawał… czegoś. Np. chodnika.
Przyjemne (dla pana) z pożytecznym (też dla pana).
🙂
A z tego miejsca chciałabym bardzo podziękować Sympatycznemu Walentynkowemu Duszkowi, który robi porządek z moim linkowym bałaganem:)
„Kiedy czytam w mym ogródku,
Kiedy szemrzą trawy, drzewa,
Wtedy słyszę – po cichutku
Coś w gęstwinie wonnej śpiewa…
Coś-ci śpiewa, coś-ci gada,
Brzęczy niby złota pszczoła,
Różne dziwy opowiada,
A kto taki – nie wiem zgoła!
Czasem myślę, że to róża,
Co na krzaku się rozwija,
I oczęta do mnie zmruża…
Czasem myślę – że lilija…
Albo może żuczki złote,
Może muszki i motyle,
Brzęczą w uszko, tak, na psotę,
Gdy zadumam się na chwilę.
I raz tylko mi się zdało,
Że wskroś młodych listków sieci
Widzę postać duszka białą,
Jak na skrzydłach ku mnie leci…
Jasność słońca, dźwięk piosenki,
Zapach kwiatów, listków szmery
W tęczę tkały mu sukienki
I skrzydełek jego cztery…”
(„Duszek” – M. Konopnicka)
😉
A bo ja tak lubię spsocić coś w przelocie…
🙂
Walentynki to święto chłopca i dziewczynki, bo po ślubie jest Walentyna i Walenty, a to już czasem obcy ludzie.
W tym roku chłopak nie zaprosi swej Walentynki ani na siłownię, ani do kawiarni, za to może na bogato do kasyna.
Aby okazać sobie czułość, miłość, przywiązanie można sobie poradzić bez kawiarni.
I niezależnie od wieku.
„Pójdziemy do kasyna i przegramy tam parę tysięcy, chcesz?”
(Wiem, w zasadzie powinien obiecać wygraną, ale rachunek prawdopodobieństwa jest przeciwko graczom).
Byłam kiedyś w kasynie (w Las Vegas) i wygrałam 5 dolarów.
Ale nie z Walentym, lecz z dwoma koleżankami ze SP.
Chyba już o tym pisałam na „amerykańskim” pięterku?
Tak! A ile zainwestowałaś w tę wygraną, bo tego nie pamiętam?
Chyba 2 dolary. Musiałabym sprawdzić. Gdy robiłam pięterko opierałam się na moich notatkach, tzn. relacjach robionych na bieżąco, ale na Wyspie widzę nie „bawiłam się w szczegóły” i nie podałam kwoty.
http://madagaskar08.pl/blog/2019/04/15/miasto-grzechu/
Teraz mi uświadomiłeś, że chyba źle to teraz napisałam.
Zainwestowałam 2 dolary, dostałam 5, czyli wygrałam 3. Chyba.
Nieźle. To oznacza zysk 150%
Otóż to!
I tej wersji będę się trzymać do końca życia!
Towarzystwo bardzo się dziwiło czemu nie chcę dalej grać.
Nie bałam się, że hazard mnie wciągnie, bo jestem na to odporna, ale uparcie twierdziłam:
„Chcę móc opowiadać, że byłam w Las Vegas i WYGRAŁAM!”
Witaj, Ultro:)
Walentynki, walentynki!
Dla chłopczyka i dziewczynki!
Wszyscy mamy dziarskie minki
I lubimy walentynki:)
Nie spędzałam nigdy walentynek na siłowni, ale zdarzyło mi się… na cmentarzu:)
A konkretnie – na praskim Jozsefovie. Było refleksyjnie i nieco melancholijnie. A potem – gdy po zwiedzaniu nekropolii wylądowaliśmy w Różowej Czajowni – bardzo uroczo:)
Pozdrawiam:)
Leno, cmentarz to dobre miejsce, ponieważ 14 luty to dzień śmierci Walentego skazanego za udzielanie ślubów, których cesarz zabronił, tyle że grób jego w Dublinie.
Tak, także:)
Ale na tamtym akurat cmentarzu jest wiele dowodów na miłość po wsze czasy: dystychy deklarujące przywiązanie i inskrypcje świadczące o szybkim podążeniu za ukochaną połową…
Wróciłam. Było pięknie i wesoło… no i smacznie
Czyli prawidłowo. My mieliśmy tak wczoraj wieczorem.
Ja miałam wczoraj Walentynki.
Przy ognisku, na mrozie, na białym śniegu i z kiełbaskami.
No i trunkami rozweselająco-rozgrzewającymi.
Jak bym miała wybrać, to jednak wolę w domciu…
O nie!
Zawsze w plenerze!
Najlepiej pod gwiazdami i przy księżycu…
Ale nie w mrozie. Zresztą każdy wybiera to, co woli.
W mrozie to jednak w słoneczku.
Pod gwiazdami i przy księżycu w upalną letnią noc. Najlepiej na plaży nad ciepłym morzem.
O, to by mi odpowiadało
A, widzisz!
Wystarczy doprecyzować i już się zgadzamy.
Dziewczyny! Może zajęłybyście się coachingiem dla partii opozycji?
Dobranocka.
Dzisiaj będzie walentynkowa
Snów, jakie się komu najbardziej podobają.
Natychmiast przypomniały mi się te nasze prywatki i te nasze tańce przytulane do tej piosenki.
Czasy szkolne, studenckie…
Eh!
Hmm, to jest przytulasowy evergreen. Też mi się zdarzało do tego tańczyć.
A ja przytulę się do poduszki i chętnie zasnę
Dobranoc.
Spokojnej!
Snów o dawnych przygodach 🙂
Spokojnych i o przygodach?
To się da pogodzić?
To zależy od przygód, jakie się miało…
Hm…niech pomyślę…
Powiedzmy, że wspominam same miłe przygody, którym towarzyszyły cudowne emocje…
To jednak zawsze są emocje.
Jak emocje to nie spokój.
A dopuszczasz sny o marzeniach o przygodach, które będą?
Czyżbyś mnie czyniła cenzorem swoich snów?
Pod warunkiem, że ich treść zachowasz tylko dla siebie i …dla mnie (bo ja nigdy nie pamiętam).
Przytulnych snów, Bożenko:)
To prawda:)
Wyjątkowo kuszący (do tańca) utworek:)
A czy ktoś jeszcze pamięta, jak bodajże Jan Kobuszewski objaśniał niefrankofonicznym słuchaczom treść tej piosenki, traktowanej przez władze PRL jako prawie-pornografia? Miała to być historia o wycieczce dwojga harcerzy (czy raczej pionierów) – on jej opowiadał, że udają się nad rzekę Amur, a ona odpowiadała: „wiem, wiem”…
Zupełnie nie pamiętam! Ale to by pasowało do PRLu
Nie słyszałam o tym tłumaczeniu, ale miło mi czytać, że pan Kobuszewski okazał się też być ambasadorem francuskiej poezji śpiewanej:)
A podejrzewałabym o to raczej pana Michnikowskiego:)
Trudno powiedzieć czyj był tekst i koncept, zresztą nie przysięgnę – może to był Jacek Fedorowicz… to było dawno.
Coś sobie przypominam. Potrafisz to jakoś odszukać Tetryku?
Wspomniałam Wiesława Michnikowskiego, ponieważ pamiętam jego wykonania piosenek francuskich. Niestety, nie udało mi się żadnej znaleźć.
Kochani, zmykam, jutro muszę wstać dużo wcześniej niż zwykle. Spokojnej!
Niech Ci przyśnią te przygody, które były i te, które dopiero będą!
Dobrej nocki, Quacku:)
Też się już pożegnam. Miłych snów!

Tobie też miłych Ukratku!
Dobrej nocki, Tetryku:)
Spokojnej nocy, Wyspo!
Miłych snów, Ultro:)
To i ja się pożegnam!
Walentynki i po Walentynkach…,
ale kochajmy się i uśmiechajmy się przez cały rok, nie tylko 14 lutego!
DOBRANOC!
Dobrej nocki, Makówko:)
Wyspa pogrążyła się w „oceanach różowych”, więc i ja się pożegnam:
Snów o czekaniu:
„na niebieski mrok
na zieloność traw
na pieszczotę rzęs”
Dobranoc:)
Pieszczota rzęs -jakie to ładne!
Witaj, Makówko:)
Dziękuję.
To „Miłość” Małgorzaty Hillar:
„Jest czekaniem
na niebieski mrok
na zieloność traw
na pieszczotę rzęs
Czekaniem
na kroki
szelesty
listy
na pukanie do drzwi
Czekaniem
na spełnienie
trwanie
zrozumienie
Czekaniem
na potwierdzenie
na krzyk protestu
Czekaniem
na sen
na świt
na koniec świata”
🙂
Dzień dobry
I po walentynkach. Nowy dzień, nowy tydzień…
Witajcie!
Nowy dzień, nowy tydzień, stara miłość?
Ta, co nie rdzewieje?
Czyli nowa stara (miłość)?
Witaj, Tetryku:)
„Tych miłości, które z nami
na strumieniach białych płyną,
co jak chmury nad głowami
czasem każą zapominać,
tych miłości jak zwierzęta,
co wracają w las od ludzi
węsząc z twarzą wyciągniętą,
zanim śmierć ich nie ostudzi,
tych miłości, które niosą
sok z korzeni w słońce liściem,
co jak puch dziewczęcych włosów
lekko rosną ku niebiosom,
nie wydepczą nienawiści.
Tych miłości, o, za wiele,
chociaż ziemia jeszcze twarda,
nad nią zawsze śpiewa szelest,
bo cóż ziemskość? – śmiech, pogarda,
bo cóż zbrodnia? – tylko mocniej
za bijące morze strumień
kochać każe, że ślad głupi
jak ten olbrzym, co się upił,
co gdy wstanie, to zrozumie.
W nas, co jak pomników głazy,
z tych miłości mocno rośnie
przez te czasy, nad te czasy,
ponad nami – czas miłości.”
(„Tych miłości…” – K.K. Baczyński)
🙂
Reszta śpi, a Gienia już czeka…
Dojrzewam!
Witajcie!
Ja już (już?) dojrzałam do herbaty!
Dzień dobry, przed chwilą wróciłem i dopiero teraz siadam do pracy.
Miłej i spokojnej i efektywnej pracy!
Dziś był piękny słoneczny dzień, a ja dziś kobieta domowa, nawet na zakupy nie wychodziłam.
Świat się do góry nogami wywraca!
Też nigdzie nie wychodziłam, chociaż słoneczko świeciło. Teraz już pochmurnie…
Dobry wieczór, Wyspo:)
Miałam dziś „urwany dzień”, ale już jestem.
Walentynki wprawdzie za nami, ale kto powiedział, że dziś nie może być kolejnego dnia, gdy:
https:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/www.youtube.com/watch?v=maqdqO9G9Rk
🙂
Pochodziłem za Was po skawalonym śniegu , bo nie ma już cieci do odśnieżania , nakarmiłem trochę wodnych ptaków ( zdjęcie na FB), zrobiłem potrzebne spożywcze zakupy i zajrzałem na Wyspę , aby ocenić sytuację po burzliwych Walentynkach . A na Wyspie spokój , z którego cieszył by się minister zdrowia po załamaniu sytuacją w Zakopanem . Nie jest zle , bo dobrze już było , zatem życzę zdrówka bez korony i szczepień w miejscu zamieszkania . Facet ze Szczecina zapisany jest do szczepienia w Rzeszowie . Polak potrafi ,ale żeby tak na siłę pchać człowieka na stoki narciarskie bo jest zima ?
Dobry wieczór, Maksiu:)
Też miałam chwilkę na spacer po śniegu, taką mierzoną od samochodu do drzwi urzędu i z powrotem:) Tam „na bagato” – białe wydarte aż do płytek:)
Pozdrawiam:)
Bardzo ładne zdjęcie na FB.
Paaaaa….odezwę się jak wrócę.
Może wkrótce, może za chwilę, a może trochę później…
No to tak, sprawy moje, te, co były do załatwienia, załatwione, te nie moje, ale co ja miałem załatwić, niezałatwione (niestety, 2 godziny w plecy), robota w 70% wykonana, rzecz do nadrobienia.
Nagle – gwizd, nagle – świst. Koniec pracy i przerwa.
Dobry wieczór, Quacku:)
Dobry! Jedno z najlepszych wykonań, niewątpliwie
Ten wiersz mówiłam mając 6 lat. 😉
Z pamięci?
Oczywiście. Czytać i pisać już umiałam i bardzo lubiłam wiersze.
O, to szacunek! Czytać w tym wieku też umiałem, pisać… być może, nie pamiętam, ale na pamięć na pewno jeszcze się nie uczyłem.
Mnie to wciągało.
No, „Lokomotywa” to jest przepiękny utwór, rytmicznie i rymowo, ładnie wchodzi do głowy i recytuje się fantastycznie.
To nie był jedyny wiersz, który umiałam recytować.
O tak:)
Masz rację, Quacku.
„Lokomotywa” to dzieło i bardzo rytmiczne, i rymowe, i ono ma topeję na dodatek;)
O! Super, Bożenko:)
Ja przepadałam też za J. Brzechwą i W. Chotomską, a moimi popisowymi numerami były „Samochwała” (pewnie powszechnie znana) i „Liski”:):
„Cztery małe
rude liski
piły mleko
z jednej miski.
Jeden lisek
z drugim liskiem
powsadzały
łapki w miskę.
Trzeci lisek
z czwartym liskiem
weszły w miskę
z wielkim piskiem.
I wylały
mleko z miski
cztery małe
rude liski.”
🙂
Home, sweet home! Dotarłem…
Prosto z pracy o takiej godzinie?
A ja po przerwie!
Dobranocka.
Dzisiaj utwór, który miał premierę 54 lata i 2 dni temu.
Bitelsi, w miarę spokojnie, jak na ich możliwości.
Snów równie dobrych po latach!
Bardzo to bitlesowe:)
Lubię też tę wersję Stinga, w której przygrywa sobie na gitarce:)
Po takiej dobranocce, łatwiej będzie się zasypiało…
Dobranoc.
Spokojnej!
Stabilnych, brytyjskich snów!
Tylko żadnych Brexitów!
Toć zaznaczyłem: stabilnych!
Jak zaułek Penny Lane…
Bez BREXITÓW ! Bo po tym czyjeś serce w smutku tonie , a Świat się dziwi łzom !
Dobrej nocki, Bożenko:)
Cóż… czas się ewakuować. Dobrych snów!

Spokojnej!
A ja wracam.
Bardzo zmarznięta,ale bardzo zadowolona.
Nocne jeżdżenie ma swój urok.Swiat wygląda bajkowo.
Nocne jeżdżenie na nartach? Cacy!
Cacy…racja!
A nocne jeżdżenie na oponach łapie się na „cacy”?
Jeżeli tylko po dobrze oświetlonym stoku, to czemu nie!
Chyba jednak nie odważyłabym się prawie dwoma tonami po żadnym stoku:)
Nawet dopingowana nagrodą w konkursie Zjeżdżania Na Beleczym:)
Otóż to!
Dobrze naświetlony stok!
I mgiełka z armatek!
I pohukująca sowa!
Mogą być wtedy i opony.
Choć ja jednak wolę
I my, korzystając z ciszy na Wyspie, wybyłyśmy troszkę w ostępy leśne:)
Pogodnych snów, Tetryku:)
Dobranoc, zmykam!
Dobrej nocki, Quacku:)
Jestem w domu.
Co najpierw? Wyspa? Fb? Ciepły prysznic? Ciepła zupa?
Najlepiej wszystko naraz, a potem ciepła kołderka.
Wyspa pod prysznicem przy misce zupy?
Też idę się pomoczyć, bo jednak trochę zmarzłam w tych ostępach:)
Dobry pomysł, ale wtedy to już jednak nie pod prysznicem, ale
Oj, ja bardzo zmarzłam, ale już się rozgrzałam.
Teraz jeszcze zajadam ciepły budyń.
Na pewno zmarzłaś bardziej ode mnie. Las to jednak nie stok. Chociaż na Jeziorze też nas trochę przewiało. Nie chodziłyśmy zbyt daleko od brzegu, bo noc, ale lód jest „wiatrolęgły”:)
Zrobiłam sobie kociołek grzanego wina i też mi już cieplej:)
W czasie jeżdżenia jednak jest ruch, ale potem marznie się na wyciągu, szczególnie gdy podwiewa wiatr i zaczynają działać armatki.
To są zwykłe kanapy, bez zamykania.
Zagrzebuję się więc
, kot grzeje nogi…
DOBRANOC!
Pleciutkich (jak mówiło moje dziecię) snów, Makówko:)
Wyspa dryfuje ku jaskini pod Lemnos, więc i ja się pożegnam jednym z piękniejszych wierszy Bogusława Adamowicza:):
„Na kwiatach – połysk ros…
Tęsknotą dzwoni
Tajemnej harfy dźwięk, co w serce trąca…
Śni mi się drżący głos…
Śni gąszcz kwitnąca
Śniegiem wisien i jabłoni…
Śni mi się złoty sen:
W ustroni
Pieszczota dłoni Twej mdlejąca…
I blady uśmiech ten…
I brzask miesiąca…
I senny połysk migotliwej toni…
Śni mi się jasny zdrój…
Śni pełen woni
Miód kwiatu szczęścia, co aż w otchłani strąca…
I pocałunek twój –
Ta rosa drżąca
Najświętszej róży Hesperyjskich błoni…”
(„Nastrój”)
Dobrej nocki, Wyspo:)
Dzień dobry



Nie wiem jak jutro (we wtorek) pojadę do pracy… śnieg wali od kilku godzin i jest go tyle…
Służby porządkowe nie nadążają ze sprzątaniem tego śniegu… czyli mamy zimę na całego…
Ma jeszcze dalej padać do rana…
Witaj, Miralko:)
Odwykliśmy chyba trochę od prawdziwej zimy:)
U nas też wciąż posypuje, odśnieżane są przede wszystkim główne ulice, a o tych bocznych odrobinkę się zapomina:)
Ale ja się cieszę, że poprószyło. Zawsze tęskniłam za śniegiem, zdarzało mi się go nawet szukać w odległych zakątkach w porze naszej zimy, więc fajnie, że tym razem śnieg odnalazł mnie:) Jakby wiedział, że albo on do mnie, albo… się nie spotkamy;)
Witaj Leno

Wbrew pozorom lubię zimę i śnieg… tylko czasami tego śniegu jest za dużo.
Dziś rano (wtorek) znowu musiałam odkopać karmniki i samochód. A i tak się „zakopałam” i myślałam, że zostanę na parkingu do roztopów… w formie pomnika
Jakoś udało mi się wyjechać…
Podzielam Twoje zdanie co do ilości:)
Nie odśnieżam gracika, bo trzymam go w garażu, ale u mnie śnieg z podjazdu też sam nie znika:) Ani ten z dróżki od domu do furtki:)
Ale kiedy wyobrażę sobie jako ewentualne „dobro naddane” taką laskę, dajmy na to, o rozmiarach 90/60/90 – od razu żwawiej mi idzie;)
Wczoraj (w niedzielę) widziałam przez okno, jak na drzewie sąsiadów siedział krogulec i coś wcinał… a to znaczy, że udało mu się coś upolować…
Ależ musiały być głodne!!! Na poidełku siedział zmarznięty drozd wędrowny. Nawet nie drgnął gdy podeszłam. Zerwał się dopiero gdy byłam o krok. Szkoda mi go było… nie jest przyzwyczajony do takich mrozów. Gdybym mogła, zabrałabym go do domu, żeby się najadł i ogrzał… 

A dziś po pracy musiałam odkopać ze śniegu karmniki. I to co mi się jeszcze nie zdarzyło – obydwa były puste, a wróbelki czatowały dokoła i usiłowały coś jeszcze wydziobać. Oczywiście napełniłam nowymi ziarenkami. Jeden z karmników w godzinę był już pusty
Poidełko jest podgrzewane. Przy tych mrozach woda już dawno by zamarzła, gdyby nie ta grzałka. Codziennie muszę wymieniać wodę, bo ptaki nie tylko piją, ale i się kąpią. Prawdziwe morsy
Dzień dobry
A to się nocna zmiana rozgadała… A dziś mamy ostatni dzień karnawału, bawmy więc się jak damy…Ale jak nie damy, też się bawmy…
Nie było balu tego karnawału…
I myślę, że z powodów oczywistych raczej mało kto balował.
Takie czasy, taka rzeczywistość.
Ostatnie moje tańce były na statku w czasie rejsu po Wiśle…pisałam o tym na Wyspie. To było we wrześniu 2020.
Dzień dobry, Bożenko:)
Witajcie!
Nic mi się dzisiaj nie śniło, nawet bal ostatkowy się we śnie nie objawił…
A ja natomiast miałam sny, ale nie pamiętam jakie…
Witaj, Tetryku:)
To jesteś w dobrej kompanii, zważywszy, że filozofom też się nie śniło…
🙂
Dzień dobry.
Witajcie!
Mnie się śniły różne rzeczy, pamiętam jakieś fragmenty, ale nie na tyle, aby opowiedzieć. Coś tam było, że koleżanki dały ogłoszenie w gazecie skierowane do mnie.
Ale
wcale mi się nie śniło…niestety.
Dzień dobry, Makówko:)
„Śniły mi się konie bez ziemi.
Śniły mi się ptaki bez nieba.
Próbuję z tego uskładać obraz bardziej logiczny.”
(„Kantata” – J. Zych)
🙂
Obie wersje są świetne, więc pozwolę sobie i tę drugą umieścić:):
Witaj!
Dziękuję. Właśnie wróciłam z zakupów; po obiedzie chętnie wysłucham.
Jednak dopiero wieczorem wysłucham.
To może Gienia na to pomoże?
Tak, tak, bardzo chętnie!
Już jestem przygotowana
Dzień dobry, Wyspo:)
Jak zauważyła Bożenka, nadchodzący Popielec na jakiś czas położy kres zabawom, hulankom i swawolom. Ale to dopiero jutro:):
Fajne… i jeszcze bez maseczek…
Do popotem…
paaaaaaaaaaaaa
I ja mówię paaaaaaaaaaaa
Dziewczyny poszły, a ja właśnie przyszedłem.
A my pompujemy opony.To tak a propos wczorajszych opon Leny.
A te piosenkę uwielbiam.
Dobry wieczór, praca zasadniczo wykonana, pozostałe zadania takoż.
Fajrant. Przerwa.
Zdjęcia na następne pięterko się wybierają
Też już jestem:)
Ale za chwilę jeszcze na trochę wybędę.
Ja też melduję się po powrocie.
Jestem, obrabiam zdjęcia do wpisu
ale i tu zaglądam.
Te zdjęcia obejrzę rano (chyba?), teraz idę pod kordełkę.
Dobranoc
Spokojnej!
No to zapraszam na nowe pięterko tych, którzy jeszcze nie śpią.
A dobranocka zaraz, jeszcze tutaj.
Dobranocka.
Dzisiaj mam zdecydowanie nastrój na Pata Metheny’ego (z zespołem).
Utwór w sam raz, delikatny, powolny…
Snów nastrojowych.
Lampkę tradycyjnie zostawiam pod dobranocką 🙂

Więc ja – nietradycyjnie – też dodam coś na dobranoc:):
„Śpią lądy we mgle gęstej, która świat spowiła,
Pod gęstą mgłą, co niebo zaciągnęła w górze;
Śpią morza, niepojęta magnetyczna siła
Ujęła oceany, ugłaskała burze.”
(„Senność” – B. Adamowicz)
Nieco nam zeszło na leśnej eskapadzie:)
Dziękuję za wspólną wędrówkę do krainy wspomnień. Mam nadzieję, że ten okołowalentynkowy czas spędziliście w moim towarzystwie równie miło, jak ja w Waszym.
Pora wrócić do współczesności i podejrzeć, co w lutym porabiają ptaki:)
Pozdrawiam:)