« Listopadowe spacerki cz.5 Pójdźmy do Betlejem... »

Wigilia

Kiedyś choinka pachniała inaczej.

Właściwie – póki nie zaczęło się chodzić do szkoły – nie miało się poczucia kalendarza… A i później różnie z tym bywało.
O tym, że jutro będzie Wigilia, dowiadywało się, gdy Tatuś przynosił z piwnicy wielkie, drewniane pudło z bombkami.
Rano otwierało się oczęta, wychodziło z ciepłej pościelki i wędrowało do łazienki.
W przedpokoju natykało się na pudło i całe rozleniwienie przechodziło, jak ręką odjął. Bez zbędnego marudzenia myło się, ubierało, jadło śniadanie i zaczynało się oczekiwać…
Wiedziało się, że tego właśnie dnia Tatuś wcześniej wróci z pracy i pojedzie się do znajomego pana Gospodarza po choinkę.
Takie siedzenie dłużyło się niemiłosiernie, więc naprzykrzało się tymczasem Mamusi, która od kilku dni zajmowała się przygotowaniami do Świąt.
Wreszcie zjawiał się Tatuś i po szybkiej herbatce można było władować się do samochodu i jechać.
Na miejscu wchodziło się do zagródki, w której pan Gospodarz miał jakąś niespotykaną ilość około dwudziestu chojaków, i z poważną miną zaczynało się wybierać. Nie było to wcale proste, ponieważ wszystkie drzewka uważało się za jednakowo piękne. Chodziło się wokół nich, dotykało, zaglądało pod gałęzie, podskakiwało, aż w końcu z bólem serca pokazywało się to, które się chciało, chociaż najchętniej wzięłoby się wszystkie.
Przyglądało się, jak pan Gospodarz okręca folią choinkową donicę, a Tatuś bardzo ostrożnie pakuje nabytek do samochodu – po Świętach drzewko miało wrócić do lasu i rosnąć sobie dalej…
Nie marudziło się w drodze powrotnej, chociaż świerkowe igły miało się dosłownie wszędzie. Zaciskało się zęby i patrzyło przez okno, ponieważ w drodze po choinkę nie miało się czasu na podziwianie krajobrazu…
Świerczek zawsze ustawiało się w tym samym miejscu – między oknami. Ustawiało – rzecz jasna – razem z Tatusiem, choć, między Bogiem a prawdą, trwałoby to znacznie krócej, gdyby się jednak nie pomagało…
Gdy drzewko było już umocowane, tańczyło się wokół niego taniec radości, którego nie powstydziłby się najznakomitszy plemienny szaman i czekało na Tatusia, który tymczasem szedł po bombki.
Najpierw asystowało się przy sprawdzaniu lampek, a gdy okazywało się, że świecą – patrzyło się, jak Tatuś omotuje nimi pień choinki.
Były dwa rodzaje światełek i oba rodzaje lubiło się najbardziej – i te w kształcie kolorowych szklanych dzwonków, które po zapaleniu migotały subtelnym, jakby srebrno-księżycowym światłem; i te w kształcie maleńkich łezek, dających piękne, wielokolorowe refleksy…
Po kolejnej lampkowej próbie przystępowało się do wieszania zabawek.
Oczywiście musiało się obejrzeć wszystkie, więc cały proces trwał niesamowicie długo. Najpierw wieszało się granatowe i ciemnozielone kule z wymalowanymi gałązkami sosny, potem żółte, czerwone, zielone i niebieskie błyszczące bańki ze złotymi, posypanymi brokatem gwiazdkami. Następnie umieszczało się te srebrne z kolorowymi paseczkami oraz – duże i małe, srebrne, złote i kolorowe – szyszki…
Bardzo lubiło się wieszać girlandy z maleńkich różnokolorowych kuleczek. Były ich dwa rodzaje – matowe i błyszczące. Nie zapominało się też o srebrnych włoskich orzechach naturalnych rozmiarów, i szklanych, dmuchanych pająkach.
Nie było się jakimś szczególnym wielkoludem, więc ozdabiało się raczej dół choinki, górne partie pozostawiając Tatusiowi.
Gdy wszystkie mniejsze cacka znalazły się na drzewku, otwierało się pierwsze najważniejsze pudło. Robiło się to bardzo ostrożnie. Wyjmowało się przepiękne, ogromne, ręcznie malowane bomby i nieco drżącymi rękoma podawało Tatusiowi. Wiedziało się, że jest to prezent od Babci, której nigdy się nie poznało, ale za to dogłębnie poznało się historię kul… Każdą z nich przecierało się flanelką i podziwiało naprawdę niezwykłe malunki. Na pierwszej podrywał się do lotu śnieżnobiały Łabędź, na którego sypał diamentowy śnieg i tę lubiło się oglądać najbardziej. Na drugiej – uśmiechająca się tajemniczo Śniegurka trzymała srebrny dzwoneczek. Z trzeciej bombki spoglądała stojąca na palcach Baletnica w pięknej rozkloszowanej spódniczce, a wokół niej powiewały półprzeźroczyste szarfy.
Lubiło się też smutnego Pierrota w atłasowo połyskującym wdzianku, bujającego się na ogromnej obręczy oraz trzygłowego Smoka z wydętym, pełzającym po ziemi brzuszyskiem, puszczającego ze wszystkich paszcz srebrne płomienie.
Za to wcale nie przepadało się za wymalowanym Dzieciątkiem w beciku, które z daleka wyglądało jak pieczarka. Co innego Cherubin – podziwiało się dwie imponujące pary skrzydeł, powiewną suknię w wymyślne esy floresy i zgrabne bose stópki. Kolejną ulubioną kulą była ta z Saniami zaprzężonymi w trzy konie krzeszące kopytkami skry. Podziwiało się też dorodną Choinkę, wokół której tańczyły maleńkie ni to elfy ni aniołki, a także Chłopczyka o delikatnej twarzyczce okolonej loczkami, w kusych pantalonach i bluzie z szamerunkami oraz śliczną Księżniczkę z pięknie wygiętymi smukłymi rączkami, w robronie, spod którego widać było czubek pantofelka…
Dwunastej bombki nie widziało się nigdy – zbiła się w trakcie wojażowych perypetii, kiedy Babcia była jeszcze młodą dziewczyną i ze swoją mamą opuszczała na zawsze własną ojczyznę…
Po obejrzeniu wszystkich kul i zawieszeniu ich na choince, podawało się Tatusiowi zebrane w pęk łańcuchy, które ten zaczepiał na szczycie drzewka i puszczał pionowo wzdłuż gałęzi. Resztą łańcuchów pomagało się opasać świerczek, układając je poziomo na gałęziach, począwszy od cieniutkich u góry, a skończywszy na tych najgrubszych na dole.
Potem następowało najprzyjemniejsze: z drugiego najważniejszego pudła wyjmowało się srebrny szklany czub – także ocalony przez Babcię – i czekało, aż Tatuś uniesie swoją pomocnicę, po czym z triumfem nasadzało się ostatnie cacuszko na szczyt…
Wreszcie biegło się po Mamusię, gasiło światło i czekało, aż Tatuś włączy lampki.
Stało się między rodzicami i podziwiało ustrojoną piękność migocącą bajkowymi światełkami, nie mogąc się już doczekać Jutrzejszego Dnia…

Bo Wigilię kochało się całym sercem.
Te snujące się po domu zapachy, radosne przyśpiewki nucone półgłosem, śmiech rodziców przygotowujących dania, których obowiązkowo musiało być dwanaście…
Że nastawał czas gotowania barszczu, poznawało się po zapachu – po całym domu rozchodził się aromat gotowanych kwaśnych jabłek, ostrej woni cebuli z buraczkami i, kręcącej w nozdrzach, grzybów. Barszcz musiał swoje odstać, więc pomagało się wynosić gotowe wywary w chłodne miejsce. Dzień przed Wigilią przynosiło się sagany z powrotem i patrzyło, jak Mamusia łączy wszystko w wielkim garze i zagotowuje, a Tatuś znowu odstawia go w zimne miejsce. Dopiero w Wigilię odcedzało się bulion od warzyw, doprawiało sokiem z cytryny, solą i pieprzem, i podgrzewało.
Lubiło się towarzyszyć w klejeniu pierogów – uszka zawsze były z kwaśną kapustą i grzybami, a wielkie faliste półksiężyce napełniało się farszem ze słodkiej i grzybów.
Dzień przed Wigilią pomagało się też w robieniu śledzi – Mamusia kroiła je w dzwonka, układała na specjalnym półmisku, przykrywała warstwą pomidorowych i cebulowych krążków, posypywała czarnym pieprzem i zalewała olejem.
Wcześniej smażyło się również rybę, którą następnie pomagało się zalewać pomidorowym sosem, samej posypując wszystko suszoną bazylią, i, razem z Tatusiem, wynosząc w chłodek, by ryba przesiąkła. Wigilijny sos do ryby uważało się za jeden z najpyszniejszych: idealnie słodki, słony i kwaśny, składał się z przetartych podsmażonych pomidorów doprawionych białym pieprzem i karmelizowanych miodem.
Pomagało się też w robieniu sałatki wigilijnej: drobiło się gotowaną rybę, kroiło kiszone ogórki, jajka i gotowane w mundurkach ziemniaki. Potem ucierało się specjalny sos z ziemniaka, ogórka, majonezu i czosnku. Bez tego sosu sałatka „nie liczyła się”. Wszystkie, niezbyt drobno posiekane składniki zalewało się gęstą miksturą i delikatnie mieszało. Podczas wynoszenia wdychało się aromat grubo mielonego czarnego pieprzu i cząbru.
Kompot wigilijny był pierwszym daniem, które robiło się zupełnie samodzielnie. Suszone śliwki, morele, wiśnie, jabłka i gruszki płukało się kilkakrotnie w zimnej wodzie i zalewało wrzątkiem. Dosypywało się umyte orzechy włoskie i laskowe, dodawało garść migdałów. Dopiero na drugi dzień należało wszystko zagotować, dodając odrobinę utartej cytrynowej skórki i wanilii, osłodzić miodem i pozostawić do ostygnięcia.
Kisiel robiło się z żurawin. Pomagało się przetrzeć je przez drobne sitko, żeby pozbyć się pestek. Była to żmudna i czasochłonna robota, szybko więc traciło się entuzjazm i zwalało dokończenie niewdzięcznego zajęcia na Tatusia. Za to chętnie doprawiało się żurawiny cukrem i mąką ziemniaczaną i patrzyło, jak w dużym garnku robią się bąble, gdy Mamusia rozlewa kisiel do kokilek.
Łamańce nie były skomplikowaną potrawą – upieczoną dzień wcześniej i pokrojoną w długie paski drożdżową bułę zalewało się ciepłym mlekiem z makiem i rodzynkami, doprawiało do smaku miodem albo cukrem i tyle.
Zupełnie inna sprawa była z łazankami. Nie lubiło się pomagać w robieniu makaronu, za to chętnie podziwiało równiutko pokrojone, słonawe rombiki, rozłożone do wyschnięcia na bawełnianej ściereczce. Sos do łazanków to była po prostu rozpusta. Najpierw kilkakroć myło się mak. Potem patrzyło, jak Tatuś miele go przez maszynkę, a Mamusia podsmaża w rondlu z miodem. Podczas studzenia maku pomagało się trzeć orzechy i migdały. Na koniec asystowało się w ubijaniu tłustej, słodkiej śmietanki, osobiście dodając małymi porcjami cukier i resztę ingrediencji. Gdy łazanki były ugotowane i schłodzone, łączyło się je delikatnie ze śmietanką i doprawiało kilkoma kroplami araku. Tego zapachu i smaku nie dało się porównać z niczym innym.
Postnej kapusty z grzybami gotowało się dwa rodzaje – słodką i kwaszoną. Dzień wcześniej zalewało się wrzątkiem umyte suszone grzyby, by zmiękły, i wraz z wywarem dodawało do kapusty. Tę słodką doprawiało się solą, pieprzem i cząbrem; tę kwaśną – kminkiem.
W tym czasie gotowało się też bigos. Specjalistą od bigosu był Tatuś i z wielką przyjemnością uczestniczyło się w jego czarach. Po domu rozchodził się wtedy zapach gęsiny, wołowiny i wieprzowiny, podsycany aromatem kwaszonej kapusty i śliwek. Tę słodką gotowało się oddzielnie z dodatkiem kaniowego proszku i ziarnkami jałowca. Warzenie bigosu obowiązkowo musiało trwać trzy dni – w ostatnim patrzyło się, jak Tatuś przelewa wszystko do jednego gara i miesza, doprawiając solą, pieprzem i utartym jabłkiem. Próbowało się parującej potrawy i już nie mogło doczekać się Świąt.
Struclę makową piekło się według przepisu ze starego kajetu, bardzo pilnując proporcji. Uwielbiało się zapach smażonego z miodem, rodzynkami i orzechami maku, a jeszcze bardziej aromat drożdżowego ciasta. Patrzyło się, jak Mamusia wałkuje prostokątne płaty, smaruje je makową mieszanką, zawija w rulony, wtłacza w podłużne formy i wstawia do ciepłego piekarnika, by troszkę podrosły przed pieczeniem. Po włączeniu duchówki zaglądało się przez szybkę i wyczekiwało, aż wierzch stanie się brązowozłoty. Wtedy przywoływało się Mamusię, która zerowała piec i pozostawiała strucle, by doszły.
Uwielbiało się też patrzeć na pieczenie sernika, choć dostawało się go przeważnie dopiero w pierwszy dzień Świąt. Najbardziej lubiło się moment, gdy pachnący ananasem ser stawał się żółty od utartych z cukrem żółtek i zaczynał trzeszczeć od białkowej piany. Lubiło się obtaczać w mące rodzynki i wrzucać je do serowej masy. Z niecierpliwością czekało się na wypieczenie kruchego spodu, który wcześniej własnoręcznie dźgało się widelcem, by był lepszy. Patrzyło się, jak Mamusia zalewa gorący prostokąt przygotowanym serem i wkłada do pieca. Po upieczeniu i wystudzeniu pomagało się ozdabiać go białym, pachnącym cytryną lukrem albo polewać cytrynową galaretką.
Ryżu z bakaliami nie uważało się za zbyt smaczny. Przeważnie dłubało się w nim bez przekonania, bardziej po to, żeby poczuć zapach wanilii niż go zjeść.
Zupełnie inaczej było z makagigami. W przygotowywaniu tych ciastek fascynowało wszystko – począwszy od smażenia maku z miodem, rozwałkowywania masy na pergaminie, po krajanie niewielkich rąbów i wyczekiwanie, aż wyschną. Potem rozkładało się je ostrożnie na dużej tacy, przekładając każdą warstwę woskowanym papierem. Były o niebo lepsze od sezamków, choć konsystencję miały podobną…
Gdy na dworze zaczynało się ściemniać, nadchodził czas na przygotowanie stołu.
Najpierw rozkładało się obrus – zawsze był to ten sam biały obrus z przepięknie wyhaftowanymi na rogach gałązkami świerczyny, bombką i świecą. Pod obrus wkładało się siano, a pierwszą stawianą na stole rzeczą był opłatek. Dopiero później biegło się do kredensu i wyjmowało porcelanę. Robiło się to równie ostrożnie jak z bombkami – porcelana była krucha i stanowiła pamiątkę po maminej Mamie. Używało się jej tylko przy specjalnych okazjach, co jeszcze podkreślało wyjątkowość chwili. Podziwiało się kształt naczyń, ich delikatny różany wzór i koronkowo-złoty obrąbek. Serwis sprawiał wrażenie tak delikatnego, że zanim się przywykło, prawie wstrzymywało się oddech przy dotykaniu…
Najpierw rozkładało się białe serwetki z kompletu z obrusem, tak, by haft był widoczny. W połowie każdej stawiało się duży talerz, na nim głęboki, a obok – na reszcie serwetki układało się sztućce. Sztućce również były pamiątkowe, bardzo piękne i również trzymane na specjalne okazje.
Kiedy wszystko było gotowe, zaczynało się wnosić potrawy, nasłuchując skwierczenia smażącej się w tym czasie ryby.
Gdy stół był zastawiony, wyglądało się zawsze tej pierwszej gwiazdki. Szczerze mówiąc – gdy już się ją wypatrzyło, to zazwyczaj razem z setkami innych, ale nic przecież nie było w stanie zepsuć radości takiego wieczora. Włączało się choinkowe lampki i stawało przy stole. Po podzieleniu się opłatkiem, życzeniach i krótkiej modlitwie, zasiadało się do stołu i śpiewało kolędę – kolęda zawsze inicjowała kolację. Najczęściej była to Cicha Noc.
Dopiero potem rozpoczynało się posiłek, zawsze od barszczu z uszkami. Później jadło się, co się chciało, pilnując, by spróbować każdej potrawy. Nie wstawało się od stołu, dopóki wszystkiego się nie skosztowało – ten zwyczaj miał zapewnić pomyślność do następnej Wigilii.
Następnie śpiewało się wspólnie z rodzicami i nie mogło usiedzieć spokojnie, ponieważ doskonale widziało się kolorowe pakunki kusząco mrugające spod świątecznego drzewka.
Wreszcie nadchodził czas rozpakowywania prezentów. Zawsze miało się przywilej wyciągania podarków spod choinki i obdzielania nimi najbliższych.
Każdy prezent rozpakowywało się przy stole i poświęcało mu sporo uwagi i zachwytów…
Około północy wychodziło się na pasterkę do pobliskiego kościółka. Był on tuż za rogiem, ale i tak wyczuwało się tę, wirującą w mroźnym powietrzu i iskrzącą w świeżym śniegu, niezwykłość. W kościółku nigdy nie było tłumów – większość wolała iść na mszę do dużego kościoła za parkiem, ale może dzięki temu jeszcze bardziej czuło się magię wigilijnej nocy. Zasiadało się zawsze w lewej nawie, między rodzicami, i wsłuchiwało w głos kapłana. Przymykało się oczy i z poczuciem dziwnego szczęścia przytulało do Mamusi lub Tatusia. Nigdy właściwie nie udało się nie zasnąć podczas mszy – monotonny głos księdza, ciepło rozchodzące się wokół i delikatna muzyka usypiały…
Drzemało się więc, nie mając nawet siły otworzyć oczu. Gdy msza dobiegała końca, przecykało się na dźwięk łagodnego głosu Mamusi i z trudem unosiło z twardej ławki. Potem, noga za nogą, wlokło się do wyjścia. Sypiący śnieg sprawiał, że rzeźwiało się trochę i raźniej już wędrowało cichą uliczką…
Dom witał zapachem żywicy, miodu i pomarańczy. Zrzucało się wierzchnie okrycie i szło jeszcze raz popatrzeć na choinkę.
Mimo najszczerszych chęci do pomocy w sprzątaniu po wigilijnej kolacji, było się zazwyczaj tak zmęczoną, że ledwo miało się siłę na wieczorną kąpiel…
Smarowało się więc do siebie i zasypiało, wsłuchując w odgłosy krzątaniny dochodzące z głębi domu…

303 komentarze

  1. Lena Sadowska pisze:

    Witam:)

    Już od godziny mamy Wigilię.
    Życzę, by zapoczątkowała ona zmiany na lepsze. By magia Bożego Narodzenia zadziałała i kolejny rok okazał się szczęśliwszy, był czasem spełnienia marzeń – tych wielkich i tych zupełnie maleńkich.
    Mam nadzieję, że moje wspomnienie wprawi Was w dobry nastrój i będzie miłym początkiem rozpoczynających się Świąt:)

  2. Eliza F, pisze:

    Tak mamy Wigilię czyli imieniny Adama i Ewy a jak mi wiadomo to nasza Makówka to EWA…Bądż sobą ,rób co robisz z takim zaangażowaniem bo taką CIĘ kochamy i jest to z pożytkiem dla nas wszystkich ,że zdrowia i kondycji życzymy na tych wędrówkach to jasne ,dużo zdrowia i miłego PukPuk dnia

  3. miral59 pisze:

    Witaj Leno Delighted
    Twoje wspomnienia są piękne Approve
    Myślę, że w każdej rodzinie ta Wigilia wyglądała trochę inaczej… a to co łączy wszystkie, to pierwsza gwiazdka, choinka i kolędy…
    My też ubieraliśmy choinkę w dzień Wigilii… biały obrus, wyprasowany „na listek”, sianko pod opłatkiem…
    U nas rygor postu był większy. Do przyrządzania potraw nie używaliśmy ani jajek, ani mleka, ani masła… a co za tym idzie, nie było też majonezu Pleasure

    • Lena Sadowska pisze:

      Dobry wieczór, Miralko:)

      Dziękuję. Miło mi, że przypadły Ci do gustu:)

      Myślę, że nawet w rodzinie zdarzają się rozbieżności okołoświąteczne.
      U nas też wiele zależało od tego, u kogo spędzamy ten czas.
      W moim domu kolacja wigilijna kończyła czas ścisłego postu. Nie jedliśmy mięsa, ale jajka i mleko były dozwolone.
      U ciotecznych Babek było dużo bardziej restrykcyjnie, choć także pięknie:)
      Ale i tak najważniejsza była atmosfera:)

      Pozdrawiam:)

  4. miral59 pisze:

    Chciałabym życzyć wszystkim Wyspiarzom przede wszystkim zdrowych świąt… jak ono jest, wszystko inne się spełni Happy

  5. miral59 pisze:

    A naszej Ewie, serdeczne życzenia imieninowe zkwiatkiem
    Obyś zawsze tryskała energią i dobrym humorem!!! kiss_a_heart

  6. Bożena pisze:

    Dzień dobry Delighted Wigilia, to dopiero wieczorem. Od rana chcę złożyć życzenia naszej kochanej Ewie…
    Ewuniu kochana, Maczku nasz najmilszy, żyj długo i szczęśliwie. niech się spełnią wszystkie Twoje marzenia. Roses Serducho

  7. Tetryk56 pisze:

    Witajcie!
    Skromny bukiecik Bukiet i gorący buziak Buziak1 dla Ewy. Zdrowia, i dużo satysfakcji z życia w ogóle, a z Wyspy w szczególności! Happy

  8. Max pisze:

    Dzień dobry 🙂 Piękny , dokładny , wręcz podręcznikowy opis wydarzeń związanych z Wigilią . Dziękuję Leno . Od siebie dorzucę , że w moim dzieciństwie wystrój choinki był trochę inny . Na choince były świeczki , sztuczne ognie uwielbiane przez dzieciarnię i kolorowe cukierki . Były też ręcznie robione łańcuchy i aluminiowy zych . Oczywiście różne ozdoby choinkowe ,a nawet kolorowe ciasteczka . Jest co wspominać . Jeszcze raz dziękuję 🙂 Bukiet

    • Bożena pisze:

      To tak jak u mnie. Ale choinkę ubieraliśmy dopiero w Wigilię.

    • Lena Sadowska pisze:

      Witaj, Maksiu:)

      Dziękuję:)

      Cieszę się, że udało mi się przywołać także Twoje miłe wspomnienia.
      Nie wiem, niestety, czym jest „aluminiowy zych”, a chętnie bym się dowiedziała. To słowo kojarzy mi się m.in. z pseudonimem St. Żeromskiego:)

      Pozdrawiam:)

      • Max pisze:

        Na choinkach wieszano figurki aniołów , a zych to była imitacja włosów anielskich . Takie loczki , aluminiowe sprężynki odbijające światło świec .

        • Lena Sadowska pisze:

          Dziękuję, Maksiu.
          Nigdy nie miałam okazji czegoś takiego oglądać. Musiało dawać nieziemski efekt:) Świetlistego nimbu wokół głowy?
          Nasze aniołki były albo dmuchane albo malowane na dmuchanych bombkach:)

  9. Quackie pisze:

    Dzień dobry, bardzo pośpieszne. Jak się ogarnę ze wszystkim, napiszę trochę więcej.

  10. Makówka pisze:

    Kochani witam pośpiesznie!
    Dopiero teraz, gdyż zanim wstałam co chwilę ktoś dzwoni z życzeniami.

    Wchodzę na Wyspę, a tu już piękne, miłe sercu życzenia.
    Bardzo, bardzo miłe, bo ROZBUDOWANE, tzn.takie indywidualne, a nie skwitowane jednym zdaniem Wszystkiego Najlepszego.

    Uwierzcie mi, ale to bardzo dla mnie ważne i wzmacniające, cenne.

    Dziękuję Wam z całego serca mówi wzruszona Makówka. Przepraszam, że tak grupowo odpowiadam.

    I to wszystko pod takim pięknym opisem Wigilii. Pięknym, wzruszającym, pełnym ciepła i rodzinnej miłości. Czytając aż można się ogrzać tym ciepłem, przez chwilę poczuć tą małą dziewczynką wtuloną w rodziców.

    Leno wielkie brawa i podziękowania za TAKI wpis!

    • Lena Sadowska pisze:

      Dobry wieczór, Makówko:)

      I ode mnie przyjmij życzenia wszelkiej pomyślności. Zdrowia, szczęścia i mnóstwa materiału do kolejnych wyspowych pięterek:)

      Dziękuję.
      Lubię swoje wspomnienia, ciepło i miłość, które dostałam w dzieciństwie wiele razy pozwalały mi przetrwać trudniejsze chwile:)

      Pozdrawiam:)

  11. Ultra pisze:

    Makówkę otulam miłością, szczęściem, radością i zdrowiem. Niech do Twoich drzwi dziś zapukają i zostaną z Tobą na zawsze za to, że sprawiasz swoją osobą radość i wywołujesz pozytywną energię, wystarczy popatrzyć na Twój uśmiech, więc sto lat w zdrowiu życzę.

  12. Quackie pisze:

    Dzień dobry. Praca na dzisiaj skończona, ale w każdej chwili mogę zostać odwołany do przygotowań wigilijnych.

    Przeczytałem całość i jestem oczarowany, jak bardzo te święta mogą być podobne i niepodobne. U nas też była kapusta z kminkiem i pamiętam również Pierrota na obręczy, wieszanego na choince (ale innych bombek to już niekoniecznie, chyba że różnokolorowe „sople”, bardzo podobne do tych na zdjęciu). Ale mnóstwa innych potraw nie kojarzę (np. sosu do sałatki – znać wschodnie wpływy!).

    No i życzę wszystkim odporności na wirusy, bakterie i wszelkie zło, a do tego radości i spokoju wokół wigilijnego stołu!

    • Lena Sadowska pisze:

      Witaj, Quackie:)

      Dziękuje.

      Też kojarzę takie sople, choć nie na własnych choinkach:) I jeszcze imitację cytrusów w podobnej kolorystyce.

      Nie wiem, skąd przywędrowała do nas sałatka wigilijna, bo jadałam ją wyłącznie w domu i u ciotecznych Babć, ale podobną uraczyła mnie kiedyś koleżanka (z innym sosem) i ona nazywała to „kartofelnsalat”:)

      Myślę, że „smaczności” kompletnie nie przejmują się granicami i wpływami:)
      U jednej z kuzynek męża próbowałam kiedyś wielkanocnego żuru z krewetkami, a nikt mi nie wmówi, że krewetki od wieków zbierało się w polskich przydomowych kałużach:)

      Pozdrawiam:)

      • Quackie pisze:

        U nas dzisiaj barszcz i pierogi z kapustą i grzybami od sąsiadki, a reszta już „własna” (sałatka jarzynowa, a jakże, i jeszcze druga), łosoś pieczony i wędzony (karpia dzieci nie tkną), rolmopsy…

        • Lena Sadowska pisze:

          Ja zaraz biorę się za smażenie ryby, bo łazanki już zrobiłam:)
          Jesteśmy amatorami ryb we wszelkiej postaci, więc także w pierwszy i drugi dzień przedkładamy ją nad potrawy mięsne:)
          Mam taką w sosie pomidorowo-marchewkowym, łososia zapiekanego w panierce z chrzanu i pieczonego pstrąga:)
          Pół dnia walczyłam dziś z leszczami, które dostałam wczoraj od Brata, bo on wymyka się na ryby dzień przed Wigilią. Mówi, że z powodu tradycji, ale bratowa ma straszne podejrzenia, że po prostu nie chce mu się kroić warzyw do sałatek:)

  13. Ultra pisze:

    Leno, świat świąt widziany oczami dziecka zostaje z nami na zawsze. To są zapachy, smaki, barwy, dźwięki jakże inne od szarej codzienności. Ta krzątanina przy obfitości potraw, pomoc w lepieniu, czy ubieraniu zostaje w człowieku na zawsze i na szczęście.
    A duchówkę (taki ówczesny super nowoczesny piekarnik) miałam, wychodziły z niego wspaniałe ciasta i soczyste mięsiwo.

    • Lena Sadowska pisze:

      Witaj, Ultro:)

      Tak.
      Kim bylibyśmy bez naszych wspomnień.
      I naszych Bliskich, którzy poświęcali nam tyle uwagi i dawali tyle ciepła.

      Nasza „duchówka” była w węglowej płycie, więc też jak na tamte czasy, bardzo nowoczesna:) I – niezawodna. Także dzięki tym unoszącym się wokół walorom przedsmakowym:)

      Pozdrawiam:)

  14. Tetryk56 pisze:

    Zachęcam do zajrzenia do Bobika:
    https:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/www.blog-bobika.eu/?p=3526

  15. Wyimaginowany pisze:

    Dzień dobry. 🙂

    Moi mili, chciałbym Wam wszystkim życzyć zdrowych, pogodnych, pełnych zadumy oraz ciepła rodzinnego Świąt Bożego Narodzenia.
    Ewo, przyjmij ode mnie, najserdeczniejsze życzenia z racji imienin.
    Bukiet

    Niech Wam się Wszystkim jak najpiękniej darzy!

    • Lena Sadowska pisze:

      Dobry wieczór, Lordzie:)

      Zatem: „Przekażmy sobie znak, potem przyjdą dni powszednie…”:)

      Miło mi, że zajrzałeś.

      Pozdrawiam:)

    • Makówka pisze:

      Witaj Lordzie, miło Cię widzieć!

      Bardzo, bardzo dziękuję za życzenia Imieninowe i kwiatki.

  16. Eliza F, pisze:

    Dzięki Lordzie W ,serdeczności odwzajemniamy i życzymy zdrowych i spokojnych Świąt i oby nadchodzący Nowy Rok był dla nas szczęśliwszy od tego co mija kiss_a_heart

  17. Bożena pisze:

    Cieszę się Lordzie W, że się wreszcie pokazałeś. Tobie też życzę pięknych Świąt, ale przede wszystkim zdrowia Buziaczki

    • Wyimaginowany pisze:

      Wygodnie mi Bożenko w tych moich krzakach. Dziś zaś taki dzień, że trudno zeń nie wyjść. „Tylko jeden w całym roku, taki dzień”. 🙂

      • Bożena pisze:

        Masz rację, taki dzień jest tylko jeden w roku.też. Ale inne też bywają piękne, choćby wielkanocny, czy bliżej, noworoczny. Wyjdziesz wtedy z krzaków? Please

  18. Wyimaginowany pisze:

    Dziś, jako iż moje święta wyglądają tak a nie inaczej, czyli nie wyglądają, postanowiłem je spędzić tutaj, na Wyspie. Tak trochę muzycznie, w formie cytatów. Jeden z nich już mną, taki w sam raz na dzisiejszy czas podziałów.

    Skoro rzecz o wracaniu, „w tamte lata” i ponowne stawanie się dzieckiem. Nigdy nie byłem ani fanem tego utworu ani jakoś go szczególnie nie odsłuchiwałem lecz nie wiedzieć czemu, chodził on mną przez ostatni tydzień i nie jest to na pewno efekt „świątecznego nastroju”. I nie padał śnieg a deszcz, tak jak teraz….

    No i nie jest to akurat cytat…

  19. Quackie pisze:

    No wiecie co, aż musiałem się zdrzemnąć po wieczerzy.

  20. Wyimaginowany pisze:

    Wspominając o cytatach muzycznych, miałem na myśli osoby, które z nami są lecz tylko z sobie znanych powodów nie odzywają się lub te, których już z nami nie ma. Kolejny cytat, z niemalże każdego świątecznego pięterka, w tym wypadku z roku 2015. Dla wszystkich tych, których tak bardzo brakuje… w tym roku także dla mojej mamy.

  21. Wyimaginowany pisze:

    Była mowa o takim jednym dniu, więc ze spaceru w czasie przynoszę kolejny cytat, od Gospodyni tym razem. Tu YT mi nie ułatwiło zadania, pokasowało i trzeba było się nachodzić co by coś zacytować…

  22. Alla pisze:

    Dobry wieczór. Nie, nie zapomniałam o SzanPaństwie… tylko jakoś tak… Dobra, innym razem…
    Zdrowych, spokojnych Świąt i tej dziecięcej radości Kochani z serca wszystkim życzę kiss_a_heart

  23. Alla pisze:

    Ewuniu przyjmij również ode mnie imieninowe – zdrowia, zdrowia przede wszystkim Serducho Rose

  24. Tetryk56 pisze:

    Po wieczerzy dotarłem do domu. Jeszcze tylko herbata i klapnę…

  25. Bożena pisze:

    Ja już się pożegnam. Dobranoc lulu

  26. Wyimaginowany pisze:

    Nadchodzi noc, więc co by zdążyć przed dobranocą, wpire będzie ta cicha, na wschodni ą modłę… I tak, to już ostatni muzyczny cytat, pewnie ktoś pomyśli : w końcu ! Ale co mi tam…

    No! To sobie „pograłem” świątecznie!
    Mam nadzieję, że zostanie mi wybaczone, jeszcze przed północą! Dziś, koniec końców, dzień dobroci dla ludzi.

    • Wyimaginowany pisze:

      Na koniec tego mojego „rozgadanego” wieczoru, muszę nieskromnie się Wam do czegoś przyznać. Mianowicie, wybrałem nam patronkę na przyszły rok. Zwolenników J. Przybory przepraszam i wiecie co ? To tak niechcący, co złego to nie ja ! 🙂

    • Tetryk56 pisze:

      Hej, przyjacielu, to trzeba było aż dnia dobroci dla ludzi, żebyś był tak dobry i się nam pokazał? 😉

      • Wyimaginowany pisze:

        Nie no, to ja postanowiłem ten dzień egoistycznie wykorzystać! Wylazłem z krzaków, jak każdy zasiadł do stołu i pod pozorem pełnienia straży przy Waszej nieobecności, rozbisurmaniłem się i co nieco nabałaganiłem, ślepo wierząc iż mi zostanie to zapomniane. Leno , przepraszam ! Happy-Grin

        • Makówka pisze:

          Ależ my chcemy, abyś wyłaził z krzaków, bisurmanił i bałaganił!

          I nie tylko w Wigilię!

          Please

        • Lena Sadowska pisze:

          Ależ, Lordzie, nie ma za co:)
          Po pierwsze – Wigilia po to jest (i Wyspa też, jak twierdzi Makówka), by Duszki wychodziły spod świerczków, jałowczyków i sosenek. Zwłaszcza te dobre:)

          Po drugie – bardzo mi miło, że wspomogłeś mnie, gdy dzień upływał mi pod znakiem maku i łusek – i dziękuję za to:)

          Po trzecie – cieszę się, że Agnieszka Osiecka (zaproponowana przeze mnie trochę żartem jako przeciwwaga dla Jeremiego Przybory) została patronką:) Starszy Pan jest świetnym tekściarzem, ale – bez urazy – nieco mono-stylistycznym:)

          • Wyimaginowany pisze:

            Uff, to dobrze, że nie jesteś zła za to muzykowanie. 🙂
            Co do głosowania, to mój drugi głos był na naszą wspólną propozycję, tyle że przez Ciebie tu wyrażoną czyli H. Poświatowską. 🙂
            W sumie, jakby nie było to i tak było by dobrze! 🙂

            • Lena Sadowska pisze:

              Nigdy nie jestem zła za muzykowanie:) Wręcz przeciwnie, sama wrzucałabym więcej na Wyspę, ale umiem tylko te zielone linki wstawiać i jest mi głupio nadużywać uprzejmości Tetryka (jak się domyślam), który musi te moje fuszerki poprawiać:)

              Moją drugą opcją była Wisia Szymborysia:) Lubię jej dystans i celność poetyckich skojarzeń:)

    • Lena Sadowska pisze:

      Nie wiem, czy zdążę przed dobranocką, ale też pozwolę sobie wziąć udział w tym muzycznym dialogu:

  27. Makówka pisze:

    Już po Wigilii. Syn zbiera się do domu. Więc mogłam (wreszcie uff!) sobie klapnąć i zajrzeć na Wyspę i zaraz biegnę po schodkach w górę.

  28. Quackie pisze:

    Tyle pięknej muzyki dzisiaj na Wyspie. I jak tu dobranockę sensownie zapodać?

    No to będzie żwawa, jak nie dobranocka Wink

    Ale za to a capella.

    Snów spalających kalorie!

  29. Makówka pisze:

    Póki jeszcze Wigilia trwa spróbuję zastanowić się, jakie były moje Wigilie?
    Nie mam tak pięknych wspomnień jak Lena. Tej atmosfery od rana, gdyż dla moich rodziców Wigilia była normalnym dniem pracy.

    Potem gdy byłam mężatką i „matką dzieciom” to też Wigilia była normalnym dniem pracy, jedynie czasami trochę krótszym.

    Z takich nietypowych Wigilii pamiętam przygotowywanie do kolacji przy awarii wody. Woda w kranie będzie, ale…po Świętach! Zabawnie było, bo dzieci były na tyle małe, że …

    Długo też zapamiętamy pewne Święta kiedy plan był taki, że Wigilia u nas z moimi rodzicami, a w pierwszy Dzień Świąt my jedziemy do teściów, a moi rodzice do Bukowiny na narty.

    Ujechaliśmy gdzieś do Słomnik i podróż zakończyliśmy kołami do góry na drzewie.

    W domu nie było nic do jedzenia, bo po co? Nawet chleba. Moich rodziców już w Krakowie nie było.

    Ja uważałam, że skoro wszyscy żyjemy to należy się cieszyć. Mój mąż był innego zdania i chodził naburmuszony.

    Albo Wigilia zaplanowana u moich rodziców i rano jeden z dzieciaków -wysoka temperatura i rodzice przyjechali z tobołami z garami. Od tego momentu już zawsze Wigilia była u nas.

    • Quackie pisze:

      A, gorączka w Wigilię to w mojej rodzinie normalka była. Zwykle z ekscytacji i nerwów.

    • Lena Sadowska pisze:

      Moja rodzina jest wielokulturowa, więc sposobów na obchodzenie różnych świąt w niej nie brakowało:)
      Kiedyś myślałam, że u każdego tak jest – co dom, to inne zwyczaje:) Teraz wiem, że miałam szczęście móc poznać tyle różnorodnych tradycji. To mnie chyba ukształtowało – ta wielokulturowość, niewielu zwyczajom się dziwię.
      Pamiętam taką wigilię w jednym z bardzo egzotycznych krajów, gdy zamiast choinki mieliśmy maleńki figowiec, który rdzenni mieszkańcy (gdy już zrozumieli, jakie to dla nas ważne) przystrajali ozdobami zdjętymi z własnych ciał:)
      Moi rodzice mieli wolne zawody, więc było nieco łatwiej z okazjonalnym niepójściem do pracy.

      • Quackie pisze:

        Brzmi niebywale (z tym figowcem).

        • Lena Sadowska pisze:

          To była mała społeczność, w której wciąż żyła tradycja pewnej „magiczności sposobów myślenia”:) Zdumiewający był ich szacunek dla naszej inności. W żaden sposób nie ingerowali w nasze obyczaje, nie narzucali własnego sposobu postrzegania świata, wręcz przeciwnie – uznawali, że ktoś może „inaczej”. Chyba po prostu nie czuli się zagrożeni, nie znali presji „lepszych wiar”, więc byli ciekawi, życzliwi i otwarci na inności:)

          • Makówka pisze:

            Pięknie! Żeby tak wszyscy ludzie na całym świecie tak umieli i chcieli! Przecież to takie proste -kultywować własną tradycję, z ciekawością przyglądać się „inności”.

            • miral59 pisze:

              Też uważam, że to piękne Approve I takie prawdziwe. Moim zdaniem nie ma „lepszych wiar”… każda z nich jest dobra, o ile ludzie potrafią żyć w zgodzie z innymi i nie narzucać nikomu swojej Pleasure
              Każda inność powinna budzić ciekawość i życzliwość. Chęć poznania innych kultur, innych tradycji jest przecież pasjonująca. Trudno sobie wyobrazić jak nudny byłby świat, żeby wszyscy byli jednakowi i tak samo myśleli… Conceited

              • Lena Sadowska pisze:

                To były czasy przed- albo mikro-internetowe, a ja byłam jeszcze wtedy „małym chłopcem, hej!”:)
                Chyba niezbyt często wtedy pojawiały się w tamtej okolicy białoskóre dzieci, bo na początku byłam nieustannie dotykana przez rówieśników, zdarzało się też, że młodsze dzieciaki próbowały mnie polizać:) Ale największe zainteresowanie wzbudzały moje włosy, długie i w dość niespotykanym nawet w europejskich krajach kolorze:)

  30. Tetryk56 pisze:

    Kochani, zapalam lampkę – może choć dziś przywabi Wiedźminkę?
    Rozmowa się tu pięknie rozwija, a ja – niestety – padam na nos 🙁
    Dobranoc!

  31. Makówka pisze:

    DOBRANOC !

  32. Quackie pisze:

    Umykam, bo to prawie pierwsza już!

  33. Lena Sadowska pisze:

    Makowy czarodziej sypnął swoim pyłkiem i uśpił Wyspiarzy, więc i ja się pożegnam: dobranoc, Wyspo:)

  34. Wyimaginowany pisze:

    Skoro wszyscy, to wszyscy ! Dobranoc, Wyspo ! 🙂

  35. Bożena pisze:

    Dzień dobry Delighted No to mamy Święto…

  36. Quackie pisze:

    Dzień dobry. Pospałem sobie doprawdy świątecznie!

    • Bożena pisze:

      Ja też. Nie pamiętam kiedy wstałam o siódmej.

      • Quackie pisze:

        W sumie, jak policzyć, ile oboje śpimy, to nie wychodzi aż taka duża różnica, Ty po prostu wcześniej się kładziesz i wcześniej wstajesz.

        • Bożena pisze:

          Takie przyzwyczajenie z czasów gdy na siódmą chodziłam do pracy.

          • Quackie pisze:

            Och, kiedyś dojeżdżałem do Straszyna trzydzieści parę km od Gdyni, jak nie dało się zorganizować transportu czyimś prywatnym samochodem, to dojazd komunikacją publiczną był męką i trwał wieki (SKM do Gdańska Głównego 35 minut, a potem autobus, jeżeli podjechał i dało się wsiąść, tak ze 40 minut, ale przy korkach – dłużej), jak policzyć dojścia i przesiadki, wychodziły ze 2 godziny jak nic.

            • Bożena pisze:

              Ja miałam lepiej, zakład pracy miałam za płotem…

              • Quackie pisze:

                Ha, no to ja zasadniczo teraz mam… w drugim pokoju Wink1

                • Lena Sadowska pisze:

                  Dobry wieczór:)

                  Mój najdłuższy dojazd do pracy trwał około trzydziestu dwóch godzin:)

                • Lena Sadowska pisze:

                  A najgorsza praca to ta, którą kończyłam o północy, a zaczynałam o czwartej rano tego samego dnia, z godzinną przerwą od szesnastej do siedemnastej. Nie miałam wolnych weekendów i wytrzymałam tam pięć miesięcy:)

                • Quackie pisze:

                  Och! Przepraszam najmocniej, co to za praca? Bo kojarzy mi się z jakimś, tfu, niewolnictwem?!

                • Lena Sadowska pisze:

                  Legalna…
                  Na papierze wyglądała inaczej.
                  Pojechałam jako psycholog do pewnej placówki dla osób z problemami, a robiłam wszystko, bo brakowało personelu…
                  Podpisałam umowę na pół roku, więc i tak mi się udało…

                • Quackie pisze:

                  No to podpisałaś nie żadną umowę, a cyrograf Worry to naprawdę dobrze, że już się skończyło.

                • Lena Sadowska pisze:

                  Tak.
                  Byłam wtedy w dość trudnej sytuacji (nazywam ten okres „czarną dziurą”), a pracodawca szantażował mnie utratą wynagrodzenia.
                  Nie o to chodzi, że migałam się od pracy. Po prostu fizycznie nie dawałam rady, a jestem dość wytrzymała na niedobory snu.

                • Tetryk56 pisze:

                  To widać choćby po godzinie tego komentarza! 🙂

              • Lena Sadowska pisze:

                Wczoraj po rozmowach wzięłam jeszcze regeneracyjną, waniliowo-migdałową kąpiel, a gorąca woda odpędza ode mnie senność:)
                Nie potrzebuję dużo snu, ale dwie-trzy godziny na dobę to było stanowczo za mało.

            • Makówka pisze:

              Mimo że zawsze mieszkałam i pracowałam w Krakowie to jednak dojazd + dojście zajmował mi zazwyczaj około godziny, czyli w dniu dwie godziny stracone.

              A bywało i tak, że najpóźniej o 6.30 byłam już w pracy (ruchomy czas pracy, ale im wcześniej przyjdę, tym wcześniej pójdę po dzieci do żłobka/przedszkola/szkoły).

              • Quackie pisze:

                Zdaje się, że już kiedyś o tym pisałem – tak robili moi Rodzice: jedno wychodziło do pracy wcześniej i wcześniej przychodziło (więc np. po drodze odbierało dzieci z przedszkola), a drugie – później (więc np. odstawiało dzieci do przedszkola), ale i później wracało.

                • Makówka pisze:

                  Również podobnie „wymienialiśmy się dziećmi” w wakacje, aby dzieciaki były więcej poza miastem.
                  Natomiast moi rodzice mieli dobrze, bo wynajmowali dom w Rabce-Zaryte, tam przyjeżdżali moi dziadkowie i spędzali ze mną lato.
                  Rodzice pracowali, a w ramach urlopu wojażowali nad ciepłe morza.
                  Gdy dorosłam zabierali mnie ze sobą na te wojaże namiotowe.

  37. Tetryk56 pisze:

    Witajcie!
    Nie uwierzycie, ale wstałem już chwile temu, zjadłem spokojne, długie, leniwe świąteczne śniadanko… Delicious Pleasure

    • Quackie pisze:

      Masz rację, nie wierzę! Wink1

    • Makówka pisze:

      A ja wstałam „już chwilę temu”, no może jakieś 15 minut temu.
      Poszłam zrobić prysznic, patrzę na komórkę -syn dzwonił „jakie plany, bo wiesz ja dopiero wstałem”.
      „A ja jakieś 15 minut temu” odpowiadam.

      Więc spokojne śniadanko to JUŻ, JUŻ się zabieram.

      Słońca nie ma, nie ma gdzie się śpieszyć.

  38. Tetryk56 pisze:

    Znaleziona u Knezia kolęda specjalnie dla Miralki:

  39. Zocha pisze:

    Cicha noc w gronie przyjaciól wypełniona wspomnieniami dzieciństwa za nami, zaczarowany czas mimo trosk codziennych. Życzę Wam radosnego świętowania w zdrowiu – mimo wszystko…

  40. miral59 pisze:

    Świąteczne dzień dobry Happy-Grin
    Miałam co poczytać Delighted
    Szczególnie, że pojawiły się dawno niewidziane osoby Pleasure
    U mnie zrobiło się zimno. Przez całą poprzednią noc wiało wietrzysko i to takie, że myślałam, że nam dach poleci. Nie poleciał Pleasure Ale temperatura spadła z +10C na -10C (i to w dzień!) Amazed Nawet zaczął sypać drobny śnieg. Już myślałam, że Gwiazdka będzie biała… ale zanim trochę napadało – przestało.

    • Makówka pisze:

      Plus 4 stopnie, szaro buro, mżawka przechodzi w brak mżawki.
      Krótkie wyjście na balkon i stwierdzenie, że na zewnątrz panuje wilgotny ziąb = świąteczne gnicie w ciepełku.
      Rozmawiałam ze starszym synem. Jak zadzwoniłam, akurat spacerował.
      Więc uznałam, że dziś rodzinny limit spacerowania będzie zrealizowany.

      • miral59 pisze:

        U mnie nadal zimno, ale jaka będzie pogoda, to na 100% nie wiem. Za oknem jeszcze dość ciemno… dochodzi 7, więc do wschodu słońca jeszcze trochę brakuje Pleasure
        Jakoś tak się przyzwyczailiśmy, że wstajemy długo przed wschodem… jak pośpię do 6, to wydaje mi się, że spałam prawie do południa Wink Normalnie wstajemy między 4 a 4:30. Bez budzika. I nie ma znaczenia, czy idziemy do pracy, czy nie Delighted

  41. miral59 pisze:

    Wigilia minęła nam w spokoju, bez normalnej krzątaniny i doszłam do wniosku, że tak lubię najbardziej Pleasure
    Było miło, choć trochę smutno… to był pierwszy rok, kiedy na Wigilii byliśmy tylko we dwoje. Powspominaliśmy stare dzieje, kiedy nasz dom pełen był dziecięcego śmiechu i tej niekłamanej radości…
    Dziś wybieramy się na wycieczkę… jak zwykle nie mamy sprecyzowanych planów – zobaczymy co wyjdzie. Ma być słonecznie, choć zimno. Tym się nie przejmuję, bo przecież mamy ciepłe kurtki – słońce jest najważniejsze Pleasure

  42. Bożena pisze:

    No i jestem, wróciłam z gościny u dzieci. Było miło, ale najlepiej w domu Happy

  43. Tetryk56 pisze:

    A my dopiero za godzinkę wybywamy do rodziny…

    • Makówka pisze:

      A ja (chyba?) za chwilę wybywam na …spacer.
      Przestało siąpić? Nieeee! Ale mania spacerów to jak widać choroba nieuleczalna i DZIEDZICZNA.
      Dziecko mi wmawia, że ta pogoda nie jest AŻ TAK ZŁA.

  44. Quackie pisze:

    A tutaj panuje całkowita anarchia, każdy robi, co chce, nigdzie się nie wybieramy, chyba jest fajnie, bo nikt się nie skarży.

    • Bożena pisze:

      I tak jest chyba najlepiej.

    • Makówka pisze:

      W tej chwili też u mnie zajęcia „w podgrupach”-każdy w swoim pokoju.
      Mąż przed laptopem w jednym pokoju, syn w komórce sprawdza warunki narciarskie w innym pokoju, ja w trzecim pokoju kukam na Wyspę i objadam się ciastami.

      Myślałam, że oprócz paskudnej pogody przekonam dziecko, że robi się już ciemno, ale „na wszelki wypadek” zrobiłam herbatę do termosu.

  45. Zocha pisze:

    W górach mimo braku słońca świątecznie się bieli, zostawię więc trochę zimy na Wyspie…

  46. Wyimaginowany pisze:

    Dzień dobry pod wieczór. 🙂

    Śnieg w górach a może góry w śniegu? I nikt jeszcze dobranocki w oryginale nie wstawił ? To ja, wstawię ! 🙂

  47. Makówka pisze:

    Pozdrawiam z Kalwarii Zebrzydowskiej.Zimno.Herbata się przydaje.

  48. Lena Sadowska pisze:

    Dobry wieczór, Wyspo:)

    Nie spisuję się jako gospodyni, ale los płata czasem psikusy:)
    Myślałam, że z powodu obostrzeń nikt nie zdecyduje się na odwiedziny.
    Pomyliłam się:)

    Ale myślę, że to już długo nie potrwa:)

    Zatem – póki co – wszystkiego najlepszego z okazji Świąt Bożego Narodzenia:):

    • Quackie pisze:

      A to piękne jest Pleasure No i szacunek, że tak w biegu zsynchronizowali.

      Co ciekawe, w pewnym momencie pani w prawym dolnym rogu mija policjantów – i nic a nic się nie czepiają, ze bez maseczki i jeszcze śpiewa, a przecież przy śpiewaniu się bardzo rozsiewa drobnoustroje Amazed

      • Wyimaginowany pisze:

        Może dlatego Mistrzu, że zostało to nagrane kilka lat temu, kto wie ? Thinking

        • Bożena pisze:

          Masz rację, nawet przechodnie nie mają maseczek Wink1

        • Quackie pisze:

          Aaa, i TU MNIE MASZ! Happy-Grin

          • Wyimaginowany pisze:

            Niestety, to tylko pokazuje, jak ta pandemia wchodzi nam w krew. I jak poprzez jej pryzmat, zaczynamy oceniać otaczającą nas rzeczywistość. Miejmy nadzieję, że już niedługo ! Wykonanie ? Jest świetne, to fakt. 🙂

            • Quackie pisze:

              To prawda. Oglądam filmy, seriale i łapię się na tym, że to wygląda dziwnie – masa ludzi w jednym pomieszczeniu i bez maseczek, no jak to, przecież się pozarażają.

              • Lena Sadowska pisze:

                W moim przypadku maseczka to kara za jakieś grzechy z poprzednich wcieleń:) Bo ja umiem oddychać tylko przez nos:)

                • Makówka pisze:

                  Ja po 10 minutach w maseczce się duszę i robi mi się słabo. Dlatego używam przyłbicy.

                • Lena Sadowska pisze:

                  Ja staram się dbać także o bliźnich, więc w miejscach bardzo publicznych charczę w maseczce;)

              • Makówka pisze:

                Ja w miejscach publicznych, autobusie, tramwaju, w sklepie, na ulicy itd. zawsze mam przyłbicę.
                Jak jadę z kimś autem -również. Oczywiście oprócz sytuacji gdy jadę tylko z synem.
                Na wycieczkach gdy przechodzimy przez wioski lub miasteczka -też mamy usta i nos zakryte. Dopiero w lesie -zdejmujemy.

      • Lena Sadowska pisze:

        Tak. Accantus to jedno z lepszych studiów parających się muzyką.
        Znalazłam ich przypadkiem, gdy chciałam sobie przypomnieć jedną z piosenek spektaklu muzycznego „Notre Dame”.

        Tę, konkretnie:

        Nie świąteczna, ale – przepięknie zaśpiewana:)

        • Lena Sadowska pisze:

          Ze świetnym tłumaczeniem.
          I ta nasza śliczniutka, „słowiańska” Esmeralda:) Taka słodka i niewinna:)

          • Tetryk56 pisze:

            Esmeralda widziana oczami (wyobraźni?) zakochanego mężczyzny…
            A zaśpiewane zaiste pięknie.

            • Lena Sadowska pisze:

              Nie pokpiwam, choć Hugowska Esmeralda była Cyganką:)
              Miałam okazję być na tym musicalu w Moskwie w 2002 roku. Niezapomniane przeżycie:)

  49. Quackie pisze:

    Dobranocka.

    Dzisiaj taki duet na dobranoc, z evergreenem. Tę panią śledzę (bez przesady) od pewnego czasu i każde jej nagranie potwierdza moją o niej opinię. Że znakomita, oczywiście.

    Snów z dobrą opinią.

  50. Tetryk56 pisze:

    Dopiero wróciłem, a tu tyle dobrej muzyki czeka! Pleasure

    • Makówka pisze:

      Ja wróciłam chwilę temu, ale dopiero teraz miałam czas kuknąć na Wyspę.

      Połaziliśmy po Kalwarii Zebrzydowskiej, potem jeszcze odwiedziliśmy Mogilany. Oba miejsca dobrze znane, ale chodziło o to, aby się poruszać.

      Było chłodno, ale bodaj nie padało.

      Potem szybko rozgrzewanie się- rosołek/barszczyk. A następnie? -cóż to już było obżeranie się.

      I niestety jeszcze dużo zostało, a tymczasem może być mróz i to, co było w garach na balkonie trzeba było jakoś przekładać i układać w lodówce.

  51. Tetryk56 pisze:

    Nawiązując do wzmiankowanego wyżej stanu przejedzenia, przyznaję, że jednym z jego objawów jest senność. Wobec nasilenia się tych objawów zmuszony jestem chyżo popełznąć ku łożu spokojnego trawienia. Może o jedenastej nad ranem będę żwawszy…
    Dobranoc!

    • Makówka pisze:

      Otóż to!
      Czuję się bardzo śpiąca, a umówiłam się na rozmowę na WhatsApp ze znanymi już na Wyspie z moich wpisów siostrami Ewą i Danką.

      Uznałam, że jestem tak wyspana, że północ to dobra godzina.

      Nie przewidziałam skutków stanu przejedzenia!

  52. Quackie pisze:

    To ja jeszcze wrzucę a propos tematu:

  53. Quackie pisze:

    A ja sie odtaczam od komputera już. Może do spania. A może jeszcze coś drobnego przekąszę…

    Dobranoc.

  54. Makówka pisze:

    W tej chwili skończyłam rozmawiać na WhatsApp.
    W momencie gdy skończyłam pisać o skutkach przejedzenia zadzwoniła Danka.
    Natychmiast przestało mi się chcieć spać, gdy zaczęłyśmy gadać.
    Było i smutno (wspomnienia o tych, których już nie ma wśród nas) i wspomnieniowo i baaardzo wesoło. Potem dołączyła Ewa.

    Okazało się, że śmiech działa lepiej niż kawa, herbata itd.
    Dwie godziny rozmowy cuda działa -tyle doładowanej energii.

  55. Makówka pisze:

    DOBRANOC !

    lulu

  56. Lena Sadowska pisze:

    Do czwartej integrowałam się z Rodziną online:)
    Ma to wiele dobrych stron, a jedną z nich jest ta, że doczekałam sypiącego za oknem śniegu:)

    Ukojona jego delikatnym skrzypieniem, mówię Wyspie dobranoc:)

  57. miral59 pisze:

    A ja rozmawiałam ze swoimi dziećmi na Skype Delighted
    I doszłam do wniosku, że świat jest piękny Pleasure
    Co prawda śniegu u nas nie ma, ale i tak radość mnie rozpiera Delighted
    Syn już zdrowy, córka nadal zdrowa i czego więcej do szczęścia potrzeba? Delighted

  58. miral59 pisze:

    Na wycieczce byliśmy i było cudnie Approve
    Co prawda śniegu jak na lekarstwo, ale to nie ma znaczenia. Ważne, że pochodziliśmy trochę w tym mroźnym powietrzu, poznaliśmy nowe tereny nad Lake Michigan… czy wybierzemy się tam inną porą – nie wiem, ale latem musi być tam ciekawie Delighted

  59. miral59 pisze:

    Dodam jeszcze, że mąż wcale nie chciał nigdzie jechać. Jak mi powiedział – jest zimno i aparat będzie mu zamarzał. Jakoś mnie to nie przekonało. To ostatni w tym roku słoneczny dzień… według prognoz, potem już tylko deszcz, śnieg i chmury Weary
    Powiedziałam mu, że nie mam zamiaru spędzić tych wszystkich wolnych dni w domu, bo dostanę klaustrofobii Wink
    Przy okazji zmusiłam go do nałożenia zimowej kurtki, z czego potem był zadowolony. Kurtka ma kaptur, co przy silnym i mroźnym wietrze było bardzo pomocne Pleasure

  60. Bożena pisze:

    Dzień dobry Delighted To już drugi dzień świąt, potem trzeci, potem…

  61. Tetryk56 pisze:

    Witajcie!
    Kawka to całkiem dobry pomysł. Proponuję ciasteczka do kawy…

  62. Makówka pisze:

    Witajcie!

    Poproszę herbatę od Gieni, a od Tetryka -bułeczkę i makownik.

    • Lena Sadowska pisze:

      Witaj, Makówko:)

      „Makownik” – jak ładnie:)

      My mieliśmy makiełki. Ale różniły się od tych śląskich: to były takie drożdżowe „lizaki” na patyczku, maczane po upieczeniu w mleku makowym i dawane maleństwom zamiast smoczka, by spały:)
      I – makuchy, racuchy z rzadkiego drożdżowego ciasta z makiem, wlewane łyżką na gorący tłuszcz, puste w środku i sękate z wierzchu, bardzo słodkie i bardzo tłuste:)

  63. Makówka pisze:

    Życzę miłego świętowania i znikam „na chwilę”.

    Odezwę się jak wrócę…

    Paaaaaaaaaaaa

  64. Quackie pisze:

    Ostrożne dzień dobry, właśnie wstałem. Tak to dawno nie było.

  65. Lena Sadowska pisze:

    Gnuśne, jak na razie, dzień dobry:)

  66. Makówka pisze:

    A ja widzę śnieg!

  67. Max pisze:

    Dzień dobry 🙂 Człowiek ma taką naturę , że zawsze za czymś tęskni . Wielu z Nas pamięta jak to było dawniej w słusznie minionym okresie ze śledziami . Polska nad morzem stała , miała bogatą flotę rybacką łowiącą nawet na morzu Barentsa , a o śledzia na wigilię toczyło się boje . Żeby na wigilię było chociaż po śledziu na łebka pracowników , było to marzenie . Nawet w restauracjach zdarzało się , że np. w sałatce śledziowej nie było nawet ości po śledziu , a śledż po japońsku miał tylko jajko z majonezem . Śledzie po prostu ginęły po drodze do restauracji Dzisiaj nie ma floty rybackiej , a śledzi do wyboru i koloru . Nie zatem co tęsknić za tym czasem bez śledzia , podstawową przekąską , kiedy pijemy za nasze zdrowie . Świąteczne , na zdrowie !!! Cheers Cheers Cheers

    • Quackie pisze:

      Dzień dobry. No to już nie wiem, która sytuacja lepsza. Chyba jednak nie mieć floty, a mieć śledzie? Thinking Oraz mam takie wrażenie, że kiedyś te śledzie były lepsze, jedliśmy rolmopsy w Wigilię i kudy im do takich sprzed choćby 20 lat. Albo to trzeba wiedzieć, jakiej marki kupować.

      • Max pisze:

        Grymasy ludzkie , rzecz normalna . Nasze marzenia też są różne . Wędkarz który złowił złotą rybkę , kiedy rybka spełniła jego dwa życzenia zamieniając w potoku i jeziorku wodę na wódę , to na trzecie życzenie powiedział : A , postaw jeszcze pół litra i cię wypuszczę ! Thinking

  68. Jo pisze:

    Wesołych i szczęśliwego.

  69. Makówka pisze:

    Wzajemnie,witaj Jo!

    Koniec jazdy,uff łatwo nie było,ale cali jesteśmy.

  70. Zocha pisze:

    Urosło już całkiem, całkiem… podglądnijmy więc inne świąteczne zwyczaje – zapraszam.

    • Lena Sadowska pisze:

      Witaj, Zocho:)

      Pożegnam się u siebie i popędzę (czytaj: poturlam się przejedzona) na Twoje pięterko:)

  71. Bożena pisze:

    Byłam na nowym piętrze, zostawiłam tam swój ślad, ale jeszcze tu pożegnam się przed nocą.
    Dobranoc… Spanko

  72. Quackie pisze:

    Dobranocka.

    Skoro święta, to dzisiaj na dobranockę pan Czajkowski, z „Dziadka do orzechów” (który, jak wiadomo, również dzieje się w święta) – Taniec cukrowej wróżki.

    Snów wróżebnych, niekoniecznie cukier musi wróżyć.

  73. Tetryk56 pisze:

    Choć jeszcze chwilę przy komputerze, zapale już tu lampkę, aby jeszcze migotała pod choinką ze wspomnień Leny…

    • Makówka pisze:

      Ja też jeszcze trochę nie idę spać, ale zbyt długo nie posiedzę, bo jutro trzeba rano wstać.

      Trza korzystać, póki wolno.

  74. Lena Sadowska pisze:

    Czas wspólnego zasiadania przy wirtualnym stole dobiega końca. Miło było mi Was gościć na tym pięterku.
    Dziękuję za tak sympatycznie spędzone Święta i biegnę do Zochy:)

    Pozdrawiam:)

Skomentuj Jo Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[+] Zaazulki ;)