Pomysł majowego wyjazdu do Pragi urodził się parę miesięcy temu, a dokładnie taką wycieczkę zaproponowali nam przyjaciele, państwo Jeżynkowie, którzy i tak wybierali się tam sami, a z nami mogli spędzić czas jeszcze milej, nie mówiąc już o rozłożeniu kosztów podróży na dwie pary. Tym razem oszczędzę Wyspiarzom szczegółów podróży – autostrada, ekspresówka, autostrada, droga krajowa, lokalna, ekspresówka, autostrada i już byliśmy w Pradze. W niedzielne popołudnie panowała tam tak piękna pogoda, że po błyskawicznym zakwaterowaniu w hotelach nie mogliśmy nie wybrać się na spacer. Od Placu Republiki niespiesznie dotarliśmy do Rynku Staromiejskiego. Co za miejsce! Nie wiadomo, gdzie patrzeć, bo z każdej strony coś kusi, błyszczy i domaga się podziwiania. Rozsądnym kompromisem jest zdjęcie z kilkoma planami, na którym widać wieże i część frontu Kościoła Najświętszej Marii Panny przed Tynem (związanego swego czasu z ruchem husyckim), kamieniczki przed tym kościołem, część Rynku, a bliżej Ratusz ze słynnym zegarem astronomicznym (coś tam właśnie remontują) i dalszym ciągiem kamienic, w tym wejściem do podziemi.

Stamtąd udaliśmy się uliczkami pełnymi turystów na zatłoczony wręcz most Karola (tu widok ku Staremu Miastu, po lewej kopuła kościoła św. Franciszka, w głębi barokowe Clementinum, na wprost wieża bramna). Chwilami zdawało nam się, że razem z nami na zwiedzanie Pragi wybrała się połowa Europy i Azji, ale nic dziwnego – piękna pogoda i widoki wręcz domagały się sfotografowania!

Poza architekturą samego mostu warto było spojrzeć i na Wełtawę. Poza znajdującym się na północ mostem Manesa zobaczyliśmy całe stado statków wycieczkowych, ustawiających się już ku śluzie w pobliżu mostu Legii (na południe od mostu Karola), a w tle – zieleń parków pod Hradczanami.

Po drugiej stronie Wełtawy znajduje się jeszcze więcej zabytków – dzielnica Mała Strana, Hradczany, Wyszehrad… zwiedzać, zwiedzać, zwiedzać, tyle że po pewnym czasie nogi protestują (zwłaszcza po niedawnych przejściach z Wielką Stopą). Ruszyliśmy uliczkami Małej Strany, aż doszliśmy do słynnej ściany Johna Lennona, w latach 80’ XX wieku będącej centrum praskiej kontrkultury. Dzisiaj to już bardziej atrakcja dla turystów, ale kolory i przesłanie nadal robią wrażenie.

Zaraz potem spotkaliśmy wodnika Kabourka, który siedzi sobie na pomoście koło koła młyńskiego Wielkoprzeworskiego Młyna i pilnuje mostu zakochanych, obwieszonego kłódkami z inicjałami par. Po prawej widać uroczą praską knajpkę, a w tle – dodatkowo przęsło mostu Karola. I wszystko udało się zmieścić na jednym zdjęciu!

Niedzielę zakończyliśmy w okolicach mostu Legii, przeszedłszy się przedtem przez dzielnicę (wyspę) Kampa, i zdjąwszy w okolicach muzeum sztuki współczesnej rządek żółtych pingwinów nad Wełtawą, udaliśmy się do hoteli na spoczynek. W tle, za rzeką, po lewej – muzeum Bedrzicha Smetany i stara wieża ciśnień, swego czasu dostarczająca wodę Staremu Miastu.

Poniedziałek zaczęliśmy od odwiedzin u doktora Franza Kafki (na nowym cmentarzu żydowskim na Żiżkowie). Wygląda na to, że Czesi są bardzo skrupulatni, jeżeli chodzi o tytulaturę! Na grobie wielbiciele twórczości składają nie tylko kwiaty, ale także plastikowe karaluchy i pająki (które na zdjęciu się nie zmieściły).

Prosto stamtąd udaliśmy się metrem na ulicę Pańską, do muzeum Alfonsa Muchy, gdzie niestety nie wolno było robić zdjęć. Wolno je było natomiast robić w wielkim sklepie z zabawkami angielskiej firmy Hamley’s, gdzie nie darowałem sobie okazji i sfotografowałem mojego ulubionego bohatera serii filmów – w największym dostępnym rozmiarze!

Kiedy razem z panem Jeżynką ochłonęliśmy po tym spotkaniu (takich figur w sklepie było więcej! Może tylko trochę mniejszych rozmiarów), udaliśmy się trasą zbliżoną do niedzielnej na Małą Stranę, by odwiedzić upatrzone poprzedniego dnia muzeum efektów specjalnych Karela Zemana. Pan Zeman, mówiąc w największym skrócie, od lat 40’ XX wieku tworzył (reżyserował i nie tylko) filmy animowane oraz aktorskie, jednak z zastosowaniem przeróżnych efektów specjalnych, jak na tamte czasy – budzących podziw i szacunek.

W środku wręcz zachęca się do robienia zdjęć, z kilkunastu wybrałem jedno, przedstawiające dioramę z modelem mamuta, przy pomocy której kręcono film „Wyprawa w przeszłość”. Coś w rodzaju „Jurassic Parku”, tylko z 1955 roku – i całkiem udatne, jak na owe czasy. Poza tym muzeum jest całkiem interaktywne, znajduje się tam m.in. model machiny latającej, na który można wsiąść, kilka miejsc, w których można zrobić sobie trikowe zdjęcia, np. z użyciem fałszywej perspektywy, czy wreszcie mały plan filmowy, pozwalający na nakręcenie własnego filmu z wykorzystaniem efektu zielonego tła.

Po obiedzie w jednej z małostrańskich restauracji (zupa gulaszowa, knedliki z mięsem i piwo, tak jest!) udaliśmy się na sjestę do hoteli, a wieczorem – na relaksujący spacer. Podczas niego zauważyliśmy nad brzegiem Wełtawy absolutnie niepłochliwego… piżmaka! Olbrzymie bydlę wielkości bobra, tyle że z długim i cienkim ogonem, spacerowało sobie spokojnie na brzegu poniżej bulwaru. Obok niego kręcił się drugi piżmak, który po chwili zawędrował w pobliże… łabędziego gniazda z łabędzicą na jajkach. Ptak i ssak wydawały się nawzajem tolerować, a ja pstryknąłem zdjęcie – niestety oświetlenie pod drzewami było kiepskie, ale można rozróżnić, co łabędź, a co piżmak.

Następnie mostem Legii przeszliśmy na park na Wyspie Strzeleckiej, skąd podziwialiśmy wieczorną Wełtawę i Pragę. Okazało się, że pingwiny na Kampie w nocy są podświetlane (aczkolwiek nie udało im się zrobić ładnego zdjęcia). Za to mamy niebrzydki widok wschodniego, staromiejskiego brzegu Wełtawy baj najt.

Po spacerze udaliśmy się na spoczynek do hotelu, gdzie zgodnie padliśmy martwym bykiem. I na tym zakończyliśmy poniedziałek.
Ciąg dalszy z pewnością nastąpi!





Dzień dobry na nowym piętrze! Niestety obowiązki w realu zmuszają mnie do opuszczenia Wyspy na dłuższą chwilę, wrócę wszakże jeszcze dzisiaj po południu i odpowiem na ewentualne pytania i komentarze.
W każdym razie to, co tu widzicie, to efekt potężnego odsiewu – trudno by było opisać około stu zdjęć tak na szybko. Ale w zanadrzu mam jeszcze parę (nie mówiąc już o zdjęciach z wtorku!), więc może pod kreską będzie okazja.
Dobrze to zaprezentowałeś ! Jakbym tam była
Piękne piętro, śliczne zdjęcia, ale poczytam trochę później i odniosę się do treści. Teraz nie mogę…
Dzień dobry


Piękna wycieczka!!!
Zainteresowały mnie te kłódki zakochanych na moście. O czymś takim, tylko w Poznaniu, pisała kiedyś Bożenka. Ciekawi mnie, które miasto wpadło na to pierwsze? Czy któreś „ściągnęło” pomysł, czy po prostu ktoś wpadł na pomysł niezależnie od siebie?
Na temat kłódek nic więcej nie wiem, ale ich wciąż przybywa.
Tutaj zastanawia mnie grób Franza Kafki i te karaluchy i pająki plastikowe. Ozdobą takie coś chyba nie jest, więc co one mają znaczyć, czy upamiętniać? No i jeszcze, że jest to chyba grób rodzinny, bo są tam trzy imiona.
Kafka napisał takie opowiadanie „Przemiana”, którego główny bohater zamienia się w karalucha czy też innego robaka, surrealistyczne i bardzo sugestywne (https:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/pl.wikipedia.org/wiki/Przemiana). Motyw karalucha jest wykorzystywany w ikonografii dotyczącej Kafki, na różnych koszulkach, pamiątkach etc., więc wygląda na to, że i wielbiciele w ten sposób dają znać, że wielbią.
Dziękuję za wyjaśnienie. Opowiadania „Przemiana” nie czytałam, muszę nadrobić to zaniedbanie. Ale mimo wszystko dziwną formę uwielbienia wybrali wielbiciele Kafki.
No wiesz, to w ogóle dziwnie wygląda – karaluch na pamiątkach, kubeczkach etc. A co powiesz na taką koszulkę?
Za nic w świecie bym tego nie założyła…
Ale pierwszą parę ma rączek…
Widać, że nie zdążył się zupełnie przemienić…
Kłódki to chyba różne miasta niezależnie od siebie, a może też i ściągając od siebie, w całej Europie, albo i na całym świecie. Wiem, że takie mosty są i w Poznaniu, i w Bydgoszczy i kędyś we Włoszech, i nie wiem, czy również nie w Holandii. Równie możliwe, że to przyszło oddolnie, ludzie po prostu zaczęli je wieszać/ zatrzaskiwać na mostach, a kluczyki wrzucać do rzeki na znak tzw. wiecznej miłości.
We Wrocławiu też są takie kłódki, ale…czytałam w sieci…
Aż 1300 kłódek, ważących w sumie ponad pół tony, usunięto w ubiegłym tygodniu z Mostu Tumskiego. Kłódki od lat wieszają tu zakochani, a most stał się dzięki temu jedną z głównych atrakcji turystycznych Wrocławia. Dlaczego miasto zleciło teraz zdjęcie kłódek?
Bo obciążają most, i to statycznie. Most zniesie wiele, ale dynamicznie – jak samochód czy ludzie się przemieszczają, a nie jak się go dociąża na stałe dodatkową pół toną.
A być może po prostu trzeba było zrobić miejsce na nowe kłódki, bo stare zajmowały już wszystkie dostępne miejsca
Dalej jest wyjaśnienie…
Krzysztof Kubicki z Zarządu Dróg i Utrzymania Miasta tłumaczy, że z mostu znikają tylko te kłódki, które zostały zawieszone powyżej poręczy. – Są demontowane, aby nie spadły przechodniom na głowy – tłumaczy urzędnik. Podobne prace wykonywane są na moście regularnie. Najcięższa kłódka, jaka wisiała na moście, ważyła prawie 3 kilogramy. – Usunięte kłódki trafiają na pewien czas do naszego magazynu, a potem na złom. Ostatnie dwa lata pokazują, że ludzie nie zgłaszają się po kłódki – podsumowuje Kubicki.
No, one nie powinny spaść, przecież są zamknięte/ zatrzaśnięte, chyba że skobel przerdzewieje i puści. Ale OK, może być, że oficjalnie ktoś się tego obawia. Zawczasu.
…a taki złom sporo kosztuje
A też prawda. Chociaż podejrzewam, że więcej zarabiają służby miejskie w Rzymie (i innych miastach), wyławiając pieniążki z fontanny di Trevi (i innych fontann).
Wydaje mi się, że Mistrz Q ma rację, a te tłumaczenia o niebezpieczeństwie spadania na głowy są nie do końca prawdziwe. Każdy most ma pewną tolerancję nośności, a takie kłódki są dokładaniem obciążenia.
W sumie wszystko jedno, jakie tłumaczenie, sytuacja wydaje mi się korzystna dla wszystkich:

Kochankowie, co już zapięli kłódki, wykonali ten symboliczny gest.
Pracownicy służb miejskich zrobili miejsce na nowe.
Miasto zarobiło na złomie metali kolorowych i odciążyło most.
Sprzedawcy kłódek zrobili świetny interes i mają perspektywy na ciąg dalszy.
Zdaje się, że w teorii gier nazywa się to sytuacją win-win.
W Wilanowie na kładce też wiszą kłódki.
O widzisz, wiedziałem, że gdzieś tam też widziałem coś takiego.
Można powiedzieć, że pieniądze zbierają na ulicy… no, prawie…
Ale kłódki są chyba z mosiądzu, a to jest tzw. złom kolorowy i można na nim nieźle zarobić. Trzy tony takiego złomu, to jest coś.
Co prawda minus koszty pozyskania – pracownicy, sprzęt (piły tarczowe), energia, transport. Ale i tak nieźle.
Dzień dobry.
Jedna z wersji głosi iż zwyczaj wieszania kłódek na mostach miał swój początek w jednym z serbskich miasteczek gdzie znajduje się Most Ljubavi (dosłownie Most Miłości), wiąże się z tym oczywiście pewna romantyczna historia pary spotykającej się na powyższym moście. Historia owa nie ma happy end – u i z racji tej dziewczęta nie chcąc aby spotkał ich ten sam los podpijuć uprzednio kłódki zawieszają je na tym moście.
Co do zagrożeń, przestrogą może być załamanie się części poręczy na moście zakochanych w Paryżu, wynikało to z racji zbyt dużej ilości kłódek. Niemniej jednak zakochani się tym nie przejęli i dalej wieszają „strażników” miłości
Co do naszych krajowych mostów, to ten we Wrocławiu wymieniony przez Ciebie Bożenko jest najbardziej rozpoznawalny, osobiście byłem na nim kilka razy i mogę potwierdzić, może on stanowić pewną atrakcję.
Jako ciekawostkę napiszę, że w Seulu kłódki wiesza się na drzewach i jeżeli ja miałbym wybierać to osobiście wolałbym jednak mosty.
O matko, biedne seulskie drzewa!
Dzień dobry.
To też miałem na myśli pisząc, że jeżeli miałbym wybierać, wybrałbym mosty.
Gratuluję Mistrzu świetnej relacji z Pragi, nigdy nie miałem okazji jej zwiedzić,więc z przyjemnością przeczytałem i obejrzałem zdjęcia. Być może kiedyś się wybiorę wszak to niedaleko. Tym czasem poczekam na dalszy ciąg Twego opisu 🙂
Po fakcie stwierdzam, że ledwie, ledwie „polizałem” Pragę turystycznie. Jeszcze tyle rzeczy nam zostało!
Ja też wolę do tego celu mosty. Drzewa mają spokój i jeszcze jest z tego jakiś pożytek.
Głównym składnikem mostu Karola były… białka jajek.
W Pradze toczy się akcja ksiiążki Z. Nienackiego „Pan Samochodzik i tajemnica tajemnic”.
Wycieczka do Pragi udana i ciekawa. Zdjęcia rewelacyjne.
Ooo, tak! I do Nienackiego miałem nawiązać w ciągu dalszym
O białkach wyczytałem dopiero w domu.
Piękna relacja


Bo i Praga jest piękna. Niestety, byłam tylko przejazdem przed laty, (w drodze powrotnej z Budapesztu). Tak więc chłonę i czekam na ciąg dalszy.
Jeśli chodzi o kłódki na moście, to nie słyszałam o takowych w Holandii. Ale być może mój ex-Holender nie miał interesu by mi coś tak romantycznego pokazać…
Piękne zdjęcia
Dość mam tej soboty, idę spać. Dobranoc
Spokojnej!
Co ja mogę od siebie ? Pięknie, no pięknie. Praga to jedna z tych magicznych i urokliwych stolic. Nie ucierpiała podczas wojny i chyba dlatego zachowała swoje piękno. Miejsce do którego chce się wracać. Byłam dwa razy ale to zdecydowanie za mało 🙂
Z przyjemnością za Państwem pospacerowałam raz jeszcze.
Przyznam się że tych żółtych pingwinków nie widziałam 🙂
Posąg Jana Nepomucena na moście Karola Państwo dotknęli?
Legenda głosi, że dotknięcie przynosi szczęście, spełnią się najskrytsze marzenia i powrót do Pragi gwarantowany 😉
Na moje oko nie ucierpiała wiele podczas żadnej wojny, może z wyjątkiem trzydziestoletniej właśnie, a jeżeli nie, to podczas wojen husyckich. Poza tym Czesi nie przenosili stolicy z jednego miasta do drugiego, to i mają ciągłość – żeby zwiedzić całość, trzeba by dużo więcej czasu, niż myśmy tam spędzili.
A co do ciągłości jeszcze, to właściwie w ciągu jednego dnia w Pradze można przerobić mały kurs stylów architektonicznych z przykładami „na żywo” – od romańskiego przynajmniej do XIX w., jak nie do współczesności.
Nie dotykałem żadnych posągów na moście Karola. Nie wiedziałem, że jest taki zwyczaj, poza tym z marzeniami trzeba uważać – mogą się zacząć spełniać
No proszę … kolejny dowód jak wszyscy jesteśmy różni
drudzy wręcz czekają aż się spełnią 


Jedni obawiają uważają na ich spełnienie
I dobrze… gdybyśmy się nie różnili życie by było nudne
Czekam na ciąg dalszy … 🙂 Może jakieś kreciki się pojawią ??
Ah jo! Niestety nie, chociaż faktycznie na miejscu można było spotkać Krtka na każdym kroku. Oprócz tego Iron Mana był również Krtek wielkości człowieka – ale go nie fotografowałem.
Ja do łóżeczka z książką jeszcze troszkę,

Aż oczka odmówią współpracy 🙂
Spokojnej, jak książeczka znuży!
Omatko… w Pradze byłam wieki temu… Ja wiem? Z trzydzieści lat? Tak jakoś.
Fajny spacer.
Co do kłódek jeszcze: ja jestem straszna pod tym względem, ale nie wierzę w żadne takie. Ani kłódki, ani „przypieczętowanie na wieki miłości”, bez względu na to, czy chodzi o urzędowe zaślubiny, czy karaty. Mało romantyczna jestem na stare lata, ot co.
Matko i córko… jakie znów stare lata??? Jo !

Mnie jakoś dość niedawno przeszło.
Dobranocka.
Ale staroć, ale a propos 🙂 Helena Vondraczkowa o malowanym dzbanku, co prawda z krumlowskiego zamku, ale to już drobiazg. Taka popularna piosenka, dość dziarska, jak na dobranoc, ale przy weekendzie…
Snów w tych klimatach!
Witajcie!
Piękna wycieczka! Ja też wróciłem, ale moja nie obfitowała we wrażenia turystyczne. Dobrze, że choć pogoda dopisała.
Dobrej nocy!
I spokojnej!
Jak tam spacer Ukratku ?
Jeśli chodzi o uczestnictwo, udał się nad podziw – pod koniec podano z trybuny przekroczenie 100 tysiecy. Oficjalnie miasto mówi o dziewięćdziesięciu tysiącach, a policja o dziewięciu(!) tysiącach. Mam podejrzenie, że ta ostatnia liczba dotyczy samych zmobilizowanych policjantów…
Pogoda dopisała, było słonecznie i wręcz gorąco, krótka ale sążnista burza przeszła zaraz po tym, jak wróciłem do autobusu
Fajnie odpowiedział Budka w sprawie frekwencji: gdyby wierzyć zdolnością matematycznym policji to on chętnie da do przeliczenia swój kredyt
dobranoc Wszystkim, niech śnią sie piękne miejsca i sprawy

Dobranoc, pieknej i spokojnej nocy …
Kukułka za oknem dostała amoku. To ja może wstawię ekspresik? Żeby już czekał?

Dzień dobry.
Dzień dobry
Za oknem znów pada, pewnie się jeszcze wczoraj nie wypadało.
A kawka się przyda, bo się dzisiaj nie wyspałam
Ja też nie bardzo.
Ostatnio co powiem: „Chłopcy, jutro śpimy dłużej. Nie zrywamy się.”, to o szóstej już nie śpię. A oni owszem.
Bożenko, to chyba ten wczorajszy do mnie nadciągnął 🙁
U nas wczoraj szalała burza, a na razie jest ładnie.
Znowu się drą. Te bażanty.
A ja mam dwa gołębie. Chyba sie na dobre zadomowiły. Ich gruchanie okropnie mnie irytuje, nie wspomnę już o tym, co spada na balkon
Na szczęście dzieje się to przy sypialni więc za długo tam nie przebywam. Muszę koniecznie zaopatrzyć się w kolce !
Niestety, jeżeli ktoś sobie nie życzy kwaterujących gołębi (ja na przykład nie), to musi w porę uchwycić moment kwaterowania
Przykre, tego Ci nie życzyłam, Kopciuszku 🙁
O, a teraz bażanty się kłócą.
A co, pani bażantowej zaloty się nie podobają??

Może chamskie są
Wolę nie wnikać…
Tak na wypadek (jak mawia BB).
Może się kłócą dwaj panowie o panią? W takim wypadku powinni dać sobie po razie i zamknąć dzioby.
A co z kukułką?…
Jeśli można to też
poproszę.
Przy takiej aurze, to przed śniadaniem bo jakaś mało przytomna jestem.
Wam nie dały spać ptaki, a mnie budziło jakieś draństwo. Kilka godzin gadali pod oknami, ale najgorzej było gdy sąsiad z dołu chciał ich uciszyć. Rozdarł na nich mordę, że chyba pół osiedla obudził
Dzień dobry. Deszczowy i pochmurny 🙂
Tej wiosny słoneczko rozdają na receptę
Dokładnie…
Ahoj!


Praga o świcie, jest równie piękna, a może nawet piękniejsza… gdy się budzi.
Przedreptało się onegdaj jej zakątkami. Byłeś na tej sławnej Złotej uliczce?
Knedliki zjadłeś! Piwo wypiłeś! Nie wiem tylko czy ichnie parówki też konsumowałeś, bo mnie kiedyś strasznie smakowały, nie wnikając w skład onych.
Wrażenia, rozumiem, b. pozytywne? Coby nie mówić – Praga jest piękna, jak Wiedeń 🙂
Szwejka spotkałeś??
Po Twojej relacji zatęskniłam za Pragą. Oj dawno już mój but nie dotknął jej bruku, mając w pamięci obtartą, bolącą piętę. Ale to nie wina Pragi, a obuwia jakie założyłam. Rzecz jasna
Witaj Skowronku
Od Ciebie to już rzut beretem, że tak kolokwialnie powiem, prawda?
Wiedeń też mnie zachwycił 🙂
Ahoj, Księżniczko
Właśnie walczę z netem. Rwie okrutnie.
Zgadza się 😀 Poza tym moja siostra wyszła za mąż za Morawiaka (nie Czecha, bo by się mi szwagierek obraził 😉 ) więc od dziesiątego roku życia ten kraj jest mi bliski.
Właśnie tak mi się kojarzyło … 🙂
O Złotej Uliczce będzie dzisiaj w ciągu dalszym. Parówek akurat nie zdarzyło się zjeść, ale Szwejka – poniekąd – spotkałem. A dokładnie jedną z licznych restauracji jego imienia, melduję posłusznie
Ciekawa jestem jak tam ceny (przystępne?) i kelnerzy, którzy nie bardzo bywają mili dla Polaków.
No więc tę knajpę tylko sfotografowałem, nie wchodziliśmy do środka. Z tego, co się orientuję, lepsze ceny są na Malej Stranie i Nowym Mieście (dalej od turystycznego centrum, w okolicach muzeum Muchy i stacji metra Mustek, najlepiej w bocznych uliczkach). Dzisiaj w ciągu dalszym będzie o restauracji, w której i ceny do przyjęcia, i kelnerzy absolutnie bez zarzutu, ale innej, pod Hradczanami.
Kelnerzy nie mili dla Polaków ? Mam inne zdanie . W knajpce ” U Carneho Kona ” przy moście Karola w drodze na Hradczany , kelner poczęstowany drinkiem , spełnił toast w postawie zasadniczej z okrzykiem : Viwat Polonia ! Ale zdarzało się , że w sklepach , panie słysząc mowę polską – wychodziły na zaplecze , bez zamiaru obsługi petenta
Dwa i pół dnia to niekoniecznie jest wystarczający okres, żeby się miarodajnie wypowiadać, ale przez ten czas nie doświadczyłem ani razu nieuprzejmości ze strony kelnerów, sprzedawców ani żadnych innych Czechów (np. żołnierzy pilnujących Hradczan, do których się zwracałem z pytaniami odnośnie wstępu). Znaczy było profesjonalnie, bez cienia dyskryminacji.
Inna sprawa, że NIEKTÓRE kobiety w supermarkecie blisko hotelu zachowywały się jak sprzedawczynie wyciągnięte żywcem z czasów RWPG, ale nie żeby tylko wobec Polaków – bez różnicy ze względu na narodowość. Co dziwne, czescy klienci odpowiadali na obcesowe traktowanie potulnie, uszy po sobie, „jestem tu nikim, już uciekam”.
Dzieńdobrywitam!

Bo tak ogólnie, to najgorzej jak ktoś w pracy musi pracować
(szczególnie w sklepie)
Dobry. Dokładnie takie wrażenie robiły te panie.
Byłem w Pradze kilka razy , trochę dłużej niż dwa dni i uważam Czechów za bardzo pragmatyczny naród , godny naśladowania . Nie podobało mi się tylko wystawianie przez Prażan w odpowiednich dniach , różnych rupieci domowych na chodniki przed posesjami . Zdarzało się , że służby nie nadążały z uprzątnięciem i ten bajzel trochę szpecił piękną przecież Pragę . Z ciekawostek językowych , to mieliśmy ubaw , bo jeden z kolegów nazywał się Szukalski i Czesi wybuchali śmiechem podczas prezentacji ….Ale nie były to docinki złośliwe ….
A nam się nie zdarzyły akurat żadne zabawne albo mylące językowe sytuacje. Zaobserwowaliśmy tylko prawidłowość, ale dość oczywistą, nic dziwnego, że z młodszymi Czechami spokojnie się można dogadać po angielsku, podczas gdy starsi sugerują, żebyśmy mówili po polsku.
Na dobry dień
Urocza piosenka, dzięki za przypomnienie
Jeszcze raz, teraz o słońcu, nie o pusu, krásná písnička
No bo jak tu o Pradze bez czeskiej (?) piosenki. Chociaż czy jest to czeska, a nie przeróbka (?!) tego nie jestem pewna
Posłuchamy, nawet jeśli przeróbka
Muszę się przyznać, że rozśmiesza mnie czeski język
Tak jak Czechów nasz szeleszczący
Kiedyś miałem okazję rozmawiać z Czechem na ten temat i ten konkretny człek powiedział, że jemu się wydaje dziwny nie tyle szelest, co tempo rozmów – że mówimy bardzo szybko, jakkolwiek to się może wydawać dziwne.
Mnie z kolei nieodmiennie zadziwia brak samogłosek, np. co krok spotykało się w Pradze stoiska, na których sprzedawano słodkie, świeże drożdżowe ciastka w formie rurek (z cukrem, cynamonem i płatkami migdałów), pieczone, czy właściwie grillowane na czymś w rodzaju rożna, który to rożen (a może i same ciastka) nazywa się „trdlo”. Wikipedia podaje, że to słowacki wynalazek (https:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/pl.wikipedia.org/wiki/Trdelník), ale w Pradze przyjął się świetnie.
A co do braku samogłosek jeszcze, to czeski jest językiem, w którym można(?) wypowiedzieć zdanie bez choćby jednej samogłoski: „Strz prst skrz krk” („wsadź palec w gardło”).
Jak dla nas Włosi?
Tak, to bardzo możliwe. I zauważ, że Włosi też używają więcej samogłosek niż my.
Nasza Wyspowa Melomanka może się na Praską Wiosnę wybrać

W tym roku zaczyna się 12 maja.
No to w spa, i do później
Miło z Wami
ale też muszę zmykać. Kolega się zaprosił na kawę, wypadałby więc jakieś ciasto upiec 🙂
Do …
Dzień dobry. Pospałem sobie doprawdy nieprzyzwoicie, ale pochmurna pogoda za oknem nie zachęcała do wstawania. No i biegają dzisiaj pod oknami…
U mnie też, ale trochę dalej i za dwie godziny.
I dobrze! Jak nie ma musu wstawać wcześnie, to się śpi do oporu! O!
Sen to zdrowie
Witajcie!
Wy tu dyskutujecie o pożytkach z odsypiania, a ja praktykuję!
No, to już ile komu potrzeba
No proszę, w sam raz – 24 godziny i ponad 100 komentarzy. Za chwilę druga część.
Już jest, zapraszam piętro wyżej.
Jak pięknie…..
Peknie – aż człowiek ma ochotę samemu udać się na penetrację.Pragi ,rzecz jasna..
I tak fajnie i rzeczowow wszystko podane na talerz, przy okazji można się dużo dowiedzieć…
I tak – u nas pięknie , słoneczko , ciepło ,musże gdzieś pupę ruszyć ,