Małżonka już od kilku dni planowała, że w sobotę wybierzemy się gdzieś, gdzie jeszcze nie byliśmy („Masz pan wolną chwilę? To kup pan sobie bilet do kina na jakiś film, co pan jeszcze nie byłeś!”). Nadeszła sobota i okazało się, że Junior nie nadaje się do współpracy, natomiast Najjunior potrzebuje dłuższej chwili, żeby zacząć w miarę świadomie funkcjonować. Co tu dużo gadać, obaj beztrosko zarywają noce na pierdoły i nie trafia do nich argumentacja, że to szkodzi, rozregulowuje dobowy zegar etc., i nie idzie tego zmienić ani racjonalnym tłumaczeniem, ani kijem, ani marchwią.

W związku z tym, że musieliśmy czekać, wybraliśmy się dopiero koło południa. Ruszyliśmy dobrze znaną trasą przez Obłuże i Pierwoszyno, aż dojechaliśmy do stacji pomp w Mościch Błotach, gdzie zostawiliśmy samochód i dalej poszliśmy z buta. Naszym celem był rezerwat ptaków Beka u ujścia rzeki Redy. Ujście to przypomina deltę Wisły w miniaturze – między dwiema wysoczyznami rozciąga się płaska, zielona równina pełna pól i podmokłości, poprzecinana licznymi kanałami melioracyjnymi. W kępach krzaków i zagajników kryją się zwierzęta, dziki i sarny (to właśnie tam zaliczyliśmy kiedyś ostre hamowanie przed sarną, przebiegającą przez drogę).
Poszliśmy szlakiem zaznaczonym na mapce czerwonymi kropkami. Prowadzi on po wałach przeciwpowodziowych okalających Redę, by tuż obok miejsca zaznaczonego „dziki” skręcić na północ. Jak się okazało, po obu stronach drogi znajdują się tu potężne pastwiska, na których pasły się stada miejscowych krów. Co ciekawe, obecne tu były nie tylko łaciate „holenderki”, ale także czerwone polskie i inne rasy, których nie kojarzę, oraz nieduże stado koni. Pastwiska leżą już na terenie rezerwatu, więc wypasanie krów odbywa się w sposób kontrolowany, na podstawie umowy ekologów z miejscowymi hodowcami.
Skręciliśmy w prawo, ku morzu, żeby obejść „pętelkę” w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara. Śmieszna sprawa: szliśmy przez pastwiska i (wg tablic informacyjnych – słone) łąki, obok zarośniętego kanału melioracyjnego, przed sobą widzieliśmy Zatokę Pucką, ale krajobraz wokół w ogóle nie podpowiadał, że zbliżamy się do morza! Dopiero na kilkanaście metrów przed brzegiem pojawiła się wąziutka plaża, okolona równie wąskim pasem typowo nadmorskiej roślinności, w tym charakterystycznych, trawiastych roślin z szerokimi zielonymi źdźbłami o szaroniebieskim odcieniu. Tu zrobiliśmy sobie krótki postój, wypatrując żagli wind- lub latawców kitesurfingowych w widocznej przez zatokę Rewie, ale nic nie wypatrzyliśmy.
Po czym ruszyliśmy na północ – północny zachód, dość niewygodną ścieżką, raz piaszczystą, raz trawiastą, chwilami prowadzącą samiutkim brzegiem morza. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że co i raz trzeba było zdejmować lub zakładać buty. W koncu wypatrzyliśmy równoległą ścieżynkę nieco dalej od brzegu, mniej uczęszczaną, ale dużo wygodniejszą do marszu. Nam, przyzwyczajonym do plaż Trójmiasta i półwyspu helskiego, wydawało się prześmieszne, że „plażowa” część może być taka wąska, a chwilami w ogóle zanikać. Po drodze minęliśmy duży, drewniany krzyż, będący pozostałością osady rybackiej Beka, opuszczonej przez ludzi w związku z podmywaniem brzegu morskiego ostatecznie w latach 60′ XX w. (od II wojny światowej mieszkała tu tylko jedna rodzina).
Przeszliśmy przez mostek nad ujściem Kanału Mrzezińskiego, którym w czasie budowy Gdyni spławiano żwir i piasek z pobliskiej piaskowni, i skręciliśmy w głąb lądu. Między drzewami wije się piaszczysta, wiejska droga – poszliśmy nią na zachód, żeby po pewnym czasie skręcić w szlak z betonowych płyt, wiodący wałem przeciwpowodziowym na południe. W ten sposób zamknęliśmy pętlę. Po drodze mijali nas przede wszystkim rowerzyści – byliśmy praktycznie jedynymi pieszymi w zasięgu wzroku. Akurat na tych płytach rowerzystom nie było najwygodniej, chwilami wyglądało, jakby jechali przez małe trzęsienie ziemi, podskakując na każdym lączeniu. Przez chwilę naszą uwagę przyciągnęli ludzie, wspinający się na widoczny między drzewami stok Kępy Puckiej, którzy po chwili zaczęli bawić się, wypuszczając zdalnie sterowane samoloty, i to spore – o rozpiętości skrzydeł na oko ze dwa metry! Trochę za daleko to było, żeby zrobić dobre zdjęcie. Za to zrobiłem zdjęcie doskonale widocznej piaskowni w Mrzezinie.
Wspomniane na początku opóźnienia sprawiły, że do rezerwatu dotarliśmy około południa. Pewnie dlatego nie zobaczyliśmy właściwie żadnych ptaków, których obecnośc zachwalały tablice informacyjne, poza może jednym drapieżnikiem, zapewne z rodziny błotniaków, a i to z daleka i przez chwilę. Widzieliśmy tylko krowy i konie, a chwilami jaskółki. Nie zobaczyliśmy też ani dzików, ani saren, a zaznaczone na mapie cmentarzysko meduz musiało być atrakcją (?) okresową, związaną z cofką wód morskich do kanału. Cośmy sobie jednak pospacerowali, to nasze, a nogi to jeszcze dzisiaj bolą. No cóż, najwyraźniej odzwyczailiśmy się od łażenia, nawet po płaskim.





Tak sobie wczoraj połaziliśmy, pierwszy raz w tym miejscu. Spacer długi i przyjemny, acz bez sensacji. No i dość się zlazłem.
Dawno nie byliśmy nad morzem i dlatego razem z Wami odbyliśmy tą sympatyczna wycieczkę i nawet nas nogi nie bolały.
.
Szczególnie podobają mi się krowy. Nie próbowaliście wydoić, bo dziś wszyscy to robią
Pozdrawiam z południa
Dzień dobry. Co prawda nie jest to typowe „nad morzem”, w sensie plaża, fale i smażalnie ;), ale w Zatoce tak to czasem wygląda. Tutaj po prostu morze dopiero zaczyna wgryzać się w ląd, jakby to tak zostawić zupełnie odłogiem, bez ludzi, pewnie po jakimś czasie byłaby i „normalna” plaża.
Krów nie doiliśmy, leżały sobie i przechadzały się, nie zwracając na nas zupełnie uwagi, mimo wysiłków Najjuniora, powiewającego czerwonym polarowym swetrem. A byki też tam były!
Mleczko jest rewelacyjny
Hmmm…… no tak, tylko nie wiem jak to byłoby w naturze !
Witaj Kwaku spieszony
Takie wędrówki mają swój urok – niby nic, a w nogach zostają 🙂
Oglądałam taką piaskownię podczas burzy – piasek unosił się żółtym obłokiem nad dziurą w ziemi i miałam wrażenie, ze zaraz mi w zębach zatrzeszczy 🙂
Na szczęście piaskownia była daleko, ale wielkie, trzy- albo czteroosiowe ciężarówki cały czas jeździły wtę i wewtę. Od piaskowni zapewne pełne. W nogach jeszcze czuję to łażenie, oj, czuję.
Witajcie i na tym pięterku
Piękna wycieczka, aż żal, że nie byłam z Wami… 
Tyle, że ja bym ją czuła bardziej w kręgosłupie 🙁
Jedno pytanie: Czy ta piaskownia była w Mrzeżynie czy w Mrzezinie?
Ależ oczywiście w Mrzezinie, już poprawiam. Swoją drogą – Mrzeżyno u ujścia Regi i Mrzezino u ujścia Redy, to można się zakręcić jako ten słoik!
Też tak pomyślałam że pomyłka, bo w Mrzeżynie byłam. Chociaż nazwy miejscowości się nieraz powtarzają. Dzisiaj wbiłam w wyszukiwarkę miejscowość Orzechowo i pokazała mi, że to jest nad morzem. Musiałam zaznaczyć, że chodzi o Wielkopolskę.
Piekny spacerek, choc moim zywiolem ulubionym sa gory , to juz jednak nadaje sie bardziej do takich plaskich spacerkow ( o ile w ogole
Chetnie poszlabym z Wami, tym bardziej,ze zupelnie nie zam tamtych okolic…
Ja tez bylam dzisiaj na godzinnym spacerku, by przegonic bol glowy, co sie udalo!
I odkrylam przepiekne kamieniczki z rzezbami( tak,tak rzezbami a nie plaskorzezbami) na frontonach !
Cudo! Szczegolnie na jednej przepiekne , do tego kolorowe! Niestety moj paratek zostal w Polsce Buuuu 

A ta nowa komorka nie robi
No ale nic straconeg, wroce u przeciez, mam taka nadzieje…
Wróć Maniu, po co wycierać obce kąty. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Ja jeszcze trzy dni i też wracam do miasta na swoje śmieci.
Ale wieczór cudowny… Ciepło, księżyc w pełni, mogłabym w altance przesiedzieć całą noc, gdyby nie komary
A mnie w Krakówku przywitała burza i ulewa co się zowie…
Ba, Bozenko…Zeby to takie proste bylo ….
Ale wroce pod koniec miesiaca,i mam cicha nadzieje,ze zdaze jeszcze nacieszyc sie jesienia w moich gorach…
Tego Ci życzę, Maniu
Witajcie!
Byłem dzisiaj odwiedzić siostrzyczkę w Tarnowie, stąd moja długa nieobecność. A ponieważ nie jestem tak ambitny, jak państwo Q., pojechałem autostradą…
No proszę, jaki Wygodnicki! A pieszo nie łaska?
80 km? No przecież przyznałem, że nie jestem tak ambitny…
Co to jest dla dobrego piechura, tylko niecałe dwa maratony…
Idę popatrzeć na film o powstaniu, więc się już pożegnam.
Dobrej nocy życzę i miłych snów
Dobry wieczór

a, że nogi bolą ? Hmm cóż to byłaby za wycieczka gdyby nie bolały ? 
Po bardzo leniwej niedzieli spacerek po rezerwacie to sama przyjemność
Jak zawsze świetna wycieczka Quackie
Jak dla mnie rewelacja, zwłaszcza że cisza i bez tłumów (co ostatnio mnie bardzo drażni).
Odrobinę się zdziwiłam, że nie wypatrzyliście żadnych śmigających desek. Jeśli dobrze kojarzę to Zatoka Pucka jest wymarzonym miejscem do uprawiania windsurfingu
PS Nie wiem dlaczego, ale jak czytam o Najjuniorze to uśmiech mi się ekspresowo pojawia na twarzy
Już Go widzę machającego czerwonym sweterkiem do byka
Świetny chłopiec 
Witaj Ukratku

Podwójny ekspresowy uśmiech
Tak dokładnie, to Zatoka owszem jest rajem dla deskarzy, ale raczej u nasady półwyspu helskiego, albo właśnie w Rewie, z drugiej strony zatoczki, ale albo to za daleko było, albo wiatr za słaby, dość, że nic żeśmy nie wypatrzyli.
No tak, te pastwiska, te łąki – prawdziwie sielankowa sceneria.
I tego właśnie posłuchamy sobie na dobranoc. Dzisiaj dla odmiany PANI kompozytor, Julie Pinel, pochodząca z francuskiej rodziny muzyków i grająca na klawesynie. Skomponowała jedną operę, ale poza tym głównie pieśni, których tom zadedykowała księciu de Rohan.
Pióra tej pani – duet „Scene Pastorale”. Czyli pastereczka i amant… Tak to przynajmniej brzmi.
Snów sielskich zatem i przyjemnych.
Jakoś w końcu w zgodnym duecie zaśpiewali 🙂
A, no i zapomniałem w tekście (pod nim też) wspomnieć, że pora roku bardzo przyjemna na takie spacery – mimo słońca, podmokłości i krów PRAWIE nie było uprzykrzających życie owadów, takich jak komary lub końskie muchy!
No to cóż to za sielskie warunki!
Na mnie też już czas

Co prawda jutro wolne od pracy, lecz co niektórych u mnie morze wzywa. O świcie więc odpalam ix’a i pędzę odwieźć na lotnisko.
Spokojnej i pięknej nocy życzę
Dobrej nocy zatem! 🙂
Lampka obecna….
Dobranoc …
W końcu wróciłam i nawet udało mi się nie zabłądzić
Te młode, to teraz jakieś takie słabiutkie
Połaziliśmy raptem 6 godzin i już zmęczeni?!!! Nawet nie pomyśleli o jedzeniu, tylko poszli się położyć, żeby odpocząć. Ciekawe po czym?
My też, jak Mistrz Q, łaziliśmy po płaskim
I nawet mieliśmy okazję tu czy tam przysiąść. To znaczy głównie oni siadali, bo ja wiadomo – długo nie usiedzę
A ta ponadgodzinna jazda to strasznie długo. Dobrze, że chociaż trochę się nogami pomacha…
Młodzi popadali, a ja poszłam podlewać ogródek, bo jakoś dziwnie wysechł
I co z konikami? Koniki były?
Były różniaste konisie
Oczywiście poleciałam do nich nie czekając aż się skończy ceremonia powitalna zwana „Indiańską Mszą”. Znowu zaczęli gadać o Jezusie, to się zmyłam. I to nie dlatego, że mam coś przeciwko Niemu, ale nie jest to tradycja indiańska, a religia narzucona im przez białych. Wolałam konisie 
Chyba nie miała jeszcze do czynienia z Polakami
Polak potrafi 
A do ich boksów nie dało się już normalnie dostać, bo stały tam całe tłumy. Szkoda… 
Jedna z opiekunek tych konisi była nawet zdziwiona jak tutaj weszliśmy, bo jeszcze brama dla zwiedzających nie jest otwarta
Oprócz konisi były też malutkie osiołki i kuce. Nie pstrykałam im zdjęć, bo myślałam, że obcykam je na występach… Pokazali tylko jednego konia i to wszystko
A tak w ogóle, to facet, który pokazywał tego jednego konisia, opowiadał fajną legendę. Ledwo go rozumiałam. Po pierwsze, mieli chyba problem z nagłośnieniem i prawie nie było słychać co mówi, a po drugie to nie wiem skąd ten facet był, bo mówił z tak dziwnym akcentem, że musiałam dobrze się wsłuchiwać żeby cokolwiek „załapać”.
Młodemu chłopaczkowi udało się wcisnąć nam płytę DVD pod tytułem „Bear Clan singers and dances”
I to nie dlatego, że tej płyty potrzebuję, bo i tak jak raz obejrzę, to wszystko, ale podoba mi się zaradność gówniarza. Podejrzewam, że i za $10 by sprzedał
Pomyślałam też, że jest to pewnego rodzaju dofinansowanie Indian…
Podszedł do nas na „Pow Wow”, czyli takiej indiańskiej paradzie i zaproponował kupno tej płyty. Z grzeczności zapytałam „za ile”. Spojrzał na nas bystro i powiedział $20. Powiedziałam, że to za drogo i podziękowałam. Nie ustępował i spuścił cenę do $15… kupiliśmy
Muszę zapytać syna, czy da się to jakoś zgrać z płyty i pokazać (oczywiście tylko część) na Wyspie…
To Indianie ze szczepu Chunk, mieszkający w Wisconsin. Czyli niedaleko od nas
Mistrzu Q, piękna wycieczka!!!
Po kilkudniowych marszach nogi by już nie bolały, albo po prostu już byście tego nie czuli
Ja tam mogę łazić przynajmniej pół dnia i jakoś mnie to nie męczy… Byle nie po sklepach 
Nigdy tam nie byłam… wygląda cudnie
Szkoda, że nie udało się Wam zobaczyć tych ptaszków, czy zwierzaczków. Chociaż spotkania z dzikami bym Wam nie życzyła… może być niebezpieczne.
Na trening łażenia po płaskim (i jakbyście chcieli nie tylko po płaskim) zapraszam do siebie
Ha, pani z portalu trojmiasto.pl, która tam była 3 lata temu, wybrała się bladym świtem, w okolicach 4-5 rano, na zdjęciach jest wschód słońca – i wtedy były dziki, żurawie, meduzy i pijawki. To od niej pożyczyłem mapkę, całość relacji – http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/aktywne.trojmiasto.pl/Wycieczka-na-weekend-rezerwat-Beka-n50981.html
DzieńDobry :))
Witajcie!
Uroczyście otwieram nowy tydzień
Dzień dobry.
Kochani, zaczynam nowy tydzień i nowe zlecenie. Jak pisałem, najprawdopodobniej będzie czaso- i pracochłonne, więc może się tak zdarzyć, że na Wyspie będzie mnie mniej 🙁
Dzień dobry
Jak nigdy, dopiero teraz, bo miałam rozmowę z Kanadą. Pewnie czekał na mnie, bo gdy tylko otwarłam laptopa, to byłam wywołana do tablicy. A tak wiwogóle, to trochę zaspałam. W nocy była burza, nad ranem kury się w kurniku awanturowały i później jak jeszcze zasnęłam, to mnie słońce obudziło 
Dzień dobry uroczyście, mglisto i nadal ciepło
No to znikam na czas jakiś, odezwę się, jak będę na prostej…
Dzien dobry! Mam nadzieje na ponownie piekny dzien , jak wczora… Niebo jest nieco zachmurzone , ale nie jest ciemno i ponuro, wiec jest nadzieja…
Dobrego dnia wszystkim !!
Witaj Optymistko ! u mnie zgodnie z Twoją nadzieją – dzień coraz ładniejszy
Dzień dobry
Dzień dobry

Zmęczona … zbiera się na deszcz … uciekam pod kocyk trochę pospać 🙂
Pięknego dnia
Muszę lecieć do pracy

Miłego dnia Wam życzę
…a ja właśnie zez pracy. Wypluty, ale generalnie zadowolony.
A ja cały czas się jeszcze goszczę i dzisiaj nawet nie było okazji zaglądać na Wyspę
Bo dojenie kur, to ciężka praca
Masz całkowitą rację, bo w dodatku kogut jest zazdrosny
Dobry wieczór iiii… a nie… bo muszę zapytać Mistrza Q czy zakwasy już zniknęły z kończyn dolnych, bo jak nie, to ze dwa browarki i będzie lepiej
Tam na północy to piaskarnie, a u mnie żwirownie. I te przynajmniej ani pyłem, ani piaskiem w oczy nie sypią 😀
A tera już życzę dobrej nocy i do spokojnego, i mniej zabieganego jutra 😀
Dwa browarki, powiadasz! Brzmi zachęcająco, tyle że jeszcze bym zasnął, a chcę doczekać do finału US Open (podpowiadam, że jest całkowicie zaskakujący – zamiast Djokovicia z Federerem grają Nishikori z Ciliciem).
Ja zaraz zasnę bez browarków
Więc mówię dobranoc.
I znów czas na dobranockę 🙂
Od czasu do czasu tak się składa, że pomiędzy mniej znanymi kompozytorami zaplącze się jakiś bardziej znany. Tak też będzie i dzisiaj – bo na wyspie Giovanni Battista Pergolesi.
Przez całe życie związany z Włochami skrzypek i organista, był bardzo płodnym artystą (w sensie muzycznym). Współtworzył gatunek opery buffo, ale pisał też i „poważne” opery, poza tym komponował msze, sonaty i koncerty, a jedną z jego kompozycji zaadaptował J.S. Bach do swojej kantaty.
Dzisiaj na wyspie aria z opery „La serva padrona” („Służąca – kochanką” lub „Służąca – panią”), zatytułowana „Stizzoso mio stizzoso” (w bardzo dowolnym tłumaczeniu „Mój ty zgryźliwcze!”).
Dzisiaj zamiast życzenia snów takich czy innych – postulat: mniej służących, więcej kochanek!
A ja dzisiaj po pracy cały dzień gościłem. Dotarłem do domu, ale jutro też mnie mało będzie – a może i pojutrze…
Dobranoc paniom i panom….. zgryź
liwcom i służącym tez 🙂
Dzień dobry i od razu dobranoc






Padam na dziób, a jutro powtórka z rozrywki
Zajrzałam na Wyspę przekonana, że będę czytać i czytać, a tu parę wypowiedzi na krzyż
Coś jakoś wszyscy zajęci…
Już wtorek, czyli weekend coraz bliżej
Dobranoc się z Państwem
Niestety, urlopy się skończyły
Dzień dobry
Za oknem mgła jak mleko…
Dzień dobry!
Kraków lekko zamglony jedynie, witam was zatem mleczno-słonecznie!
Dzień dobry
Zapraszam na pięterko! Mam nadzieję, że mimo mgły mlecznej i mleczno-słonecznej – trafią Państwo, bez zakwasów 😀
Chwała oświeconym, którzy wiedzą, że zawsze gdzieś dzień dobry,
Spacer wymyślono najprawdopodobniej po to, żeby można było dojść do siebie lub do kilku wniosków po drodze.
Czytając o spacerze w pozycji siedzącej również idzie, z tym że trochę wolniej. W każdym razie czytam (czytaj – jem) Pańskie słowa ze smakiem i zachwycam się swobodą pióra jak i swobodą używania pewnych rzeczowników, które u większości brzmiałyby mniej naturalnie i w sposób co najmniej wymuszony.
Zawsze zastanawiało mnie, czy Pańska wszechstronność umysłowa i zainteresowań (a nie zawsze idą one w parze) to bardziej dar czy przekleństwo. Chodzi o to, że np. osoba heteroseksualna ma mniejszą pulę stresu i wyboru obiektów męki niż biseksualna, u której w przybliżeniu wszystko sie podwaja. Skąd wziąć czas i zapas emocji, żeby przy aż tak wszechstronnych ciagotkach nie zwariować, sam nie wiem. A przecież okroiłbym Pana o jakieś 95 procent, gdybym palnął, że Pańskie horyzonty to podwójna światowa. Światowa! Wąskość jednak ma swoje plusy, że przypomnę sobie własne okoliczności.
Nie wiem, czy to jest komplement na miejscu, ale w moim świecie trudno o lepszy, Pan jesteś jakiś taki zagraniczny, i to w tym znaczeniu – zagraniczny i tyle. Pozdrowienia dla oświeconych, a Panu miś ekstra!
Witaj, objawiony!
Dzień dobry! Bardzom rad, że Pan wpadł! Proszę częściej!