Siedzieli siorbiąc kawę i pomrukując z ukontentowania, jedynie Misiek krzywił się niemiłosiernie z każdym łykiem aromatycznego napoju. W błogiej ciszy nagle rozległo się sapanie, a tobołek, który przytaszczył ze sobą z morza Misiek, zaczął turlać się po pokładzie i podskakiwać, nagle z tobołka wystrzeliły z jednej strony ręce dzierżące solidny gar, a z drugiej nogi obute w holenderskie trepy z zawijanymi fantazyjnie noskami. Tobołek zawirował, opadły warstwy halek i pasiasta spódnica i na środku salonu stanęła Baba, wzięła gar pod pachę, wolną ręką odgarnęła mokre włosy z twarzy, odchrząknęła i tubalnym głosem oznajmiła – Dzień dobry! – Co to ma być do wszystkich diabłów morskich – Kapitan wlepił spojrzenie w Babę – Misiek! Co to ma znaczyć – ale Miśka już nie było, pamiętał dobrze swoje pierwsze spotkanie z Babą i błyskawicznie wycofał się na z góry upatrzone pozycje, czyli zatrzasnął się w kiblu. – Skąd się tu wzięłaś moja droga – Rumak zapytał łagodnie – Kneź mnie wysłał z misją – idź – mówi – Babo i zanieś tym chudzinom jakąś godziwą strawę, bo nam skapieją po drodze – to wzięłam garnek i poszłam – Początkowo to była całkiem przyjemna przechadzka, ale kiedy doszłam do osady zaczęły się schody, osada wyglądała jak po nalocie dywanowym, a chłopki co i rusz usiłowali odebrać mi mój skarb – tu Baba spojrzała znacząco na gar – dwie pary chodaków zdarłam na ich pustych łbach zanim trochę odpuścili. Pomyślałam sobie zatem, co się będę lądem przedzierała przez te zastępy buraków pastewnych, morzem sobie popłynę, noc jasna, morze ciepłe, gar pływa jak boja, a chodaki utrzymają mnie na powierzchni z drugiej strony, jodu się nawdycham i skórę solanką odświeżę.
– Płynę sobie na tym garze wiosłując leniwie, kiedy nagle jakiś potwór z głębin mnie porwał, a zębiska miał o takie – tu Baba rozstawiła palce, ale widać brakło jej skali, więc odstawiła gar na pokład i rozciągnęła ramiona – oczy jak dwie latarnie, kolczasty jak kaktus, do tego śmierdział gorzałą jak remiza na wsi w sobotę, ordynus i cham – łap się babo – zakrzyknął – no to pytam za co? A on na to – za wystające członki – za przeproszeniem, tu Baba spłoniła się jak cegła – Jakże to za członki? – toż mój chłopina jednego posiada i wystarczy, kogucik z niego, że ho ho, liczba mnoga to ani chybi diabelska sprawka. – I co było dalej – Rumak zapytał łagodnie, choć dusił się ze śmiechu – Wziął mnie panie… – Że co!? – Pod pachę mnie wziął i pomknął jak strzała po wodzie, ledwiem garnek ocaliła tuląc do piersi jak dziecko nienapoczęte. – A co tam macie w tym garze Babo? – Misiek nie bacząc na niebezpieczeństwo wsadził łeb do salonu i wciągnął powietrze, aż przykleiła mu się do nosa Gazeta Wolska Codziennie. – Bigos panie Pancer, produkcja Kneziowa, same delicje, postny. – Jak to postny? – Sama kapucha? – Misiek nie krył zawodu – Ot szutnik – zaśmiała się Baba – sama kapucha to byłby kapuśniak, postny bo na chudziźnie gotowany, chudym boczku, chudej kiełbasie, chudym mięsie i chudej słoninie, wszystko produkcji własnoręcznej Knezia Dobrodzieja. Baba wyjęła zza stanika solidną kopyść, podniosła gar i rzuciła do Miśka rozkazującym tonem – prowadź do kuchni Waść! Wnet z kuchni rozeszły się zapachy, które niewiastom wykręciły nosy, a męskiej części wyszczerzyły zęby. – Może jakaś narada? – zagaił Dziadek, ale po chwili zrezygnowany machnął ręką widząc, że wszyscy wlepiają wzrok w drzwi kuchenne. Tymczasem w kuchni Misiek z zapałem dopingował bigos, pytając co chwilę Babę – długo jeszcze? Baba uchyliła pokrywki gara i zamaszyście zamieszała kopyścią, buchnęła para, która wnet uformowała się w dwie blade kobiece postacie. – A to co znowu – mruknęła Baba – Kneź grzybki pomylił? Pierwsze widmo z maską błazna na twarzy, ledwie słyszalnym tchnieniem odezwało się – Talia – A co ci do mojej talii wywłoko! Spójrz na siebie, same kości – Baba obrzuciła widmo krytycznym spojrzeniem. – Na imię mi Talia, jestem Muzą – Nie słyszę żadnej muzy – Baba spojrzała na widmo badawczo – to mewy się drą. – A ja jestem Wena – odezwała się cichutko druga zjawa – przynoszę moc twórczą – Przynieś garnek z bigosem to pogadamy – Niesiemy dary Miśkowi – chórem odezwały się widma – Jakie dary? – Baba z kopyścią w dłoni i pokrywką przypominała Syrenkę Warszawską. – Będzie mógł pisać, malować, tworzyć muzykę… – Już to potrafi – Baba była bezlitosna – jak zagra na nerwach, może tak zamalować kogoś w pysk, że trzy dni bez muzyki będzie tańczył i zapiszą mu to na nagrobku. – Do gara bo bigos przywiera! – Baba zręcznym ruchem kopyści zapędziła zjawy do gara i przykryła pokrywką. – Co to było? – zapytał Misiek czochrając czuprynę – Co co? Zwidy masz jakieś, pewnie z głodu, nastaw michę dostaniesz kawał postnego boczku z kapustą.
Cytrynowa szuka od rana garnka!
Słonina chuda, bo czasy podłe – dawniej była na pięć palców, a teraz jaka ma być jak świnie między sztachetami uciekają? Nie wierzą? Mogę sfotografować, tylko że już wędzona jest, to jeszcze bardziej chuda.
Dobry wieczór!
Doberek
Po??? Taż tera zabieram się do roboty!! Wyjątkowo pracowita będzie, bo to i druga połowa; co to głową domu zwą przyjeżdża i ten gar bigosu Bezetki jak znalazł
Ma w głębokim poważaniu Talię i Wenę
Miałam mieć dwa tygodnie urlopu, a tu… Trza w Wigilię jeszcze się wstawić i niechby na tym dniu jedynie się skończyło 🙁 Przez niekompetencję… Przemilczę czyją 😉
Aaa miało być taaaak pięknie
„..Rumak powiedział łagodnie…”… Za serducho mnie złapało i nacisnęłam… Pani automat grzecznie mnie poinformowała – nie ma takiego numeru… Odeszła ostatnia siostra. Nadzieja
DzińDybry:)) Piękne Miśku, piękne. Zwłaszcza Talia mnie rozśmieszyła, kolega ma taką i wymieniał już cewki zapłonowe, rozrząd, zawory, ostatnio cały silnik. Wyjątkowo wredna muza od Renaulta :))
Dzień dobry 🙂 Renault Stateczku jest najprostszym autem na świecie, psuje się zawsze planowo wedle instrukcji producenta, jak napisze, że po 60 tysiącach mogą wystapić problemy z zawieszeniem, to na bank urwą się koła, jak pisze o problemach z elektryką po iluś tam tysiącach, to komputer do wymiany, jak pisze, że rozrząd, to silnik klapen dupen i to co do kilometra, można zegarek normalnie regulować wedle jego awarii, miałem jednego i nigdy w życiu 🙂 🙂
Takoż mieliśmy, z tym że Lagunę. Ponieważ nasze samochody mają raczej niedobieg, to zamiast po x tys. km zaczął się psuć po 3 latach. Jak w gwarancji – 3 lata lub xxx tys. km. Plus hasło w ASO – „Panie, ten model tak ma!” – bezcenne 😛
Zaczynaliśmy od fiata 125p, odziedziczonego po teściach, na tamte czasy było OK, tylko kiedyś coś się z bezpiecznikami porobiło i jak się przełączało długie światła z powrotem na mijania, to całkiem gasły, trzeba było wrócić do pozycji „wyłączone” i dopiero włączać z powrotem. Fascynujące zwłaszcza w środku nocy poza miastem.
Potem mieliśmy forda, bardzo podstawową wersję i z małym (i starej konstrukcji) silnikiem, ale bagażnik miał coś pod 500 litrów, a dzieci były małe, to się liczyło (wózek + bagaże wchodziły spoko). Poza tym poważniejszych awarii nie odnotowano.
Potem wspomnianą Lagunę (II gen.), której zapamiętam na wieki zakleszczający się hamulec ręczny i szalejącą elektronikę.
Jak widać, przerobiliśmy pełne spektrum na „f”, chociaż oczywiście zdarzają się i egzemplarze w porządku. W 2007 roku przesiedliśmy się na japońszczyznę i nie mamy uwag.
Ja zaczynałem od fiata 126p, który więcej stał w naprawie niż jeździł, potem był fiat 125p, który j.w. , następnie żona przeszła na Japończyka (nissan) którym jeździliśmy bezawaryjnie kilka lat. Jednak nissan został któregoś pięknego wieczoru „skasowany” (pijany kierowca jechał wieczorem ulicą „kasując” wszystkie samochody stojące na poboczu – na szczęście puste). Wtedy wróciliśmy do fiata. Fiat jeździł w miarę sprawnie kilka lat aż go sam własnoręcznie „skasowałem” na śliskiej nawierzchni.
Ja widać w moim wypadku to przysłowie się sprawdza!
Aczkolwiek szwagier zaczynał od zastawy, zaraz potem miał nissana (kompaktowego sunny), a potem przesiadł się na citroena (c5 i gen., jakoś tak zaraz jak tylko Citroen zmienił oznaczenia samochodów na c+cyferka) i od tamtej pory trzyma się citroenów i nie narzeka. A przecież to francuskie…
Poczytałam Wasze opisy mężowi, uśmialiśmy się oboje. U nas jedno z aut zmienia się średnio co dwa lata i idzie na złom, więc przechodzi w mężowskiej pracy najbardziej „hardkorowe” testy. I prawdę mówiąc nie ma znaczenia, czy nissan, czy toyota, czy opel, czy fiacik, czy volkswageny…
Ale faktycznie, nie mieliśmy jeszcze żadnego forda ani francuza 🙂
Z tzw. rodzinnych był opel kadett i szwankowała w nim sonda lambda – co nader skutecznie nauczyło mnie zmieniania biegów 😀
A od 8 lat carisma – kochane autko, jak stanęło, to wiedziałam, że mam wysiąść, otworzyć maskę, poprawić klemy i jechać dalej. Gorzej jak zapomniało się wyłączyć wycieraczkę lub radio, to pada akumulator i za czorta nie zepchnę jej z drogi, tyle waży 😀 A jak w poślizgu wjechała na pobocze, nawet przygodny traktor miał kłopot z wyciągnięciem – jak się potem okazało, wyrwał ją razem z kamieniem na którym się zawiesiła brzuchem 😉
Od jakiegoś czasu denerwuje mnie jednak niemiłosiernie poziomem hałasu w czasie szybszej jazdy i piszczącymi kołami (czego mój mąż absolutnie nie słyszy, nawet jak zagłusza nam rozmowę )
Nie wiem, co to za hardkorowa praca, u nas akurat wręcz przeciwnie, jak już napisałem, sprzedajemy samochody z niedobiegiem, więc psują się raczej od stania (akumulator, rdzewiejące tarcze hamulcowe…). Ale wracając do hardkorowej pracy, to ponoć nie do zdarcia jest toyota hilux, podobne opinie krążą o mitsubishi L200, ale czy to praca wymagająca pikapa? Carisma zacne autko, nie miałem, ale znajomy prawnik miał i wyrażał się w superlatywach. Co do zawieszania się brzuchem, to parę lat temu w trakcie zimy, co to śniegu nawaliło, jeden pan się jeepem cherokee 4×4 powiesił na słupku (jednym z tych słynnych „słupków Stępy” przy Świętojańskiej w Gdyni), najechawszy nań w zaspie, i mimo wspomnianego napędu nie był w stanie z niego zjechać, tylko się ślizgał po nim podwoziem w tę i we w tę, szczęście w nieszczęściu, że to nie samonośna konstrukcja, tylko konserwatywnie ramowa, bo poharatałby sobie podwozie tragicznie. Skończyło się na tym, że przyjechał kolega drugim terenowym, z wyciągarką, i go ściągnął. Atrakcje jak na torze offroadowym, mimo że w środku miasta 🙂
Piszczące koła? A co w nich piszczy? Łożyska? Zdarte klocki?
Koło mojej pracy zdarzyło się, że Trabant się ślizgnął i wpadł na trawnik, po drodze kładąc słupek z łańcuchami, oddzielającymi trawnik od jezdni. Gość zaklął, rozejrzał się, i stwierdziwszy, że nikt go nie widzi wrzucił wsteczny i w nogi! Niestety, nie udało się – słupek wstał w środku auta!
Taa, w trabancie świetnie to sobie jestem w stanie wyobrazić. Czy może właściciel wyciągnął plaster i zaczął naprawiać? Czy to tylko karoserię się tak dało?
Z tego typu samochodów jeździłem tylko syrenką, proszę nie pytać, którym typem, w każdym razie drzwi otwierały się normalnie, nie pod wiatr, ale za to nie chwalęcy się za kierownicą siedział jeden z obecnych oficjeli medialnych, wówczas etosowy działacz 😉
A z „sobieradztwa okołotrabantowego” przytoczę opowieść znajomego mechanika. Jego kolega przywiózł mu na bazę Trabanta kupionego na giełdzie, który chodził jak złoto, tylko przyspieszał jak muł. Badało go już kilka warsztatów, silnik prześwietlono do ostatniej śrubki, takoż zawieszenie i resztę mechanizmów – wszystko było OK, tylko się nadal nie zbierał. Znajomy po długich badaniach znalazł wreszcie powód: poprzedni właściciel naprawił podłogę, kładąc… wylewkę betonową!
Budowlaniec sobie poradzi!
Ach, przypomniałem sobie, jak w podobny sposób „nadziało się” na taki stelaż od drzewka przy Świętojańskiej (naprzeciwko wylotu Obrońców Wybrzeża) cinquecento – jakieś 3-4 m od wejścia do popularnego sklepu spożywczego. Cud, że nikomu się nie stała krzywda, jakby samochodu nie zatrzymał ten metalowy stelaż od drzewka, to wjechałoby z impetem do sklepu 🙁 ale żeby je ściągnąć, trzeba było dźwigu.
Ja miałem kurołapkę, zwaną Barbarką. Złego słowa nie dam na ten wynalazek motoryzacji rodzimej powiedzieć! Co prawda zdarzało mi się gubić przeguby i poszukiwać półosi w rowach, ale zawsze dojeżdżałem na miejsce, a wszelkie maluszki zostawały z tyłu, pod warunkiem że był odpowiednio długi odcinek żeby ją rozpędzić. Przestawała brzęczeć i dzwonić dopiero po przekroczeniu 90 km/h, a w bagażnik wchodziły trzy worki kartofli!Drugim wozem dobrze wspominanym przeze mnie była równie leciwa i poczciwa Nysa.
Kurołapka to była Syrena 104, z odwrotnie otwieranymi drzwiami niż we współczesnych wozach – jak się je otwierało, to można było kury na pokład z poboczy zwijać!
Dzień dobry. Miśka mi się tak dobrze czyta, bo jest dla mnie kompletnie nieprzewidywalny, kiedy łączy te motywy. Bigos jako źródło natchnienia? Wielkie!
Już dawno temu doszedłem do wniosku, być może nie wynajdując prochu, że w ogóle dobra potrawa jest jak dobra poezja (literatura?) ponieważ charakteryzuje się pewną „nadorganizacją” – znaczy więcej niż tylko suma składników…
Czasem mam wrażenie, że jest to głęboka satysfakcja (intelektualna? Może za mocne słowo…), wynikająca z „rozkodowania” przez czytelnika autorskiego zamysłu, „odgadnięcia zagadki”, poczucia niepewności, czy autorowi właśnie o to chodziło, czy też skojarzenie jest tylko czytelnicze (uprzedzając ewentualne komentarze – ono NIGDY nie jest „tylko” czytelnicze – po tym jak autor odda swój tekst czytelnikom, mają oni prawo do dowolnych skojarzeń, byle potrafili je jakoś uzasadnić).
O-to-to właśnie. Nie zapominając o tym, o czym Ty piszesz w kontekście wzajemnego wzmacniania kreatywności na Wyspie, a ja zawsze zapominam, jak to się nazywa…
Kneź nie ma nic przeciwko, a nawet jest za. Nawet postuluje założyć własny „Słownik wyspiarski”, coby ciekawsze zwroty i znaczenia nie „ulatały” z pamieci!
Obejrzałam, poczytałam… Jeno za pięknookimi nie tęsknię!! Taż mam ich na co dzień!! Paskudy jedne!! Moje rózie!!!
Nie tylko moje, zresztą
W sąsiadującym, po drugiej stronie ulicy, hotelu – też obżerają! Sprawili sobie psa ze schroniska, który b.leniwie je odstrasza
Zaraz wybywamy! Więc na niebarokową dobranoc zostawiam dzisiaj… starocia. Pogoda za oknem jesienna, więc na dobranoc – „Deszcz w Cisnej” Krystyny Prońko. Tak mi się przypomniało z dzieciństwa, ponadto osobliwie mi pasuje do dzisiejszego wieczora. Bo jest w nim i jazda samochodem (zaraz na święta), i nostalgia, i moje dzieciństwo, i coś monotonnego i deczko na sen…
No i się Renault, mojemu Małżonkowi, przed Pragą rozkraczył 🙁
Już pomoc do Niego dojechała. Ufff.. może za trzy (?) godziny będzie w domu.
Dobranoc SzanPaństwu 🙂
Domyślam się. Nam dopiero co też się zrobiło, tylko pomoc już nie była potrzebna, a „ostatnie przemieszczenie”. Na szczęście następca znalazł się na tym samym parkingu 🙂
Wbrew paskudnej pogodzie, ni to zima, ni jesień, dla lepszego samopoczucia poczujmy trochę wiosny. Wczoraj cały dzień, nie wiedzieć dlaczego, chodziła za mną ta piosenka:
Posłuchałam co mówi i stwierdzam, że choć nie jestem jasnowidzem, mogłabym tak samo przepowiedzieć nadchodzące lata. Dla mnie nic nowego nie powiedział. Jestem nim rozczarowana, bo okazuje się, że ten człowiek nawet dobrze nie potrafi przeczytać własnego (?) tekstu.
Jak do tej pory WSZYSTKIE wizje p. Jackowskiego się nie spełniały!
Dlatego, traktuję jego „przepowiednie” au reburs.
Co do poprawy jakości przepowiedni po ślubie… jeśli żona będzie mu podpowiadać, to kto wie?
Naukowcy (oczywiście amerykańscy) dowiedli, że na to nie ma lekarstwa! Jedynie przeczekać!
Prawidłowe postępowanie polega na dostarczeniu dużej ilości witamin (ale C w sokach a nie B w piwie 😀 ) i czekanie…
Mówią też, że „na kaca najlepsza jest praca”, co akurat testowałem na sobie z dobrymi (w miarę) skutkami 😀
Krzysiu , w Polsce amerykanskie recepty na kaca ,nie są skuteczne .Tradycyjnie na kaca , najlepszy jest ” klin ” ,jest tylko warunek , ze klin , nie może być większy od kaca . Sprawdziłem i dla mnie , ta zasada (ze wzgledów patriotycznych ) jest do zaakceptowania ) . Polecam .
Tak , tak , nie ten poziom . Zdolny student piątego roku ,napisał pracę magisterską przed terminem ,oddał do recenzji , wsiadł do pociągu i pojechał do rodzinnej wioski odpocząć . Kiedy szedł od przystanku PKS -u do wsi ,spotkał kolegę jadącego traktorem z pola , też do tej samej wsi .Przywitali się serdecznie po paru latach i wstąpili do wiejskiego baru ,aby uczcić to spotkanie . Po paru piwach ,doszli do wniosku , ze to berbelucha ,kupili butelkę napoju z kłoskiem , wsiedli na traktor i pojechali do siedziby traktorzysty , aby dokończyć miłe spotkanie . Jadąc przez wieś ,zauważył ich mieszkający we wsi dróżnik , któremu nie spodobał się manewr traktorzysty przy wjezdzie na podwórze gospodarstwa . Dróznk , miał w domu telefon ,zadzwonił do powiatu , ze po wsi jeżdzi traktorem pijany kierowca . Powiat przyjął meldunek ,trochę to trwało ,ale po paru godzinach przyjechał patrol .Koledzy już dogorywali , zwłaszcza student , nie mogł zrozumieć o co chodzi , bo byli w prywatnym domu . Przybyła władza ,wzięła sobie na kieł studenta ,pukneła pare razy w głowę ” argumentem władzy ” ,wpakowała do gazika i powiozła do powiatu na wyjasnienie zajścia . Wyjasnienie troche trwało , wieczorem o 22.oo wypuszczono studenta w Lwówku Ślaskim do domu . Wyszedł przed siebie , trafił na jakiś płot , za płotem było wejscie do miejskiego szpitala ,zbaraniał na widok białych fartuchów , zaczął mówić po angielsku .Siostry zadzwoniły do tych ,którzy go przed chwilą wypuscili . Przyjechali , zapakowali i zawieżli do Szpitala Psychiatrycznego w Boleslawcu .To był prawdziwy kac po polsku …..
U wujostwa, co mieszkali w bloku, było słychać tupiącego psa z piętra wyżej. Chyba też pazury + jakaś niemożebnie akustyczna podłoga u sąsiadów, panele czy też płytki.
Przednie owszem, ale stukał tylnymi 🙂
A drapak mial w głębokim poważaniu, o wiele bardziej odpowiadała mu ozdobna drewniana ścianka w kuchni i drzwi harmonijkowe 😀
Z kocimiętki jeszcze nie miałam okazji korzystać, rzeczywiście się sprawdza? W sumie tamtego kota od zeszłej Gwiazdki nie ma, a pozostałe dwa są „grzeczne”, chyba że nasz Smrodek – jak chce przypomnieć o sobie, to specjalnie i bezczelnie wskakuje z pazurami na sofę albo atakuje kicię 🙂 I te jego miny
Misiaczku!!! Jesteś wielki (i nie chodzi mi o rozmiar ciała )!!!
Przeczytałam kolejny odcinek jednym tchem, wywołując rodzinne zdziwienie (porykiwałam co chwilkę)
Dziś muszę odpracować „roboczą sobotę”, czyli to co zwykle robiłam w dwa dni, zwaliło mi się na jeden. Już od 5 rano piorę i sprzątam. Jeszcze trochę i wybierzemy się na zakupy Od jutra znowu do pracy, a że pracujemy do środy włącznie, nie będzie czasu w tygodniu, żeby je zrobić…
Ostatnie trzy dni mnie wykończyły. Wychodziłam z domu przed 8 i wracałam przed 20 Kolano znowu mam spuchnięte jak bania i ogólnie czuję się przeżuta i wypluta
Ale Wielkanoc już blisko Czyż to nie radosna wiadomość
Odcinek poświęcony Bezetce wedle zapowiedzi 🙂
Miśku ! Kocham Cię szalenie za poczucie humoru i wyobraźnię nieziemską !
Ślicznieś to wykoncypował, a co się naśmiałam, to moje !
Udał Ci się ten odcinek bardzo a bardzo 🙂
Ha! Talia i Wena pięknie wkomponowane w gar bigosu! Coś dla ducha i coś dla ciała – w starannie dobranych proporcjach!
A mnie zainteresował składnik postnego bigosu: chuda słonina… jak ona wygląda?

Bo chudy boczek jeszcze mogę sobie wyobrazić
No co, taka na pół centrymetra
Nie grubsza niż na palec 🙂 🙂 🙂
Ukratek woła, że odcinek – lecę!
Podziękować Pancerku:)
Gaciami do góry obrócic i zaraz baby miękną dla futrzatych i talerz ze smakołykiem podstawiają, no no
Do usług Bezetko i bez obrazy 🙂 🙂

Dobrej nocy życzę i się zmywam. Do jutra
Dobrej nocy Bożenko 🙂
Dobry wieczór
No nareszcie!
Już się stęskniłem za miśkiem et consortes.
Teraz idę już spać ale jutro się pojawię 😀
Dobranoc
p.s. Zwłaszcza ten obraz Baby z kopyścią i pokrywką w geście Syrenki Warszawskiej pobudza wyobraźnię 😀
Zapewne wyobraźnię pobudził ten rybi ogon? 🙂 🙂
Wdzięczna syrenka z kopyścią i pokrywką to prawdziwe cudo ! 🙂
W Gdańsku mamy syrenkę bez rąk w ogóle, samym gołym biustem epatuje
Do jutra zatem!
Cytrynowa szuka od rana garnka!


Słonina chuda, bo czasy podłe – dawniej była na pięć palców, a teraz jaka ma być jak świnie między sztachetami uciekają? Nie wierzą? Mogę sfotografować, tylko że już wędzona jest, to jeszcze bardziej chuda.
Dobry wieczór!
Dobry wieczór!
A bo, Kneziu, dietetycy świnki odchudzili i zamiast tucznika tak ok.140 kg mówią, że 110 wystarczy, to i słonina chuda 🙁
Bywało, że i powyżej 250 kg miały!
Ufff…. słuszna waga …
Tyle dobrej słoniny!!!!

Smalcuszek ze skwareczkami! A niegodni podstępnie z podgardla mpróbują wcisnąć nieświadomym 🙁
Ooo! Podgardle też słuszne jest!
I pół łokcia słoniny 🙂 🙂
Nie przesadzajmy – na piędź!
Lampkę zapaliłam na poprzednim pieterku, tutaj niech nam śpiewa Lennon:)
Dzień dobry
Przy sobocie po robocie…
Doberek


Po??? Taż tera zabieram się do roboty!! Wyjątkowo pracowita będzie, bo to i druga połowa; co to głową domu zwą przyjeżdża i ten gar bigosu Bezetki jak znalazł
Ma w głębokim poważaniu Talię i Wenę
Po! Miałam na myśli robotę zarobkową, bo tej domowej nigdy końca nie będzie, zawsze coś do roboty się znajdzie
Miałam mieć dwa tygodnie urlopu, a tu… Trza w Wigilię jeszcze się wstawić i niechby na tym dniu jedynie się skończyło 🙁 Przez niekompetencję… Przemilczę czyją 😉
Aaa miało być taaaak pięknie
…a wyszło jak zwykle?
I jak widać niezłe zdanie o misiastych wrodzonych uzdolnieniach
Dzień dobry


Misiaczka z rana czytać, to i kawa nie potrzebna
Patrzałki momentalnie bystre się robią, bez wspomagaczy
„..Rumak powiedział łagodnie…”… Za serducho mnie złapało i nacisnęłam… Pani automat grzecznie mnie poinformowała – nie ma takiego numeru… Odeszła ostatnia siostra. Nadzieja
Nie wymiksuję Rumaka i Jasminki z Harpii, tak jak obiecałem Skowronku 🙂
I słusznie, niech na zawsze z nami zostaną
Witaj…. a ja z telefonu, oboje tam są I zostaną.
Witaj Lordzie W.
( tak się często witała Jaśminka) Wspominki są i poza Wyspą, bo niełatwo zapomnieć i wcale tego nie chcemy…..
Baaardzo lubię skwareczki!!!

Naprawdę tuczą??? Też coś
Zależy czym się zagryzie 😉
Swoją drogą nie wiedziałam, że kapuśniak się robi na chudo, u mnie to on koniecznie z boczuniem 😀
Ależ ja mam zaległości w czytaniu

Się pomału nadrobi
Witaj Skowronku
Miło Cię widzieć
Mam nadzieję, że nadrobisz zaległości nie tylko w czytaniu ale i w pisaniu 
W miarę możliwości

Obiecuję, że przynajmniej raz dziennie dzioba otworzę
Witaj, Gospodyni!
Nie przepracowywuj się przez święta – Bezetka już bigos wszak dostarczyła – to i czas na pogwarki się znajdzie
Aaaa pierogi??? Aaaa uszka??? Aaaa inne pyszności, co to się raz w roku jeno pitrasi???

Witaj Szefie
Pierogi, uszka, kluski z makiem – nawet gdybym nie chciała, to i tak muszę zrobić. I jeszcze roladę szpinakowo-łososiową ….
Ale za to jak to wpływa stabilizująco na grono waszych miłośników…
To tak jak z wódeczką, co to ponoć pita z umiarem nie szkodzi w żadnej ilości 🙂
DzińDybry:)) Piękne Miśku, piękne. Zwłaszcza Talia mnie rozśmieszyła, kolega ma taką i wymieniał już cewki zapłonowe, rozrząd, zawory, ostatnio cały silnik. Wyjątkowo wredna muza od Renaulta :))
Dzień dobry 🙂 Renault Stateczku jest najprostszym autem na świecie, psuje się zawsze planowo wedle instrukcji producenta, jak napisze, że po 60 tysiącach mogą wystapić problemy z zawieszeniem, to na bank urwą się koła, jak pisze o problemach z elektryką po iluś tam tysiącach, to komputer do wymiany, jak pisze, że rozrząd, to silnik klapen dupen i to co do kilometra, można zegarek normalnie regulować wedle jego awarii, miałem jednego i nigdy w życiu 🙂 🙂
Takoż mieliśmy, z tym że Lagunę. Ponieważ nasze samochody mają raczej niedobieg, to zamiast po x tys. km zaczął się psuć po 3 latach. Jak w gwarancji – 3 lata lub xxx tys. km. Plus hasło w ASO – „Panie, ten model tak ma!” – bezcenne 😛
Dzień dobry
Mój synek powiedział kiedyś, że nie należy kupować samochodów na „F” takich jak: ford, fiat i… francuskie 😀
Skąd dzieci to wiedzą
Zaczynaliśmy od fiata 125p, odziedziczonego po teściach, na tamte czasy było OK, tylko kiedyś coś się z bezpiecznikami porobiło i jak się przełączało długie światła z powrotem na mijania, to całkiem gasły, trzeba było wrócić do pozycji „wyłączone” i dopiero włączać z powrotem. Fascynujące zwłaszcza w środku nocy poza miastem.
Potem mieliśmy forda, bardzo podstawową wersję i z małym (i starej konstrukcji) silnikiem, ale bagażnik miał coś pod 500 litrów, a dzieci były małe, to się liczyło (wózek + bagaże wchodziły spoko). Poza tym poważniejszych awarii nie odnotowano.
Potem wspomnianą Lagunę (II gen.), której zapamiętam na wieki zakleszczający się hamulec ręczny i szalejącą elektronikę.
Jak widać, przerobiliśmy pełne spektrum na „f”, chociaż oczywiście zdarzają się i egzemplarze w porządku. W 2007 roku przesiedliśmy się na japońszczyznę i nie mamy uwag.
Ja zaczynałem od fiata 126p, który więcej stał w naprawie niż jeździł,
potem był fiat 125p, który j.w.
, następnie żona przeszła na Japończyka (nissan) którym jeździliśmy bezawaryjnie kilka lat. Jednak nissan został któregoś pięknego wieczoru „skasowany” (pijany kierowca jechał wieczorem ulicą „kasując” wszystkie samochody stojące na poboczu – na szczęście puste).
Wtedy wróciliśmy do fiata. Fiat jeździł w miarę sprawnie kilka lat aż go sam własnoręcznie „skasowałem” na śliskiej nawierzchni.
Ja widać w moim wypadku to przysłowie się sprawdza!
Aczkolwiek szwagier zaczynał od zastawy, zaraz potem miał nissana (kompaktowego sunny), a potem przesiadł się na citroena (c5 i gen., jakoś tak zaraz jak tylko Citroen zmienił oznaczenia samochodów na c+cyferka) i od tamtej pory trzyma się citroenów i nie narzeka. A przecież to francuskie…
Cytrynki są
dobre w każdej postaci ! 🙂
Citroena nigdy nie używałem (na stałe)podobnie jak renault. Dlatego na temat „francuzów” mogę polegać jedynie na opiniach znajomych, które są mieszane
Poczytałam Wasze opisy mężowi, uśmialiśmy się oboje. U nas jedno z aut zmienia się średnio co dwa lata i idzie na złom, więc przechodzi w mężowskiej pracy najbardziej „hardkorowe” testy. I prawdę mówiąc nie ma znaczenia, czy nissan, czy toyota, czy opel, czy fiacik, czy volkswageny…
Ale faktycznie, nie mieliśmy jeszcze żadnego forda ani francuza 🙂
Z tzw. rodzinnych był opel kadett i szwankowała w nim sonda lambda – co nader skutecznie nauczyło mnie zmieniania biegów 😀
)
A od 8 lat carisma – kochane autko, jak stanęło, to wiedziałam, że mam wysiąść, otworzyć maskę, poprawić klemy i jechać dalej. Gorzej jak zapomniało się wyłączyć wycieraczkę lub radio, to pada akumulator i za czorta nie zepchnę jej z drogi, tyle waży 😀 A jak w poślizgu wjechała na pobocze, nawet przygodny traktor miał kłopot z wyciągnięciem – jak się potem okazało, wyrwał ją razem z kamieniem na którym się zawiesiła brzuchem 😉
Od jakiegoś czasu denerwuje mnie jednak niemiłosiernie poziomem hałasu w czasie szybszej jazdy i piszczącymi kołami (czego mój mąż absolutnie nie słyszy, nawet jak zagłusza nam rozmowę
Nie wiem, co to za hardkorowa praca, u nas akurat wręcz przeciwnie, jak już napisałem, sprzedajemy samochody z niedobiegiem, więc psują się raczej od stania (akumulator, rdzewiejące tarcze hamulcowe…). Ale wracając do hardkorowej pracy, to ponoć nie do zdarcia jest toyota hilux, podobne opinie krążą o mitsubishi L200, ale czy to praca wymagająca pikapa? Carisma zacne autko, nie miałem, ale znajomy prawnik miał i wyrażał się w superlatywach. Co do zawieszania się brzuchem, to parę lat temu w trakcie zimy, co to śniegu nawaliło, jeden pan się jeepem cherokee 4×4 powiesił na słupku (jednym z tych słynnych „słupków Stępy” przy Świętojańskiej w Gdyni), najechawszy nań w zaspie, i mimo wspomnianego napędu nie był w stanie z niego zjechać, tylko się ślizgał po nim podwoziem w tę i we w tę, szczęście w nieszczęściu, że to nie samonośna konstrukcja, tylko konserwatywnie ramowa, bo poharatałby sobie podwozie tragicznie. Skończyło się na tym, że przyjechał kolega drugim terenowym, z wyciągarką, i go ściągnął. Atrakcje jak na torze offroadowym, mimo że w środku miasta 🙂
Piszczące koła? A co w nich piszczy? Łożyska? Zdarte klocki?
Na paliwie byśmy pewnie zbankrutowali 😉
Przypuszczalnie tanie klocki, acz w temacie łożyska mechanik też miał jakieś małe wątpliwości…
Słynnych słupkow musialam poszukać u „wujka” 😉
Ha, no cóż, widocznie one są słynnę tylko lokalnie w Gdyni 😀
Koło mojej pracy zdarzyło się, że Trabant się ślizgnął i wpadł na trawnik, po drodze kładąc słupek z łańcuchami, oddzielającymi trawnik od jezdni. Gość zaklął, rozejrzał się, i stwierdziwszy, że nikt go nie widzi wrzucił wsteczny i w nogi! Niestety, nie udało się – słupek wstał w środku auta!
Taa, w trabancie świetnie to sobie jestem w stanie wyobrazić. Czy może właściciel wyciągnął plaster i zaczął naprawiać? Czy to tylko karoserię się tak dało?
Z tego typu samochodów jeździłem tylko syrenką, proszę nie pytać, którym typem, w każdym razie drzwi otwierały się normalnie, nie pod wiatr, ale za to nie chwalęcy się za kierownicą siedział jeden z obecnych oficjeli medialnych, wówczas etosowy działacz 😉
A nawet nie wiem, jak sobie poradził – ja widziałem tylko po drodze do pracy, autko na trawniku nabite „od góry” na słupek. Potem je jakoś zabrano…
A z „sobieradztwa okołotrabantowego” przytoczę opowieść znajomego mechanika. Jego kolega przywiózł mu na bazę Trabanta kupionego na giełdzie, który chodził jak złoto, tylko przyspieszał jak muł. Badało go już kilka warsztatów, silnik prześwietlono do ostatniej śrubki, takoż zawieszenie i resztę mechanizmów – wszystko było OK, tylko się nadal nie zbierał. Znajomy po długich badaniach znalazł wreszcie powód: poprzedni właściciel naprawił podłogę, kładąc… wylewkę betonową!
Budowlaniec sobie poradzi!
Ach, przypomniałem sobie, jak w podobny sposób „nadziało się” na taki stelaż od drzewka przy Świętojańskiej (naprzeciwko wylotu Obrońców Wybrzeża) cinquecento – jakieś 3-4 m od wejścia do popularnego sklepu spożywczego. Cud, że nikomu się nie stała krzywda, jakby samochodu nie zatrzymał ten metalowy stelaż od drzewka, to wjechałoby z impetem do sklepu 🙁 ale żeby je ściągnąć, trzeba było dźwigu.
Ja miałem kurołapkę, zwaną Barbarką. Złego słowa nie dam na ten wynalazek motoryzacji rodzimej powiedzieć! Co prawda zdarzało mi się gubić przeguby i poszukiwać półosi w rowach, ale zawsze dojeżdżałem na miejsce, a wszelkie maluszki zostawały z tyłu, pod warunkiem że był odpowiednio długi odcinek żeby ją rozpędzić. Przestawała brzęczeć i dzwonić dopiero po przekroczeniu 90 km/h, a w bagażnik wchodziły trzy worki kartofli!Drugim wozem dobrze wspominanym przeze mnie była równie leciwa i poczciwa Nysa.

A kurołapka to co to było?
Kurołapka to była Syrena 104, z odwrotnie otwieranymi drzwiami niż we współczesnych wozach – jak się je otwierało, to można było kury na pokład z poboczy zwijać!

Takiego określenia, tego wspaniałego autka, który i kowal naprawił, nie słyszałam
A mydelniczka?? To był Trabant czy Syrenka??? 😀
Trabant – bo z plastiku…
Ps. Chuda słonina przypomniała mi panahaszkowego aresztanta, który cały wieczór poszukiwał bezalkoholowego wina :)))
Dzień dobry. Miśka mi się tak dobrze czyta, bo jest dla mnie kompletnie nieprzewidywalny, kiedy łączy te motywy. Bigos jako źródło natchnienia? Wielkie!
Dobry bigos Mistrzu wymaga weny i muzy 🙂 🙂 Dzięki za dobre słowo:)
Bo to prawda Miśku, nie bez powodu piszemy o Twojej wyobraźni
Już dawno temu doszedłem do wniosku, być może nie wynajdując prochu, że w ogóle dobra potrawa jest jak dobra poezja (literatura?) ponieważ charakteryzuje się pewną „nadorganizacją” – znaczy więcej niż tylko suma składników…
Otóż to. Kwaku…. to coś więcej, czasem jest ulotne i trudne do zdefiniowania 🙂
Czasem mam wrażenie, że jest to głęboka satysfakcja (intelektualna? Może za mocne słowo…), wynikająca z „rozkodowania” przez czytelnika autorskiego zamysłu, „odgadnięcia zagadki”, poczucia niepewności, czy autorowi właśnie o to chodziło, czy też skojarzenie jest tylko czytelnicze (uprzedzając ewentualne komentarze – ono NIGDY nie jest „tylko” czytelnicze – po tym jak autor odda swój tekst czytelnikom, mają oni prawo do dowolnych skojarzeń, byle potrafili je jakoś uzasadnić).
A czasem skojarzenia czytelnicze dodają tekstowi głębi, której autor sam się po nim nie spodziewał… 😉
O-to-to właśnie. Nie zapominając o tym, o czym Ty piszesz w kontekście wzajemnego wzmacniania kreatywności na Wyspie, a ja zawsze zapominam, jak to się nazywa…
A wiesz, że zapominanie jest zaraźliwe? Sam musiałem poszukać u wujka. Synergia!
A czasem dokonuje się nadmiaru skojarzeń i nawet słynni z cierpliwości inni czytelnicy tracą cierpliwość
Znaczy chodzi o nadinterpretację?? Bywa i tak. Są tacy autorzy, co lubią prowokować do skojarzeń 😉
Dzień dobry ponownie!
czy nie uważacie, że określenie „Kneź grzybki pomylił” powinno wejść na stałe do kanonu zwrotów używanych na wyspie?
Niezłe! 🙂 jeżeli jeszcze sam Kneź Okrutnik nie ma nic przeciwko, jestem całkowicie za 😀
Kneź nie ma nic przeciwko, a nawet jest za. Nawet postuluje założyć własny „Słownik wyspiarski”, coby ciekawsze zwroty i znaczenia nie „ulatały” z pamieci!
Hmmm… mówi poważnie, czy znowu pomylił?
Poczekaj Ty … Ukratkiem Ci zapodam na Watrowisku, to od razu staniesz na nogi!
Podpowiada, bo sam taki słownik u siebie ” trzyma”… 🙂
Każda enklawa po swojemu gada!

Całkiem możliwe, że się przyjmie, tak, jak Jaśminkowe ” popotem”…. i jeszcze kilka innych 🙂
Niooooo
To popotem zostało ukute podczas naszych rozmów telefonicznych, raz tak śmiesznie wyszło i już zostało na zawsze… do popotem
Tak też żegnała się z nami na Wyspie
Pyszności karczuś mi wyszedł!!! Niczym Bezetki postny bigos 😀
Nie wytrzymałam i odkroiłam kawałek, bardzo mały kawałek
Ależ jakie „nie wytrzymałam”?! Toć trzeba skosztować i sprawdzić, czy się nadaje na świąteczny stół! 😉
Talia! Talia kochany Quacku
Raczej Talka! 😀
Znaczy, Smoczyca?!
Łakomczuszek !
Karkóweczka!
Chcesz kawaaaałek??
Miłośnikom „braci mniejszych” (Skowronku! Miralko!) chciałbym zwrócić uwagę na pastorałkowy wpis Maliny na Szpakowym Drzewie 🙂
Obejrzałam, poczytałam… Jeno za pięknookimi nie tęsknię!! Taż mam ich na co dzień!! Paskudy jedne!! Moje rózie!!!

Nie tylko moje, zresztą
W sąsiadującym, po drugiej stronie ulicy, hotelu – też obżerają! Sprawili sobie psa ze schroniska, który b.leniwie je odstrasza
Sorki, że się nie udzielam, ale goście się zeszli i nijak wygonić się nie dadzą 🙂 🙂
Bywa. My znów idziemy w gości na wieczór, więc dobranockę zdaje się będzie trzeba zostawić wcześniej na zaś.
Spóźnioną dobranockę możesz wstawić nawet jutro rano
Zaraz wybywamy! Więc na niebarokową dobranoc zostawiam dzisiaj… starocia. Pogoda za oknem jesienna, więc na dobranoc – „Deszcz w Cisnej” Krystyny Prońko. Tak mi się przypomniało z dzieciństwa, ponadto osobliwie mi pasuje do dzisiejszego wieczora. Bo jest w nim i jazda samochodem (zaraz na święta), i nostalgia, i moje dzieciństwo, i coś monotonnego i deczko na sen…
Snów przytulnych przy tej pogodzie!
Dobry wieczór
Kolejny odcinek Miśkowych Harpii jak zwykle świetny. Beczka śmiechu. Nic tylko Miśku gratulować wyobraźni, już nie po raz pierwszy zresztą
No i się Renault, mojemu Małżonkowi, przed Pragą rozkraczył 🙁
Już pomoc do Niego dojechała. Ufff.. może za trzy (?) godziny będzie w domu.
Dobranoc SzanPaństwu 🙂
Oby spokojnie już. Dobranoc!
Spokojnie, jutro tylko konto zrobi się sporo lżejsze 😉
Domyślam się. Nam dopiero co też się zrobiło, tylko pomoc już nie była potrzebna, a „ostatnie przemieszczenie”. Na szczęście następca znalazł się na tym samym parkingu 🙂
Ja też się już pożegnam. Dobranoc
To i ja się kłaniam na dobranoc! 😉
Deszcz u mnie obiecują do wtorku włącznie, więc i dobranocka jakaś prorocza ? A jednak zapalę lampkę 🙂
Dzień dobry
No i nadszedł najkrótszy dzień w roku. Teraz może być już tylko lepiej 
Witaj Bożenko

A myślałam, że będę pierwsza, jak to drzewiej bywało
Witaj Skowronku
Jeśli chcesz, to ustąpię Ci pierwszeństwa i będę później przychodzić 
Nie, nie.. Pani Poranna, Pani się należy palma pierwszeństwa
Dziękuję
Nie chodzi o tę palmę, ale wcześnie się budzę i wejście na Wyspę jest dla mnie dodatkową pobudką 
Witaj Poranna ze Skowronkiem w duecie 🙂
Na chwilę mam słoneczko !!!
Witaj Wiedźminko 🙂 U mnie szaro, buro i ponuro
„U nas” na Młyniskach piękne słońce od rana (tfu, tfu, żeby nie zapeszyć)
Pobielone dzień dobry bardzo

Wstawać i do garów!! Marsz!!
Kto ma ochotę? Bez krępacji, proszę sobie golnąć
Chętnie się napiję, dziękuję
Wbrew paskudnej pogodzie, ni to zima, ni jesień, dla lepszego samopoczucia poczujmy trochę wiosny. Wczoraj cały dzień, nie wiedzieć dlaczego, chodziła za mną ta piosenka:
Zwiewna sukienka tej pani

Niedługo zaśpiewamy …” Wiosna, wiosna ach to ty..”
Czas prędko mija, ani się obejrzymy, a tak sobie zaśpiewamy.
Łoj, posłuchałam Jackowskiego… Oby te jego wizje na lata 2015/2016 się nigdy nie sprawdziły.
Nie słyszałam, jakie to wizje?
Posłuchałam co mówi i stwierdzam, że choć nie jestem jasnowidzem, mogłabym tak samo przepowiedzieć nadchodzące lata. Dla mnie nic nowego nie powiedział. Jestem nim rozczarowana, bo okazuje się, że ten człowiek nawet dobrze nie potrafi przeczytać własnego (?) tekstu.
Nie lubię pana Jackowskiego, wydaje mi się przereklamowany….Może teraz, jak się ożenił te wizje będą inne, tylko nie wiem czy lepsze, czy gorsze ?
Może wizja obiadu co dzień?
Jak do tej pory WSZYSTKIE wizje p. Jackowskiego się nie spełniały!

Dlatego, traktuję jego „przepowiednie” au reburs.
Co do poprawy jakości przepowiedni po ślubie… jeśli żona będzie mu podpowiadać, to kto wie?
Witajcie!
Kawa z rana jak śmietana 🙂
Dla kota
Miauuu!
Mogę się dołączyć? 😀
Kawusię piję, ostrożnie unosząc filiżankę.
Odkładaj jeszcze ostrożniej!
Taa, bo jak za głośno odstawię, to chyba mi głowa pęknie 😛
Zawiąż mocno piracką chustę – dla bezpieczeństwa…
Czapeczkę z daszkiem założę i ciemne okulary. I coś relaksującego po cichutku w uszy.
Jest takie powiedzenie: czym się zatrułeś, tym się lecz… Może piwko?
Eee, nie, dziękuję. Raczej letnią herbatkę w dużych ilościach.
Koniecznie z cytrynką.
Przepraszam, że w filiżance od kawy…
Dzień dobry. Jeżeli ktoś ma w pobliżu kotka, to proszę mu uprzejmie powiedzieć, żeby nie tupał…
„Tupot białych mew o pusty pokład”?
Czyżby next day syndrome? 😀
Taak. Bardzo udane wyjście wczoraj, niby nic, niby powrót do domu na piechotę o własnych siłach… A tu rano bęc.
Znaczy, za ciepła była…
Naukowcy (oczywiście amerykańscy) dowiedli, że na to nie ma lekarstwa! Jedynie przeczekać!
Prawidłowe postępowanie polega na dostarczeniu dużej ilości witamin (ale C w sokach a nie B w piwie 😀 ) i czekanie…
Mówią też, że „na kaca najlepsza jest praca”, co akurat testowałem na sobie z dobrymi (w miarę) skutkami 😀
Tak, stosuję wit. C, nawet w tabletkach, ale tak czy siak trzeba przeczekać. Tudzież piszę bardzo ostrożnie, bo ta klawiatura taka głośna…
Krzysiu , w Polsce amerykanskie recepty na kaca ,nie są skuteczne .Tradycyjnie na kaca , najlepszy jest ” klin ” ,jest tylko warunek , ze klin , nie może być większy od kaca . Sprawdziłem i dla mnie , ta zasada (ze wzgledów patriotycznych ) jest do zaakceptowania ) . Polecam .
To prawda. Co amerykańscy naukowcy mogą wiedzieć o polskim kacu?! To nie ten poziom
Ho ho, po tamtejszym bourbonie z kukurydzy kac potrafi być piramidalny 😛
Tak , tak , nie ten poziom . Zdolny student piątego roku ,napisał pracę magisterską przed terminem ,oddał do recenzji , wsiadł do pociągu i pojechał do rodzinnej wioski odpocząć . Kiedy szedł od przystanku PKS -u do wsi ,spotkał kolegę jadącego traktorem z pola , też do tej samej wsi .Przywitali się serdecznie po paru latach i wstąpili do wiejskiego baru ,aby uczcić to spotkanie . Po paru piwach ,doszli do wniosku , ze to berbelucha ,kupili butelkę napoju z kłoskiem , wsiedli na traktor i pojechali do siedziby traktorzysty , aby dokończyć miłe spotkanie . Jadąc przez wieś ,zauważył ich mieszkający we wsi dróżnik , któremu nie spodobał się manewr traktorzysty przy wjezdzie na podwórze gospodarstwa . Dróznk , miał w domu telefon ,zadzwonił do powiatu , ze po wsi jeżdzi traktorem pijany kierowca . Powiat przyjął meldunek ,trochę to trwało ,ale po paru godzinach przyjechał patrol .Koledzy już dogorywali , zwłaszcza student , nie mogł zrozumieć o co chodzi , bo byli w prywatnym domu . Przybyła władza ,wzięła sobie na kieł studenta ,pukneła pare razy w głowę ” argumentem władzy ” ,wpakowała do gazika i powiozła do powiatu na wyjasnienie zajścia . Wyjasnienie troche trwało , wieczorem o 22.oo wypuszczono studenta w Lwówku Ślaskim do domu . Wyszedł przed siebie , trafił na jakiś płot , za płotem było wejscie do miejskiego szpitala ,zbaraniał na widok białych fartuchów , zaczął mówić po angielsku .Siostry zadzwoniły do tych ,którzy go przed chwilą wypuscili . Przyjechali , zapakowali i zawieżli do Szpitala Psychiatrycznego w Boleslawcu .To był prawdziwy kac po polsku …..
Oo, to brzmi zaiste piramidalnie, mimo że na Dolnym Śląsku piramid niet 🙂
Co było dalej ? Dalej była żmudna praca , aby udowodnć , że zdolny student ,jest normalnym pod słońcem obywatelem , a nie świrniętym gagatkiem .
Udowodnić, że jest się normalnym – ciężka sprawa 🙁
Ja miałam kotka, który tupał. Jak szedł w nocy po panelach (po parkiecie mniej), to kaca nie trzeba było, by się obudzić
Pazurki mu przerastały.
U wujostwa, co mieszkali w bloku, było słychać tupiącego psa z piętra wyżej. Chyba też pazury + jakaś niemożebnie akustyczna podłoga u sąsiadów, panele czy też płytki.
Bo trzeba było kotu kupić drapaka, ścierał by sobie pazurki.
Przednie owszem, ale stukał tylnymi 🙂
A drapak mial w głębokim poważaniu, o wiele bardziej odpowiadała mu ozdobna drewniana ścianka w kuchni i drzwi harmonijkowe 😀
Drapak posypuję czasem kocimiętką, to się nim bardziej interesuje moja kocina. Pomimo to czasem pazurki też ostrzy tam gdzie nie powinna.
Z kocimiętki jeszcze nie miałam okazji korzystać, rzeczywiście się sprawdza? W sumie tamtego kota od zeszłej Gwiazdki nie ma, a pozostałe dwa są „grzeczne”, chyba że nasz Smrodek – jak chce przypomnieć o sobie, to specjalnie i bezczelnie wskakuje z pazurami na sofę albo atakuje kicię 🙂 I te jego miny
Dzień dobry
Nareszcie dorwałam się do kompa
Tylko nie wiem na jak długo… 
Witaj! Trzymaj się go mocno!
Witaj
Aż głupio to powiedzieć, ale chyba będę musiała popuścić
Nie dam rady za długo się go trzymać…
Witaj zapracowana
Witaj Bożenko
Dzień dobry. Jak to przed świętami…
Dzień dobry
Ano… jak to przed świętami…
Misiaczku!!! Jesteś wielki (i nie chodzi mi o rozmiar ciała
)!!!


Przeczytałam kolejny odcinek jednym tchem, wywołując rodzinne zdziwienie (porykiwałam co chwilkę)
To rodzina JESZCZE się dziwi?
Dziś muszę odpracować „roboczą sobotę”, czyli to co zwykle robiłam w dwa dni, zwaliło mi się na jeden. Już od 5 rano piorę i sprzątam. Jeszcze trochę i wybierzemy się na zakupy
Od jutra znowu do pracy, a że pracujemy do środy włącznie, nie będzie czasu w tygodniu, żeby je zrobić…
Kolano znowu mam spuchnięte jak bania i ogólnie czuję się przeżuta i wypluta 
Czyż to nie radosna wiadomość 
Ostatnie trzy dni mnie wykończyły. Wychodziłam z domu przed 8 i wracałam przed 20
Ale Wielkanoc już blisko
Nie daj się robocie Mireczko, bo przepracowana nie będziesz mieć siły żeby świętować.
DobryWieczór:)) Dzisiaj najkrótszy dzień roku, od jutra już będzie lepiej :))
No akurat moglo być odwrotnie! Odpoczynek krótki, a dzień pracy już dłuzszy

Na razie to tylko sekundy..
Wręcz odwrotnie, będzie można rozrabiać w świetle dnia :))
Zapraszam na pięterko wyżej, po świąteczny żarcik 🙂