Granatowa Carisma, zwana czule Karusią, stała samotnie na parkingu z widokiem na tory kolejowe.
Było jej okropnie gorąco, słońce bezlitośnie wypalało lakier i usiłowało rozpuścić gumę opon. Ach, żeby ktoś wreszcie wsiadł i otworzył wszystkie trzy okna (czwarte nie działało już od poprzedniej zimy), a potem pognał lipową aleją, tak by umykające powietrze mocniejszą z każdym kilometrem pieszczotą ostudziło rozpalone blachy i zdmuchnęło nieświeży swądek plastiku.
Klimatyzacji nigdy nie włączano. Nawiew burczał paskudnie, przy każdym poziomie bardziej. Zeschły jesienny liść? Zużyty wiatraczek? Karusia nie zdradzała swej tajemnicy, kryjąc ją głęboko pod deską rozdzielczą. Tak głęboko,że nawet ulubiony mechanik Sławek nie chciał tam zaglądać. A przecież by mu pozwoliła. Tylko jemu.
Lecz pewnego dnia na siedzeniu pasażera usiadł ten dziwnie mówiący człowiek w pomarańczowej koszulce. Nazywał się Sergiej. I powiedział, że to można naprawić, że on zajrzy, zobaczy co trzeba wymienić i jak będzie kupione, to to naprawi.
Karusia zaniepokoiła się – jak to, naprawi? Przecież nic się nie zepsuło…
Pomarańczowy rewolucjonista wyjął z bagażnika klucze i zaczął się dobierać do deski rozdzielczej. Rozebrał ją, obnażył, ale Karusia broniła się jak mogła. Głową w dół nurkował pod siedzenie, stękał, sapał, klął na kitajskie maszyny, bo przecież w volkswagenach wystarczy z wierzchu ręką sięgnąć.
Karusia śmiertelnie się obraziła – gdzie ją, JĄ, do tych niemieckich blaszaków przyrównywać, co to na każdym zakręcie się psują i części gubią. Ją, która przez rzekę przejeżdżała, która przez bezdroża i trawy wysokie aż po lusterka jak czołg parła, gdy taka ochota naszła jej Właścicieli, ją, która przez 9 lat na jednym oleju przejechała i ani stęknęła!
Ooo, nie dała się. Pomarańczowy barbarzyńca wyczołgał się z wnęki między siedzeniem, a schowkiem, stanął obok i prostując obolały kręgosłup ocierał pot z twarzy.
Na jego miejsce wcisnął się Vova, drugi sąsiad. O, ten to przynajmniej zachwycał się Karusią, powtarzał, że dobra maszyna. Karusia odpuściła. Vova wytargał spomiędzy przewodów wentylator, zajrzał i oniemiał.
Sergiej też oniemiał, a Właścicielka, która właśnie nadeszła, dostała napadu histerycznego śmiechu – Mysz? Z całym gniazdem? Od 10 lat??? Zgroza.
A przecież tragedia małej szarej przyjaciółki wcale nie była śmieszna. Wcisnęła się kiedyś biedna i zmarznięta w zasypane śniegiem auto, naniosła drobiny zeschniętej trawy i liści i obu było im razem nieco cieplej.
Aż któregoś dnia przyszedł dawny pan i włączył silnik, a potem wentylator. Mała szara przyjaciółka nie zdążyła czmychnąć. Została już w swym gniazdku, wirując niczym na dziecięcej karuzeli. Nie kręciło jej się w łebku, nie czuła już niczego. Nawet zimna.
-Co tu tak śmierdzi??? – zdenerwował się dawny właściciel, a po zimie, gdy rozwiały się już niechciane zapachy, uruchomił znowu Karusię i sprzedał ją daleko, daleko, za granicę. I nic nie mówił, że wentylator dziwnie burczy… Może nie zauważą.




Dzień dobry i wieczór dobry Tubylcom, pozwalam sobie dołożyć szczebel do blogowej drabiny, może w chmurach będzie dziś ciekawiej niż pod 🙂
Skoro i księgi mają swoje własne losy, to co dopiero samochody…
Och
Dzień dobry po południu. Znakomite! Myszy gniazdują, koty się ogrzewają, kuny ponoć gryzą kable, a słonie siadają na masce i ją gną. To znaczy tam, gdzie są słonie.
Czyli że samochody w epoce synantropów są traktowane jako element ekosystemu. Co niestety rzadko im wychodzi na zdrowie.
Ponieważ zaś fajrant, pozwolą państwo, że oddalę się na przerwę.
Do tej wyliczanki Mistrza Q, dodam jeszcze pręgowce amerykańskie, które potrafią w rurze wydechowej zrobić sobie spiżarnię
Och. Chyba nie chcę wiedzieć, co się dzieje, kiedy ciśnienie gazów wydechowych wypycha tę spiżarnię z impetem na zewnątrz. To prawie jak strzelba gładkolufowa (shotgun)?
Ciekawa opowiastka
Ale szkoda tej szarej myszki…
Idę spać. Bardzo wyczerpana.
Ja też, więc dobranoc
Spokojnej!
Spokojnej i energię czerpiącej.
Szkoda myszki ? Szkoda każdego stworzenia zwłaszcza , kiedy to stworzenie kojarzy nam się z czymś sympatycznym np. ładną , naszą ukochaną dziewczyną . Ale w życiu nie ma nic za darmo i dzisiaj w wiadomościach TV podają informację, o kłopotach Koreańczyków przed Zimową Olimpiadą . Otóż, w obawie przed protestami turystów europejskich, polecono wycofać we wszystkich restauracjach z jadłospisów potrawy z mięsa z psów , które podobno są przysmakiem Azjatów . Właściciele lokali protestują bo spadną im obroty . No i co Państwo na to ? Wszak psów naszych ulubieńców też szkoda . Pogoń za pieniądzem , czyni człowieka draniem nie do opisania . Dobry wieczór 🙂
Dobry. No to ja się muszę przyznać, że jestem nieodwracalnie skażony cywilizacyjną hipokryzją – nie zjadłbym psa ani kota (no, może w warunkach skrajnych, jakiejś apokalipsy), ale w sumie na zabijaniu świń, krów ani drobiu też mi specjalnie nie zależy, tylko że jednak przywykłem do smaku mięsa i pewnie trudno by mi było go sobie odmówić – inaczej zostałbym wegetarianinem już dawno.
Ciekawe , że wiadomość o tym pojawiła się dzięki protestom restauratorów , a nie jakiegoś np. Towarzystwa Opieki itp…
No właśnie, ale jeśli tam się np. te psy jada, to czy w ogóle jest tam jakiekolwiek Towarzystwo Opieki? To tak, jakby o Polsce czytali Hindusi i się dziwili, że przeciwko ograniczeniu serwowania wołowiny w polskich restauracjach nie protestuje tutejsze Towarzystwo Opieki Bydła (albo z drugiej strony – lokalni kapłani hinduistyczni).
Jak widać , my też nie jesteśmy święci – mamy tylko inny jadłospis
No więc właśnie. Najjunior, będąc w Peru, nie mógł się przemóc i skosztować… świnki morskiej z grilla. Ponoć bardzo smaczna, ale miał tak wdrukowane, że to miły domowy futrzak, że nie mógł.
To są naprawdę osobiste problemy . Bo np. co jest winien ślimak winniczek , że został przysmakiem Francuzów ?
To prawda. Winniczki zapiekane w cieście, z przyprawami (nie wiem, jakimi, ale Francuzi się znają) – pychota!
I tak to moi Panowie jest
Co kraj, to obyczaj i inna kuchnia 

Niektórzy jedzą takie świństwa, że robi mi się niedobrze. Nawet patrząc. Ale pewnie, gdybym była wychowana w tamtym kraju, uważałabym to za coś normalnego. I dziwiłabym się jak ci Europejczycy mogą jeść takie świństwa…
Myszka była już w takim stanie, że budziła smutek równie mocno jak eksponaty w muzeum archeologicznym. Za to sama sytuacja – jeździsz, jeździsz, wkurza cię ten hurgot na najwyższych obrotach tyle lat, ale mechanicy straszą kosztami rozbierania całej deski (?!), klniesz na tego liścia, a tu wyciągają ci mysie gniazdo…
I tak sobie wyobraziłam tego Niemca, który z tą myszą jeździł najpierw…
Historyjka ta jest tak jakby na pożegnanie tego cudnego autka, absolutnie niezawodnego jeszcze do ubiegłego roku. Niestety, w rękach męża (służbowo) przeszła już w stan agonalny
W sumie tak sobie pomyślałem, że w Australii to mógłby być pająk. Albo jakiś wyjątkowo niefajny insekt. I myszka, bądź co bądź ssak, więc nam samym jakby ewolucyjnie bliska, nie jest jeszcze taka straszna.
A dobrego autka szkoda. Jak się dowiedzieliśmy, że poprzednie, sprzedane w rodzinie, miało wypadek z tą rodziną za kierownicą i trafiło do kasacji (rodzinie kierującej nic się o dziwo nie stało!), to nam było przykro.
Żegnałem kilka aut , bez emocji , bo każde następne było trochę lepsze . Nowe auto , skradziono mi po trzech dniach i kiedy zostało znalezione , to została tylko podziurawiona karoseria . Nawet fotele były wycięte z podłogi . Za ubezpieczenie , znów kupiłem stare auto i nie narzekam …
Och. Po trzech dniach
to przykre bardzo. Ale skoro nie narzekasz, to chyba najważniejsze.
Nas to (jeszcze?) nie spotkało, w sensie kradzieży.
Ciekawi mnie po jaki guzik ktoś się na nim tak wyżywał i wyrywał wnętrze niszcząc jeszcze karoserię? Jak już kradł to chyba, żeby jeździć lub sprzedać do jeżdżenia – czy to jakaś zemsta na Tobie była

Chyba chodzi o to, że rozmontowali auto na części, które sprzedawane detalicznie zapewniły większy zysk, niż gdyby chcieć sprzedać (kradziony) samochód w całości. A ponieważ na złodzieju czapka gore, to nie bawili się zapewne w subtelności podczas rozmontowywania.
Quackie ma rację . Łatwiej było sprzedać . Powszechnym zjawiskiem było poranne spotkanie z samochodem beż kół . Mimo zabezpieczeń , tak się złodzieje wyspecjalizowali , że w try miga ucinali szpilki i koła niemal same odpadały . Spotkałem swoje auto bez kół i w niedzielę na bazarze kupiłem świeżo pomalowane cztery koła i nie wykluczam, że to były moje koła . Takie to były czasy transformacji …
Nam w ten sposób ukradziono co prawda nie koła, ale ozdobne firmowe kołpaki z kół, nabyte razem z samochodem. Gdybyśmy chcieli odkupić u dealera (tzn. nowe, nie swoje ukradzione), to byśmy z torbami poszli. Od tamtej pory kupowaliśmy (do tego auta w każdym razie) uniwersalne po taniości w markecie.
Lanosem, kupionym w salonie, jeździłem przez 18 lat, prawie bezawaryjnie. Gdy jednak pierwszy raz usłyszał, że już trzeba go będzie sprzedać, zaczął wstawiać takie jaja, że musiałem się z pośpiechem rozglądać za nowszym…
Och. To Ty też czujesz, że samochody słyszą, co się do nich i o nich mówi i reagują?
He he, Quackie, wcale bym się nie zdziwiła, że auta jak i kwiaty „słyszą” 😉
Carisma była niezawodna i to głównie na trudnym terenie, dopóki mąż powtarzał, że jest najpiękniejszym autem na parkingu (głównie w żartach, ale mogła nie wyczuć :D) – w zasadzie jedyne usterki to porysowany przez stado wiejskich krów lakier (ale nie rdzewiał!), raz na rok dokręcana śrubka pod rączką biegów, bo jedynka przestawała wchodzić, nie działające elektryczne otwieranie szyb na drzwiach (tylko centralne), duża wilgotność zamarzająca w zimie od wewnątrz na szybach i zamarzające zamki. Ot, „kobiece” chimery. No i hałas powyżej setki (cecha marki).
A gdy ja zaczęłam marudzić, że już mi zbrzydła (o głupia!), to nagle zaczęło wszędzie stukać, pukać, pękać…
Następne autko z tych samych wysp, ale już nie tak bezawaryjne…
Choć w kwestii awaryjności nic nie przebije naszego pierwszego opla, co to był za koszmar motoryzacyjny… Ile razy na środku drogi lub co gorsza skrzyżowania zdychał, bo mu się sonda lambda zepsuła, co tam się działo z biegami, jakie miał paskudnie słabe blachy…
Co do awaryjności, to na razie nic nie przebije Renault Laguny II. Wspaniałe auto jeżeli chodzi o komfort, estetykę i ergonomię wnętrza, ale awaryjność po 5 latach kompletnego niedobiegu (w sensie po ok. 10 tys. km rocznie) wołała o pomstę do nieba. Od tamtej pory wyłącznie japońskie samochody i bardzo sobie chwalimy.
Pięterko świeże, ale już okrzepłe.
Dobranockę można tu dać.
Specjalista od elektroniki i muzyki całego świata, ale nie ze Szwajcarii, tylko z Niemiec – Friedemann Witecka i jego miniaturka „In the Court of the Mermaid” – na dworze u Syreny (nie samochodu!). Z rytmu chyba walc? Melodia do tego przytulna i w sam raz na zasypianie.
Snów podmorskich, falujących przyjemnie
Tak sobie myślę, że zasypianie pośród twardych muszli to nawet dla syreny niekoniecznie jest przyjemne…

Snów jednakowoż pościelowych 😉
Dzień dobry


Jakie cudne opowiadanie
Szkoda myszki, ale takie jest życie…
Dzień dobry
Znów wiosenny dzień 
Dzień dobry, jakie z Was ranne ptaszki 🙂
Wcześnie się kładę, to wcześnie wstaję
Dzień dobry.

Gienia?
O, tego mi brakowało
Dziękuję, zaraz lepiej 
Tak właśnie pomyślałam.
Co do samochodów:
Prawie 20letni grand voyager. Długi tunel na autostradzie. Zaraz za sporym zakrętem.
Stoimy.
Dwóch autystów na pokładzie.
To niewesoło…
Ach, zabrzmiało, jakbyś pisała ten komentarz prosto z pokładu auta.
Ale nie, pamiętam, że to już wspomnienia. No i chyba samochód nie stanął dlatego, że coś Wam się zagnieździło?
Nie. Był uszkodzony pływak wskazujący poziom paliwa. Do tej pory nie wiem, jak nam się udało ruszyć i dojechać do najbliższego dystrybutora. Ale spacer z trójkątem po tunelu zapamiętam do końca życia.
Bo akurat ruchu nie było, więc jak ktoś gnał, to nie widział że za zakrętem coś stoi – droga pusta. No i odbijał w ostatniej chwili, bo przyhamować już by nie zdążył.
Dzień dobry! A ja z kolei późno zasypiam i późno wstaję. Ale wstaję, więc sukces!
I podłączam się do kawowego źródełka…
Witajcie!
Nawiązując do wątku kulinarnego wyżej: krewny mojego przyjaciela wyemigrował do Australii i tam ożenił się z Aborygenką. Po latach odwiedzili Polskę, zostali więc ugoszczeni typowym polskim daniem: schabowym z kapustą. Potrawa dziewczynie bardzo smakowała, usilnie dopytywała się, co to jest. Gospodyni nie dostrzegła rozpaczliwych znaków krewniaka i powiedziała. Na wiadomość, że to kawałek świni Aborygenka zerwała się od stołu i pośpiesznie zwróciła obiad…
Myślę, że podobna reakcja by była z naszej strony, gdybyśmy się dowiedzieli, że przed chwilą zjedliśmy kawałek psa czy kota
Z własnej woli bym nie ugotowała, ale gdybym zjadła nieświadomie… pewnie po uświadomieniu wrażenia by już nie zrobiło.
Przecież i z tej świnki można zjeść smacznie chrupiące uszy ugotowane w kapuście, a kto inny powie, że uszy to dla psa…
I czernina i te wszystkie podroby, płucka, nerki, wymionka (nie zapomnę opisu nieodżałowanej Chmielewskiej), jąderka, flaczki – brzmi obrzydliwie, a jakie potrafi być dobre!
Mój tata czasem testował na gościach tego typu rzeczy, jadłospis podając po fakcie albo i nie 😀
Pamiętam, jak kiedyś podał baranie jądra. Wyszły i smakowały. Ale mama jak się dowiedziała, przy następnym baranobiciu pierwsze co, to chwyciła wyżej wymienione i poleciała dać psom 😉
Och, jest znakomity dowcip a propos.
Mianowicie pewien facet odwiedził kiedyś Sewillę i tak się złożyło, że na obiad wstąpił do miejscowej restauracji. Dostał tam przepyszne danie „jądra a la corrida” – nie dość, że smakowite, to jeszcze porcja ogromna. Zjadł, zapłacił, wyszedł z knajpy zachwycony. Tak się złożyło, że miesiąc później znów był w Sewilli w porze obiadowej i postanowił powtórzyć doświadczenie. Wszedł, usiadł, zamówił to samo i dostał porcję nie dość, że kompletnie bez smaku, to jeszcze niewielką. Zjadł, ale – niezadowolony – woła kelnera i mówi mu:
– Panie, jadłem tu to samo danie miesiąc temu i było przepyszne, poza tym porcja wielka, a dzisiaj co – ani smaku, ani ilości. Co tu się stało, że tak jakość spadła.
A kelner na to z poczuciem wyższości:
– Proszę pana, na tym polega corrida – raz ginie byk, raz matador!
No więc właśnie. Dlatego nieodmiennie bawią mnie wynalazki wędliniarskie typu „schab po żydowsku”.
Trochę na innym poziomie absurdu, więc jeszcze bardziej bawią „szynka z łysych” i już szczyt wszystkiego (a na oko inżynierii genetycznej) – mityczne, bo niewidziane na własne oczy – „skrzydełka wieprzowe”
Nerwica na tle niezgodności przedmiotu z opisem? Znaczy nie smakował jak kaczka?
Miałam silną nerwicę i mój żołądek reagował jakby miał wrzody. Sama tego nie rozumiem, ale nawet nie wiedząc, że np. siostra okrasiła kapustę łyżką smalcu, po obiedzie skręcałam się z bólu. Dopiero po jakimś czasie te objawy minęły, nie tylko żołądkowe… Nie miałam spokojnego życia i dopiero od kilku lat wszystko minęło.
Coś strasznego, to faktycznie ogromna ulga, że już minęło.
Ulga ogromna, ale szkoda, że dopiero na starość…
Dzień dobry.
Dobry! 🙂
Oj , coś mi się wydaje ,że mała myszka z samochodowego wentylatora wypłoszyła Wyspiarzy . Nawet to rozumiem , bo widziałem na własne oczy, jak przed gromadą myszy zwiewały koty . Było to w pewnym okresie na Mazurach , kiedy nie sprzątnięto zboża z pól i otworzyło sie królestwo dla myszy . Myszy nie okazywały żadnego strachu przed kotami , ale tysiącami zjadały wszystko co myszom smakowało . Dopiero przyszła jakaś zaraza , która wyrównała populację możliwą do zaakceptowania przez człowieka , bo już był strach , że to myszy nas zjedzą . A Popiela , który by sie znał na myszach nie można było znależć. Wszystkiego brakowało , tylko myszek było do wyboru i koloru …
No nie, mnie tym razem odciągnęła rzeczywistość. A nawet dalej odciąga…
Polecam waszej uwadze bardzo ciekawy artykuł Krzysztofa Łozińskiego o fotografii i mózgu: http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/studioopinii.pl/archiwa/184598/
Hmmm… To może być ciekawe, ale już nie na dzisiaj. Mój mózg odmawia mi posłuszeństwa i nie chce myśleć. Dlatego powiem wszystkim dobranoc, a do tej lektury wezmę się jutro od rana, gdy będę wypoczęta.

Spokojnej!
Fajny, fajny.
No i fajny, bo od praktyka, mimo że trochę teorii również tu jest.
Padam na dziób… Quacku, zapal lampkę po dobranocce!
Tajess
Dobranocka.
Nieco może dynamiczniej, niżby się należało, ale za to piękna, rozbudowana harmonicznie piosenka, ze zmianami tempa i nastroju.
Susanne Vega w Liverpoolu. Polecam!
Snów o dalekich Wyspach (na przykład Brytyjskich).
Dobranoc.
Oby
Spokojnej!
No to zgodnie z obyczajem – niech świeci łagodnie, nie przerywając snu.
Dzień dobry
Mokra niedziela…
Dzieńdoberek!

Kot o siódmej. Nie jest źle!
Kawa, kawunia, chętnie skorzystam
Dzień dobry, tutaj też mokro. Myślałem, że będzie szansa gdzieś się wybrać, ale przy tej pogodzie byłoby to przeciwskuteczne.
A na razie kawa.
Witajcie!
O rrany, jak mi się spało! Chyba nadrobiłem wszystkie zaległości!
Ha, znam to uczucie. Niekoniecznie dzisiaj, ale w ogóle to tak.
A ja dobrze nie spałam, całą noc śnili mi się alpiniści… Niepotrzebnie o tym słuchałam wieczorem. W dodatku dla Mackiewicza nie ma już ratunku.
W decyzję o wysokogórskich wspinaczkach jest nieusuwalnie włączona akceptacja faktu, że góry kiedyś zwyciężą…
Zgadzam się z tym, tym bardziej, że to była już siódma wyprawa Mackiewicza w celu zdobycia tej góry zimą. Znał więc doskonale na jakie niebezpieczeństwo się narażał.
Tak naprawdę, dziwię się tym ludziom, że tak uparcie tam idą. Co innego wycieczka w góry przy odpowiedniej pogodzie. Nie taka oczywiście jak ta sprzed 15 lat (dziś jest rocznica), gdzie zginęło 8 osób w drodze na Rysy…
No, tam to była lawina i uczniowie, którzy zaufali nauczycielowi…
Otóż to. Jak można wychodzić w góry i w dodatku zabierać tam dzieci przy drugim stopniu zagrożenia lawinowego!
No więc. Natomiast mnie chodzi o to, że pójście z dziećmi/podopiecznymi w Tatry podczas zagrożenia lawinowego to jednak inna para kaloszy niż pójście samemu/w parze z drugą dorosłą i samodzielną osobą w Himalaje powyżej 7 tys. m, gdzie już normalne warunki to zagrożenie.
W sensie że jak się odpowiada nie tylko za siebie, ale za dzieciaki, które nie potrafią same ocenić powagi sytuacji, to trzeba być podwójnie albo i popiątnie ostrożnym.
Góry są jak religia: albo się je wyznaje, albo nie wie, jak można wpaść po duszę. Jedni drugich nie zrozumieją. Ale też nie powinni żądać bezwzględnego wsparcia, jeśli coś pójdzie nie tak.
Zawsze kiedy umiera człowiek budzą się emocje. Przeróżne. Ale jeśli ktoś wybiera tak ryzykowne hobby, to musi się liczyć z konsekwencjami.
No więc zgadzam się z tym.
[kompletnie zaskoczona]
W dodatku w górach takich jak Himalaje wyjątkowe znaczenie ma prawo Murphy’ego – jeżeli coś może pójść nie tak, to zapewne pójdzie, a co więcej – ze skutkiem śmiertelnym.
Masz rację, warunków nie ma co porównywać. Mnie się tylko przy okazji przypomniał ten wypadek w Tatrach.Ja też tam byłam, ale w lecie. A jednak przewodnik mnie i kilka innych osób nie zabrał na Rysy, bo mieliśmy nieodpowiednie obuwie. Miałam wtedy 17 lat i on okazał się odpowiedzialnym przewodnikiem.
A widzisz. Lato, a jednak. Mogło zacząć padać, błyskać, wiać… A nawet obuwie by miało wpływ na prędkość poruszania się. Odpowiedzialny przewodnik – skarb.
Nie chodziło o deszcz czy wiatr, ale o miękkie podłoże po drodze, w którym trzeba było nogami wydeptywać schodki. Nasze trampki do tego się nie nadawały. Potrzebne było twarde obuwie. A przewodnik był naprawdę znakomity, obeznany z Tatrami.
Dzień dobry. Za oknem wietrznie i ciepło. Klimat się jednak mocno zmienił..
Dobry, tu to samo, na wysokości IV piętra 9 stopni na plusie.
U mnie słońce się przebija, ale jeszcze chyba będzie padać…
Ze spraw bieżących – właśnie wróciłem ze spaceru, między innymi po Skwerze Kościuszki. Błyskawica stoi na swoim miejscu:
A wiatr wieje taki, że bandera na dziobie stoi niemal poziomo:
Przy czym nie jest to takie oczywiste, że wszystkie statki stoją na swoim miejscu – w porcie jachtowym np. poszedł na dno jeden oldtimer:
(Szczegóły na ten temat tutaj: https:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Jacht-Knudel-zatonal-w-marinie-w-Gdyni-n120341.html)
Przykra niespodzianka dla właścicieli…
No właśnie nie bardzo wiem, co z ubezpieczeniem. Jeżeli poszedł na dno z wyposażeniem i dokumentacją, to oby nie z jedynym egzemplarzem polisy…
O tym jachcie słyszałam (a może czytałam) kilka dni temu i codziennie oglądam czy go już podnieśli.
Do dzisiaj nie.
Widziałam.
Dobranoc. Pod kordełką, bo tu strasznie wieje.

To ja za Tobą. Dobranoc
Śpijcie ciepło i nie dajcie się wydmuchać!
Spokojnej wszystkim spaćidącym!
Dobranoc, z zawianego Gdańska i popod 🙂
Spokojnej (z obok
)
Dobranocka
Tracy Chapman i „Across the Lines” – wolniejsze wykonanie niż na płycie, z Montreux Jazz Festival. Ale głos słychać chyba lepiej, a to przecież najważniejsze.
Snów, podczas których słychać to, co najważniejsze.
Nadstawmy uszu przez sen!

Dzień dobry
deszcz…
Gienia, czas na kawę!
Już lezę…

Witajcie!
zaczynamy kolejny tydzień – szaro, wietrznie i w ogóle…
Koniec ferii. Kuba nadal z gorączką. Filozof nadal w szpitalu. Madre od wczoraj u nas. BB zaczyna testy predyspozycji zawodowych, a my beznadziejnie szukamy dla niego liceum. Dla Kuby szkoły również. Leje. Szaro. Kot o piątej dwadzieścia pierdolca dostał.
Idę do Gieni.
Dobry. Tu też deszcz. Polskie znaki mi nie chcą wchodzić (dopiero po solidnym dociśnięciu Alt). Idę po kawę do Gieni, inaczej się nie obudzę.
U mnie Alt działa beż zarzutu, ten problem mam z Shift.
Ciepło od samego świtu, 10+ i deszcz.
Dzień dobry. Zamiast leżeć jak przykładny chory na L4 to musiałem jeszcze wyskoczyć do pracy pozałatwiać ostatnie rzeczy (na koniec miesiąca) przed położeniem się do łóżka. Jeszcze tylko kawa (chociaż nie wiem czy mam ochotę). I już się kładę…
Widać, że w pracy jesteś niezastąpiony…
Myśl o sobie, chłopie – największe skupiska niezastąpionych znajdują się na cmentarzach…
Oj tam. Gdybym faktycznie padał na twarz to nie ruszyłbym się z domu. Musiałem podrzucić L4 do pracy bo koniec miesiąca (rozliczenie wypłaty) a jak już wpadłem to jakąś godzinę poświęciłem na najpilniejsze obowiązki aby nie przeciążać współpracowników, którzy nie znają tematu i zajęłoby im to dużo więcej czasu.
Dzień dobry


Po gościach w sobotę i niezwykle pracowitej niedzieli wcale mi się nie chce iść do pracy
Nawet na wycieczce nigdzie nie byliśmy…
W niedzielę , wpierw idzie się do kościoła , a potem na wycieczkę . Takie zalecenia są nad Wisłą . Widocznie za wielką wodą coś jest nie po kolei,bo ostatnio w słusznej TV narzekają na amerykańskich Polonusów , że nie podjęli walki z Kongresem , aby nie dopuścić do klepnięcia Ustawy 447 . Podobno nie starczy nam stu lat , aby spłacić przewidywane roszczenia szlachty jerozolimskiej . I kto wtedy będzie chodził na wycieczki , kiedy trzeba będzie tyrać na spłatę długów ??
Wiesz, Maksiu… nie oglądam słusznej TV, ani żadnej innej, także skąd mogę wiedzieć jakie są zalecenie nad Wisłą? A poza tym… ode mnie tak daleko do Wisły, że kolejność dnia może być zmieniona
I bez problemów powyrzucam z tych zaleceń wszystko, co mi nie pasuje 

A co do ustawy… nawet nie wiem co to jest, ani czego dotyczy. Czy w Polsce nie obowiązują polskie ustawy? Co Polaków obchodzi jakakolwiek amerykańska ustawa? Europejskich przestrzegać nie chcą, a o amerykańską się martwią? Nic z tego nie rozumiem…
Nie chciałem Ci dokuczyć Miralko . Jak wiesz , jestem ogrodnikiem i trochę przesadzam . A ustawa 447 podobno dotyczy rewindykacji Braci Starszych w wierze do odszkodowań za mienie pozostawione w Polsce .Polska już raz coś tam zapłaciła w ratach (ostatnia w 1980 r.) ale podobno to za mało i chcą więcej …
Nie odebrałam tego, Maksiu, jako chęci dokuczenia mi, ale jako (w pewnym sensie) satyrę na to, co dzieje się w kraju. Ja też jestem jakby ogrodnikiem i na przesadzaniu się znam
A co do amerykańskich ustaw, to skoro ją zatwierdzili, to niech płacą… co Polskę obchodzą ich ustalenia? 
Dobry wieczór. Ponieważ wypadają mi oczy, idę zrobić sobie przerwę. Państwo pozwolą.
Nie tylko pozwolą , ale doradzają : oszczędzaj oczy !!! Ja przez własną głupotę ( przy pracy z laserami ) jestem jednowzroczny i wiem jakie mam teraz kłopoty
No cóż, mnie się zaczął psuć wzrok, kiedy zacząłem intensywnie pracować na komputerze (przedtem nieco mniej intensywnie). W dodatku zbiegło się to z wiekiem, w którym następuje naturalna dalekowzroczność i…
Nb. Junior ma niedyspozycję przedzaliczeniową i niestety musimy poświęcić nieco sił i czasu, żeby go trochę odchwycić…
A ja popsułam sobie wzrok od złego oświetlenia, gdy czytałam w łóżku. Oczywiście wiek też swoje zrobił
Och, nie mów! Czytałem w dzieciństwie w łóżku, przy latarce, pod kołdrą, w szparze za łóżkiem (bo nie było z niej widać światła), na parapecie (bo mieliśmy za oknem fajną, jasną latarnię)… I jakoś do ukończenia tych 43 czy 44 lat nie miałem najmniejszych problemów ze wzrokiem, odpukać.
Ale teraz po całym dniu przed kompem to jednak czuję, że muszę odpocząć.
Mnie też rodzice gonili za czytanie pod kołdrą przy świetle latarki, ale też jeszcze nie nosiłam okularów. Jednak później byłam taka „mądra” i czytałam przy małej lampce w łóżku, żeby mężowi nie przeszkadzać… Wystarczyło kilka miesięcy i okulary były konieczne wpierw do czytania, później i do chodzenia.
Jaki krótki jest dzień, tak niedawno się zaczął i już się kończy. Teraz trzeba…
i jeszcze. ..
i pod kordełkę… 
Spokojnej!
Sport na noc? 😉
Miłych snów!
Wyjątkowo szkodliwe dla oczu , były monitory z lampą kineskopową . Tego już nie ma , a popsute oczy trzeba reperować . W Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej obiecano mi , że w tym roku zreperują mi uszkodzone oko przez laser w podczerwieni , laserem w pasmie widzialnym . Ciekawy jetem jaki będzie wynik ..
Hm, małżonce zreperowali (co prawda nie uszkodzone żadnymi czynnikami zewnętrznymi, tylko wadę wrodzoną), przyjemne ponoć nie było, ale parę ładnych lat temu i dopiero teraz musi zakładać okulary do czytania (czasem) albo szycia (prawie zawsze).
Z czego by wynikało, że ten laser faktycznie potrafi nareperować oko.
Oj tak… Odmienia życie 🙂
W 2 minuty z kilkunastu dioptrii na minusie do zera i dopiero po dłuższej chwili człowiek się orientuje, że tę godzinę na zegarze na ścianie to tak bez niczego przeczytał…
A po 15 latach z rzadka okulary się przydają, ale jeszcze nie ma konieczności przy normalnym funkcjonowaniu.
No proszę, to mamy i świadectwo z pierwszej ręki!
Będąc na tej stronie zazwyczaj szukam powiązań bieżących tematów z alkoholem. Wzrok zepsuł mi się w okolicach szóstej klasy. Od tego czasu noszę okulary. Podobno za dużo czytałem na leżąco.

Ale, żeby nawiązać do alkoholu to mniej więcej wtedy po raz pierwszy spróbowałem wódki. I od tego się chyba zaczęło (z oczami rzecz jasna)
No to na zakończenie dnia , za poprawę wzroku proponuję po kropelce alkoholu wg. własnego uznania Na zdrowie !!!
Ale faktycznie kropeleczkę, bo jutro od rana znów to samo, co dzisiaj. A raczej jeszcze więcej niż dzisiaj (sprawdziłem sobie
)
Nie była czasem nieco niebieska? 😀
Dobre, dobre. Na szczęście nie była.
Nowsze badania mówią, że ani przyciemnione światło, ani czytanie na leżąco tak bardzo nie szkodzą oczom (ewentualnie szybciej zaśniemy), że bardziej szkodliwe jest palenie (za mała ilość tlenu dostarczana do oczu), czytanie w czasie jazdy (wysiłek związany ze skupieniem wzroku), ostre światło słoneczne lub lampka odbita od książki i korzystanie z laptopów na leżąco (za blisko) :))
Nie wiem jaka prawda i która prawda jest ta najprawdzisza 🙂
Och. Jak to jednak w sumie DOBRZE, że nie było laptopów, jak byłem dzieckiem!
Pod tą notką co i raz wzdychasz :D… Cosik Ci smutno?
No więc dzisiaj muszę absorbować depresję Juniora, żeby go trochę odciążyć, i pewnie dlatego wzdycham.
Wzorcowy ojciec!
Może czasem…

Pożegnam się.
Dzień długi i wyczerpujący.
A jutro ciąg dalszy.
Spokojnej i Ci!
Dobranocka dzisiaj tylko nieco spóźniona.
Bobby McFerrin – „Don’t Worry, Be Happy”. Dla Juniora (który i tak tu nie zagląda), ale przecież nie tylko dla niego. W bonusie na teledysku poza wykonawcą utworu jeszcze Robin Williams i Bill Irwin (kiedyś myślałem, że to Christopher „Superman” Reeves).
Snów optymistycznych zdecydowanie!
Byle tylko posłuchać tego pana – i będzie dobrze!

Dzień dobry
Dziś znów mocniej powieje…
Wieje na całego!

Przyda się Gienia z bufetem.
O. Poproszę czarną i gorzką, jak zawsze. Można się zacząć budzić.
Witojcie!
Oj duje, paniusie, duje tak, ze trza się w pseciwnej fazie napić, coby wiater na ulicy nie psewrócił!
No to już zasuwam z kubkiem po kawę
Dzień dobry. Tu też wieje i leje. Ponoć na Bałtyku sztorm (czego nie sprawdzałem jednakże).
Tu nie pada, a nawet wygląda słońce między chmurami.
No więc mam nadzieję, że i tutaj to nastąpi.
Według prognoz, w południe też będzie u Ciebie słońce.
Nie mogę się doczekać!
Dzień dobry. Ostatnim wysiłkiem woli zwlokłem się z łóżka aby napisać dzień dobry na Madagaskarze. Mój heroizm mnie poraża
Podziwiam, podziwiam i doceniam
Łaskawie ślę podziękowania z wyżyn mojego mniemania o sobie..
Tylko żeby Ci nie zaszkodził, czy coś!
Oszczędzaj się! Zdrowie najważniejsze!
Oj tam. Mój heroizm został wykorzystany do zjedzenia śniadania..
Dzień dobry


Żebyś mógł wykorzystywać swój heroizm również w innych sprawach… 
Przeczytałam wszystko i gdy doszłam do heroizmu Zoe, od razu zgłodniałam
Przypomniało mi się, że jestem jeszcze bez śniadania
Zdrowiej Zoe!!!
Czas na obiad.
Jestem już po kolacji

Za późno zajrzałam…
Dobry! Fajrant, a teraz przerwa, ale nie tak zaraz.
Słońce to dziś brało prysznic z hydromasażem, ale tak wiało, że ręcznik odleciał i znienacka nagością zaświeciło
No. Niby przez chwilę wyszło zza chmur, ale jeśli kto się nabrał i wyszedł z domu bez parasola, to zaraz żałował braku!
Słońce, jak słońce, ale wiecie, że dziś będzie zaćmienie księżyca?
https:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/gadzetomania.pl/12333,dzisiaj-wieczorem-pelne-zacmienie-ksiezyca
To ma być jakieś niezwykłe zaćmienie, ostatnie takie było 152 lata temu.
Żadnego zaćmienia nie widzę… może to z drugiej strony księżyca? 😉
Ja też się rozczarowałam. Idę więc spać, dobranoc
Spokojnej! A co do księżyca, też nic nie widzę.
Może miał się przysłonić, ale go zaćmiło?
Pomroczność jasna – więc nie widać, że zaćmiewa!
Dobranocka bardzo późna.
Pat Metheny i niezapominajka – „Don’t Forget” z 1966 roku.
Delikatna i spokojna, jak mały niebieski kwiatek.
Snów dla pamięci.
I did not forget 😉

Hehe, spróbowałam znaleźć datę w tym artykule o zaćmieniu – nigdzie nie ma, ale komentarz do niego jest sprzed dwóch lat – ot, spóźniliśmy się!
Ale w naszej telewizorni mówili o tym zaćmieniu jako o czymś co ma nastąpić! To znaczy w poniedziałek mówili. A nie dwa lata temu…
I kto tu miał zaćmienie?
Dzień dobry
Ja też słyszałam o zaćmieniu w telewizji, że będzie…
Kaaawyyy!

Herbaaaatyyyy!
Dzień dobry.
Jak zwykle, o kawę poproszę
O, to i ja kubek podstawię.
Mylne informacje – wczoraj mówiono i pisano, że „dziś zaćmienie księżyca”, dziś w wiadomościach usłyszałam, że to nastąpi dzisiaj.
Przepraszam za pomyłkę, ale to nie moja wina, że księżyc nie może się zdecydować kiedy go zaćmi…
Witajcie!
Księżyc był w nocy bardzo ładny, uśmiechał się całą gębą…
Dzień dobry. To znaczy, że cały czas mamy szansę jeszcze zobaczyć to zaćmienie?
Podobno ma się zacząć dziś wieczorem, ale w Polsce nie będzie to całkowite zaćmienie. Będę obserwować, jeśli tylko nie zakryją go chmury.
Mam nadzieję, że tym razem jest to prawdziwa wiadomość.
W stu procentach prawdziwa – tak leje, że całe niebo zaćmiło
Niestety i tu deszcz i zachmurzenie całkowite
Otóż znalazłem informację na GW, że to zaćmienie to i tak „Na własne oczy zobaczą mieszkańcy Azji, Australii, wysp na Pacyfiku, a także zachodniej Ameryki.” – więc Mireczka może tak, o ile będzie miała pogodę, ale my nie. Za to będzie to pełnia najbliżej Ziemi, więc Księżyc powinien być większy o 10% od normalnej pełni (cokolwiek by to miało znaczyć).
W Polsce miało być tylko częściowo widoczne, ale i tego nie zobaczymy.
Tu też warunki kiepskie i kropi
Dzień dobry. Przed chwilą jeszcze słońce świeciło a teraz już się schowało. Nie pamiętam kiedy ostatnio był cały dzień bez jednej chmury.
U mnie nadal świeci, ale chmurki już zachodzą. Ech, kiedy będzie wiosna…
Mistrzu Q – wrzuciłam wreszcie do Fikołka rozwiązanie zagadki: „Co zrobiłam z biblioteką przy kominku?”.
Ha, a ja już nawet zostawiłem stosowny komentarz!
Lecę.
Dzień dobry


U mnie jeszcze ciemnowato, więc nie wiem na ile słoneczko wylezie zza chmur
Miłego dnia życzę i zbieram się do pracy
Tobie również życzę miłego dnia
Dołączam się do życzeń! 🙂
Dobry! Koniec chyba na dziś. A może niekoniecznie. Ale na pewno na Wyspie pobędę, po przerwie.
Znalezione w internecie:
U okulisty:
– Jaką literę pokazuję?
– A gdzie pan jest?
Znałem jeszcze wariant:
– Ale który z was?
Dobre obydwa…
No to jeszcze okulista:
U okulisty:
– Proszę przeczytać najniższy rząd, który pan jest w stanie zobaczyć.
– Printed in Poland.
A to akurat ja, jak mi badali wzrok przed zrobieniem okularów do czytania. Na bliską odległość mieściłem się w normie, ale na daleko facet pokręcił głową i niemal zdegustowanym tonem powiedział, że w tym wieku to nie jest normalne.
To jest dobre.
Oczy są bardzo potrzebne np. przy sporządzaniu protokołów śledczych . Oto przykład : ” Krowa z jednego boku , była koloru czerwonego , jakiego koloru miała drugi bok , nie wiem , bo nie widziałem i prowadziło ją dwóch i jeden był większy od drugiego ” .
No, policja, a przed nią milicja, to w ogóle osobna historia. Oczy mogli mieć dobre, ale co za nimi, do – że tak powiem – interpretowania tego obrazu, to już inna para kaloszy.
Z wojska . Mieliśmy z WF zaplanowaną naukę pływania . Kiedy przyszliśmy do pływalni , to okazało się , że w basenie nie ma wody . Oficer WF dzwoni do dowódcy : panie majorze , melduję , że w basenie nie ma wody ! Nie szkodzi , panie kapitanie , proszę pływać ! Padł rozkaz …Mieliśmy z braku wody tzw . suchą zaprawę . Dobrze , że nie było decyzji aby skakać do basenu na główkę , przydały się oczy oficera WF-u ..
Oj. A jakby tak wlazł nie patrząc i kazał skakać? Wojsko jest wojsko, rozkaz trzeba wykonać…
No to okulista i wojsko:
Komisja poborowa. Chłopak z trudem odczytuje z tablicy największą literę. Lekarz decyduje:
– Zdolny do walki z czołgami.
No tak. Duże toto, zauważy bez problemu
I z tym optymistycznym akcentem, mówię dobranoc, bo na mnie już cuzas
Na mnie dzisiaj też.

Spokojnej x 2
Dobranocka.
Dzisiaj localite – zespół z Sopotu i Gdańska, Loco Star. Być może nawet już kiedyś to grałem. Spokojny utwór z niesamowitą panią za mikrofonem.
Snów przekraczających lokalne granice.
Loco chair wysłuchałem Loco Star. Spokojnych snów – mogą nawet być o niesamowitych paniach!

Dzień dobry w lutym
Witajcie!
I pomyśleć, że miesiąc swoją nazwę zawdzięcza srogości!
Ja bym nie narzekała. Tak na wypadek (jak mawia mój młodszy syn).

Dzień dobry. Komu kawa? Komu herbata?
Kawa, kawusia, paliwo na pół dnia!
Srogi może jeszcze będzie, choć pewnie nie tak jak dawniej.
Tymczasem biegnę do Gieni po kawę
Dzień dobry! Dzisiaj rano w przelocie, ale za to w ciągu dnia będę się pojawiał 🙂
Tylko lataj nisko i powoli…
No dzień dobry lutowo. To ja sobie poleżę. Nie będę wam w pracy przeszkadzał.
Cały luksus polega na tym…
Bardzo wysokie już to piętro, zapraszam na nowe…