Cała ta historia wzięła się z, że tak nieskromnie zauważę, mojej fascynacji wspartej dociekliwością. Fascynacji światowej klasy opowiadaniami fantastycznonaukowymi, a dociekliwości, nie wiem, może wrodzonej, może nabytej.
Otóż w 1988 roku wydano w zbiorze Twonk. Opowiadania pewne opowiadanie Henry’ego Kuttnera, w przekładzie Jolanty Kozak. Nosi ono tytuł Chociaż mu się nie przelewa, a dla potrzeb niniejszego wpisu muszę niestety zdradzić jego treść
UWAGA! SPOILER ALERT/ PONIŻEJ ISTOTNE SZCZEGÓŁY TREŚCI!
Jeżeli pamiętacie skecz komików z grupy Monty Pythona
o najbardziej zabójczym dowcipie na świecie, to jesteście blisko.
W opowiadaniu Kuttnera trwa właśnie druga wojna światowa
(w rzeczywistości powstało w 1942 r., więc wszystko się zgadza). Grupa amerykańskich naukowców-lingwistów wpada na pomysł opracowania wierszyka, który – w wersji niemieckiej – zapadałby w pamięć tamtejszym żołnierzom tak, że stawałby się natręctwem językowym nie do zniesienia, zakłócającym ich funkcjonowanie i uniemożliwiającym skuteczną służbę wojskową. Wierszyk jest niewinny, nie niesie żadnych wywrotowych treści i przypomina raczej dziecinną rymowankę, dlatego podstęp się udaje, a wierszyk dociera do samego fuehrera.
Clou opowiadania jest oczywiście rymowanka, która w wersji angielskiej, czyli oryginale, brzmi następująco:
„LEFT!
LEFT!
LEFT a wife and SEVenteen children in
STARVing condition with NOTHing but gingerbread LEFT
LEFT!
LEFT a wife and SEVenteen children”
(mowa o bliżej niesprecyzowanej osobie, która zostawiła żonę i siedemnaścioro dzieci przymierających głodem, wyłącznie z zapasami piernika – oczywiście nie ma to krztyny sensu, mniej więcej tak jak polskie „Trumf, trumf, misia bela”, natomiast opiera się na identycznym brzmieniu w j. angielskim przymiotnika „lewy/a” i form czasownika „to leave” – „pozostawić” – „LEFT”.)
A w przekładzie Jolanty Kozak:
„LEWA!
LEWA!
LEWANtyńczyk SPOLEgliwy
LEWAtywę DOBRZE znosi
CHOCIAŻ mu się NIE PRZElewa
LEWA!
LEWA!”
Opowiadanie przeczytałem po raz pierwszy jeszcze w liceum, więc przed 1990 rokiem, i kompletnie nie zastanawiałem się, jak brzmi oryginał. Jak wiele osób, jeżeli nie większość, nie byłem świadomy istnienia tłumacza i jego roli w tworzeniu polskiego tekstu. Jednak na tym przykładzie widać, jak istotna jest praca nad przekładem.
O ile bardziej rytmiczna jest polska wersja, przy podobnym stężeniu absurdu! 🙂
Po chwili poszukiwań okazało się, jednak że wierszyk w wersji angielskiej nie został najprawdopodobniej stworzony przez Kuttnera, który wykorzystał tylko rymowankę używaną od dawna w armii amerykańskiej, a wcześniej zdaje się też brytyjskiej, podczas ćwiczenia marszu. To zrozumiałe, skoro w fabule opowiadania wierszyk miał doprowadzać do „rytmicznej egzaltacji nerwowej” Niemców, nację mówiącą językiem skłonnym do wpadania w marszowe rytmy (kto nie wierzy, niech posłucha dowolnych piosenek śpiewanych po niemiecku). Jestem jednak przekonany,
że gdyby tłumaczka wiedziała o tym źródle, zamiast tłumaczyć, poszukałaby raczej jakiegoś polskiego odpowiednika, używanego podczas musztry marszowej. To znaczy, gdyby prezentował odpowiedni poziom absurdu. Tymczasem zamiast tego dostaliśmy znakomity własny pomysł pani Jolanty. Jestem przekonany, że gdyby przekład powstawał obecnie, tłumacz(ka) wykorzystał(a)by Internet, by dotrzeć do źródła. Być może wtedy wierszyk w polskiej wersji nie brzmiałby tak rewelacyjnie?
To była jednak dopiero połowa drogi. Opowiadanie Kuttnera zaczyna się bowiem od słów (w polskim przekładzie): ” Aby historię te uczynić wiarygodną, należałoby ją napisać po niemiecku.” Aż mnie skręciło z ciekawości: a jak brzmi przekład NIEMIECKI? Skoro polska tłumaczka poradziła sobie tak znakomicie, to wierszyk w wersji niemieckiej, jakkolwiek absurdalny, powinien być jeszcze lepszy: raz ze względu na wspomnianą skłonność niemieckiego do marszu, dwa – bo tłumacz powinien być kongenialny, by dorosnąć do poziomu sugerowanego przez autora, a ja chętnie bym doświadczył tego geniuszu, mimo słabej znajomości niemieckiego.
Zacząłem więc szukać i drążyć po bibliografiach i katalogach dostępnych przez sieć. Poświęciłem na to ładnych parę godzin i… niczego nie znalazłem. Podrapałem się w głowę, stwierdziłem
„co dwie głowy, to nie jedna” i zadałem pytanie o przekład (lub bibliografię, w której można by potwierdzić sam fakt jego istnienia) w zaprzyjaźnionych grupach zrzeszających tłumaczy na Facebooku. Efekt – jak wyżej. Po kilku dniach doszedłem więc do wniosku,
że niemiecki przekład tego akurat opowiadania nie istnieje!
Co zdziwiło mnie o tyle, że niemal wszystkie pozostałe krótkie formy Kuttnera zostały na ten język przełożone. Co więcej, Niemcy wydają się ignorować w ogóle samo istnienie tego opowiadania, tak w artykule o autorze na niemieckiej Wiki (https://de.wikipedia.org/wiki/Henry_Kuttner), jak i w przeróżnych niemieckich bibliografiach.
Możliwości są dwie: albo niemieckie wydawnictwa i tłumacze nie przyjmują do wiadomości, że takie opowiadanie powstało, a to ze względu na stawiane przez autora tezy i antyniemiecką wymowę, albo też ze względu na to, że tego się NIE DA przełożyć na niemiecki. Byłoby to zatem jedno z nielicznych znanych mi dzieł nieprzekładalnych na jakiś język (a to niełatwe, biorąc pod uwagę, że na polski przełożono na przykład takie Finnegans Wake Jamesa Joyce’a). Nieco wyżej zacytowałem pierwsze zdanie polskiego przekładu – najlepszą puentą będzie więc chyba przytoczenie DWÓCH pierwszych zdań: „Aby historię te uczynić wiarygodną, należałoby ją napisać po niemiecku. To zaś nie miałoby sensu, gdyż świat niemieckojęzyczny i tak ma już dość kłopotów z tej racji, że mu się nie przelewa.”
________
Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany na madagaskar08.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.




Dobry wieczór na nowym piętrze. Czasem dociekliwość daje ciekawe rezultaty. Sam się nie spodziewałem czegoś takiego
Aha, jutro rano czeka mnie bieganie, więc na Wyspę dołączę zapewne nieco później.
Dobry wieczór ! Tego na pewno nie czytałam wcześniej, a jest warte uwagi !
Swego czasu pisałam o Tuwima kłopotach z tłumaczeniem z rosyjskiego…
Ale przyznam, że wierszyk p. Kozak dość swobodnie odnosi sie do oryginału !
No tak… ale przecież Kubuś Puchatek też odbiega od oryginału a jest, dzięki Irenie Tuwim – wręcz znakomity. Wierność literze czy duchowi utworu ? Hmmmm……
Jestem za wiernością ducha utworu

Bardzo często ktoś, kto tłumaczy słowo w słowo, gubi sens i tego właśnie ducha. To co jest czymś znajomym w danym języku, czy kraju, w innym nic nie znaczy i traci sens.
I na ten przykład oglądałam Shreka w polskiej wersji i angielskiej. To nie jest tłumaczone dokładnie. Ale odnośniki do amerykańskich dobranocek, czy bohaterów filmów, niekoniecznie muszą coś polskim dzieciom mówić.
Oczywiście, że tak! Mówi się nawet, że przekład jest sztuką ekwiwalencji, tak ilościowej, jak i jakościowej. Nieprzetłumaczalna gra słów? Można z niej zrezygnować, o ile wprowadzi się w innym miejscu, najlepiej gdzieś niedaleko, podobny żarcik. Absurdalny wierszyk? Napiszmy go po swojemu.
Przekładu dialogów ze Shreka dokonał pan Bartosz Wierzbięta, z którym kiedyś miałem kontakt. To jest bardzo dobry przekład, stosujący właśnie to, o czym napisałem wyżej – ekwiwalencję. Np. skoro jako Osioł w polskim dubbingu występuje Jerzy Stuhr, to pojawiają się nawiązania do „Seksmisji” etc.
Uwielbiam przekłady Wierzbięty! I myślę, że czytelne dla Polaka aluzje czy parafrazy tylko podnoszą atrakcyjność filmów.
Zresztą w ogóle nasze adaptacje disneyowskie są genialne.
PS. Wiem, że Shrek to nie Disney. To coś jak dawniej adidasy o każdym obuwiu sportowym, pepegi, elektroluks, junkers, a sięgając głębiej – rower.
A to dla mnie pewna nowość (w sensie disney jako rzeczownik pospolity na określenie animacji), ale jeżeli bywa używane w tym sensie, to przecież nie będę szedł pod prąd języka (w tym względzie).
Fakt. Każda amerykańska animacja, to Disney, nawet jak nie ta wytwórnia jest autorem
Może dlatego, że łatwo się zapamiętało nazwę firmy, a do innych nie ma się głowy 
Z adidasami też masz rację, bo do tej pory każde sportowe buty, to dla mnie adidasy
Na wsi mojego dzieciństwa każdy samochód osobowy nazywany był „taksówką”
Ze wstydem wyznaję, że nie wiedziałam, kto tłumaczył Shreka
Nigdy się tym nie interesowałam. Ale faktem jest, że zrobione jest to wspaniale.
Dobry! To świeża sprawa, tzn. dopiero niedawno na to wpadłem.
Dzień dobry

Ale masz rację. Chociaż nie jest wiernym tłumaczeniem, świetnie oddaje charakter marszowego zawołania
I absurdu…
Wydaje mi się, że Twoja teza jest słuszna. Powstało wiele utworów literackich o antyniemieckiej wymowie. Może akurat ten im szczególnie dopiekł? I stąd nie ma jego tłumaczenia…
Nie czytałam, więc trudno mi określić na ile jest to antyniemieckie…
Sam wierszyk jest w sumie głupi, tak w angielskiej wersji, jak i polskiej
A tak abstrahując od tematu. Wczoraj oglądałam pogodę i byłam zdziwiona. Kobieta, która mówiła o tej pogodzie, była strasznie podekscytowana, że temperatura spadnie… I to z 50F (ok. +10C) do 31F (trochę poniżej 0C, bo 32F to 0C). Tak to mówiła, jakby miały przyjść niesamowite mrozy… a czy w lutym to nie jest normalne, że może być zimno?
No i jeszcze jakie zimno, skoro to tylko ok. 0C? 

A w sumie ta zima jest niezwykle łagodna. Nawaliło nam śniegu na samym początku i przymroziło solidnie, ale śnieg już dawno zlazł, a temperatury utrzymują się od +5C do -5C, czyli nic tak nadzwyczajnego. Co jakiś czas wyskoczy ocieplenie…
Nie rozumiem skąd taka ekscytacja?
Może przyjechała z Florydy?
Och, w Marylandzie u Chrześnicy potrafią ogłosić dni wolne od szkoły przy opadzie śniegu, po którym zostaje pokrywa śnieżna o grubości 5-10 cm. Im dalej na południe, tym większa panika.
Nie wiem jak jest w Marylandzie, ale tutaj uzależnione jest to od odśnieżania. Im sprawniej działają służby, tym mniej jest tych wolnych dni z powodu opadów.
Na 6 lat moich dzieci w high school (córka 3 lata i syn 4), można na palcach jednej ręki policzyć dni, które były wolne, bo za dużo śniegu napadało
Tam w sumie też, ale nie dlatego, że odśnieżają, tylko dlatego, że tak rzadko w ogóle pada śnieg
Dzień dobry!
Dopiero wstałam, zaraz poczytam…
Dzień dobry w środę.
A propos notki: myślę, że da się przetłumaczyć to opowiadanie a powodem jest jego wydźwięk. Podejrzewam, że istnieją utwory w literaturze światowej, w których nasz naród jest źle przedstawiony i te dzieła również są nieprzetłumaczone.
Dzień dobry. Znakomity pomysł na kierunek poszukiwań! Niekoniecznie żeby przełożyć, ale choćby tylko się zapoznać.
Dzień dobry

Kawa? Herbata? Bo ja zaraz zmykam!
U mnie tradycyjnie szybka herbata o tej porze i dzień dobry.
A ja jak zwykle poproszę o kawę
Czy dla spóźnionego wędrowca znajdzie się jakaś filiżanka?

Oczywiście!
Nie śpiesz się! Może być ślisko! 🙂
Kawa, bo zaraz bieganie, więc energia potrzebna.
Dzień dobry! Ponieważ za oknem pada, a mnie zaraz czeka bieganie, zapowiada się, że zostanę bałwanem, na szczęście tylko śniegowym 🙂
Witajcie!
Przypuszczam, że powody mogą być dwa:
– Niemcy nie mają swojego Macieja Słomczyńskiego
– Kuttner nie zyskał sławy na miarę Joyce’a
Faktem jest, że rymowanka o lewatywach Lewantyńczyka do tej pory siedzi i w mojej głowie
Ha, ale pozostałe opowiadania Kuttnera jakoś przetłumaczono na niemiecki, a co do tego – jako się rzekło – zdaje się, że Niemcy ignorują jego istnienie.
Wkręca się w zwoje, prawda? Sam czasem recytuję to sobie w myślach podczas marszu, znakomicie pomaga utrzymać rytm.
Też kiedyś recytowałem w czasie marszu, ale dużo lepiej sprawdza się następująca (obstawiam, że to przeróbka z niemieckiego 😉 )

Pod Aus
Pod Aus
Pod Austerlitz
Dostaliśmy w d…
Nie mówiliśmy nic
Bo taką od Boga naturę już mamy,
Że gdy dostajemy to nic nie gadamy
(da capo al fine)
Oj, nie słyszę/ nie widzę akcentów marszowych na 2?
Akcentuje się tylko na lewą nogę
Dostaliśmy w d.. i nic
Spróbowałem to wyrecytować, akcentując na dwa, i przy tym „dostaliśmy w d… i nic” wyszła mi transakcentacja
Żeby pasowało do marsza, trzeba by to kapkę przerobić.
[z akcentami:]
Pod AU, pod AU, pod AUsterLITZ
DoSTAli NAsi W DE i NIC
Pozostałe dwie linijki nie zgadzają się pod względem liczby sylab, można by wszakże nieco przyśpieszyć i wyrecytować:
Bo TAką od BOga naTUrę już MAmy
Że GDY dostaJEmy to NIC nie gaDAmy
Tak właśnie się to wymawia

Gratulacje za intuicję, dzięki której nawet nie słysząc wyliczanki w „realu” potrafiłeś ją poprawnie wyrecytować
Najmocniej przepraszam, ale to nie intuicja, tylko ładnych parę lat nauki o poetyce i teorii literatury, w tym o metrum, sylabice i sylabotonice, a potem kilkadzieścia lat praktyki (powiedzmy, że w czasie tej praktyki nie było zbyt wielu okazji do zastosowania wspomnianej wiedzy, ale parę było).
DoSTAliśmy w DUPĘ i NIC
Ach, łapię już. Nieco inny rytm pierwszej i drugiej linijki, ale nadal marszowy.
BTW ja to pamiętam odrobinę jeszcze rytmiczniej:
LEWA!
LEWA!
LEWANtyńczyk SPOLEgliwy
DOBRZE znosi LEWAtywy
CHOCIAŻ mu się NIE PRZElewa
LEWA!
LEWA!
Ooo, a skąd to tak pamiętasz? Czyżby przekład zaczął żyć własnym życiem?
Z pustej głowy!
Mistrzu!
Tak sobie myślę, że może trzeba wspomóc naszych braci Niemców i SAMEMU przetłumaczyć rymowankę na ich język
Przyczynili byśmy się w ten sposób do popularyzacji Kuttnera za Odrą i Dunajem a przy okazji przetestowali byśmy czy takie „wierszydło” pozwoliło by przykładnym Niemcom odpuścić sobie trochę niemieckiego „ordnungu”.
Początek tłumaczenia jest prosty:

Links
Links
Otóż moja znajomość niemieckiego ogranicza się do „Bitte zwanzig liter bleifrei auf tankstelle sieben” na stacjach benzynowych (i niewiele więcej), więc bardzo mi przykro, ale się nie podejmę. Ale początek doskonały!
Przy okazji – nie wiem, czy ktoś zwrócił uwagę, że jeśli recytujemy to podczas marszu, to we frazie „NIE PRZElewa” cząstka „lewa” przypada na nogę PRAWĄ, przy założeniu, że wszystkie pozostałe akcentowane „lewe” faktycznie przypadają na krok lewą nogą.
Nie wiem, czy taka była intencja tłumaczki, ale wyobraźcie sobie, jak takie coś musiałoby dekoncentrować osoby przyzwyczajone do marszu (domyślnie: Niemców z opowiadania)!
Zwróciłem na to uwagę już dawno (28 lat temu) kiedy pierwszy raz przeczytałem opowiadanie. Jednak nie dotarło WTEDY do mnie, że to mogło być celowym zabiegiem tłumaczki
Właśnie nie wiem, czy celowym. Gdyby jednak, byłby to swego rodzaju majstersztyk, i to schowany w treści opowiadania, bo przecież żadna z postaci (np. amerykańskich „twórców wierszyka”) nie tłumaczy zasady działania poza tym, że ma „doprowadzać do rytmicznej egzaltacji nerwowej”.
Hmm. Zorientować się, czy tłumaczka jeszcze żyje… I skontaktować się z nią?
Otóż żyje. A co do kontaktu, zobaczymy.
Spróbuj

Kolejna zagadka z czasów mojej młodości została by w ten sposób rozwiązana
Dzień dobry,
tekst przeczytam z uwagą, jak wrócę od fryzjerki. Póki co miłego dnia wszystkim i każdemu z osobna!
Miłego układania koafiury!
Wróciłam, miałam tylko obcięcie bez układania. :D)
Przeczytałam tekst. Puenta genialna i przezabawna Cóż… „Niemiecki język trudna język.” Uczyłam się go w gimnazjum, liceum i na studiach. Do dziś go nienawidzę.
Uczyłem się niemieckiego właściwie tylko przez 6 tygodni podczas stypendium letniego w Austrii. Przepiękna, południowa wymowa, śpiewna i lekka, aż się chciało uczyć
zupełnie inna niż „szczekający” Niemcy w polskich filmach i serialach wojennych (mógłbym się pokusić o analogię do tego, jak pewien znajomy Walijczyk mówił po angielsku). Mimo to niewiele pamiętam, podobnie jak z francuskiego – język nieużywany zanika, niestety. 
To tak jak z moim niemieckim, uczyłam się go dawno, ale nie miałam z nim styczności, więc niewiele w głowie zostało.
Pamiętam pierwsze zajęcia z lektoratu niemieckiego. Pani mgr przedstawiła nam się ładnie i rzekła w te słowa:
„Przez najbliższe dwa lata będę Państwa uczyć tego pięknego języka.”
Wszyscyśmy tam parsknęli śmiechem.
A w liceum miałam taką panią od j. niemieckiego, która tak nas uczyła, że mówiliśmy na nią SSfrau. To były dwie najgorsze lekcje w tygodniu…. A kiedy jej nie było, składaliśmy ofiary bogom. W sensie szliśmy na piwo opić to szczęście niepojęte.
Nie wiem teraz czy fakt, że nie znoszę tego języka to przypadkiem tej pani zasługa, czy może faktycznie nie lubię tej szorstkiej melodii niemieckich słów…
Ach, ileż zależy od wykładowcy 🙁
W klasie mat-fiz, w czteroletnim liceum, miałem przez 4 lata pięcioro diametralnie różnych nauczycieli matematyki, ale jedną – znakomitą – polonistkę. No i poszedłem na studia polonistyczne.
Przypomniało mi się takie komiczne wydarzenie z lekcji niemieckiego. Mieliśmy odmieniać przez osoby czasowniki w czasie przyszłym. Byliśmy pytani po kolei, więc każdy sobie przygotowywał jakiś czasownik niemiecki. Traf chciał, że jaki sobie przygotowałam, to ktoś mi go „zabrał”. Spojrzałam do góry i wzrok padł na lampę. Lampa wisi, mam czasownik, wieszać… Kiedy przyszła moja kolej, zaczynam – Ich werde hängen…itd. Lektorka mi przerwała: „Co za czarne myśli! Czy pani wie co odmienia”? Więc mówię – ja będę wieszać, ty będziesz wieszać… Nie! Pani odmienia- ja będę wisieć, ty będziesz wisieć… Zapanowała ogólna wesołość już do końca lekcji 🙂
Oj. Czarny humor, ale niezłe
Ja z kolei próbowałem kiedyś odmieniać wyraz „zwischen” („pomiędzy”) jako czasownik, bo mi się forma skojarzyła z bezokolicznikiem, jak „gehen”, „machen” etc. Nauczycielka się popłakała ze śmiechu.
Też dobre
Mój nauczyciel co prawda się nie popłakał, ale gdy na początku nie odrobiłam lekcji i zaczęłam odmieniać czasownik „sein” jako czasownik regularny, to o mały włos, aby się przewrócił

Ale dzięki tej wpadce, do dziś pamiętam odmianę tego czasownika
A’propos odmiany to tu dobrze pasowałoby pewne powiedzenie:
Gdyby nie der die das Niemcy byliby z was!
Kiedyś w miarę dobrze mówiłem po niemiecku (w sumie dobre parę lat nauki). Brzmienie tego języka nigdy mi się specjalnie nie podobało – do dnia, kiedy przeczytałem na głos w oryginale „Króla olch” Schillera!
O, to doskonały wiersz i świetny przykład rytmu, nawet niekoniecznie marszowego.
„Wer reitet so spaet durch Nacht und Wind ….”
No tak. Jednak to marsz.
Ja nawet lubiłam ten język
Uczyłam się go w liceum, a potem na studiach. Umiałam go lepiej niż teraz angielski…
A to najlepszy sposób, żeby się nauczyć języka… bezpośredni kontakt.

Gdy byliśmy na wycieczce szkolnej w NRD (Drezno i okolice), to służyłam jako tłumacz rówieśnikom z „angielskiej” klasy
Ale też fakt, że miałam dziadka, urodzonego w Galicji (Kraków), u którego niemiecki był językiem wykładowym i już od podstawówki musiał się nim posługiwać. Za używanie polskiego w szkole groziły kary…
Jeszcze pierwszą klasę ogólniaka mi darował, ale już w drugiej, gdy się do niego z czymś zwracałam, słyszałam tylko „Ich verstehe nicht” I chcąc nie chcąc musiałam gadać po niemiecku
Co prawda teraz też mam bezpośredni kontakt, ale głowa już nie ta i wiek „trochę” bardziej zaawansowany. Nowe wyrazy nie wchodzą do głowy jak kiedyś…
A niemieckiego praktycznie zapomniałam. Od ponad 30 lat go nie używałam, to i wyleciał ze świstem… jedyne co pamiętam to „Ich habe vergessen” (zapomniałam)
A ja poza angielskim tylko francuski, przynajmniej do tego wyjazdu do Austrii.
Dzień dobry
W młodości czytałem to opowiadanie. Rymowanka bardzo mi się podobała, chociaż nie bardzo wyobrażałem sobie jak jej powtarzanie mogło by wywołać „natręctwo językowe” uniemożliwiające wykonywanie swoich obowiązków. Tak, czy inaczej potraktowałem wówczas opowiadanie jako ciekawą hipotezę i… zapomniałem o całej sprawie
Odnośnie maszerowania to mnie najlepiej się maszeruje w takt utworu „Pstrąg” F. Schuberta co jest o tyle ciekawe, że w/w kompozycję prezentuje się zwykle na salach koncertowych w pozycji „spocznij”
Ha, do „Pstrąga” nie maszerowałem. Chyba trzeba by było przyspieszyć tempo?
Zdarzyło mi się natomiast do melodii z filmu „Most na rzece Kwai”, co dość naturalne, bo to właśnie marsz.
Tempo faktycznie przyspieszam

Natomiast zastanawia mnie jak łatwo można przerobić kompozycje naszych braci Niemców na rytm marszowy.
Nawet piosenkę „Lili Marlene” używano w tym celu
A widzisz? (chociaż właściwie to „słyszysz”)
Mnie tę skłonność uświadomiła Mama. Mieliśmy ubaw zwłaszcza podczas turniejów Eurowizji, gdzie każdą, literalnie każdą piosenkę niemiecką, napisaną w myśl kanonów muzyki lekkiej, łatwej, przyjemnej i popularnej, można było bez problemu zaśpiewać/ zanucić jako marsza 🙂
Przekład Tetryka najlepszy do wystukiwania rytmu i podkreślenia absurdu rymowanki.
Dociekliwość Quackiego godna podziwu i szacunku.
Serdeczności!
Dziękuję i zgadzam się z opinią nt. wersji Tetryka.
Dla porządku, jakby się kto pytał, to poranne bieganie mam już za sobą.
Dzień dobry
Usmażyłam 24 naleśniki, mogą być : z
– z twarożkiem truskawkowym
– z konfiturą morelową
– z szynką pod ostrym serem 🙂
Zapraszam chętnych
Bardzo ciekawa dyskusja sie wywiązała pod tym lewantyńskim wierszykiem
No to w Wasze dłonie z radoscią.
Do naleśników?
Chociaż w sumie
Dwa z twarożkiem poproszę!
A ja z konfiturami śliwkowymi zamawiam
Ja też proszę z twarożkiem, chociaż wczoraj takie miałam. Ale lubię, to mogę powtórzyć
Dzień dobry;-)
Podobno przekłady jak kobiety: wierne nie są piękne, a piękne nie są wierne;-)
Czasem się nie da „wiernie”. Wtedy trzeba, jak napisałem wyżej, „ekwiwalentnie”. A „pięknie” powinno być zawsze, chyba że oryginał naumyślnie zgrzyta i obrzydza.
Jak oryginał taki zgrzytający, to lepiej może nie tłumaczyć?
Wiadomo, że nie wystarczy znać znaczenia słów, żeby być tłumaczem, albo inaczej żeby to tłumaczenie ktoś chciał jeszcze później czytać;-)
O ile mi wiadomo, tłumacz musi bardzo dobrze znać język, NA KTÓRY tłumaczy. Źródłowy oczywiście też, ale niekoniecznie tak dobrze. Myśl oryginału można zrozumieć, szkopuł w tym, jak ją potem wyrazić w przekładzie.
A zgrzytające oryginały też bywają zabawne…
Dzień dobry
Dzień dobry! Z tej strony Internetu śnieg sypie coraz mocniej, a jak u Was?
Tutaj już robią się takie nawisy nad rynnami:
U mnie już po śniegu, znów szaro…
Tak, bo cały się przeniósł do nas (chociaż może część spadła u Gimi?).
Potwierdzam, część jest u mnie. Ale nie zasypało na amen, więc nie cały śnieg u mnie leży;-P
U nas wczoraj też padało, ale na mokro. Deszcz przez cały dzień
O śniegu to nawet nie słychać, za to w nocy słychać (i widać) było burzę z piorunami… ale tutaj to się zdarza dość często, więc niespodzianki nie było 
Ohoho, burza z piorunami! O tej porze roku! Tutaj to mogłaby być najwyżej śnieżyca z piorunami. Raz przeżyłem taką na autostradzie w Niemczech i wolałbym nie powtarzać doświadczenia.
Ja nie pamiętam takiego zdarzenia o tej porze roku, ale może pamięć już nie ta…?
Ja w Polsce też nie kojarzę. Tamto było w Bawarii, w okolicach Norymbergi.
A ja pamiętam. Jakieś 8-9 lat temu, pamiętam dokładnie bo wtedy dojeżdżałam do pracy 80 km i w tej burzy śnieżnej z piorunami przyszło mi jechać! Kilkanaście kilometrów przez las. A ile drzew wtedy połamało. Niesamowite widoki, gdyby to nie było tak straszne, to byłoby naprawdę piękne widowisko!
Myśmy też jechali przez las, z tym że autostrada, wiadomo, jest szeroka, nie to co zwykła droga przez las, ale po nawierzchni też prało pourywanymi gałęziami, tyle że większość jednak zatrzymywała się na poboczu/ listwach energochłonnych. No i ta nawierzchnia, która zmieniała się w ciągu minut z mokrego asfaltu w lodowo-śnieżną kaszę… Ale z drugiej strony padający śnieg rozpraszał błyskawice, więc ćwierć albo pół nieba robiło się na ułamek sekundy ostro seledynowe albo jasnofioletowe. No i też przerażenie łączyło się z podziwem. Najgorsze, że połowa ludzi postanowiła stanąć na poboczu albo wręcz na pasie jazdy i przeczekać, a druga połowa – przyśpieszyć, żeby jak najszybciej wyjechać z burzy (w tym i my, bo czekało nas jeszcze kilkaset km jazdy), więc tylko czekaliśmy, aż ktoś z przyśpieszających zderzy się ze stojącym. Na szczęście nic podobnego się nie stało.
Ale nic Ci się nie stało, więc możesz to wspominać jako piękne widowisko
Czyż nie, Gimi? 
Różnie to bywa… czasami śnieżyca, a czasami deszcz. Z piorunami
Pamiętam, że gdy pierwszy raz zobaczyłam, to myślałam, że padnę
Bo tak jak Bożenka, nie pamiętałam z Polski takiego przypadku. Oczywiście mam na myśli miesiące zimowe i śnieżyce z piorunami. Bo letnie, czy wiosenne burze, to normalka 

Do tych zimowych też się można przyzwyczaić
Dziś Tom Skilling opowiadał w WGN-TV (taka amerykańska stacja), że sezon na tornada rozpoczęty. Nie jest to miła wiadomość, bo wiadomo co to znaczy… wiele osób straci domy, a kilka nawet życie
Cały tył samochodu zmiażdżony. Przód też, ale głównie maska samochodu. Miejsce gdzie była dziewczyna osłaniająca dziecko, pozostało nietknięte
Samochód do kasacji, ale matce i dziecku nic się nie stało. To się nazywa szczęście 
I to jest znamienne dla osób homoseksualnych. Szczególnie panów. Są pedantami. Bo panie, to najczęściej straszne bałaganiary
I nie wiem dlaczego?
Nie pisałam jeszcze o Tomie, a to na prawdę fajny facet. Przepowiada nie tylko pogodę (i zwykle się sprawdza… tak w 90%), ale też opowiada różne ciekawostki pogodowe i nie tylko pogodowe. Dziś mówił o dziewczynie, którą tornado zastało w samochodzie. Może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że była w samochodzie z malutkim dzieckiem (może dwumiesięcznym) i na jej samochód spadły aż dwa drzewa, wyrwane przez tornado. Pokazał zdjęcia
Mój małżonek był kiedyś w domu tego Toma. Mówił, że rzadko się spotyka, żeby ktoś miał tak czysto. Dosłownie „wylizane”
Tom jest szefem meteorologów w swojej stacji. Jest też uznanym meteorologiem, jednym z najlepszych w USA. Pisze książki, prowadzi wykłady… to autentycznie bardzo mądry facet. Lubię go oglądać, bo o każdej rzeczy opowiada ciekawie i z pasją
Niebywałe, że nic jej się nie stało. Ale jednak się zdarza!
Z tym że jednak lepiej podczas tornada być w schronie niż w aucie, nie ma co liczyć na takie cuda.
Na pewno lepiej być w schronie, a przynajmniej w jakimś solidnym budynku, ale jak Cię złapie gdzieś na trasie, to nie masz wyboru. Tej dziewczynie się udało, chociaż mogło się skończyć tragicznie…
Oczywiście powinno się znać język na który się tłumaczy , ale również zwroty , powiedzonka i całą resztę ludowego języka . Ludowego , bowiem język literacki przez swoją poprawność , nie zawsze wiernie opisuje wydarzenia . Jako przykład niech posłuży odpowiedz na pytanie : co pan sądzi o migracji etnicznej w ujęciu socjologiczno – marenistycznym ? ” W konkretnym idenferentyzmie każda ,chociażby minimalna inteligencja agralimująca abstrakcyjne orbity idealizmu egzakieruje się , a modyfikując frekwencję za pomocą klerykalnych prolikronizmów – jest kakofonią społecznych perkusji libretto Cięzka sprawa jak widać , ale tak już jest z zawiłościami języka ….
Oooch, coś mi się przypomniało!
To miałem na myśli . Quackie jest drobiazgowym (!) mistrzem interpretacji , z przyjemnością czyta się i ogłada Jego prace …
Och, płonię się jak malina albo Malina!
Też mam takie zdanie, Maksiu, i dlatego często nazywam go Mistrzem Q
Miło się gada, ale czas się zbierać do pracy

Miłego popołudnia życzę
I Tobie!
I Ci
Świetny tekst. Muszę zapytać niemieckich znajomych.
Pozdrawiam Autora i innych Wyspiarzy
Dzień dobry. Gdybyś dostał odpowiedź, chętnie się z nią zapoznamy na Wyspie 🙂 Również pozdrawiam!
O jakie ciekawe. Nie było mnie wczoraj tutaj ,dzis z opóżieniem ale pracowicie przeczytałam wszystko – notkę i wszystkie dyskusje.
O nie – nie podejmuję się tłumaczyć – taka amitna nie jestem – poza tym żadnego języka nie znam dobrze 
Nie jestem znawcą bo z czterech języków jakich się uczyłam każdego znam troszkę.Nic perfekt.
Co do tłumaczeń – nie zgadzam się koniecznie z Quackie, że Niemcy nie tłumaczyli tego opowiadania bo im się wydżwięk nie podobał. Raczej – było to dla tłumacza za trudne. Myśłę . Tacy szowiniści to oni nie są … Mają w końcy masę rzeczy przetłumaczonych ,gdzie nikt dobre o Niemcach nie pisze.
Ciekawe jakby to brzmiało po niederlandzku, znaczy głupi wierszyk.,marszowy
Wiem jedno – nigdy nie należy tłumaczyć dowcipów ,bo to se ne da…
Nooo, co do dowcipów, to nie wszystkie się da, ale część tak. Poza tym część funkcjonuje równolegle w różnych językach. Fakt, że nie są to dowcipy opierające się na grze słów, ale takie też można przełożyć z pewną wiernością. Na zasadzie równoważności.
Dowcipy tłumaczone nie są już takie śmieszne. Wiem to z doświadczenia. Podteksty, czy gra słów to nie jest to, co dobrze brzmi w innym języku.
Takich powiedzonek była cała masa, ale nie chce mi się tego wszystkiego pisać. 
Swojego czasu mój syn zrobił furorę w pracy, bo opowiedział część dowcipów polegających na grze słów. Jak je dosłownie przetłumaczył, to dwujęzyczni leżeli na ziemi, ale Amerykanie nie do końca wiedzieli o co chodzi. Bo taki „after birds”, czyli nasze „po ptakach”, Polakowi jest znane, ale Amerykanie nie wiedzą o co chodzi
Vulpian de Noulancourt zasugerował mi, ze trafił na ślad niemieckiej translacji Twonka:
http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/www.isfdb.org/cgi-bin/pl.cgi?401792+f
Opowiadanie „The Twonk” ma tam być na str. 21; jaki był tytuł oryginału Chociaż mu się nie przelewa?
Znalazłem ten periodyk 🙂 niestety – tytuł angielskiego oryginału to „Nothing But Gingerbread Left” i tego nie byłem w stanie odszukać w żadnej bibliografii. Inne opowiadania, przełożone również na polski i wydane w tym samym zbiorze („Twonk. Opowiadania”) – owszem, są.
A propos, Tetryku, zerknij proszę na pocztę.
Leć, gołąbku!
Dobranoc
Spokojnej!
Na marginesie chciałem nadmienić, że jak komuś nie przeszkadza czytanie z ekranu, to można znaleźć opowiadania z tego tomiku w pewnej bibliotece. W pliku. Zaryzykowałbym nawet przypuszczenie, że ta biblioteka znajduje się na Madagaskarze.
Dobranocka
Dzisiaj króciutko, i Richard Bona, który jakiś czas temu się pokazał, w utworze „Nu Sango”, zamykającym album „Tiki”. Gitara i głos(y), więc i cudna harmonia przez chwilę jest. Nb. czy tylko ja słyszę tu melodię Czesława Niemena do piosenki „Mimozami jesień się zaczyna”?
Snów raczej letnich niż jesiennych wszakże!
Może nie dosłownie, ale mimozami pachnie
Dobranoc Kochani….
Dobranoc!
Dzień dobry
Mroźny dzień wstaje, a śniegu ani na lekarstwo…
…bry

Jutro biorę wolne. A dziś jeszcze trzeba się sprężyć.
To co? Kawka? Herbatka?
Dzień dobry. Tradycyjnie już o tej porze herbatka (nie lubię słowa herbatka – nie wiem dlaczego)
A ja tradycyjnie kawkę proszę
Ważne, że lubisz herbatkę, mniejsza o słowo…
Bo herbatka może się kojarzyć z ziółkami na trawienie.
Ale może też z fajfami – ostatecznie nikt nie zaprasza na popołudniową herbatę, tylko herbatkę
Kawka, rzecz jasna. I banan.
Witajcie!
Wieczorem pokażę wam Pieski – już są.
Pieski? Jakie pieski???
Jestem ciekawa tych piesków… a do wieczora tak daleko…
Łączę się w bólu:-). Skończy się przesiadywanie na wyspie:-)
Pieski wprawdzie wirtualne, ale ból bodaj czy nie większy… I włączony weń jesteś, niejako, automatycznie.
Miszcz suspensu cholera no.
” … Czy Rozencwajgowa ma na sprzedaż psa? Czy to jest może łyżew? Wiesz, ja bym chętnie kupił, bo Hipek bardzo chce łyżwa. Ostatecznie może być sweter. Albo bulgot. Albo taki mały biały dupelek. Słuchaj, tylko broń Boże jajnik! A to jest jaka rasa? …”
Czekamy niecierpliwie;-)
Niezapomniany duet…
Ponadczasowy;-)
Klasyka!!!
Dzień dobry! Dzisiaj robota, bieganie, a potem robota, a potem bieganie. Innymi słowy dla odmiany pracowity dzień.
Dzień dobry
Ciekawa jestem tych Ukratkowych piesków…
Ja też…
Dzień dobry po raz kolejny, w przerwie między kolejnym bieganiem a kolejną robotą. Tak to już jest, że jak się robi jedno, to drugie i kolejne się nawarstwia.
Kiedy Ty odpoczniesz? Zamęczysz się…
No coś Ty, przecież ja nic, tylko się opierniczam!
Przeżyłam.
Teraz muszę odpocząć.
Już? A mowa była, że do piątku? Nie żebym komukolwiek żałował czy rozliczał, dzień w tę czy we w tę.
Weź przestań, co? Ja teraz będę przez tydzień nerwy regulować. Dobrze, że mam zapas plastrów.
Znaczy rozchodziło mnie się o to, czy czasem pożegnanie nie nastąpiło w wyniku poinformowania się nawzajem Wysokich Układających się Stron o swoich stanowiskach?
Nie nie. Wszystko OK.
Nooo… praaaawieee…
No to chwała Bogu.
Tak mniej więcej.
Pewnie coś na ten temat naszkicujesz. Poczekam.
Dotarłem do domu. Pieski zostały uzupełnione i upublicznione.
Ale prywatnie?
OK. Cofam pytanie.
Tutaj się pożegnam, bo nowe piętro takie młode…

Spokojnej!
Dobranocka tutaj.
Dzisiaj dawka przyzwoitego pop-rocka z drugiej połowy lat 80′. Grupa T’Pau i „China in Your Hand”. Początek delikatny, potem nabiera mocy. Melodyjne i charakterystyczne. Jeżeli nawet środek nie do snu, to początek i koniec bardziej.
Snów od początku do końca szczęśliwych!
Dobranoc i dziś. Mroźna noc się zapowiada, więc pod ciepłe kołderki się chowajmy