« Opowieść Wigilijna Do siego Roku!!! »

Atompasta cz.1

Na dziedzińcu przed kościołem zatrzymała się sfatygowana pięćsetka i wysiadł z niej chudy mężczyzna z dużą skórzana torbą.
Podszedł do drzwi kościoła, uchylił je, wetknął głowę do środka, zrobił nagle w tył zwrot i zdecydowanym krokiem pomaszerował na plebanię.

Don Camillo grzał się przed kominkiem w jadalni i kiedy usłyszał pukanie, krzyknął: „Proszę”, jakby to była groźba użycia broni. Ale gdy zobaczył tego skurczonego człowieczka, uspokoił się.

– Oddam tylko paczkę i zaraz znikam. – wyjaśnił przybysz, uśmiechając się smutno i grzebiąc w torbie, którą postawił na stole.

Paczka zawierała propagandowe broszury przeciwko czerwonym. – Przysyła ją komitet – wyjaśnił gość.
-Proszę usiąść – powiedział całkiem zrezygnowany don Camillo.
-Tu się lepiej siedzi niż w mojej puszce – westchnął nieznajomy, sadowiąc się przed kominkiem. – Z drugiej strony zajęcie jak każde inne.

Don Camillo wstał, żeby odłożyć broszurę i wyciągnąć butelkę wina.
– To pan z komitetu? – zapytał.

– Nie – odparł przybysz. – Jestem przyjacielem tych z komitetu i udzielam się na ochotnika. Komitet nie komitet, walka jest jedna dla wszystkich ludzi honoru. Ponieważ i tak muszę jeździć od wsi do wsi, to zabranie paru paczek nic mnie nie kosztuje. Oszczędza się w ten sposób na wysyłce, a i ma się pewność, że materiały nie przepadną.

Nieznajomy zaśmiał się. Pociągnął spory łyk wina.

– To mnie trochę podreperuje. Tego mi było trzeba.

Don Camillo usiadł z powrotem.

– Jeśli pan pozwoli – zapytał – czym się pan trudni?

– Niech mi ksiądz nie każe o tym mówić! – Powiedział nieznajomy. – To najniewdzięczniejszy zawód świata. Ale jak się ma na karku całą rodzinę, nie można być grymaśnikiem.

Don Camillo czekał.

-Podróżuję – wyjaśnił smętnie mężczyzna.- Usiłuję sprzedawać towar, którego nikt nie potrzebuje. Przyszedłem ostatni i lepsze rejony zajęli już inni. Mnie przypadły małe miasteczka i wsie!

-Ale co pan sprzedaje?

-Nic takiego – odparł posępnie mężczyzna. – To, co robię, to jak sprzedawanie lodu na Biegunie Północnym albo kotwic okrętowych w Dolomitach. Dajmy temu spokój proszę księdza, zapomnijmy na chwilę o zmartwieniach.

Mężczyzna jednym haustem opróżnił szklaneczkę i don Camillo dolał mu znowu. Ciekawość coraz bardziej nie dawała mu spokoju; co do licha sprzedawał ten nieszczęśnik?

Przybysz pokiwał głową.

-Proszę księdza – wyszeptał – wie ksiądz co to Atompasta? Niech ksiądz nie łamie sobie głowy; powiem księdzu, Atompasta to znaczy pasta bombowa. Innymi słowy pasta do podłóg.

Wypił łyk wina i mówił dalej:

-Rozumie ksiądz? Muszę sprzedawać pastę do pastowania podłóg tam, gdzie nie istnieją podłogi do pastowania. Gdzie są jedynie posadzki z cegieł.

Don Camillo uważał za swój obowiązek sprostować.

-Tutaj też są posadzki z płytek piaskowca i marmuru. W każdym razie w drogerii sprzedają pastę do podłóg.

Mężczyzna uśmiechnął się smutno:

-No właśnie, proszę księdza: byłem w dwóch drogeriach we wsi i wszystko już wiem. Powiedzieli mi, że wziąwszy pod uwagę zapotrzebowanie, mają jej zapas co najmniej na dwadzieścia pięć lat! A poza tym moja pasta jest produktem nowym, doskonałym, wydajnym, ale nowym, a ludzie nigdy nie ufają nowościom. Nie mogę pracować z odbiorcami indywidualnymi; staram się robić interesy z gminami i organizacjami, które mają swoje siedziby, kluby, sale Zgromadzeń, sale teatralne i kinowe. Ale niestety tutaj gminy i organizacje są właściwie w dziewięćdziesięciu procentach w rękach czerwonych; więc zamiast pukać do drzwi tej hołoty, zdycham z głodu.

Pociągnął spory łyk wina.

-To trochę stawia mnie na nogi, proszę księdza – zawołał prawie wesoło. – Jak nigdy mi tego trzeba! Ksiądz mnie rozumie: dusić się w tej karbowanej puszce, w samej okryjbidzie, nabijać kilometry po obrzydliwej drodze, przez śnieżne pustkowie, żeby potem wieczorem zrobić obrachunek i stwierdzić, że się straciło czas i benzynę!

Pogrzebał w torbie, wyciągnął z niej notatnik, rozłożył go i pokazał:

-Niech ksiądz spojrzy, cały ranek pracy: Drogeria Piacini z Torricelli – Atompasta – jedno duże. Widzi ksiądz? Po dwóch godzinach nalegania. Na próbę. Ale tylko dlatego, żeby się mnie pozbyć.

Don Camillo przejrzał notes i pokiwał głową:

-Rzeczywiście nie ma się z czego cieszyć!

Mężczyzna przełknął łyk, potem wykrzyknął z ożywieniem:

-Skłamałem, proszę księdza! W Fiumetto zrobiłem jeszcze jeden interes: proboszcz należy do niewielu, którzy mają posadzkę w kościele, więc kupił, oczywiście znów tylko na próbę, jedno pudełko. Ale niestety małe. Jedno z tych dwustugramowych.

Mężczyzna pokazał pudełko i wyjaśnił:

-Miałem dwie próbki i jedną mu dałem. Również dlatego, że nie mam odwagi pokazywać w firmie zamówienia na małe opakowania!

Don Camillo spojrzał smętnie na pudełeczko, potem zapytał:

-A to duże, bardzo jest duże?

Mężczyzna wyciągnął z torby i pokazał.

-Wszystkiego kilogram. Niewiele co, ale wziąwszy pod uwagę, że produkt jest dopiero w fazie wprowadzania, w firmie są zadowoleni nawet jeżeli uda się wetknąć jedno na próbę. Wiadomo, że jak ktoś zacznie jej używać, to już nie zrezygnuje, to pewne! To naprawdę nadzwyczajna pasta.

Don Camillo stwierdził, że nadszedł czas podjąć decyzję.

-Chciałbym ją wypróbować – powiedział. – Proszę dać mi jedną.

Mężczyzna spojrzał na niego zdumiony.

-A do czego księdzu? Do pastowania cegieł?

-Tutaj w domu mam cegłę, ale w kościele jest posadzka – stwierdził z dumą. – Zrobiliśmy nową w zeszłym roku.

Mężczyzna westchnął.

-Proszę księdza, jest ksiądz bardzo przyzwoitym człowiekiem i chcąc mi pomóc jest ksiądz gotów nawet skłamać. Bardzo księdzu dziękuję; to też mnie podnosi na duchu. Kiedy będzie ksiądz miał już posadzkę z płytek, niech ksiądz o mnie pamięta.

Don Camillo wstał i skierował się w stronę wyjścia, mężczyzna dopił pospiesznie to, co zostało mu w szklance, złapał torbę i podążył za nim. Pomyślał, że to taki szybki sposób dania mu do zrozumienia, że audiencja została zakończona, więc gdy doszedł do drzwi w sieni, miał zamiar się żegnać, ale don Camillo złapał go za ramię i poprowadził przez placyk aż do kościoła.

-No więc? – zapytał triumfalnie – to posadzka z płytek, czy nie?

Mężczyzna pochylił się i pociągnął palcem po matowych i szarych płytkach.

-Przy takiej pogodzie ludzie wnoszą tony błota. Ale jest piękna.

Tak to wyjaśniając, don Camillo schylił się, napluł na wskazujący palec prawej ręki i pociągnął nim po płytce.

-Widzi pan, jak się błyszczy? Ale nie może być wciąż pastowana, bo trzeba by pasty na tony.

-Na tony? – zdziwił się mężczyzna. – A dlaczego?

-Bo jak tylko przejedzie się mokrą szmatą, żeby ściągnąć błoto, to pasta złazi.

Mężczyzna roześmiał się. Otworzył torbę, wyciągnął z niej duże pudełko, zdjął wieczko i szmatką, którą wyjął z tej samej torby, rozsmarował cienką warstwę Atompasty na posadzce. Drugą szmatką wyglansował do połysku. Potem wyszedł na chwilę i powrócił z garścią śniegu.

-Proszę księdza, chce ksiądz spróbować zmoczyć posadzkę? – spytał.

Don Camillo mocno tarł śnieg, póki go całkiem nie rozpuścił. Potem szmatą wytarł do sucha, a płytka pozostała lśniąca.

-Atompasta – wyjaśnił mężczyzna – to coś więcej niż zwykła pasta, to emalia, która powoduje, że płytki są błyszczące, a ponieważ jest wodoodporna, więc uniemożliwia zetknięcie się wody z płytką. Atompasta to nieuchwytna mgiełka kryształu rozpostarta na posadzce.

Wyszedł, wlazł w kałużę, wrócił, strzepnął energicznie błoto na zapastowaną posadzkę robiąc na niej wielką plamę.

Potem szmatą starł błoto i pojawiła się płytka w całym blasku.

-Wystarczy przejechać posadzkę Atompastą raz na dziesięć dni – zakończył triumfalnie mężczyzna.

Wyszedł przed kościół.

-Dziękuję za gościnę, proszę księdza i do widzenia – powiedział, zamierzając wsiąść do samochodu.

Ale don Camillo znów złapał go za ramię i pociągnął za sobą na plebanię.

-Butelki się zaczyna i kończy – wyjaśnił. – Jak już otworzyłem, znaczy, że odżałowałem.

Usiedli z powrotem przed kominkiem.

-Ja naprawdę miałbym ochotę spróbować – powiedział don Camillo. – Ile kosztuje pudełko?

-Trzysta lirów. Małe.

-A duże?

-Czterysta pięćdziesiąt. Cena nie rośnie proporcjonalnie, bo pudełko mniejsze i większe kosztuje prawie tyle samo. Ale proszę księdza, dajmy temu spokój; nie mam zamiaru wciskać księdzu towaru. Pozostańmy przyjaciółmi.

Don Camillo zaczął się śmiać:

-Przyjaźń to jedno, a pasta to co innego. Biorę dwa pudełka. A nawet trzy. Trzy duże.

Mężczyzna pokręcił głową, że nie.

-Albo jedno, albo w ogóle. Zależy mi na przyjaźni, Ksiądz wypróbuje Atompastę, i jak się księdzu nada, to napisze ksiądz do mnie dwa słówka pod ten adres, a ja przyślę księdzu tyle pudełek, ile tylko ksiądz zechce.

-Jedno, czy dwa to to samo – nalegał don Camillo.

-Nie — stwierdził mężczyzna, wyciągając z torby bloczek zamówień i wkładając kalkę na kopię. – Ksiądz nie jest sklepikarzem, a ja pertraktując z księdzem nie mogę iść na ilość, powinienem docenić okazaną mi sympatię i zaufanie. Nie psujmy tej tak miłej sprawy.

Zaczął wypełniać druczek zamówienia, a don Camillo sięgnął po portmonetkę.

-Więc ile płacę?

– Nic, ją nie mogę przyjmować pieniędzy. Zapłaci ksiądz, po otrzymaniu towaru. Więc jedno duże, proszę księdza?

-Duże.

-Gotowe, proszę: ,,Atompasta – jedno duże opakowanie”. Proszę sprawdzić i podpisać. Podpis jest nie dla mnie, tylko dla firmy, oczywiście.

Don Camillo podpisał i dostał kopię.

Mężczyzna uniósł szklaneczkę.

-Bogu dzięki, że ta dziura z wściekłymi czerwonymi nie do końca jest piekłem – zawołał. – A dla tego, kto jest głodny, okruch chleba ma swoją wartość, bo choć nie nakarmi ciała, zdoła pożywić nadzieję. Nadziei niewiele trzeba: starczy drobina Chleba okraszona wiarą w Boską opatrzność, i można ruszać dalej w drogę.

Don Camillo odprowadził mężczyznę aż do samochodu i patrzył, jak odjeżdża.

-„Mogłem go zatrzymać na obiedzie!” – wyrzucał sobie, myśląc o chlebie okraszonym wiarą w Boską opatrzność.

Minęły dwa tygodnie, aż tu nagle pewnego popołudnia przed plebanię zajechał ciężarówką dostawca, zrzucił olbrzymią skrzynię, kazał podpisać don Camillowi pokwitowanie i odjechał.

Don Camillo otworzył skrzynię i znalazł w środku sto czterdzieści cztery pudełka Atompasty po kilogramie każde.

Będąc w posiadaniu prawie półtora kwintala pasty do posadzek, don Camillo stał się również następnego dnia posiadaczem listu z wytwórni Atompasty.

Szanowni Państwo, zgodnie z Waszym zamówieniem numer i tak dalej, z dnia i tak dalej, przesyłamy Wam bezpłatnym transportem jedno duże opakowanie Atompasty w cenie zbytu 450 lirów za pudełko, udzielając rabatu z tytułu szczególnej sympatii, lirów i tak dalej na podatek obrotowy i pakowanie… W przekonaniu, że wszystko zostało wypełnione zgodnie z Waszymi oczekiwaniami i licząc na Wasze specjalne zamówienia łączymy wyrazy szacunku. Załącznik dotyczy zapłaty 64800 lirów (słownie sześćdziesiąt cztery tysiące osiemset) w ciągu 30 dni wyjąwszy pomyłki i opuszczenia.

125 komentarzy

  1. Bezetka pisze:

    Od dawna tak sobie myślałam o wrzuceniu jakiegoś fragmentu z ukochanego Don Camilla G. Guareschiego, najlepiej któregoś z cudnych sporów włoskiego proboszcza i komunistycznego wójta, którzy zwalczają się słownie i pozawerbalnie (na przykład kopniakami), a jednocześnie żyć bez siebie nie mogą ;).

    Don Camillo powstał w 1946 roku, jako opowiadanie wydrukowane w gazecie, na przekór „urzędasom” 🙂 i w wyniku nieodrobienia właściwej roboty na czas :)) A potem czytelnicy wymogli liczne kontynuacje.

    Pierwsza część niestety pożyczona i jest w trakcie odzyskiwania Angry, stąd jeden z krótszych rozdziałów tomu „Ludziska”, wybrany nie po tematyce, czy atrakcyjności, a własnie rozmiarach (i tak przydługi, więc w 2 częściach).

  2. Bożena pisze:

    Sto czterdzieści cztery kilogramy atompasty, to już na pewno nie zrezygnuje z jej używania. Wystarczy do końca życia. A to się księżulo dał wpuścić w maliny… Pondering

  3. Quackie pisze:

    Dzień dobry! Czy to opowiadanie (z kontynuacją, jak sądzę) to może efekt ostatnich dyskusji pod kreską o robieniu w konia przez „darmowe” SMSy i zamówienia? 😉 Nawet jeśli nie, to i tak znakomite – zwłaszcza powoływanie się na (rzekomą?) wspólnotę ideologiczną przeciwko „czerwonym” 😀 i klimat spotkania na plebanii.

    • Bezetka pisze:

      Nie 🙂 Zaczęłam przegląd od tematyki świątecznej, niestety za długie w porównaniu do najdłuższych tu notek i nie bardzo podzielne 🙂

      W mojej rodzinnej parafii był nieco podobny proboszcz, choć tata nie wójt, do kościoła tylko na pasterkę, a i to jak śniegu dość napadało (saniami), to proboszcz odwiedzał nas, kielicha wypił, krupniku zjadł, zagrał w brydża i pokłócił się z gospodarzem na temat najnowszego numeru tygodnika „Nie” i klęczących przed biskupami polityków 🙂 I w drugą stronę podobnie odwiedziny wyglądały. Może stąd te tomy tak mnie porwały 🙂

      Tu przy okazji, podlinkowany przez Ukratka film z Fernandelem.

      • Quackie pisze:

        Do nas rokrocznie przychodzili z kolędą bardzo fajni księża, nawet jeśli młodzi i świeżo na parafii, aż pewnego roku odbyła się w bardzo niesmaczny sposób przyspieszona wymiana proboszcza (proboszcz usuwany na parafii coś ze 40 lat, nowy przyniesiony w teczce przez nowego abpa), i trzebaż trafu, że nowemu proboszczowi u nas wypadła kolęda. W życiu nie zostałem tak szybko „obsłużony”! Ale faktem jest, że o kopertę się nie dopominał, a nawet wręcz przeciwnie.

  4. Wiedźma pisze:

    Opowiadanko zacne, w dodatku jak dla mnie – zupełnie nowe. Księżulo na kolędzie wyraził ongiś oburzenie, ze pies jest w pokoju, w którym on się modli….. jakoś tak dziwnie od tego czasu żadnego kolędnika nie gościłam w progach… Wink

  5. Kopciuszek pisze:

    Dobry wieczór 🙂
    Bezetko to jest świetne 🙂
    Już nie mogę się doczekać kolejnej części i reakcji poczciwego don Rumianka 🙂
    „Przyjaźń to jedno, a pasta to co innego” Happy-Grin
    Też by mi się przydała taka Atompasta, ale raz jedyny i juz nigdy więcej nie dam się nabrać domokrążcom Wink

  6. Wiedźma pisze:

    No i mam kolejną pozycję do zaliczenia. Dzięki piękne, Bezetko…. jak to się stało, że nie znam pana Rumianka – pojęcia nie mam, bo rzecz wygląda smakowicie. Ale kto powiedział, że da się wszystko przeczytać ? Thinking

    • Tetryk56 pisze:

      Jak już będziesz się rozglądać za Guareschim, jest jeszcze „Rodzinka” – cykl smakowitych opowiadań na bazie obserwacji własnego życia.

    • Bezetka pisze:

      Nie da się 🙂 jestem nieobiektywna, bo uwielbiam te książki i czasem na siłę wciskam znajomym (pozdrawiam Knezia 😉 ), z nadzieją, że też polubią te pełne humoru i tolerancji historyjki. Kilkoro zaraziłam, przyjaciel ma nawet teraz większą kolekcję niż ja. Zaskoczył mnie Ukratek, bo podsunął tytuł tego autora, który mi jeszcze w łapy nie wpadł – ale już sobie na Allegro wyszukałam 🙂

      Kocham też obżartucha Colasa Breugnon R. Rollanda i wiejskiego weterynarza w serii Wszystkie stworzenia duże i małe J. Herriota – bez nich moja biblioteczka nie istnieje 🙂 choć z tych ostatnich brakuje mi wciąż dwóch części.

  7. Quackie pisze:

    Boszsz, ten film mi wszystko poprzestawiał, a to już czas dobranockować!

    Skaczemy dzisiaj z Meksyku z powrotem przez ocean, i to całkiem z powrotem, bo blisko, czyli do Czech (gdzie niektórzy mają za darmo 😉 ). Jan Dismas Zelenka urodził się w pobliżu Pragi czeskiej – w miejscowości Louňovice pod Blaníkem. Uczył się muzyki prawdopodobnie w Clementinum, u praskich jezuitów. Poza tym, że komponował, grał na violone (przodek kontrabasu). Grał najpierw w Pradze u barona von Hartig, który najprawdopodobniej zarekomendował go na dworze elektorów saskich w Dreźnie. Zelenka grał tam, obejmując funkcję kapelmistrza (jako poprzednik J.S. Bacha, który wielce go poważał!) i co jakiś czas uzupełniając swoje muzyczne umiejętności a to we Wiedniu, a to w Wenecji, a to znów w Pradze.

    Był wszechstronnym kompozytorem, zajmującym się zarówno muzyką sakralną (msze, requia, litanie, oratoria, psalmy, hymny etc.), jak i świecką, wokalną i instrumentalną (sonaty, kaprysy, koncerty, symfonie…).

    Na Wyspie dzisiaj szacowna pierwsza część sonaty nr 5 na 2 oboje, fagot i basso continuo. Spokojna i dość refleksyjna, a zarazem kojarząca się (przynajmniej mnie) z muzyką brzmiącą na dworze Augusta II.

    Snów filmowych, ale nie hollywoodzkich. No i niechby był to jednak spokojny film, nie żaden horror.

  8. Wiedźma pisze:

    Trochę trudno zapalać lampkę na wycieraczce prosto spod igły, ale przecież nie popsuje to świetnego tekstu….

    Dobranoc… I-m-in-love

  9. Bożena pisze:

    Dzień dobry Delighted Mróz, za oknami biało, ale od szronu a nie od śniegu. Dnia przybyło już ok. cztery i pół minuty. To wprawdzie niewiele, ale idzie w dobrym kierunku. Niedługo wielkanoc Happy-Grin

  10. Tetryk56 pisze:

    Witajcie!
    Dziewczyny! Nie myślcie na razie o WielkiejNocy! Do balu się trza przygotować! Wink

  11. Kopciuszek pisze:

    Dzień dobry Delighted
    Nowej dostawy śniegu nie było… -17 na zewnątrz Wink

  12. korab1 pisze:

    DzieńDobry:)) Atompasta ? W pierwszej chwili przyszedł mi na myśl rozczepialny makaron :)))

  13. Wiedźma pisze:

    Dzień dobry Delighted! Będzie cieplej i deszczowo… za dni parę..

  14. Bezetka pisze:

    Dzień dobry 😉

    Z tą Wielką Nocą to jest spore szczęście, bo jedna była z tydzień temu, kolejna będzie jutro… Jeszcze jedna na wiosnę, następna w lecie… no wcale nie trzeba długo czekać, sporo mamy tych wielkich nocy :)))

  15. Quackie pisze:

    Dzień dobry. Obijam się bezwstydnie i co Wy na to?

    Wink

  16. Quackie pisze:

    Ha, wiedziałem, że tak będzie. Hedonizm ukarany. Awaria bojlera. Spuszczamy wodę w trybie awaryjnym, na szczęście udało się uchwycić problem w porę, wieczorem ma sprawę obejrzeć znajomy hydraulik… W każdym razie zostajemy bez ciepłej wody bieżącej przed Sylwestrem

    Weary

  17. Bezetka pisze:

    Dzień pełen wrażeń. Troszkę spuszczę parę, jeśli pozwolicie:

    Moi panowie lubią zwierzątka. Mąż zwłaszcza ma się za psiarza i spacyfikowałam go swego czasu warunkami pogodowymi, dzięki którym w nasze wspólne już pielesze trafił niewyprowadzalny kot.
    Lecz mężowskie marzenie gdzieś tam trwa, choć zgodził się już nawet na małego kundla, a nie owczarka niemieckiego, jakie dawniej miewał 🙂
    Rybki karmię ja, myszkę karmiłam ja, kota oporządzam ja. No więc, by znów nie spadło wszystko na mnie, wymyśliłam psi test – pożyczę psa od znajomych i sprawdzę kto będzie z nim biegał. Zbiegło się w czasie – akurat jedna znajoma chciała rezygnować z sanatorium, bo co z psem.
    No i fajnie, dziś suka-wilczyca przyjechała się przedstawić naszemu kotu. Na razie relacja ostrożna, ale dystans zadziwiająco szybko się skrócił do ok 30 cm i jednej nogi stołowej. Suka 12-letnia, niedawno przeszła operację macicy, jeszcze ma na sobie szwy i ochronny kaftanik.
    Decyzja zapadła, weźmiemy ją na te 3 tygodnie na przechowanie, od przyszłego poniedziałku. Odprowadziłam panie na pociąg, wsiadają, nagle pies zniknął.
    Ześliznęła się ze stopni i wpadła pod pociąg. Peron wysoki, szczelina wąska i jak tu wilczura wydostać i to pozszywanego. Panika, bezładny krzyk do maszynisty, by stał, jakiś szczupły facet wśliznął się pod ten pociąg i wydostał sukę, konduktor tylko głową kręcił.

    Ufff. Zgrzałam się na samą myśl co może być dalej 😀

    • Quackie pisze:

      Ścierpłem na myśl, że pociąg już ruszał. Na szczęście jednak nie. A co do domu, to nie wiem, jak tam kot z wilczycą, ale u szwagra poczciwy labrador żoninej bratanicy na gościnnych występach bardzo ładnie się rymuje z lokalnym rudym dachowcem, nawet (a może: zwłaszcza!) podczas dokarmiania 🙂

      • Tetryk56 pisze:

        Rymuje się, powiadasz? Poetyczny taki?

        • Quackie pisze:

          Musiałbyś to zobaczyć 😀 lansady, prysiudy i wzajemny szacunek, demonstracyjne obchodzenie kolegi szerokim łukiem (ale bez oznak strachu czy agresji), uprzejme obwąchiwanie nawzajem siebie i ewentualnie czasem żarcia. Zupełnie nie-psia wstrzemięźliwość i całkowity brak kociej przekory, jeśli chodzi o próby wyżerania z cudzej michy. Filmować i dawać za przykład!

          • Max pisze:

            Dobry wieczór 🙂 W domu Rodziców , był owczarek niemiecki i dorodny ,duży kot . Zwierzęta miały swoje ” michy ” ,ale bywało ,że kot czasami podżerał z miski psa , który cierpliwie czekał aż kot odejdzie od ” stołu „. Nigdy nie było żadnych zatargów między zwierzętami . Zdarzyło się natomiast , że do domu wszedł kiedyś kot sąsiadów i dorwał się do mielonego na kotlety mięsa . Mama pogoniła łakomczucha z domu przy aktywnym udziale psa .Owczarek musiał całe zajscie potraktować powaznie , bo kiedy kot zlazł z jabłoni na którą wskoczył ,pies dorwał kota i ….. Moim zdaniem zwierzęta bacznie obserwują zachowanie człowieka i starają się spełniać nasze oczekiwania .Podlizują się … Wink1

          • Wiedźma pisze:

            Moja kotka ma miski na parapecie, bo piesa ani chybi wszytko by jej wyjadła. I tak dobrze, że Amisia jeszcze nie wpadła na pomysł sięgania do kocich misek ze stołka. (Poprzednia spanielka spokojnie to robiła ) Kotka nie przejawia najmniejszego zainteresowania psią michą, tylko wodę piją ze wspólnej…

            • Quackie pisze:

              Tak się właśnie zastanowiłem, że ten lab to częsty gość u szwagrostwa, ale jednak nie rezydent – może dlatego taki powściągliwy w stosunku do lokalnego kota? Może jako w pełni miejscowy inaczej by sobie pozwalał?

    • Wiedźma pisze:

      Ufff, słabo mi się zrobiło, całe szczęście,że pociąg nie ruszył….

  18. Quackie pisze:

    Aktualizacja – przybył hydraulik, pokręcił głową, spuścił resztę wody z bojlera – niedużo zostało, ale chlapnęło na ścianę z gniazdkiem, wywaliło korki w całym mieszkaniu (różnicówka), wyłączyło wszystkie komputery, Najjuniorowi poszła godzina pracy się ciąć… Jutro wczesnym popołudniem ma się coś ruszyć w kwestii nowego bojlera.

  19. Quackie pisze:

    Po tak obfitującym w wydarzenia dniu czas na dobranoc.

    Skoków po świecie ciąg dalszy. Ledwieśmy przeskoczyli z Meksyku do Czech i Drezna, już wracamy do Argentyny, ale po kolei. Domenico Zipoli urodził się w toskańskim Prato, na północ od Florencji, w której naturalną koleją rzeczy uczył się muzycznego rzemiosła pod patronatem księcia Kosmy III Medyceusza. Następnie terminował w Neapolu, Bolonii i Rzymie (tutaj u Bernardo Pasquiniego), aż wreszcie wyjechał do Sewilli (czyli do Hiszpanii), gdzie został jezuitą. Zakon wysłał go na misję do Paragwaju, jednak w związku z brakiem ostatecznych święceń Zipoli utknął w argentyńskiej Cordobie, gdzie po wielu latach zmarł na jakąś egzotyczną chorobę.

    Komponował i grał przede wszystkim na instrumentach klawiszowych, przede wszystkim muzykę sakralną, ale nie tylko. Msze, psalmy, hymny (a nawet „operę misyjną” o Ignacym Loyoli, założycielu zakonu) uzupełniają liczne utwory instrumentalne. Dzisiaj jeden z nich, adagio na obój, wiolonczelę, organy i orkiestrę. Utwór dość „gęsty”, muzycznie wyrafinowany, ale zarazem spokojny i chyba odpowiedni na dobranoc. Czy tylko mnie dźwięki oboju przywodzą na myśl słynną muzykę do filmu „Misja”? Czy może Ennio Morricone inspirował się twórczością Zapolego?

    Snów o dalekich krajach… i Wyspach!

  20. Wiedźma pisze:

    Kto wie kto inspirował Ennio Moricone… a utwór bardzo mi się podoba !Bardzo dobrze mi brzmi na dobranockę 🙂

  21. Wiedźma pisze:

    Dobranoc…

  22. Bożena pisze:

    Dzień dobry Delighted No to mamy ostatni dzień roku – jakby kto nie wiedział… French

  23. Kopciuszek pisze:

    Dzień dobry Delighted
    Ostatnie dzień dobry w tym roku? Na to wygląda 🙂

  24. Tetryk56 pisze:

    Witajcie!
    Byle do balu! Overjoy

  25. teresa pisze:

    Dzień dobry 🙂
    Dziś ludzie się bawią, a zwierzęta cierpią.
    Przepraszam, że jestem tu tak rzadko, ale na razie częściej nie mogę. Dzisiaj przypłynęłam na Wyspę, żeby złożyć Wyspiarzom życzenia szczęścia i zdrowia w nadchodzącym roku. Buziaczki

    • Bezetka pisze:

      Myśliwskim w sercach dziś zagra 😉 tylko lecieć nie będzie po co.

      Nasze futrzaki na szczęście ani burzy, ani fajerwerków się nie boją, ale przecież niemało szaleje ze strachu… A w mojej okolicy to już nawet nową tradycję wprowadzili strzelania na weselach. To już sobotnia zmora niemal. nawet jeśli przed 22-gą.

      Chińskie lampiony mogły być lekarstwem na hałas, niestety zbyt niebezpieczne dla domów.

    • Tetryk56 pisze:

      Witaj, Teresko!
      Życzenia serdecznie odwzajemniamy! Buziak1
      Ponadto solennie zapewniam – na naszej Wyspie żadne zwierzęta nie cierpią! 🙂

  26. Kneź pisze:

    Nasz poprzedni pies aportował petardy, co wzbudzało zrozumiałą panikę i obawy. Teraz natomiast wiemy kiedy burza idzie, bo aktualna czterołapa koleżanka znika wtedy w łazience. Podobnie przed Sylwestrem, ale w tym roku jest spokojnie wyjątkowo, wiec problem raczej niewielki. Wychodzi niechętnie, ale raczej nie panikuje. Myślę, ze akcja „Nie strzelam w Sylwestra” przyniosła pozytywny efekt.

    Wszystkim Wyspiarzom szczęśliwego Nowego Roku i upojnego Sylwestra! Cheers Happy-Grin

  27. Quackie pisze:

    Dzień dobry. Poza tym, że czekamy na nowy bojler, to bierzemy udział w akcji niestrzelania – jak zwykle. To znaczy jeżeli w ogóle mieliśmy kiedykolwiek jakieś fajerwerki, to dosłownie na palcach jednej ręki policzyć, a odpalaliśmy je i tak z dala od ludzi i zwierząt, na ile się dało. W tym roku jednak w ogóle zrezygnowaliśmy. W sieci zaś widziałem śliczny obrazek, promujący niestrzelanie:

    • Bożena pisze:

      http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/images03.bebzol.com/data/201412/164732-2c475e3a85bb4e1078576472504434e1.jpgO, mam go na blogu! Happyi jeszcze ten o Sylwestrze.

      • Quackie pisze:

        W samym środku Gdyni, niestety niedaleko nas, będzie Sylwester z Polsatem 🙁 ta scena, łomot przepotężny i tłumy w centrum, pijani ludzie, puszczający fajerwerki, plus smród, pardon, moczu, utrzymujący się jeszcze przez parę dni nowego roku… Nie ma to jak organizować taką imprezę w centrum.

  28. Tetryk56 pisze:

    Mam pytanie: czy ktoś zrobi noworoczne pięterko? Please1

  29. misiek pancerny pisze:

    Dzień dobry 🙂 Czytałem z rosnącym zdumieniem w przekonaniu, że to autorskie dzieło Bezetki, kurczę – myślę sobie, ma talent narracyjny prawie jak Mistrz Quackie, jak Lukrecja, jak Tetryk, jak Laudate, a moja frustracja rosła, na szczęście opowiadanie okazało się być dziełem jakiegoś makaroniarza 🙂
    Wink

  30. korab1 pisze:

    Witam Wszystkich i Pozdrawiam, pewnie jutro będzie tak samo jak dzisiaj ale zawsze jest nadzieja, że pojutrze będzie również dobrze :)))

  31. Quackie pisze:

    Ha. Nowy bojler założony i grzeje, oczywiście samo życie – w trakcie prac hydraulicznych zbiegły się jak gacie w praniu wszystkie inne sprawy i ludzie… Ale sytuacja wygląda na chwilowo opanowaną.

    Mam nadzieję, że woda się ładnie nagrzeje, jak trza 🙂

    W Nowym Roku życzę wszystkim równie sprawnego załatwiania wszystkich niezbędnych spraw 😀 !

  32. Quackie pisze:

    Plus – za oknem odwilż, śnieg niknie w oczach, na termometrze plus 6,3 stopnia Celsjusza 🙂 odśnieżanie zbędne.

  33. Tetryk56 pisze:

    Dobudowałem pięterko na życzenia i przeniosę tam ostatnie stąd Wink

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[+] Zaazulki ;)