– Panie Philips, sprawa jest prosta – pomarszczony, schludnie ubrany staruszek z promienną twarzą mógłby być pastorem jakiejś kongregacji. Levi Cravtz był jednak antykwariuszem, i to jednym z najlepszych w Nowej Anglii. Jego bostońskie biuro było celem pielgrzymek miłośników americanów z całego świata, a bezpośredni numer telefonu był znany tylko nielicznym, w tym kilku japońskim miliarderom i członkom saudyjskiej rodziny królewskiej. Powód był prosty: nikt inny w tym fachu nie potrafił tak szybko i dyskretnie dostarczyć autentycznego artefaktu – począwszy od zabytkowego pięciostrzałowca Colt Paterson kaliber 0.28, a skończywszy na lokomotywie klasy „King”, używanej swego czasu przez Great Western Railway. I dużo cenniejszych przedmiotach, których wywóz z USA był niemożliwy. Poprawka, byłby niemożliwy, gdyby nie doświadczenie i zdolności Leviego.
Dlatego właśnie Howard Philips, młody, obiecujący researcher w branży antyków, delikatnie przesunął się na krześle i z szacunkiem słuchał, co ma mu do powiedzenia starszy pan. – Trafiliśmy na to ostatnio – mówił Cravtz – Przypadkiem, jak w wielu innych sprawach. Wie pan, panie Philips, opłaca się jednak przeglądać stare papiery, akta sądowe, bankowe zapiski… Proszę sobie wyobrazić, że około 1880 r. pewien dżentelmen z Rowley, wie pan, gdzie to jest? Proszę spojrzeć na mapę, znaleźć Arkham, świetnie, a teraz ku morzu, ku Innsmouth, mniej więcej wpół drogi – o! Doskonale, trafił pan bezbłędnie – więc dżentelmen ten, pan McAllister, zapragnął wziąć pożyczkę z banku, chcąc sfinansować swoją idee fixe, maszynę wiecznej młodości. Banialuki, panie Philips, ale dzięki tym banialukom dwóch urzędników bankowych przez kilka dni spisywało wyposażenie domu, wszystkie cenne przedmioty, które mogły służyć jako zastaw pożyczki –. Tutaj starszy pan pochylił się w przód, a w jego oku zabłysła myśliwska iskra. – Wśród innych ruchomości znalazł się również autentyczny zegar Marsha. Chyba nie muszę panu mówić, młody człowieku, co to oznacza?
Philips schylił głowę i z powątpiewaniem przyjrzał się czubkom swoich butów – Panie Cravtz, od tamtych czasów minęło już ponad sto lat, a to szmat czasu, nawet dla zegara. Dlaczego miałby się znajdować nadal pod tym samym adresem? –. Levi Cravtz wyprostował się w fotelu. Zniknął staruszek, a skądś pojawił się Zeus Gromowładny, patrzący ze zmarszczonymi brwiami na żałosnego śmiertelnika. – Panie PHILIPS! Czy poświęcałbym swój i pański czas, gdybym nie miał pewności? Ten Marsh to nie jakiś tam ścienny zegar! To model Willard 10! Rozumie pan? –. Howard Philips siedział bez ruchu i czuł, jak na jego głowę spada wielki, spiżowy dzwon. Legendarny zegar z fabryki E. Marsh & Co., dziesiąty model Willarda, był najwyższej klasy mechanizmem, stosowanym swego czasu w obserwatoriach astronomicznych o precyzji wykonania tak wielkiej, że od czasu jego produkcji nie udało się określić opóźnienia. Może wcale go nie było? Wyglądało na to, że producenci święcie w to wierzyli, bo cena tego urządzenia sprawiała, iż w prywatnych rękach znajdowało się zaledwie kilka egzemplarzy!
– Widzę, że do pana dotarło – Gniew Zeusa jakby przygasł. Cravtz pokiwał głową z satysfakcją – Proszę w takim razie łaskawie przyjąć do wiadomości, że rozmiary Willarda 10 uniemożliwiają normalne wniesienie i wyniesienie tego zegara z domu… a sprawdziliśmy, że przy Elm Street 4051 od 150 lat nie było żadnego remontu, przebudowy ani tym bardziej rozbiórki. Ten zegar musi tam być, a do pana należy jego odnalezienie i przejęcie w imieniu naszej firmy. Daję panu nieograniczone plenipotencje!
* * *
I oto po kilku godzinach podróży swoim Chevroletem Howard Philips był przed domem na Elm Street 4051. Do Rowley było łatwo trafić jedynie palcem po mapie w gabinecie starego antykwariusza. Z poplątanej sieci międzystanowych autostrad prowadził tu jeden niepozorny zjazd, który Philips dwa razy przegapił, a trzeci raz wybrał z rozpaczy, jako że wszystkie pozostałe drogi prowadziły w inne okolice. Nawigacja z uporem raz zamieniała długość geograficzną z szerokością, a raz twierdziła, że jej posiadacz właśnie dojeżdża do lotniska Newark, więc młody człowiek w końcu ją wyłączył. Ale ostatecznie udało mu się.
Stał przed wielkim, trzykondygnacyjnym domem w stylu Drugiego Cesarstwa, zasłoniętym częściowo gigantycznym billboardem, reklamującym restaurację „Fish’ Da Gone” w Innsmouth. Pozabijane deskami okna i zarzucony śmieciami, zaniedbany trawnik przed domem świadczyły o tym, że nikt się nim nie interesował, co w każdym innym mieście byłoby może dziwne… ale nie w Rowley. Miasteczko wydawało się pogrążone w wiecznym śnie, dwóch, może trzech tubylców mijanych przez Philipsa, ledwie człapało, najwyraźniej nie dostrzegając przyjezdnego samochodu. Wokół młodego człowieka też owijało się senne, popołudniowe powietrze, pełne kurzu, unoszącego się w promieniach słońca… ale on nie zwracał na to uwagi, przepełniony poczuciem bliskiego już triumfu. Być może to ono kazało mu wyciągnąć z bagażnika nieużywaną od dawna, zardzewiałą już łyżkę do opon i użyć jej jako łomu, najpierw przy furtce w ogrodzeniu z kutego żelaza, a potem przy bocznych, niewidocznych od strony ulicy drzwiach.
Howard Philips wkroczył do domu McAllisterów w całkowitej ciszy. Nie zastanowiło go, że tej wielkości dom, chroniący przed deszczem i słońcem, powinien być Mekką włóczęgów i szczurów – a nie był. Opustoszałe, pozbawione życia wnętrza pokryte były grubą warstwą kurzu, na którym ślady starych buciorów lub szczurzych łap i ogonów byłyby doskonale widoczne, gdyby ktoś je tam zostawił. Dla Philipsa był to dowód, że jego szef się nie mylił, a dodatkowo – że od wielu lat nikt nie próbował dostać się do jego skarbu. Wyjął z kieszeni wydruk zeskanowanych notatek i jeszcze raz odcyfrował zakreślony na czerwono punkt: „item 171 – zegar marki E. Marsh & Co., model Willard 10 – frontowy salon na I piętrze”. Uśmiechnął się do siebie, wchodząc na dwubiegową klatkę schodową, której poręcze zakończone były marmurowymi urnami z napisami – na jednej „Vanitas”, na drugiej „Vanitatum”.
Pierwsze drzwi na piętrze zaprowadziły Philipsa do schowka na szczotki, drugie – do magazynu obrusów i pokrowców na meble, używanego chyba przez służbę. Kolejne, szerokie, dwuskrzydłowe, prowadziły do celu. Tym razem łyżka do opon nie była konieczna, drzwi otworzyły się z lekkim tylko skrzypnięciem – ale stawiając jednocześnie dziwny opór, jakby pod palisandrowymi płytami ukrywała się o wiele większa masa. Płonący łowiecką gorączką Howard nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, tym bardziej, że pod ścianą naprzeciwko otwartych już drzwi stała – dokładnie taka jak w Obserwatorium Lowella w Arizonie, jak w Mount Wilson koło L.A. – gładko wypolerowana szafa olbrzymiego zegara. Po bokach centralnego cyferblatu symetrycznie rozłożono cztery mniejsze, które – jak Philips doskonale wiedział – można było nastawiać na pokazywanie czasu w innych strefach. U górny można było zauważyć kopułkę sporego mosiężnego dzwonu, który bił tylko raz – w południe, ale za to z taką dokładnością, że ludzie w zasięgu tego dźwięku automatycznie regulowali naręczne i kieszonkowe zegarki.
Ale cóż to? W dolnym rogu zegarowej szafy widniał niewyraźny, ciemny otwór, którego z całą pewnością nie było w innych modelach, ani na żadnym ze zdjęć czy szkiców. Zaniepokojony Philips ruszył w kierunku zegara i poczuł, że grzęźnie całym ciałem w miękkiej ścianie, której… nie było. Zirytowany, natarł na miękką, pustą przestrzeń, która wydała mu się zadziwiająco gęsta. W tym momencie z poszarpanych brzegów otworu w zegarowej szafie uniósł się cień. A może nie był to cień? Zaprzeczenie światła, ciemny kształt, który przez chwilę wydawał się segmentowanym ramieniem, ale zaraz potem – błoną nietoperzego skrzydła. Wyciągnął się, jakby z wahaniem, w kierunku człowieka, a ten jeszcze raz szarpnął się w niewidocznej uwięzi. Cień cofnął się i nagle – eksplodował we wszystkie strony drobniutkimi strzępkami.
Był to ostatni obraz, jaki zarejestrowały oczy Howarda Philipsa. W tym momencie poczuł się stary i zmęczony, w ułamku sekundy ugięły się pod nim nogi. W ciągu sekundy zmumifikowane ciało runęło z suchym stukiem na podłogę, aby w następnej chwili rozsypać się w pył. Po chwili już tylko odciśnięte w miękkim, szarym dywanie ślady świadczyły o tym, że ktokolwiek wchodził do domu McAllisterów. Drobiny pyłu unosiły się w powietrze, podgrzane słupami słonecznego światła.
* * *
Tydzień później zirytowany Levi Cravtz sięgnął po słuchawkę telefonu. – Langdon – rzucił nieznoszącym sprzeciwu tonem – czy ma pan jakiekolwiek informacje od tego żółtodzioba, którego wysłaliśmy do Rowley? Nie? A… czy na rynku pojawiła się jakakolwiek oferta sprzedaży Marsha z serii Willard? Nie? To ciekawe… – starszy pan zamyślił się na chwilę. Wreszcie zwinął pomarszczoną dłoń w pięść i z zaskakującą energią uderzył nią w biurko. – A mówił pan, Langdon, że ten jest najlepszy! No nic, kogo ma pan następnego na liście? Proszę go do mnie przysłać. Może ten w końcu wróci z tarczą… a nawet z całą resztą zegara. To tylko kwestia czasu – i starszy pan odłożył słuchawkę, śmiejąc się pod nosem z własnego żarciku, w oczekiwaniu na pukanie do drzwi.
________
Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany w witrynie kontrowersje.pl i (z niewielkimi zmianami) na blogu madagaskar08.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.




Dzień dobry na nowym pięterku. Tym razem zmiana klimatu, rzecz się dzieje w świecie całkiem już cywilizowanym. Oryginalnie opublikowałem prawie 3 lata temu, 15 maja 2010, a nadal mi się podoba, co zastanawiające.
PS. Za drobną zmianę w puencie dziękuję pewnemu Kotu, jak obiecałem 3 lata temu. To był prawdziwy kot Paterson, kaliber 0.28.
Wyszperane przez Jasmine:

Piękny, prawda ❓
Dziękuję Tetryku.
No tak, ale on jest kal. 45!!
Świetne! Przeczytałam z zapartym tchem, nawet szkoda mi było odejść, żeby sobie zaparzyć kawę choć taką mam na nią ochotę. Ale teraz sobie pofolguję 😆
Dziękuję, faktycznie jeden z bardziej udanych tekstów, że nieskromnie powiem. Fabularnie, stylistycznie, intertekstualnie… A jaki autor skromny, jej!
Jasne! Skromniejszego nie ma pod słońcem 😆 Ale rzeczywiście masz się czym pochwalić i być dumnym. Brawo

I chylę czoła przed talentem
Taki skromny możesz być zawsze po takiej prezentacji talentu 🙂
Witam także tu. 🙂
Jestem pod wrażeniem. Wielkim. Chyba wtedy nie żyłam. Innego wytłumaczenia nie znajduję na okoliczność niepamiętania tego tekstu.
Może i dobrze. Mam nowy do czytania. 🙂
Przyznaję, że trochę żałuję, iż nie zaczekałam do wieczora. Zachmurzenie, nawet duże, nie zrekompensuje ciemności późnego wieczoru. A właśnie wtedy najlepiej czyta mi się takie opowieści. Nastrój.
BARDZO mi się spodobało. Czekam na ciąg dalszy nastąpi, MISTRZU. 🙂
Czas na poranną kawę.
Nic to… Vanitas vanitatum et omnia vanitas…
Do wspomnianego w tekście Koheleta dodam, ten cytat jest także o Tobie. 🙂
Non omnis moriar.
A teraz raczę się oddalić na czas jakiś.
Hm, no nie wiem, czy do wieczora. Zauważ, że on się dzieje „w pełnym słońcu, w środku lata”. Oprócz tego, że inspiracją był Lovecraft, to chyba też – w kwestii klimatu – Stephen King, w sensie takim, że u niego też są straszne sytuacje, które się dzieją właśnie tak – w środku dnia, w środku miasta, w środku tłumu prawie (a nikt nie widzi, nie chce widzieć, co się dzieje). Zwłaszcza w powieści „To”, która dla mnie jest dziełem potężnym, naładowanym symboliką i mitologią, przejmującym (mimo nieco spłycającego finału, ale może to akurat wpływ kiepskiej ekranizacji – swoją drogą czas najwyższy, żeby ktoś zrobił remake godny powieści, przy dzisiejszych możliwościach komputerowych powinno to być możliwe, tak żeby zapomnieć tandetnego pająka z pierwszej ekranizacji).
Ciąg dalszy sensu stricto nie nastąpił i zapewne nie nastąpi, w sensie fabularnym, bo Lovecraftowski i owszem, ale już inny. Bardziej podobny do poprzedniego tekstu.
Pozwolisz, że pozostanę przy swoim. Chociażby z tego względu, iż ciemną nocą nic mnie nie rozprasza, mogę zatopić się po uszy w lekturze. Nie ma znaczenia kiedy się rozgrywa akcja.
Dziwne, bo zamierzałam wspomnieć o „To”. A może i nie dziwne. :)Do Kinga dołożyłabym, tylko trochę obok, Koontz`a.
Pozwolisz, że się podpiszę pod Twoimi słowami na temat ekranizacji. 🙂 Na szczęście zawsze, jeśli tylko to jest możliwe, najpierw czytam, potem oglądam. 🙂
Mówiąc o ciągach dalszych mam na myśli kolejny tekst, nie koniecznie ciąg dalszy tego. Chociaż… Moim skromnym zdaniem to świetny pomysł na książkę. Od czegóż wyobraźnia, pomyślało mi się. Sama sobie dopiszę. 😉
Ech, w tym cała rzecz. Miewa(łe)m fajne pojedyncze pomysły i dosyć pary, żeby je opisać, ale napisać książkę… fabularnie spójną… na 100-200 stron… tu mi już brakuje umiejętności. Poza tym wydaje mi się, że to, co jest fajne w małej formie – skondensowanie treści, skróty myślowe, intertekstualność, metafory – w większej objętości byłoby chyba męczące, a żeby nie było, musiałbym zmienić styl, a tego to mi się chyba nie chce. Ot i wszystko.
Z przyjemnością będę czytała kolejne Twoje opowiadania a ciągi dalsze dopiszę sobie sama. Coś w tym jest, że dłużej w pamięci pozostaje niedosyt. W brak umiejętności nie wierzę. 🙂 Co do… zgadzam się. Że Ci się nie chce, jako leń patentowany Twoje „chyba mi się nie chce”, rozumiem. Zmiana stylu… możliwa… ale… czy wtedy byłbyś to w dalszym ciągu Ty ❓
To może jakaś spółka autorska dałaby radę? Orzeł może…
Gdzie mnie tam do Mistrza, Tetryku. Mogę co najwyżej wiązania do nart za Nim nosić.
PS: Byś se zrobił przerwę od przepracowywania i dał znać co robi Zenek gdy ośnieżać nie musi. 🙂
Kwaku…. przecież doskonalisz warsztat stale, prawda ? Fabuła na 200 stron przed Tobą. O ile znajdziesz na to czas, bo w umiejętności i insprację nie wątpię 🙂
Czy ja wiem, czy doskonalę? Ostatnio raczej się tego nie widzi (ja też nie widzę), dobry tekst powyżej jest sprzed trzech lat, a co do „fabuły na 200 stron”, to poza lenistwem jest jeszcze umiejętność prowadzenia akcji dłużej niż 1-2 dni, pogłębianie bohaterów, opisy, perypetie, intrygi… sporo tego, a jeszcze trzeba umieć połączyć w spójną całość. Nie mówię już o „sprzedać” ewentualnemu wydawcy.
Owszem, roboty przy tym huk… ale coś w Tobie siedzi i czeka na sposobną porę ?:)
Ostatnio właśnie tak sobie. Trochę real mi włazi w paradę.
Olej Real, idź do Biedronki!
Kwaku….pan Ignacy na pewno nie jest harequinowy !…. myślę, że musiałbyś się zdecydowac czy to ma być fantasy ? bo na obyczajową zbyt wiele jest w Lajkoniku elementów baśniowych 🙂
To nie jest prawda, że dorośli nie lubią magicznych opowieści !:)
Oj, wiem, że nie jest. Właśnie chodziło mi o to, że jak na obyczajową powieść z elementami nierzeczywistymi (-> harlequiny) jest zbyt baśniowy i językowo nietypowy, a jak na fantasy, nawet osadzone we współczesności, zbyt, bo ja wiem, „poczciwy”?
A na poważnie: nie co dzień pisze się dobry tekst. Eco zaczął pisać powieści po 60-tce – masz jeszcze, wydaje się, trochę czasu.
Eco. Lubię. To może jest dobry trop, zważywszy, że przedtem pisał „Zapiski na pudełku od zapałek” i „Dziennik najmniejszy”?
No, ja mam nadzieję, że wcześniej napiszesz swoje dzieło, bo chciałabym je przeczytać ! A do 60-tki masz jeszcze ho ho i trochę !
Z powieścią jest jeszcze i ten problem (?), z którego właśnie sobie zdałem sprawę, że ma jeszcze sens i wydźwięk, najlepiej, żeby był założony przez autora, a przynajmniej świadomie wprowadzony, a najlepiej w ogóle jakiś oryginalny – o co niełatwo. Piętrzę sobie tak trudności, ale im bardziej o tym myślę, tym mocniej kręcę głową. W sumie jak tak myślę, to wychodzi mi, że powieść np. na kanwie opowiadań (albo tylko postaci z nich) o panu Ignacym, byłaby niewiadomodlakogo – w sensie takim, że „współczesne baśnie dla dorosłych” to nie jest specjalnie popularny gatunek, a jeżeli już jest, to w wydaniu raczej… harlequinowym, czyli skierowanym do zgoła innego kręgu czytelników niż my.
Jej jej je!!
Autor, Autor!!!!
PS A niektórzy mówią, że to ja mam pokręconego umysła!!
Pokręcenie może być różne 😆
A masz Senatorze ! też pozytywnie, tylko w innym kierunku
Jestem. Umysł mam jak dzwon, albo pudło rezonansowe – potrafię się zainspirować, i inspirację oddać echem dźwięcznym a głośnym.
U Ciebie Quacku jest pokręcenie pozytywne. 🙂
Noo, miejmy nadzieję.
Ja mam pewność, nie nadzieję
Trochę obok tematu, ale to przecież nie moja wina, że mi się skojarzyło.
Dzięki Bogu i partii za takie dzwony, które wystarczy tylko tknąć a już śpiewają. 😆
PS: Wyczytało mi dziś, że nasza ulubiona Edyta Bartosiewicz NARESZCIE wraca z nową płytą. Cieszy mnie to. 🙂
Nasza!!???
Moja i Mistrza Quackie`ego.
Wiem, dał kiedyś znać, że lubi. 
Moja też , że nieśmiało sie przypomnę Jaśminko 🙂
No!!: ))
Witaj Mistrzu Incinatusie. 🙂
Twoje opowiadania TEŻ czyta się z niesamowitą przyjemnością. I też chciałoby się zawołać: Autor, Autor!!!!
Mie nie pociesza bo sie rozrycze!!: (
Zacznę pocieszać jak się rozryczysz.
O! To są moje klimaty
świetny jest pan Pioturś w tej piosence i bardzo ją lubię !
Autora znamy, po co krzyczeć. Wystarczy się schylić głowę przed talentem, co już zrobiłam 🙄
Niee, niech pokrzyczą… niech pokrzyczą…
Lubisz jak na Ciebie krzyczą?
Niee, jak O MNIE krzyczą!
OK, już krzyczę…
Tobie to nie grozi, Quackie, ale gdyby komuś kiedyś, to ostrzegam. ❗
„Mnie to kadzą” – rzekł hardzie do swego rodzeństwa
Siedząc szczur na ołtarzu podczas nabożeństwa.
Wtem, gdy się dymem kadzidł zbytecznych zakrztusił,
Wpadł kot z boku na niego, porwał i udusił.
„Bywa często zwiedzionym,
Kto lubi być chwalonym”.
To też Krasickiego. 😆
Ale i „prawdziwa cnota krytyk się nie boi”.
Też prawda

A może – „Prawdziwy krytyk cnoty się nie boi”?
Fałszywa też odważna kiedy sami swoi
A teraz, coby nie smędzić, raczę się oddalić na czas jakiś. Mam mamę w szpitalu. Trudno mi zebrać myśli w innym temacie. Do popotem zatem Kochani.
Zdrowia całej rodzinie!
Najgorsze jest czekanie… Dziękuję Quackie. :):* W takich chwilach wsparcie droższe pieniędzy.
Przepraszam, nie pomyślałam zanim napisałam. Oby nie było tak, że moje żale przyćmią Twój tekst, godzien największych pochwał ❗
Trzymam kciuki Jaśminko.
Witam, znów dotarty!
Tekst pamiętam z lat minionych – oczywiście jako wspomnienie, nie jak pacierz 😉 Pamiętam też odkrywanie misternych związków między mianami bohaterów, które miały nas – czytelników – doprowadzić do Lovecrafta, wówczas explicite nie wywołanego.
Dołączam do braw i pokłonów!
Dziękuję. Ze swojej strony dorzuciłbym jeszcze tylko (?) postać antykwariusza od americanów jak u Philipa K. Dicka w „Człowieku z wysokiego zamku”, nie-lovecraftowski adres na Elm Street („Koszmar z ulicy Wiązów”), nazwę restauracji w Innsmouth całkiem lovecraftowską i nazwisko sekretarza/ współpracownika antykwariusza (Langdona od Dana Browna, z „Kodu Da Vinci”, „Aniołów i demonów” i „Zaginionego symbolu” – w końcu też specjalisty od zaginionych przedmiotów i rozwiązywania zagadek historycznych). Ten Colt Paterson też nie pojawił się przypadkiem, ale szczerze mówiąc, już nie pamiętam skąd.
Elm Street kojarzyłem oczywiście, choć nie jestem miłośnikiem Kinga. A tajemniczy antykwariusz jest kluczową postacią wielu rozmaitych historii, że przytoczę tylko 2 filmy: „9-te wrota” i „The Gremlins”.
“Koszmaru z ulicy Wiązów” nie znam. Dużo straciłam ❓
Niee. Mnie nie rozwalił. Ot, straszydło.
Dobry wieczór ! 🙂 Klimat rzeczywiście z Kinga ! Kwaku, musiałam czytać ten tekst wcześniej, bo bardzo dobrze tkwi mi w pamięci! Tak dalece, że po przeczytaniu pierwszych zdań….. wiedziałam co było dalej. Niski pokłon, bo nieczęsto mi się zdarza aż tak wsiąknąć w opowiadanie….
Zdaje mi się, że pierwotny tekst był dłuższy ?:)
Nie, pozmieniałem (zgodnie z sugestią Kota cmss) zdanie w zakończeniu, nazwę firmy produkującej zegary i jeszcze jedną drobną rzecz, ale nie skracałem nic a nic.
To znaczy, że to pierwsze czytanie zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie 🙂
Dziękuję, to znaczy, że w tym przypadku mój (życzliwy) autoosąd nie pozostaje osamotniony.
Wiesz co mi się nasunęło ? skojarzenia, których nie ukrywasz, z jednaje strony ” osadzają ” tekst gatunkowo… z drugiej ..czynią go ” oswojonym”…..
Ano tak, zważywszy że trudno dzisiaj coś absolutnie oryginalnego napisać, lepiej zrobić z tego zaletę i powygrywać melodyjki na nutę międzytekstową, nawiązaniami. Innymi słowy, słabości przekujmy w siłę.
tak jest Mistrzu… bo w tym jest i smaczek i dowcip 🙂
O tak, bardzo trafnie odnosisz się do swojego tekstu !
Z całego tomu opowiadań Zajdla zapamiętałam,( tak dla porównania) tylko jedno, tytułowe opowiadanie… 🙂 Wybiórczą mam pamięć, jak widać 🙂
Piękny wieczór. 🙂
Już nadaje a co roku zaczynał 1 maja. 🙂 Można było według niego kalendarz nastawiać z dokładnością , jak nie przymierzając zegarki według opowiadaniowego zegara. 🙂
Słowikowi chyba się
U mnie słowiki już śpiewają… dlatego były dla Senatora 🙂
U mnie od dziś też, Wiedźmineczko. 🙂 Dlatego śmiem twierdzić, że oszalały. 😆 Maj jest zarezerwowany dla słowików, tak jak marzec dla kotów. 😆 Się wcięły bez kolejki.
Ja już się pożegnam na dziś. Jeszcze za pół godziny obejrzę częściowe zaćmienie księżyca i spać. Dobranoc
Dobranoc Poranna Bożenko !
Bożenka dała znać, że czas iść spać. 😆
Odchmurzyło się, też popatrzę na częściowe zaćmienie. 🙂
Zostawię dobranockę która mi się skojarzyła i zmykam.
Uwaga ❗ Pachnie dżezem.
Cdn jutro…. bo drabinka wyżej się skończyła, a ja jestem dziś skłonna zapalic lampkę wcześniej …
Dobranoc ….

Dobranoc! Snów o pisaniu może?
Dlaczego sądzisz Quacku, że współczesny czytelnik nie jest zainteresowany poczciwymi historiami z elementami nierealności? Zwróć uwagę na popularność Joanny Chmielewskiej (wraz z jej cyklem o nieletnich „detektywach”), bynajmniej nie tylko przez dzieci zaczytywany. Dalej wszelkiego rodzaju Pottery i inne StarWars – mocniej udramatycznione niż historie z IL, ale za to nie dające (zwłaszcza „Wojny”) poczucia, że być może dzieje się to tuż za rogiem…
Brutalnej sensacji mamy aż za dużo wokół. Pan Ignacy jest znakomitą odtrutką.
No dobrze! Do jutra! 🙂
W całości się zgadzam z Twoją opinią Tetryku !
Hmm, ani u p. Chmielewskiej, ani w Star Warsach, ani w powieściach o Harrym Potterze nie dzieje się tyle w języku, co mnie cieszy (oryginalność) i martwi (elitarność). Opowieści lajkonikowe często bazują na skojarzeniu, które wpływa na akcję, tak jakby język opisu był jednym z najważniejszych elementów świata przedstawionego (przenikanie się poziomu fabuły i metapoziomu języka, jakim ta fabuła jest wyrażona) – por. „metaforę wysokich lotów” w opowiadaniu o poetyce wakacji. Tego się boję w konfrontacji z szerszą publicznością i tutaj widzę główną słabość (chociaż i urok, ale właśnie – czy nie nazbyt elitarny?).
No to dołożę sir Terry Pratchett’a…
Aaa. Od lutego czytam o świecie Dysku, od początku, bo jakimś cudem jeszcze nie czytałem, i powiem jedno – ta twórczość ewoluuje jak jasny gwint. Przy pierwszych – bo ja wiem – dziesięciu powieściach właściwie bezustannie rechotałem, aż małżonka sobie wypraszała, a teraz skończyłem już „Nocną straż” i widzę, że jest sporo poważniej. W niektórych przypadkach wręcz rozpaczliwie poważniej.
A co do naszych baranów, to może. No ale Pratchett to import, na zasadzie „A baaażant!”.
Dzień dobry 🙂 A będzie dobry?
Dzień dobry: )))
Jak nie padnę, to pożyję!: (
Witaj Senatorze 🙂 Lepiej nie padaj, co byśmy bez Ciebie zrobili
Witam: ))) Całę życie mam stać??: ))
Stać nie, ale według potrzeb i woli. 🙄
Witaj Senatorze ! słów mi zabrakło…
Dzień dobry: ))) Bez paniki proszę, sytuacja jest pod lekarską kontrolą!: ))
Tego, że Cię z oka nie spuszczają jestem pewna ! Ale i tak mam powód do niepokoju
bo przesadnie otwarty to Ty nie jesteś …. 
A nie 🙁 Unika tematu jak diabeł święconej wody.

Pomógł mi. Odwalił za mnie całość. Tego się nie spodziewałam 🙂
Jedno serducho to mało. Ze trzy zapasowe bym Mu własne dała. Gdybym miała:)
Tylko takie mogę. Niestety 🙁
Nie spodziewałaś się?? To mnie ubodło!!
Tylko nie tym grubasem!!!
Ja?? Ja jestem jako stodoła rozwarty!: )))
Hihi… ta Twoja stodoła ma wierzeje dla krasnoludków 🙂
Et tu, Bruto…..??: (
Senatorze Kochany.

Nu???
Dzień dobry ?!
Witaj Wiedźminko! Zaczyna się weekend, dla niektórych nawet 9-cio dniowy. Ja w poniedziałek wyjeżdżam, wrócę ok. piątku i tak się zastanawiam – zabrać laptopa, czy od niego też odpocząć?
Bożenko ? a wytrzymasz bez kontaktów? jesteś przecież osóbką towarzyską !
Zabrać – włączać w razie silnej i nieodpartej potrzeby!
Dziękuję za dobre rady, chyba z nich skorzystam. Po co mam się męczyć i tęsknić za Wami
Dzień dobry. Pada. Pochmurno. Jedyny, ale to jedyny plus tej sytuacji polega na tym, że zieleń błyskawicznie zintensywniała.
U mnie jeszcze świeci słońce, ale też się zaczyna chmurzyć. Zapowiadają burze.
Burza CHYBA byłaby lepsza niż takie beznadziejne zachmurzenie bez widoków na przejaśnienie, bo burza przychodzi i przechodzi, nawet jeżeli nie oczyści atmosfery.
Witaj. To prawda.
Ale po burzy przeważnie się ochładza… A tego ciepełka zbyt wiele nie było
Bywają burze i burze!; )
Dzień niechbędziedobry. 🙂
U mnie na razie słonecznie i świergoląco.
Poczytałam Wasze wieczorno-poranne rozmowy i… pozostaje mi tylko się pod nimi podpisać.
Przy okazji pomyślało mi się, że taka elitarna powieść, na początek mógłby być zbiór opowiadań, mogłaby mieć wielu czytelników. Mówią, i to bezsprzeczny fakt, że jeśli chce się zrobić biznes, trzeba znaleźć niszę i się w nią idealnie wstrzelić. Za elitę, pod żadnym względem, się nie uważam. Dlatego mogę z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że by się sprzedało. Od tego zaczynała moja kuzynka. Co prawda to bajki dla dzieci, ale…
Słoneczko przedarło sie przez chmury… padało w nocy, pewnie jeszcze będzie. A zieleń jak marzenie o wiośnie…
Cieplutko ….
Skowronek by się ucieszył…
Ciepło, ale mokro.. i chwilami parno, jak w szklarni..
A cieszy się cieszy, tylko jakosik połowicznie 🙂
Witam cieplutko
Wpadłam tylko na moment, żeby oddać pokłon autorowi
i uciekam do pracy. 
Dzień dobry! Oby cieplutko (i suchutko!).
Jeżu kolczasty! To się nazywa mistrzowska narracja, cudo 🙂

Padam do nóżek Mistrzowi .
No, nie przesadzajmy, przecież ani specjalnie nie pomieszałem postaci, ani nie myliłem specjalnie czytelnika – ot, spotkanie, dialog, akcja, opis – i puenta. Nie powiem, całość mi się podoba, ale narracja nie jest bardzo wyrafinowana, tyle że trochę gry z czytelnikiem na zasadzie „wiesz więcej niż postacie”.
Edit: pisałem również takie rzeczy, w których bardziej sobie pogrywam z czytelnikiem. Minicykl o agencie Nowaku, ale tu jest problem z ewentualnym przywołaniem na Wyspie – jedno z opowiadań tego cyklu jest nie mojego autorstwa…
Powolutku odkrywamy co stworzyłeś Kwaku ! Poproszę o agenta Nowaka… wzmianka brzmi bardzo ciekawie
Byle to nie był agent Tomek
Się podłączam.
Hrrrm… Pomyślimy.
Aha, tylko że agent Nowak był pisany w określonych warunkach politycznych, mam nadzieję, że kontekst będzie czytelny po latach… Poza tym w kolejnych częściach są aluzje do sami-wiecie-kogo, więc… nie wiem, czy to najlepszy pomysł.
Nie dygaj nic, jak mawiał starszy szeregowy Chitruszko. Dawaj, ciekawam bardzo co to takiego. 🙂
Też się podłączam
Ponownie. 🙂

Padam na pysk, żeby nie powiedzieć, ze na twarz. Nie cierpię szpitali. Uraz z dzieciństwa pozostał na całe życie. Jeszcze nie wiadomo kiedy mama kiedy wróci z „wyczasów” a już dziś musiałam załatwiać rehabilitację. Na czerwiec ❗ Wiedziałam, że jest źle, ale nie, że aż tak. Na płatną też trzeba tyle czekać.
Przepraszam, ale dzisiejszy upał padł mi na mózg i wypisuję chociaż nie powinnam. Wybaczycie.
Witaj Pachnąca..
Witaj Skowroneczku Najmilejszy.
Za pamięci. Walka z kretami trwa. Rośliny, co to miały pomóc, nie pomogły. Butelki na kijach też nie. Kolej na śmierdzący specyfik zwany Kreto. PODOBNO skuteczny także na nornice. Pożyjemy, zobaczymy. 😆
Na urocze kreciki najlepsze są milusińskie futrzaki 😀
Nie znam preparatu Kreto, ale wiem, że na nornice jest trutka w foliowych kapsułkach. Wtranżoliły wszystkie, które rozrzuciłam po ogródku. Nazwy nie pamiętam 🙁 Zapytam w hurtowni czy jeszcze ten specyfik mają i podam Ci nazwę 🙂
Dobry wieczór :-))) Boże, czytam i oczom nie wierzę. Dwie totalne miłośniczki przyrody wymieniają poglądy i doświadczenia jak utłuc sympatyczne zwierzątko kreta i równie milusińską nornicę.Mozna przecież takie zamiary przesłać pocztą poufną i nie narażać pozostałych czytelników uwielbiających krety i nornice na stress.Ja protestuję. Przyjmę wszystkie krety i nornice do swojego ogrodu ,będzie tym zwierzakom naprawdę dobrze,gwarantuję.Czekam na propozycje.
Maxiu 😀 ja proszę o cenne wskazówki, jak te, niewątpliwie, sympatyczne stworzonka, wyłapać co do jednej sztuki i przesłać /z dopłatą/ ku Tobie
Hiacynty u mnie kwitną, wieeeeeesz?? Sarny je w tym roku nie wtranżoliły 😀
Niestety nie mogę wskazać sposobów wyłapania krecików,bo sam przegrałem z nimi sromotnie i teraz po prostu plantuję kretowisko i krety są zadowolone. W tym roku,oszczędziły mój ogród dziki,natomiast sąsiadowi zza płota przeorały cały ogród i teraz pozostał tylko płacz.U mnie kwitną piekne hiacynty , tulipany, zonkile (80),szafirki, dobrze przezimowały róże.Nie mam żadnych strat zimowych, to mogę przyjąć zarówno krety jak i nornice.Pozdrowionka.
Już szafirki?? Eee, to u mnie tylko listki, niezjedzone przez pięknookie, dumnie stoją. A tulipany tylko te drobniutkie, których, o dziwo, nornice nie ruszają.
Serdeczne 😀
One nie mają być zabite, tylko wyproszone na inny teren. O co Ty nas podejrzewasz
Na razie mimo i pomimo wygrywają nierówną walkę. Także nie bój nic, Max. Wygląda na to, że to my wcześniej padniemy. Zdążyły już przekopać posiane warzywa. Kwiatków na razie nie ruszają.

Dzień dobry 🙂 Maszyna zdrowia nie stoi gdzieś zapomniana?? Może?? Oj, przydałaby się:)
Pnie Q, Pan wiesz.. 🙂
Podoba się, a jakże.. Mistrzu:)
Cieszę się niezmiernie!
Dość tej radości! Do roboty! Cieszyć to się mamy my!!
No i znowum dotarty. Witam!
Chociaż jeden któremu smarować nie trzeba.
Witaj.
Burza się kręci wkoło. Może dotrze?
Była i się rozmyła…
Będzie deszczyk majowy Bożenko 😀 Jeszcze tylko kilka dni.. 😀
Niestety, akurat na mój wyjazd. A tak liczyłam na ładną pogodę…
Bardziej lubię majowe słonko złoci dziś blaskiem cały świat. 😆
Tego Ci życzę Bożenko.
Dziękuję Jasminko, przydałoby się

Oj! Coś nie do życia dzisiaj jestem. Jeszcze trochę, i będę szukał większej lodówki, żeby mieć gdzie się schować.
Na razie drzemka do zachodu słońca tymczasowo poprawiła sytuację. 😉
Uśmiechnij się, jutro będzie lepiej…
Maluczko, a przejdziecie tam na południu na system ze sjestą, praca do 14:00, a potem od 16:00.
Dobranoc, kochani. Snów zdecydowanie weekendowych. Jeszcze nie wiem, gdzie i kiedy będę podczas najbliższych 9 dni. Dam znać w miarę rozwoju wydarzeń.
Za chwilę będzie Anna German, więc już teraz się pożegnam.
Dobranoc 🙂
Dobranoc 🙂
PS Kto ma dziewięciodniowy weekend to ma 😀
To powinien być ostatni odcinek…
Dobranoc Kochani. 🙂
Już tylko jeden pozostał…
Padał zimny deszcz i juz po ciepełku:(
Dobranoc…. ze snami lub bez… 🙂
Dzieńdoberek
No i w nocy popadało, ale ciepło w dalszym ciągu…
Witaj Poranna 😀 I tak niech będzie cały maj – ciepło i mokro 🙂
Wiem, to tylko moje pobożne życzenie..:D
Dzień dobry!!: ))
Dżdżu, dżdżu!!!
Podpisano
Kania!
Dzień dobry 🙂 Tutaj kanie się nie podpisują pod tym, bo się nieco rozpadało 🙂
Witam: ))) A u mnie nic!!
Chyba całą noc padało i ma być cały dzień taki zapłakany. Ale nic to, nigdzie się nie wybieram. Muszę odpocząć po nieprzespanej nocy. Przyjechali o drugiej w nocy szambonurki i obudził mnie warkot oczyszczania kanału.Później kot się rozbrykał i już tylko drzemałam do rana.
No i ja dziś wcześnie się obudziłem i to sam, bez kociej akcji, ale jak już wstałem to się to moje stado zameldowało i trzeba było karmić. Pojadły, połaziły i teraz śpią, a ja nie! Może później się zdrzemnę. Mam troszkę roboty to sobie podłubię i będę miał już spokój: )
Mania też smacznie śpi, a ja może później… Kot to nocny łowca, ale i w dzień nie pogardzi muszkami 😆
Dzień dobry…
Dzień dobry: )) Fiu fiu, jakie zmiany!!: )))
Dzień dobry Porannym i Tym, którzy jeszcze leżą na dowolnie wybranym boku, niekoniecznie pod gruszą 😀
Niskie ciśnienie!!! Jestem śnięta.. 🙁 Nie mogłam spać, nerwy czy cóś? 😀
Dzień dobry Skowronku 🙂 Tobie nerwy czy cóś, a mnie szambonurki. Gdybym wiedziała, że będą warczeć pod oknem, to bym je zamknęła
Tak to już jest, że niektóre prace trzeba wykonać, gdy ruch jest najmniejszy lub poważniejsza awaria 🙁
Jedni pracują, by inni mogli spokojnie spać? Chyba się nie sprawdza 😀
Tutaj ruch im nie przeszkadzał bo i tak stanęli na trawniku.
Przyznaję się, że miałam szczere chęci wrzucić cosik nowego na wycieraczkę, ale…
nic mi do głowy nie przychodzi!!!
Przeleciała mojego ulubionego Boya o godz. 6 minut 5 i albo już było, albo… za długie!!! A ja mam oczka kaprawe ..
Może jednak się zmobilizujesz?? : ))
Czy musi być Boy? A może masz coś innego? 🙂
Dzień szary, bury, ponury. Z wczorajszego +25 w cieniu zostało marne +14 i sam cień, za to mokry. A noc była okrągłoksiężycowa i prawie bezsenna. Kotów nie mam, stawiam na huk spadającego ciśnienia. Z dokładką koszmarków gdy udało się na moment zdrzemnąć, po 5-ej.
Przypomniało mi się. Uśmiechnij się ❗ Jutro możesz nie mieć zębów ❗
Takie hasło miałam na moim profilu w Onecie. Niestety, nie ma już nawet profili
Dzień dobry. Dzisiaj, przyznaję się bez bicia, zaspałem i nikt mi w tym o dziwo nie przeszkadzał. Ale też, prawdę mówiąc, nie za bardzo było do czego wstawać, poza Wyspą, ma się rozumieć. To co, ostatni ucinek Opery?
TAK
Jestem ZA
Tylko dlaczego ostatni?
Nigdy nie mów nigdy 😉
A poza tym witam sobotnio wszystkich.
Ostatni w tym momencie. Też witam i zapraszam pięterko wyżej.