Nie będą to wspomnienia kombatanckie…
12 grudnia wybraliśmy się do Skawiny do znajomych. Ze względów komunikacyjnych nie można było wracać zbyt późno, więc do domu dotarliśmy przed północą. Trochę zmęczeni – było wszak nieco wina – padliśmy spać. Rano głowy ciężkie, sięgamy do radia, bo dochodzi 10., czas na ITR w Trójce. Cholera, biały szum. Sprawdzamy antenę – OK. Radio się zepsuło? Inne stacje – szum. Przełączam na długie fale i słyszę: „Wprowadza się stan wojenny…”
Tetryk56
Brak Teleranka?
Tak od tego się zaczęło. Syn we wrześniu 1981 skończył trzy lata, więc Teleranek to był moment chwili spokoju od szalonego i bardzo żywego dzieciaka.
Telewizor włączony, a Teleranka – nie ma! Dziecko w płacz. Tata, aby temu zaradzić i dać wytchnąć mamie w zaawansowanej ciąży wybiega z synem do kina.
Jak szybko wyszli tak szybko wracają “tramwaje nie jeżdżą!”.
Telefony też. No i ten smutny pan powtarza tylko o stanie wojennym.
Idziemy więc do znajomych mieszkających blisko i razem z dzieciakami na spacer przez Park Jordana pod Siedzibę NSZS „Solidarność”. Nasz syn i ich córka bawią się razem, zapominają o Teleranku.
Scena, która mi utkwiła w pamięci z tego dnia to moment, gdy mijamy kino „Kijów”. Pani w miejsce afisza „Człowiek z marmuru” wiesza „Przygody Calineczki”.
A po drugiej stronie – siedziba „Solidarności” otoczona przez milicję.
A potem wcale wesoło nie było. Moja patologiczna ciąża z założonym szwem daje o sobie znać.
Początki stanu wojennego spędzam głównie w szpitalu, gdzie panuje atmosfera strachu, że „coś się szykuje, kazali nam wszystkie panie wypisać do domu”.
Rozpacz kobiet leżących na „podtrzymaniu ciąży” i lekarze kombinujący jak zrobić, aby bodaj niektóre mogły zostać pod jakimś pretekstem w szpitalu. Ja tak wędruję -wracam do domu (bodaj widzę wtedy mojego trzylatka) i za chwilę problemy z ciążą powodują, że w trybie pilnym wracam do szpitala.
8 lutego 1982 przychodzi na świat mój drugi syn, co powoduje, że muszę zająć się dziećmi, a sytuację w kraju obserwuję z tym większym niepokojem.
Makówka
Teleranka nie było, ale była niedziela i w domu dowiedziałam się o stanie wojennym. Należałam do tzw. Obrony Cywilnej, więc poszłam na portiernie Centry gdzie pracowałam, a którą miałam za płotem, ale dowiedziałam się, że na razie mam czekać na wezwanie. No i przyszło wezwanie, że mam na portierni wraz z drugą osobą pilnować Zakładu.
A teleranek mnie nie obchodził, bo mój syn miał już 15 lat, a rok starsza córka w tym roku, w sierpniu, zmarła.Tak więc rok 1981 był dla mnie tragiczny…
Bożenka
Ślub brałam w 1981 roku, w czerwcu. Był stan wojenny i praktycznie niczego nie mogliśmy kupić… ale nie o tym chciałam powiedzieć ![]()
W nocy z 12 na 13 grudnia mój stryj miał być internowany. Był w swoim zakładzie przewodniczącym Solidarności i jako taki kwalifikował się do internowania.
Przyszli po niego w nocy. W domu była jego żona i dwie córki. Nie wiedział po co i dlaczego chcą go aresztować i stawił opór. Próbowali oślepić go gazem ze spraju, ale się nie dał. Uciekł najpierw na strych, potem na dach. Domyślał się, że żonie i córkom nic nie grozi, a chodzi wyłącznie o niego. Jak na byłego Sybiraka przystało, siedział początkowo na dachu i tylko patrzył. Gdy jeden z policjantów (czy może milicjantów) pokazał swoją głowę w wyłazie na dachu, rzucił w tę głowę cegłą, wydartą z komina. Potem w ten sposób się bronił. Może gdyby miał być zabity, nie stwarzałby takich problemów, ale skoro miał być wzięty żywcem… Kilku z milicjantów wysłał do szpitala, konsekwentnie rozbierając komin i rzucając cegłami, aby tylko ktoś pojawił się w zasięgu wzroku. Doszedł jednak do wniosku, że komin też ma swoją ilość cegieł i nie może bez końca siedzieć na tym dachu. Wykorzystał moment, kiedy zastanawiali się jak go wziąć i zsunął się z tego dachu w tłum sąsiadów, którzy przybiegli na odgłos awantury. Potem opłotkami dotarł do naszego domu. A miał do przebycia spory kawał… nie chciał budzić wszystkich waleniem do drzwi wejściowych, więc tylko zastukał w okno sypialni moich rodziców. Obudzony ojciec wziął go w swoją opiekę. Zaprowadził do swojego kumpla i tam przykazał zostać. Jako prawnik znał wiele kruczków prawnych i rano udał się do milicji, żeby wyjaśnić sprawę. Tam dowiedział się o stanie wojennym i wszystkich jego konsekwencjach. Wyjednał też powrót mego stryja (a swego brata) do domu, bez konieczności internowania. Stryj wrócił do domu i chociaż musiał zgłosić się na milicję, nikt nie wymagał od niego ani zdradzenia kumpli ze stowarzyszenia, ani innych tajemnic. Musiał jedynie przyrzec, że zawiesi swoją działalność w Solidarności (przynajmniej na jakiś czas)…
Dowiedzieliśmy się o wszystkim dopiero jakiś czas potem. Dość długo ojciec nawet nam nie powiedział, gdzie ukrył swego brata… to była bardzo strzeżona tajemnica. I nie chodziło o to, że ojciec nie miał do nas zaufania… tajemnica, którą zna więcej niż jedna osoba, przestaje być tajemnicą ![]()
Teraz mogę o tym mówić, bo bohaterowie tego wydarzenia od wielu lat leżą na cmentarzu… pierwsza zmarła żona stryja, chorowała na nadciśnienie i udar mózgu ją zabił. Potem zmarł mój ojciec. Miał raka kręgosłupa z przerzutami na inne organy… potem mój stryj, który miał raka mózgu…
Wiem, że niektórzy widzą w moim stryju pewnego rodzaju bohatera… może i nim był, ale gdy swego czasu usłyszałam o jednym takim, który nie pozwolił się internować i walcząc z siłami milicyjnymi rozebrał pół dachu, chciało mi się śmiać… ta walka obrosła legendą… nie do końca prawdziwą. Bo z tego co kiedyś mówił stryj, był przerażony i wcale nie czuł się bohaterem. Po prostu bronił się przed aresztowaniem, bo w żaden sposób nie czuł się winnym… ![]()
Miral
Sam Stan Wojenny zastał mnie na biwaku harcerskim. Jeden z kolegów wziął ze sobą radio, żeby posłuchać wiadomości i (co najważniejsze) sobotniej Listy Przebojów programu III. Lista została wysłuchana, zajęcia wieczorne też się odbyły, a w niedzielę zastała nas głucha cisza…
Radio (nastawione na Trójkę) przestało działać

Gwałtowne szukanie po kanałach i wreszcie (chyba na 1-ce) informacja o Stanie Wojennym. Kompletne zaskoczenie…
Część chłopaków przyjechało w mundurach polowych (moro) i największy problem mieliśmy jak ich, w mundurach, przetransportować do domów bez spotkania z ZOMO. Ale udało się

A potem ruszyłem pod Stocznię.
W Stoczni Gdańskiej od świtu trwał strajk okupacyjny. Na początku wojsko nie interweniowało, ograniczając się do odseparowania strajkujących od ludzi, którzy (jak ja) przychodzili pod 2 bramę, żeby dodawać ducha strajkującym. Wyglądało to wszystko dość spokojnie, do tego stopnia, że niektóre kobiety przynosiły marznącym żołnierzom ciepłe zupy

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem koksowniki

Wszystko zmieniło się 16 grudnia rano…
O świcie ZOMO rozbiło bramy stoczni i spacyfikowało strajk!
Do tego cały rejon wokół stoczni został obstawiony patrolami, blokującymi dostęp do Krzyży.
Trzeba wiedzieć, że dzień 16 grudnia w Gdańsku to szczególny dzień – jest to rocznica wydarzeń grudnia 1970 roku i (jak zawsze) centralne uroczystości odbywały się na Placu Solidarności (przy 3 Krzyżach).
Po południu zaczęły się rozruchy. Tłum próbował się dostać pod Krzyże, ZOMO nie dopuszczało, gazy łzawiące latały wszędzie, krzyki „gestapo” niosły się po całym Śródmieściu Gdańska…
Protesty trwały również następnego dnia. Wtedy zginęła pierwsza (znana) ofiara Stanu Wojennego w Gdańsku – Antoni Browarczyk (wbrew powszechnie powtarzanej legendzie – ofiara przypadkowa – wracał z pracy do domu i znalazł się w złym miejscu)

Wtedy też pierwszy raz widziałem strzelających ZOMOwców…
Byłem przy Dworcu Głównym w momencie gdy tłum (w tym ja) oddzielił oddziałek ZOMO spychając ich na perony. W tym momencie ZOMOwcy zaczęli strzelać z karabinów… Na szczęście ślepakami

Protesty trwały do wieczora…
Potem protesty odżywały przy każdej większej rocznicy (1 maja, 3 maja, 13 grudnia), ale nie miały takiej dynamiki jak w pierwszych dniach SW…
Krzysztof z Gdańska
Pamiętam ciepłą rękę Mamy. Taką kruchą, delikatnie obejmującą długimi palcami moją moszczącą się wewnątrz piąstkę. Wizg przesuwanych drzwi i metaliczny łomot trapu…
Zrobiłam kilka kroków i Mama wzięła mnie na ręce. Objęłam Ją za szyję i wtuliłam twarz w szorstki, wełniany kołnierz, przesiąknięty wonią Jej perfum. Czułam dygot Jej ramion i słyszałam stuk obcasów. Nagle zrobiło mi się zimno i czegoś – straszno. Gdy zatrzymałyśmy się, zerknęłam przez Jej ramię. Światła wokół były przygaszone, ale dostrzegłam stalowo-szarą popękaną płytę. Czym prędzej zamknęłam oczy i ponownie ukryłam twarz w wełnianych zieleniach. Mama podeszła jeszcze kawałek i ponownie przystanęła. Pochyliła się i wypuściła mnie z objęć, stawiając na jednej z tych krzywych płyt. Znowu wzięła mnie za rękę i tak stałyśmy w tych betonowych szarościach, czekając, nie wiadomo na co. Było zimno. Zaczynałam marznąć, chciałam Jej to powiedzieć i wtedy podjechał do nas osobowy samochód. Otworzyły się tylne drzwiczki. Z wnętrza wyskoczył szczupły mężczyzna w brunatnym płaszczu z wielkim, futrzanym kołnierzem.
Powiedział do Mamy coś, czego nie zrozumiałam i wskazał otwarte drzwiczki.
Wsiadłyśmy. Mama przesunęła się na miejsce za kierowcą, ja znalazłam się w środku, a mężczyzna zasiadł po prawej stronie. Ruszyliśmy. Mężczyzna pachniał błotem. Zagaił mnie, ale czułam niechęć Mamy, więc odwróciłam się od niego i przylgnęłam do rękawa maminego płaszcza. W policzek wpijał mi się wielki, perłowo-zielony, guzik, bolało trochę, ale nie na tyle, bym się wyprostowała.
Kolebanie samochodu uśpiło mnie w końcu.
Nie wiem, jak długo jechałyśmy. Kiedy otworzyłam oczy, zdumiałam się – odbierającego nas nieznajomego już z nami nie było, a za oknami biel rozjaśniała nocne ciemności. Mijane świerki uginały się od śniegu, brzozy wtapiały w krajobraz, a szkielety topól straszyły kościanymi kikutami. Zamiast poszarpanych płyt przed przednią szybą wiła się wąska, szklisto-biała szarfa szosy.
Jechaliśmy powoli, co i rusz wpadając w żłobiny. W cichy pomruk silnika wdzierały się od czasu do czasu poburkiwania kierowcy. Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że samochód, którym jedziemy, jest inny. Tamten miał gładkie, zielonkawo-tabaczkowe fotele, pachniało w nim papierosowym dymem, a na szybach brudne zacieki układały się w poprzeczne smużki. W tym wszystko obite było perforowanym, beżowym skajem, w powietrzu unosił się zapach benzyny, a szyby upstrzone były drobniutkimi czarnymi kropkami.
Musiałam przespać przesiadkę.
Przespałam też resztę drogi.
Kiedy zatrzymaliśmy się przed domem, na spotkanie wyszło nam dwóch mężczyzn. Ten wyższy miał na sobie prostą jesionkę w jodełkę, ten niższy był w sinym mundurze.
Wysiadłyśmy i od razu chwyciłam Mamę za rękę. Przestraszyłam się, bo miała lodowate palce.
Ten w jesionce otworzył bagażnik i wyciągnął nasze walizki. Ten drugi podał Mamie torebkę i pokazał, że mamy iść przodem. Ruszyłyśmy w ciemność klatki. Któryś z nich zapalił światło. Drażniący blask żarówki sprawił, że zapiekły mnie oczy i na chwilę zaniewidziałam. Wokół unosił się zapach mokrego drewna. Za sobą słyszałam kroki, ale nie odwróciłam głowy. Stanęłyśmy pod drzwiami i Mama uniosła odruchowo rękę do dzwonka, ale ten w mundurze wyciągnął swoją. Miał w niej klucze od naszego mieszkania.
Mama chwilę biedziła się z zamkiem.
Weszłyśmy.
Było ciemno i zimno. To mnie przeraziło. Bo zawsze, gdy wracałyśmy, czekał na nas Tata. Tym razem Go nie było.
Mama namacała włącznik i stanęła w progu. Pociągnęłam Ją głębiej. Mężczyźni postawili nasze walizki przy wejściowych drzwiach i cofnęli się. Mama popchnęła mnie w kierunku łazienki.
Weszłam do ciemnego pomieszczenia, zamknęłam za sobą drzwi i oparłam się o nie plecami.
Dobiegł mnie szmer rozmowy, ale nie mogłam rozróżnić słów. Po chwili usłyszałam lekkie skrzypnięcie, klekot klamki i szczęk łucznika.
Mama zajrzała do mnie. Przeszłyśmy do pokoju. Zrzuciła płaszcz i ściągnęła mi kurtkę i czapkę. Przyklękła, rozpięła mi buciki i pomogła je zzuć. Usiadła obok, na kanapce i mocno mnie objęła. Patrzyłam na niedbale rzucone wierzchnie okrycia, rozwalone buty, roztrącone walizki i czułam, jak ogarnia mnie strach…
Tata wrócił przed świtem. Na Jego twarzy dostrzegłam ulgę. Ze smutnym uśmiechem zakrzątnął się po mieszkaniu. Powiesił nasze okrycia, schował buty, ustawił walizki.
Potem usiadł obok Mamy, objął Ją ramieniem i pocałował w rękę. Oboje nie odezwali się ani słowem…
Minęło sporo czasu, nim udało mi się połączyć fakty i zrozumieć, że wróciłyśmy do Polski 2 Minutes to Midnight…
Lena
Dzień dobry 🙂
Mimo fatalnej rocznicy . Nie chcę dolewać łez do ogólnego płaczu ,bo ja w pewnym sensie jestem z tej potępionej strony . Byłem wtedy wojskowym specjalistą w Systemie Sterowania Rakiet . Byłem bezpartyjny , ale 14 grudnia o godzinie 2 w nocy zostałem wezwany pisemnie przez gońca do Jednostki . Tam czekał już autobus , którym wraz z innymi mundurowymi dotarliśmy do Katowic . W Katowicach otrzymałem skierowanie do kopalni Julian w Bytomiu .Dyrektorem był pan Marian Filipek , pózniejszy Dyrektor Głównego Urzędu Górniczego . Bardzo mądry , doświadczony dyrektor , z którym w nocy razem zjechaliśmy do strajkujących na dole w kopalni górników (18 osób) . Po ciekawych rozmowach przekonaliśmy strajkujących do przerwania protestu i na koszt kopalni w nocy rozwoziliśmy ich do domów . Część tzw singli została przewieziona do Górniczego Ośrodka wypoczynkowego w Szczyrku na świąteczne urlopy . W kopalni był spokój do końca Stanu Wojennego . Ja Święta spędziłem też w Warszawie . Po Świętach przeniesiono mnie do kopalni ZMP w Żorach . Dyrektorem był Leon Guzy ,a jego zastępcą Tadeusz Jończyk znany kibic koszykówki . Tam był ład jak na najmłodszą kopalnię przystało . A efektem mojej obecności w tej kopalni były masowe wycieczki wakacyjne na Mazury . Nie mogę obetrzeć wszystkich łez ,ale oprócz totalnej głupoty były wydarzenia w których spokój i opanowanie nie dopuszczały do tragedii ….

Trzynastego nie było teleranka,nie działał telefon na wykręcanej tarczy i nie miałam kontaktu z rodzicami. Najtrudniej było przeżyć częste kontrole samochodu i osobiste pokazywanie dowodu, Przykro było słuchać głosu: „Rozmowa kontrolowana”. Ja, matka Polka najbardziej bałam się o dziecko, zresztą po kolejnych latach ten lęk wraca, gdy widzę butę i buciory w pochodzie razem z racami.
ULTRA




Proponuję, abyście swoje wspomnienia umieszczali nad filmem we wpisie — potem będziemy się do nich odnosić w komentarzach.
Zamiast między między nowe pięterko?
Brawo Tetryku, doskonały pomysł!
Ale żeby pisać „poniżej samego Mistrza” na pięterku autorstwa samego imć Tetryka?
Taż tak to ja nie mam odwagi!
Ale hm…może pomyślę, może się odważę…
Ale najpierw zjem kolację (apetyt mi trochę wrócił).
No to mamy już dwa wpisy, proszę o następne 🙂
Dzień dobry
Wspomnienia będą później.
Dzień dobry na nowym pięterku
[opowieść przeniesiona do wpisu]
Ależ opowieść!
To faktycznie dobra opowieść!
Dziękuję Wam

Nie wiem na ile dobra jest ta opowieść, ale na pewno prawdziwa.
I tak sobie czasami myślę, że wielu prawdziwych bohaterów pozostaje nieznanych, a tym, którzy stoją „na świeczniku” dorabia się bohaterską przeszłość, żeby mieli się czym pochwalić…
Co do przenoszenia mojej opowieści z komentarzy do wpisu… nie wiem czy jest sens. Oczywiście, jeśli Makóweczka chce, może przenieść. Nie mam nic przeciwko…
Chętnie bym coś dopisał, ale naprawdę niewiele pamiętam, chyba tylko tyle, że tego Teleranka nie było i poszedłem się zamiast tego bawić klockami do dzieckowego pokoju. Z samego stanu pamiętam pojedyncze migawki żołnierzy pod bronią i SKOT-ów w kluczowych punktach miasta. Ze szkoły właściwie nic.
Teleranka nie było, ale była niedziela i w domu dowiedziałam się o stanie wojennym. Należałam do tzw. Obrony Cywilnej, więc poszłam na portiernie Centry gdzie pracowałam, a którą miałam za płotem, ale dowiedziałam się, że na razie mam czekać na wezwanie. No i przyszło wezwanie, że mam na portierni wraz z drugą osobą pilnować Zakładu.
A teleranek mnie nie obchodził, bo mój syn miał już 15 lat, a rok starsza córka w tym roku, w sierpniu, zmarła.Tak więc rok 1981 był dla mnie tragiczny…
Niestety, nie potrafię mojego wspomnienia zamieścić tam gdzie Makówka…
Nie wyobrażam sobie większej traumy jak śmierć własnego dziecka.
Nie śmiem pytać co się stało, bo przecież to wspomnienie zawsze boli mimo upływu lat.
Jak chcesz mogę Bożenko Twoje wspomnienie skopiować z komentarza i zamieścić we wpisie.
Bardzo dobrze, zrób to.
A córka? No cóż, to było bolesne, ale już teraz mogę o tym mówić. Ona miała tętniaka na mózgu, czego w tamtych latach nie można było wykryć. To było dziedziczne. Na to zmarła moja mama i brat.
Tak, to faktycznie niestety bywa dziedziczne jak wiele innych chorób.
Pamiętam dramat, jaki przeżywała koleżanka z pracy, gdy jej córka nagle straciła przytomność i leżała potem wiele tygodni pod aparaturą podtrzymującą pracę serca, gdy mózg był już odkorowany.
Po śmierci córki koleżanka wpadła w depresję, więc lekarze powiedzieli, że jedynie ciąża i kolejne dziecko może być lekarstwem.
W rocznicę śmierci córki poroniła. Wtedy wydawało się, że już się nie podźwignie. Wkrótce urodziła jednak bliźniaki i to ją postawiło na nogi.
Jak ciężko los niektórych czasami doświadcza!
Ja po śmierci córki nie wpadłam w depresję, bo został mi syn i miałam dla kogo żyć… Musiałam się trzymać.
Ona też miała syna. Skończył podstawówkę i był uczniem I klasy LO.
Tak. Takich tragedii zdarza się wiele. Nawet u całkowicie obcych jest to przygnębiające, a co dopiero mówić u znajomych i przyjaciół…
I zgadzam się z Makóweczką, nie ma dla rodziców nic gorszego, niż śmierć własnego dziecka.
Witajcie!
Witaj


Bardzo dobry pomysł z tym pięterkiem.
Niedługo też napiszę swoje wspomnienia
[opowieść przeniesiona do wpisu]
Ciekawe wspomnienia. I jednak dość tragiczne.
Tragiczna była ogólna sytuacja.


Ja byłem wtedy goovniarzem (15 lat) więc tak tego nie odbierałem…
Jeśli możesz przenieść moje wspominki do góry, to nie mam nic przeciwko
Chociaż nie wiem, czy warto
Nie robiłem nic wiekopomnego 😀
Bożenki komentarz (za jej zgodą) uzupełniłam na pięterku.
Nie jestem jednak upoważniona, aby zachęcać Miralkę i Krzysztofa do uzupełnienia pięterka tak jak sugerował to Tetryk.
Jedynie mogę powiedzieć, że mam czas i mogę to zrobić jak zechcecie.
Dziękuję Makówko
Ech, poniedziałek! i w dodatku 13.!
A jaki mglisty dzień, świata nie widać…
Tu był bardzo ładny, słoneczny dzień.
Dzień dobry

Jestem umówiona do banku na 13. Trzymajcie za mnie kciuki, żebym nie wpadła w furię i za ostro nie nakrzyczała na gościa
Pęcznieję w furii już od kilku dni, więc wszystko jest możliwe…
Opowiedz, jak ci poszło! 🙂
Znośnie mi poszło i nawet nie podniosłam głosu
Chociaż wszystkie furie kotłowały się we mnie, jednak opanowałam je…


Facet sam wydrukował coś tam, sam w większości wypełnił… mąż ma to uzupełnić, podpisać i jest nadzieja, że będzie koniec z tą papierkową robotą. Nawet go zapytałam, kiedy te ich żądania się skończą i sfinalizujemy to przefinansowanie, bo my oboje jesteśmy tym już zmęczeni i mamy serdecznie dość
Starał się wytłumaczyć (co tylko w części do mnie docierało), że mąż jest tak zwanym „self emploi”, czyli zatrudnia sam siebie i stąd te problemy. Gdyby był zatrudniony przez kogoś, już dawno byłoby po wszystkim. A w jego przypadku tej papierkowej roboty jest masa. No i rozliczany jest nieprawidłowo – na nie takiej formie jak powinien. Powiedziałam mu, że to nie my wybraliśmy taką, a nie inną formę. My na tutejszych formach nie znamy się kompletnie i niech swoje pretensje kierują pod adresem tej pani, która zajmuje się naszymi podatkami. Coś mi tam zaczął tłumaczyć, ale zrezygnował. Jak można cokolwiek wytłumaczyć takiemu dyletantowi w sprawie podatków, jak ja
W sumie jest nadzieja, że zakończymy sprawę jeszcze w tym roku
Trzymamy kciuki!
Dzięki
Ja też. Trzymam kciuki.
A może żeby ukoić nerwy, rozłożę swoje ulubione puzzle? To też pomaga i uspokaja…
A tak w ogóle, to w moim malutkim pokoiku, gdzie stoi mój komputer, już od kilku dni urzęduje czarna wiewiórka. Oczywiście jest na zewnątrz, na parapecie okiennym. Wygląda to tak, jakby ogryzała siatkę w oknie. I wcale nie jest płochliwa. Gdy stukam w szybę, to tylko popatrzy i dalej swoje robi. Dopiero jak otwieram okno, to ucieka.

Jedyne co mogę dodać, to to, że ten pokój jest na piętrze i wiewiór włazi na zewnętrzny parapet po ścianie. Wiewióry biegają po naszych budynkach jak po autostradzie… widziałam to setki razy
Nie mogą tylko ze ściany wyleźć na dach. Okap wystaje trochę za daleko jak dla nich i nie sięgają. Za to mogą spokojnie wejść na dach po drzewach… skaczą w te i nazad jak chcą. Nie znoszę tych wiewiórek, chociaż rozumiem, że też są potrzebne i w łańcuchu pokarmowym spełniają dużą rolę…
No cóż… nie zawsze to co rozumiemy, odpowiada temu co czujemy
[opowieść przeniesiona do wpisu]
Kolejne lata pokazały, że nie ma jednoznacznych stron. Zmieniają się i kryteria, i oceny faktów, i znajomość faktów również. Dzisiejsze podziały układają się niejako w poprzek ówczesnych…
Moim zdaniem to co działo się w Polsce było wpisane w działania strategiczne polityki globalnej w tym , koniecznością obalenia Komunizmu . Wybór Karola Wojtyły na Papieża , był częścią tego planu . Polacy pomogli w powstaniu nowego porządku . Martwi mnie obecnie polityka antyeuropejska pana Kaczyńskiego i Ziobry . Oby rozsądek zwyciężył z patriotyczną głupotą .
Mnie też to martwi. Gdybyśmy odłączyli się od Unii, Kaczor już z nikim by się nie liczył. byłby dyktatorem… Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie
Dzisiaj trudno uwierzyć , ale na Mazowszu w końcowym okresie PRL-u funkcjonowała radziecka ruchoma brygada rakietowa z głowicami jądrowymi . Trudno przewidzieć jak mógł zakończyć się niechciany romans władzy z Solidarnością . Dobrze , ze teraz jest jak jest .
Nigdy nie dzieliłam ludzi na grupy, ani polityczne, ani religijne, ani „rasowe”. Wiem, że w każdej takiej grupie są różne jednostki…
Jedna z moich dobrych koleżanek wyszła za mąż za pogranicznika. Był podchorążym. To od niego wiem, że na granicy w okresie przed stanem wojennym i w trakcie, zgrupowane były wojska radzieckie. Czekali tylko na sygnał, żeby wkroczyć.
Wojskowi obu państw znali się jak łyse konie. Rozmawiali ze sobą często i stąd ten mąż wiedział co może się zdarzyć. Na pewno wesoło nie było…
Chyba nawet w stanie wojennym nie było tak ostrych podziałów jak teraz.
Chyba tak…

I sama nie wiem, czy to ludzie się tak zmienili, czy ta drapieżność (jaką teraz widać nawet gołym okiem) drzemała w nich i dopiero teraz się ujawniła…
I dotyczy to nie tylko obozu władzy, ale też widać to u jej przeciwników… i to mnie martwi
Agresja budzi agresję, wyzwala w ludziach najgorsze instynkty.
Koniec pracy i przerwa.
Znajomi na fb też wspominają wydarzenia 12/13 grudnia 1981.
Poniżej kopiuję wspomnienia Leszka Wójtowicza:
W czterdziestą rocznicę wprowadzenia stanu wojennego publikuję nie pierwszy już raz tę oto opowiastkę.
13 grudnia 1981 roku w hotelu „Polonez” w Poznaniu obudził mnie dzwonek telefonu. Połączenia wewnętrzne działały. – Wstawaj pan, panie poeta! – usłyszałem głos Zbyszka Łapińskiego, znakomitego pianisty – Wstawaj! Mamy wojnę! Przez dłuższą chwilę byłem przekonany, że to jakieś poranne żarty, ale Zbyszek nalegał, abym natychmiast pojawił się w sali telewizyjnej. Kiedy wreszcie tam dotarłem Marek Grechuta, Przemek Gintrowski, Miki Obłoński i Zbyszek już tam byli. Zaledwie kilkanaście godzin wcześniej braliśmy udział z Markiem, Przemkiem i Zbyszkiem w koncercie „Niechciane teksty PRL-u”, który odbył się w Klubie „Eskulap”. Zobaczyłem generała Jaruzelskiego, który na tle absurdalnie przekrzywionego sztandaru drewnianym głosem obwieszczał wprowadzenie stanu wojennego. Zaczęły się chaotyczne, pełne emocji rozmowy. Po jakiejś godzinie przybyli organizatorzy wczorajszych koncertów, którzy zachowali się bardzo elegancko wypłacając honoraria za to, co zdążyliśmy zagrać i połowę wynagrodzenia za to, czego już zagrać nie mogliśmy. Trzeba było wracać do domu. Miki Obłoński ma pewną cechę charakteru, o której powinienem wspomnieć. Otóż mój starszy kolega z Piwnicy, a ówcześnie również mój impresario wie dokładnie wszystko i na każdy temat. Wtedy też wiedział. Stwierdził mianowicie, iż w stanie wojennym pociągi z pewnością będą kursowały niezgodnie z rozkładem jazdy, a zatem należy natychmiast udać się na dworzec. Telefonicznie sprawdzić tego nie mogliśmy, albowiem jak wiadomo telefony zostały w całej Polsce wyłączone. Pożegnaliśmy się z Przyjaciółmi życząc sobie nawzajem wytrwania na przekór wszystkiemu i we trzech, czyli Marek, Miki i ja ruszyliśmy w stronę dworca. Patrole, transportery opancerzone. Uczucie osaczenia. Na dworcu okazało się, że pociągi kursują normalnie, a nasz odjeżdża dopiero za parę godzin. Postanowiliśmy, zatem pojechać taksówką do „Eskulapa”. Stanęliśmy w potwornie długiej kolejce przytupując na mrozie. Nie czekaliśmy jednak długo. Nagle zatrzymała się taksówka, a dokładnie Fiat 125-p.
– Kto z państwa do Katowic? – zapytał kierowca. – Dużo nie wezmę, a mam trzy wolne miejsca! Bez chwili zastanowienia skorzystaliśmy z okazji. Pan taksówkarz właśnie przywiózł kogoś do Poznania i teraz wracał, stąd zapewnienie o umiarkowanej zapłacie za kurs. Wszechwiedza Mikiego okazała się tym razem niezmiernie pożyteczna. Samochód był wersją angielską jednego ze sztandarowych produktów socjalistycznej gospodarki, miał, zatem kierownicę z prawej strony, co parę godzin później zaowocowało osobliwą sytuacją. Jechaliśmy przez zaśnieżony kraj. Czwarty, siedzący z przodu pasażer prawie się nie odzywał. My zresztą także nie mieliśmy ochoty na zbyt wylewną konwersację. Po drodze nie spotkaliśmy żadnych wojsk, a z samochodowego radia dobiegała muzyka poważna i powtarzane w kółko przemówienie Jaruzelskiego. Zaczął gęstnieć mrok. Dojeżdżaliśmy do Katowic. Na obrzeżach miasta zatrzymał nas patrol ZOMO. Byli pijani, jak na przedstawicieli władzy ludowej przystało.
– Dowód rejestracyjny, prawo jazdy dowód osobisty! – ryknął jeden stając przy lewych, przednich drzwiach. Pasażer opuścił szybę i wydusił z siebie zadziwiające wyznanie: – Ale ja nie jestem kierowcą, ja nie mam kierownicy… – To coś kurwa zrobił z kierownicą? – padło fundamentalne pytanie. Taksówkarz wyskoczył z pojazdu i zaczął się tłumaczyć. Kiedy zionący wódą zomowcy pojęli w końcu o co chodzi zaczęło się sprawdzanie dokumentów. Wyszło na jaw, że Miki ma w dowodzie zdjęcie z brodą, chociaż jej nie nosi, a ja dokładnie odwrotnie. Długo trwało wyjaśnianie, który z nas jest który. I wtedy się zaczęło. – Chłopaki kurwa! – rozległ się radosny wrzask następnego zomowca. – Chłopaki! Grechutę my złapali! Pojedziesz z nami Grechuta na posterunek, będziesz nam kurwa grał i śpiewał, a jak nie, to do wiezienia pójdziesz!
Blady jak ściana Marek spokojnie wyjaśniał, że wracamy z koncertu. Okazaliśmy zaświadczenia zezwalające na podróż wydane przez Klub „Eskulap”. Wszyscy byliśmy dziwnie spokojni i to chyba podziałało, gdyż pozwolili jechać dalej. Na dworcu w Katowicach nie czekaliśmy długo, gdyż, co jest trudne do uwierzenia spostrzegł nas następny taksówkarz, tym razem z Krakowa. Po drodze powiedział nam, że jeżeli wojsko zacznie zabierać samochody, to utopi wóz w Wiśle, a czerwonym nie da. Pomyślałem, że skoro tak, to może nie wszystko stracone. Może ludzie pomimo wszystko nie zapomną zbyt łatwo o „Karnawale Solidarności”. Pod dom podjechałem już w czasie trwania godziny milicyjnej. Halina przywitała mnie zasmucona.. Była bardzo piękna w swoim smutku. Wysłuchałem nagranej przez Nią homilii prymasa Józefa Glempa, która bardzo mnie rozczarowała. Piotr mówił wiele lat później, iż był to czas okrutny i zły. Według mnie była to próba zabicia nadziei, a to zbrodnia niewybaczalna.
Znakomita historia, chociaż oczywiście straszna (pijani zomowcy, zapewne pod bronią, skoro w stanie wojennym… czort wie, co tam się mogło zdarzyć, i nikt by potem nie doszedł, gdzie artystów wcięło).
Jeszcze w latach 70. moja siostra z mamą i sąsiad z synem wędrowali po granicznym szlaku w górach. Młodzi oczywiście wyrwali się naprzód, i na niewielkiej przełęczy postanowili zaczekać. Przełęczą prowadziła polna droga, przecinająca granicę, zagrodzona zardzewiałym szlabanem. Wokół ani żywego ducha, jakaś ruinka strażnicy i drzewa. Chłopak zaczął się popisywać: stanął na cokole szlabanu, wystawił nogę w stronę Czechosłowacji i głośno i powoli wyrecytował: „Opuszczam granice Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej…” – i zanim skończył, z ruinki wychynęło dwóch pograniczników, którzy zgarnęli go do środka.
Gdy rodzice doszli (- Dokumenty proszę! – Tam idą!) odbył się cały ceremoniał spisywania, grożenia i pouczania, ale ostatecznie grupa w całości mogła pójść dalej. Po oddaleniu się i usilnych indagacjach chłopak opowiedział, jak wyglądała scena w strażnicy:
– Powiedzieli mi, że mamy szczęście, że to ja się wygłupiałem — bo gdyby to zrobiła dziewczyna, to z pewnością zatrzymaliby ją na 24 godziny, tak im się tam pierońsko nudzi…
Historia zabawna, choć mogła mieć wcale nie tak zabawny finał.
Szczególnie dla Twojej siostry.
Dobranocka.
Stan wojenny to może nie, ale niedługo potem, w schyłkowym PRLu namiętnie kolekcjonowałem nagrania piosenek Jacka Kaczmarskiego.
To może dzisiaj „Źródło”?
Snów optymistycznych.
Snów optymistycznych…
Optymizm niestety mnie opuścił 3 tygodnie temu.
Nawet sny mam smutne.
A rocznica stanu wojennego stale mi nasuwa pytanie, czy historia nie zaczyna zataczać koła?
Kto wie? Jest taka hipoteza, że czeka nas nowy stan wojenny, żeby Prezes tym razem już nie zaspał?
I w poszanowaniu zasług sam się internuje? Popatrz na niezbywalną obstawę — on już się internował…
Do pełni szczęścia brakuje tylko orędzia w ciemnych okularach
Stan wyjątkowy przy granicy to tylko taki mały teścik.
Niewykluczone…
Najgorsze były godziny milicyjne. Słyszałam, że pewnego faceta zamknęli, bo poszedł wyrzucić śmieci. Ja miałam szczęście, bo z mężem wracałam do domu od rodziny, dużo po 22. Szliśmy przez Stary Rynek i nikt nas nie zatrzymał, chociaż mężowi trzęsły się portki…
Ja w tym wieku jeszcze o tych porach nie bywałem poza domem…
Ależ Ty jednak młody jesteś! Ty bawiłeś się klockami lego, a ja w stanie wojennym miałam już dwójkę dzieci, byłam po studiach i już pracowałam.
A Bożenka miała syna, który już wyrósł z Teleranka.
Q jest w wieku mojego syna.
Od moich niewiele starszy…
Zrobiło się późno, idę spać.
Dobranoc
Spokojnej!
Dobrych, pokojowych i spokojnych snów!
Pomalutku kieruję się śladami Bożenki. Dobrej nocy, przyjaciele!

Spokojnej. I ja będę zmykał.
Pewnie i za chwilę ja.
Choć jeszcze chwilkę zaczekam…może Lena wróci ze spaceru?
Dobranoc !
Dzień dobry
Ciepło idzie i po śniegu ani śladu…
Witajcie!
Nowy dzień – oby spokojniejszy!
Dzień dobry, ze śniegu pozostały nędzne resztki na podwórku, tam, gdzie samochody go sprasowały.
Ale jest mgła jak mleko. Wczoraj była taka przez cały dzień.
Witajcie!
Szaro, buro, zero stopni, mgła…
Rozśnieżone dzień dobry, Wyspo:)
Witaj, Tetryku:)
Bardzo fajny pomysł z takim wspólnym pięterkiem.
Co do moich wspomnień, to… mają one zupełnie inny charakter, więc nie wiem, czy pasują do Waszych… Czy w ogóle się nadają…
Pozdrawiam:)
Czołem!
Na pewno się nadają!
Też uważam, że na pewno się nadają.
Przecież każde z naszych wspomnień ma zupełnie inny charakter.
Ok:)
To na Waszą odpowiedzialność;)
Witaj, Makówko:)
Spróbuję sama wstawić, ale w razie kłopotów mogę liczyć na Twoją pomoc?
Oczywiście.
Super, dziękuję:)
Prawie się udało:)
Nie umiałam zrobić podwójnej kreski, więc doraźnie dałam gwiazdki.
🙂
Musimy wykonać ważny telefon i zaraz zrobię te kreski. Nie prawie, ale całkowicie się udało Leno.
Ciekawe to Twoje opowiadanie. Pasuje do pozostałych, choć faktycznie trochę inne.
Przy okazji uświadomiłam sobie, że opowiadania Maksia brakuje na pięterku, więc zaraz uzupełnię.
Dziękuję za pomoc, Makówko.
To fajnie, że ciekawe:) Obawiałam się, że będzie wręcz przeciwnie:)
Kokietka!
Przecież wiesz, że umiesz pisać ciekawe opowiadania.
🙂
Bywam kokietką, Makówko, ale nie – jeśli chodzi o pisanie. Tu naprawdę wiecznie mam mnóstwo dylematów. Powiedziałabym, że w tej dziedzinie w krytyce własnych tekstów posuwam się do autosadyzmu:)
Nie posądzałem cię, Leno, o skłonność do perwersji…
A ja myślałam, Tetryku, że po moich tekstach widać to gołym okiem;)
Czyżbyśmy Leno wrócili do tematu golizny?
Taka jest naga prawda o nagiej sztuce, Makówko:)
Leno, to co napisałaś,było bardzo ciekawe…
Dziękuję, Bożenko.
Cieszę się, że Ci się podobało:)
O to mi właśnie chodziło: całkiem różne historie, ukazujące wielość aspektów tamtych wydarzeń.
Dzięki!
Proszę bardzo, Tetryku:)
Komentarz Maksia skopiowałam jak umiałam. Słoneczka nie ruszam -zostawiam to Tetrykowi do decyzji/pomniejszenia.
A tu inne wspomnienie z fb. Tym razem nie będę ujawniać nazwiska, bo nie jest to osoba aż tak publiczna jak Wójtowicz.
Wspomnienie jednak wpisuje się moim zdaniem w wielość aspektów tamtych wydarzeń.
40 lat minęło? Nie będę pisać o 13 grudnia 1981 r. Niech młodsi wspominają. Ja napisze o pewnej nocy w środku stanu wojennego. Byłam na imprezie na Kole, a starzy kazali mi wrócić na noc do domu. Ale wiadomo, impreza, jakiś chłopak, alkohol. Zorientowałam się o 22.30, że trzeba brykać. Już było późno. Wyleciałam z imprezy z błyskiem w oku. Wsiadłam do tramwaju, który miał mnie podwieźć do mojego autobusu. Rąbnęłam się i pojechałam w złą stronę. Na pętlę autobusową dotarłam więc po 23. Kicha. Pamiętam jak stałam na Połczyńskiej i próbowałam złapać taksówkę. Co pierwsze przyjechało? Radiowóz. Szczęśliwie panowie nie okazali się dżentelmenami i nie zatrzymali się przy panience szukającej pomocy. Potem podjechała taksówka ze śpiącym pijanym facetem. Miły taksówkarz na koszt pijaka podwiózł mnie do domu. I to taka moja przygoda związana z godzina milicyjną.
Jak już pisałam moi znajomi na fb też wspominali -noc 12/13 grudnia, stan wojenny itd.
Będąc w kopalni ZMP w Żorach , poznałem ludowego malarza prymitywistę pana Ludwika Holesza . Udało mi się przy współpracy z telewizją w Katowicach nakręcić film w Galerii pana Holesza w Świerklanach . Bardzo cieszył się z tego dokumentu , bo nikt z kultury nie interesował się jego malarstwem , które faktycznie jest oryginalne . Głownie są to obrazy wyobrazni autora o stworzeniu świata i dziwach przyrody na tym świecie . Dwa obrazy otrzymałem na pamiątkę . Polecam zerknąć w GOOGLE na ” Ludwik Holesz ” .Malarz .
Bardzo dużo tych obrazów…link
Witaj, Maksiu:)
Bardzo ciekawe. Mam wrażenie, że pan Holesz inspirował się sztuką aborygenów.
Nie wiem czy miał okazję aby oglądać sztukę Aborygenów . Był natomiast rzezbiarzem różnych figur z wiejskiego środowiska . Wspólnie zmontowaliśmy kołowrotek dla Pani Holeszowej ,aby mogła w wolnym przypomnieć jak to kiedyś na wsi bywało
Pan Ludwik Holesz , był dołowym pracownikiem kopalni ZMP , a malarstwo być może było obroną organizmu przed wieloletnim mrokiem pracy pod ziemią ??
Z tym że byli to aborygeni nadwiślańscy…

Trochę kojarzy mi się z innym śląskim artystą, swego czasu bardziej znanym: Teofilem Ociepką.
Obrazy T. Ociepki znam, z twórczością L. Holesza zetknęłam się po raz pierwszy.
A miałam na myśli podobną kolorystykę, malowanie kropkami i umieszczanie w centrum postaci, wokół której rozgrywa się „akcja”, a także nagromadzenie wielu elementów dających wrażenie chaosu, całą tę pozornie nieuporządkowaną „estetykę snu”:)
Następny dobry artysta odszedł…
Ta nasza młodość…
Późno już, idę spać.
Dobranoc.
Dobrych snów!
[opowieść przeniesiona do wpisu]
Ja, matka Polka najbardziej bałam się o dziecko, zresztą po kolejnych latach ten lęk wraca, gdy widzę butę i buciory w pochodzie razem z racami.
Każda Matka Polka zawsze najbardziej boi się o swoje dzieci i ten strach jest zawsze, gdy tylko coś się złego dzieje.
Dziwne koła zatacza historia… Zdumiewająco wielu, poddanych wtedy opresji, staje obecnie aktywnie po stronie tworzenia nowej.
Ale i też wielu jest takich co tylko udaje, że byli poddani opresji albo niestety donosili.
Na spotkaniu na barce utkwiły mi w pamięci słowa jednego z działaczy Solidarności, który powiedział, że nadal najbardziej go boli, że niektórzy z tych, z którymi razem się ukrywał są teraz „po drugiej stronie”. A byli dla niego bliscy jak bracia.
Myślę, że optymistyczne „Słońce w kapeluszu” możemy uznać za właściwą na dziś dobranockę. Zapalę jeszcze lampkę i powoli popełznę w stronę kordełki…

Ultro!
Pozwoliłam sobie skopiować Twoją opowieść na pięterko. Zostawiłam ostatnie zdanie, aby jednak dalsza rozmowa miała sens.
Tetryku wybaczysz? Skoro już poszedłeś spać postanowiłam Cię wyręczyć.
Ok, dziękuję, Makówko 🙂
Dobry wieczór, wybyłem na branżowe spotkanie świąteczne i zabradziażyłem, przepraszam.
Widzę, że piosenka – wspomnienie już jest, więc już nie będę mieszał z dobranocką.
Zmykam, do jutra.
Czy jutro trzeba będzie szeptem mówić „Dzień dobry!”?
Och, nie, tak źle nie jest
w końcu środek tygodnia i popracować trzeba.
Dobranoc Wyspo!
Kotwico na smutki!
Dzień dobry
I już środek tygodnia…
Witajcie!

Dzień dobry, i po śniegu.
Trudno żeby przy +6 st. leżał śnieg. Mróz ma przyjść podobno 20 grudnia.
Pochmurne dzień dobry!
Pochmurne, ale ciepłe…
Dziś DZIEŃ HERBATY
Lubiłam ich słuchać
Koniec pracy na teraz, po przerwie jeszcze będę chwili potrzebował, ale teraz jeszcze wycieczka do paczkomatu…
Znowu Gwiazdor posługuje się cudzymi rękami?
???????????????
Kiedyś wchodził przez komin, albo wślizgiwał się pod choinkę, a teraz trzeba iść do paczkomatu?
No cóż, nowoczesność.
Gwiazdory robią się wygodne.
Ano trzeba. Co więcej, jestem pewien, że w Wigilię ja sam będę robił za Gwiazdora vel Mikołaja.
Dobranocka.
Tej pani dawno nie było, a i okładka, i muzyka mają – jak dla mnie – w sobie coś zimowego.
Snów o właściwych piosenkach.
Co za zwięzłość!
Może najwyższy czas, abym zrozumiała, że milczenie jest złotem?
Ee, Ty? Niemożliwe!!!
Dobranocka była bardzo ładna, może po niej i sny będą ładne…
Dobranoc
Spokojnej!
Miłych snów!
Piękna Dobranocka, śpij więc spokojnie Bożenko!
Ja jeszcze nie idę spać, dziś długo spałam.
Po rozpaćkanym dniu marznące dobry wieczór, Wyspo:)
Dobry! Mam nadzieję, że uniknęłaś poślizgów!
Na kółkach – tak, ale za to swawolnie zjechałam sobie biegnącą w dół uliczką na… chmmm… tym miejscu, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę:)
Witaj, Tetryku:)
Jak byłem mały to też mnie to bawiło! 😉
Mnie bawi wciąż. A najbardziej – gdy sobie niczego przy okazji nie uszkadzam:)
Poślizg na rozpaćkanym? To mam nadzieję, że przynajmniej lądowanie było na miękkim!
Raczej na mokrym:)
A moje krągłości nie są może aż takie jak u Kardashianek, ale też nie narzekam, więc na miękkim – także;)
Dobry wieczór, Quacku:)
Dobry. Całkiem udany dzień, nie powiem. I etap pracy (surowy przekład, zwany wdzięcznie „gaciowym”) zakończyłem w niedzielę, teraz jestem na etapie II, czyli sczytywaniu vel autoredakcji. Mam nadzieję do świąt zakończyć. A następne zlecenie w styczniu, jak sądzę. Być może napocznę między świętami a Sylwestrem?
Miło mi czytać, że był udany:)
Mój był dosyć intensywny: zaczął się o 4.30 i zrobiłam około 212 km, z czego te 12 km – nóżkami:)
Mam nadzieję, że to nie było ostatnie 12 km przed domem (znaczy że kółka nie odmówiły posłuszeństwa na ostatniej prostej)?
Nie:)
Chodziłam z własnej woli.
Jeździłam, zresztą, też:)
Niestety, pora zmykać. Dobrej nocy się wybierającym!

Spokojnej. Jeszcze chwilę pobędę, pewnie niezadługo.
(ja jeszcze jestem i będę jadła kisiel)
Dobrego wieczoru i smacznego, Makówko:)
Kisiel. To jest koncepcja.
To jest konieczność wyjadania resztek jak już apetyt trochę wrócił, ale izolacja covidowa nie pozwala na kupienie czegoś dobrego do jedzenia.
Dobrej nocki, Tetryku:)
Pożegnam się już, bo „mnie się marzy kurna…” łóżko:)
Dobrej nocki, Wyspo:)
A mnie się marzy…eh!
Dobrej nocki Leno!
Spokojnej!
Dobranoc Wyspo!
Spokojnej. Też zmykam!
Dzień dobry
I to solidnie. Pewnie znowu w ościennych stanach latają tornada…
Mogłam sobie powygadywać na innych kierowców, niekoniecznie miłymi słowami 
Są cztery pasy do wyboru… Ktoś, kto jedzie przynajmniej 10 mil (16km/h) wolniej niż ja, może przecież poczekać aż go minę. Przecież nie byłoby to długo! A tak co chwilę musiałam hamować i zmieniać pas, żeby ominąć wolniej jadący pojazd. Myślałam, że coś mnie trafi 

U mnie znowu wieje
Gdy wracałam z DeKalb, samochodem rzucało we wszystkie strony. Musiałam dobrze kontrować kierownicą, żeby mnie nie rzuciło na samochody jadące z naprzeciwka. A gdy wiatr słabł na moment, mało nie lądowałam w „odkosie”
Potem autostrada I-90… niby lepiej, bo pasy szersze i wszyscy jadą w tę samą stronę, ale i tak cieszyłam się, że jadę sama
Ja rozumiem, że ktoś przy takiej sile wiatru woli jechać wolniej. Ma do tego prawo. Ale czy koniecznie musi zajeżdżać mi drogę?
Gdy wracałam, było już ciemno. Czułam się przeżuta, wypluta i głodna… chciałam jak najszybciej do domu… a tu mnie zwalniają
A tak w ogóle, to widziałam dwa wypadki. Jeden jeszcze w DeKalb. Całe skrzyżowanie aż świeciło na czerwono i niebiesko, tyle było samochodów policyjnych i strażackich. Musiałam skręcić w lewo, ale kolejka do skrętu była ogromna. W końcu jakiś policjant się zlitował i zaczął kierować ruchem. Nie przyglądałam się za bardzo wypadkowi, bo bałam się, że znowu zobaczę jakieś zwłoki leżące pod przykryciem
Raz widziałam i potem przez tydzień nie mogłam dojść do siebie. Więcej nie chcę!
Drugi wypadek był niemal pod naszym domem. Przed skrzyżowaniem Grand Ave i 25th Ave (czyli Rose St). Też było w zasadzie po wszystkim i tylko zablokowali całą ulicę, bo zabierali rozwalony samochód…
Mąż mi powiedział, że gdy wracał do domu, widział samochód leżący na dachu, na środku ulicy… to chyba wszystko przez ten wiatr. Bardzo silne podmuchy potrafią nieźle namieszać, o ile ktoś nie skoryguje jazdy.
Nie wiem z jaką prędkością faktycznie wieje, ale zapowiadali, że ma to być ok. 65km/h, w porywach nawet 105km/h… i chyba tak wieje
No to trochę jak u nas, ale nie przypominam sobie wypadku ze względu na wiatr, więc może u nas nie tak mocno, albo jednak na wiatr bardziej uważają?
Może jakieś były, tylko ich nie widziałeś…

A że nie o wszystkich wypadkach się mówi, więc nie podawali tego w wiadomościach.
A wiatr dmie od wczoraj. Może trochę osłabł, ale w porywach jeszcze całkiem nieźle wieje.
A to co mnie najbardziej wkurza u kierowców, to brak zachowania bezpiecznej odległości. Często jadą niemal na zderzaku samochodu przed nimi. To bardzo niebezpieczne, bo przecież nie widać dokładnie co kierowca przed nami ma przed sobą. Jeśli trochę gwałtowniej zahamuje, nie ma bata, siedzi się na jego zadku… szczególnie to widać na autostradach, gdzie często jadą jeden za drugim… co się potem dziwić, że w kraksie bierze udział tak wiele samochodów?
Dzień dobry
Ciepło, cieplej… czyżby już szła wiosna?
Witajcie!
Wśród powodzi fake-newsów mamy i fake-wiosnę…
Dzień dobry, tutaj to samo.
Pochmurne witajcie!
Już po teleporadzie -o północy mogę wychodzić z domu!
Szczęśliwa? Wiem że szczególnie dla Ciebie było to uciążliwe.
A jak syn?
Było uciążliwe, bo na głowie wiszą poważne problemy, o których łatwiej zapomnieć gdy się coś robi i jest wśród ludzi, a czułam się już dobrze no i słońce zachęcało do wyjścia. A były różne sprawy do załatwienia.
Syn też czuje się dobrze i może wychodzić od północy.
Teraz ważne, aby zaraz czegoś nie złapać, bo smog, paskudna pogoda i wokół mnóstwo chorych. I jednak niektórzy z nich walczą o życie, każdy oddech.
Cieszę się, że u Ciebie wszystko wraca do normy. Ale jeśli byliście zaszczepieni, nic gorszego raczej Wam nie groziło.
Ja jutro mam drugą dawkę. Chociaż nie wychodzę z domu, zawsze może mi ktoś przynieść „koronę” nawet z zakupami.
Miło, że się cieszysz Bożenko, dziękuję za dobre słowo.
Od paru tygodni mam problem z optymizmem, choć próbuję go z siebie wykrzesać.
Najsilniejszym u mnie objawem był ból brzucha i biegunka, który kojarzyłam jako reakcję na stres. To nie minęło, więc może to jeszcze coś innego, a co wolę nawet nie myśleć.
Jednak dobrze, że jest Wyspa jako Kotwica.
I dobrze, że kiedyś wśród róż udało nam się spotkać.
Też mile wspominam to nasze spotkanie…
A czy byłaś u lekarza z Twoimi objawami?
Nie byłam, zależało mi na tym, abym była zwolniona z izolacji covidowej, a potem będę myśleć o innych sprawach.
Powodzenia, Kochana.
Cieszę się, Makóweczko, że u Ciebie wszystko wraca do normy

Nie tylko Twoja „chorość”, ale i syna. Sama jestem matką i rozumiem jak trudno patrzeć na jakiekolwiek dolegliwości dziecka…
Śródspacerkowe dzień dobry, Wyspo:)
Tużprzedwyjściowe dzień dobry! 🙂
Koniec pracy na dzisiaj i przerwa, która potrwa dłużej, bo jeszcze nieduże spotkanie towarzyskie na miejscu się kroi…
Z dobrych wieści: myślę, że jeżeli nie ma innych propozycji, będę mógł postawić kolejne pięterko po tym – ptaszkowe dla odmiany, bo dawno nie było
Ja nie mam żadnych propozycji i jestem za stawianiem nowego quackowego pięterka.
Ja też.
Późno już, idę spać.
Dobranoc
Śpij dobrze Bożenko!
A ja czekam do północy.
Tak bez dobranocki? Śpij dobrze!
Nie ma Dobranocki, nie ma nowego pięterka, nie ma ptaszków, nie ma Quacka.
Jest paskudna mokra wilgoć, ale chyba chwilowo nie pada.
Aaaa i jest Wyspa!
Już jestem. Ptaszki to jeszcze chwila.
Spokojnej (to ja lecę po spóźnioną dobranockę!)
Dobranocka.
Kasia Groniec, bo dawno nie było. Jedna z moich ulubionych jej piosenek.
Snów bez księżyca. Albo z garbatym, czyli właśnie rosnącym do pełni. A jak nie, to chociaż z wiolonczelą.
Ciemna noc z czarownicą i lubczykiem? Sen z dreszczykiem 😉
No, emocjonujący pewnie
Zapraszam na nowe pięterko, ptaszkowe, jak nie dzisiaj, to jutro od rana
Zanim pójdę spać, polecam bywalcom świeżo wystawione głosowanie na poetyckiego patrona Wyspy na nadchodzący (już niedługo!) rok 2022

Zrobione!
Dobranoc! Już czas na sen!

Spokojnej, też umykam!