Przeczytałem najnowszą powieść Andrzeja Sapkowskiego – „Sezon burz”. Bohaterem jest wiedźmin Geralt, postać niewątpliwie kultowa. Pierwsze opowiadania o jego przygodach od początku lat 90-tych przyniosły autorowi rozgłos i sławę, ugruntowaną w efekcie pięcioksięgiem „Sagi o wiedźminie”. Spotkała się ona z entuzjastycznym przyjęciem nie tylko w Polsce – ciocia Wiki podaje imponujące listy tłumaczeń, wydawanych w różnych krajach. Jednak stworzenie tak dużego materiału wokół jednego bohatera wyczerpało autora – mimo protestów fanów w piątym tomie Sapkowski doprowadził Geralta do śmierci, zupełnie zresztą nie wynikającej z rozwoju fabuły. Po prostu: miał tej postaci tak dość, że chciał zatrzasnąć za sobą drzwi i ostatecznie zamknąć temat wiedźmina. Oświadczał to zresztą publicznie – i trwał konsekwentnie w swoim postanowieniu. Zajął się inną historią, innym bohaterem, osadzonym w bardziej realnych okolicznościach miejsca i czasu, choć nie oderwał się całkowicie od magii, przewijającej się faktycznie (choć czy tak intensywnie?) przez żywot późnośredniowiecznych mieszkańców Dolnego Śląska. „Trylogia husycka” dała mu w 2003 roku nagrodę im. Janusza Zajdla, lecz nie doścignęła popularnością „Sagi o wiedźminie”.
Na odwyku autor wytrzymał 14 lat.
W międzyczasie na kanwie jego „Sagi” powstał marny film, który nie przysporzył jej szczególnej popularności, a wreszcie powstała – i zyskała światową popularność – gra komputerowa „Wiedźmin”. Zapewne rozgłos wokół tej gry skłonił Sapkowskiego do powrotu do oficjalnie zarzuconego tematu. Liczni fani Geralta i Jaskra z przewidywalnym zainteresowaniem ruszyli czytać kolejną perełkę literatury fantasy, skuszeni znaną marką i sprawdzonym tematem. I to właśnie okazało się problemem.
Wszyscy nosimy w sobie dobrze ugruntowany obraz wiedźmina Geralta – mutanta o nieludzkich możliwościach i ludzkich słabościach, w tym ze skłonnością do empatii i miłości przede wszystkim. Któż z nas nie chciałby widzieć siebie wyposażonego w taką skuteczność w walce i taką szlachetność! A skoro to niemożliwe, to przynajmniej czytając przeżywać takie przygody… I tu, niestety, mamy problem. Bohater najnowszego tomu nosi imię i wiele atrybutów dobrze znanego Geralta, ale to zupełnie inny facet! Właściwie przez cały tom daje się manipulować, a to czarodziejce Koral, a to innym przedstawicielom Kapituły, ale także i książętom, mafiosom czy nawet przygodnym kupcom. Co chwila okradany, wyrolowany przez kogo się da; to, co zamierzył wykonujący niezadowalająco nawet dla siebie, przez magiczne krainy wygenerowane w „Sadze” błąkający się bez wyraźnego celu.
Druga lubiana i dobrze znana postać, zdegradowana w tym tomie, to poeta Jaskier. Znamy go jako kompana do pieśni i do wypitki, łasego na względy niewieście i fruwającego niczym wolny motyl po świecie. I kogo widzimy? Mieszczucha przeżywającego „małą stabilizację” pod skrzydłem kuzyna-urzędnika królewskiego, wciąż z pretensjami do pieśniarskiej chwały, lecz bez dawnej fantazji i wdzięku. Ot, taka karykatura J.M. Rymkiewicza…
Znacznie gorsza jest też konstrukcja powieści. Pełna jest ona niepotrzebnych postaci, których rola w fabule jest niezbyt uzasadniona; np. pojawienie się Yennefer daje się uzasadnić tylko tym, że autor nie miał lepszego pomysłu na zwrócenie skradzionych mieczy. Epizody innych znanych postaci (np. adeptki Nimue) pogłębiają jedynie wrażenie chaosu i zamieszania, rujnując chronologię – która, choćby magiczna czy zawierająca pętle lub tunele czasowe, jest przecież istotnym elementem powieści.
Wreszcie – styl narracji. Sapkowski przyzwyczaił nas do skrzącego się dowcipem sposobu opowiadania, pełnego rozmaitych dygresji i innych figur stylistycznych. Niektóre jego powiedzonka z „Sagi” żyją własnym życiem, niczym cytaty z „Rejsu” Piwowskiego. Tu dowcip jest niestety znacznie cięższy, niekiedy wręcz fekalny – jak gdyby autor chciał rozszerzyć grono czytelników o rzesze onetowych komentatorów… I o ile „Saga” często celnie komentowała bzdury naszego świata przewrotnie podawane w opisie magicznych krain i kraików, to w „Sezonie burz” bezustannie natykamy się na objawy narastającej irytacji autora zmorami naszej współczesnej, lokalnej rzeczywistości. Nawet kampanię Geralta wybijania magicznie wytworzonych przez złych magów poczwar łatwo można kojarzyć jako głos w bieżącej dyskusji przeciwko GMO. Do tego dochodzi zamykająca fabułę wizja pojawiającej się – raczej bezsensownie – straszliwej katastrofy, której jedynym uzasadnieniem jest założony tytuł książki.
Niestety, wydaje się, że przyczyną powstania tej książki był sezon nie tyle burz, co raczej posuchy (finansowej) u Autora… a szkoda!
Gwoli sprawiedliwości, trzeba dodać, że jeżeli uda się zapomnieć nazwisko Sapkowskiego i fakt przeczytania z zachwytem „Sagi”, stwierdzić możemy, że wpadła nam w ręce całkiem niezła poczytajka, która pozwoli zająć oczy na parę godzin, nie przeciążając przy tym szarych komórek; że czytaliśmy już wiele słabszych tekstów fantasy; że nie każdą pozycję tego rodzaju trzeba koniecznie porównywać z Tolkienem czy z Sapkows…. no właśnie!
Mamy wszak do czynienia z typowym casusem Cooka, który stał się dla Hawajczyków tak wielką świętością, że za naruszenie tabu pamięci o nim samym wymierzyli mu najwyższą karę…




Zapraszam do dyskusji nad powieścią – wszyscy chętni ją już zdaje się przeczytali 🙂
Podkreśliłabym jeszcze niejednorodność książki… zaczyna się jak bublicystyka ( oh, pardon! publicystyka),z odniesieniami do współczesności, łącznie z prymitywnym, jak na Sapkowskiego, językiem… a potem, w trudnym do uchwycenia momencie przechodzimy do fantasy ? Niejednoznaczne są te odniesienia, bo równie dobrze można mówić o klonowaniu i eksperymentach genetycznych nie tylko na roślinach i zwierzętach.
Wydaje sie, że oczekiwaliśmy poszerzenia Pięcioksięgu o epizody, które się tam nie zmieściły, a Sapkowski pokazał nam….. no, nie gest Kozakiewicza, ale coś zupełnie innego.
Tak jest, poczytajka i duuuuże rozczarowanie… no gdzie ta finezja i klimat, no gdzie ??
Nic dodać, nic ująć, totalny chaos. Książka wygląda, jakby autor wrzucił do wora, jakieś dawne pomysły, szczątkowe opisy i nic nieznaczące wątki, po czym solidnie potrząsnął tym worem i zaprosił sierotkę do losowania fabuły. Nic nie trzyma się niczego, ze 12 wątków rozwiniętych szczątkowo, które zdychają po kilku stronach, bez finału, mnóstwo wprowadzonych postaci, które kompletnie nic nie wnoszą do fabuły i dalszej akcji, koszmarne opisy i kompletnie kretyńskie zakończenie. Dzisiaj znalazłem tą książkę w Netto, w dziale, tania półka, za 26 zeta… i wszystko na ten temat, Sapkowski zeszmacił się dla kasy, a my daliśmy się nabrać.
Miśku… zauważ, że Sapkowski bardzo nie lubi swoich bohaterów… chyba tylko krasnolud obronił się przed obsmarowaniem, pozostali są przedstawiani naprawdę mało życzliwie…
A te stwory z tabliczkami znamionowymi mają nas przed czymś ostrzegać ?
A straszliwa katastrofa to tsunami ? mamy nie psuć klimatu ? 🙂
Ja to właśnie interpretuję jako głos w histerii przeciw GMO! 😉
Fajnie…. to znaczy, że nie jest tak źle z Sapkowskim, kiedy każdy go czyta jakby inaczej ?:)
Tylko czy to jeszcze jest fantasy ?
Do tego manifest feministyczny w wykonaniu Koral i oczy jak mirabelki a`la Niesiołowski, za dużo odniesień, czytelnych tylko dla tych, którzy interesują się obecną polityką, za mało polotu, humoru, kurcze, za mało Sapkowskiego. Prawdę mówiąc, gdzieś tak po 100 stronach, doszedłem do wniosku, że napisał to jakiś „murzyn”, któremu gdzieś echo grało 🙂
a ja pomyślałam sobie: oj, to jest nudne ! Dla porządku przeczytałam „Sezon … ponownie, po jakimś tygodniu, żeby nie było, ze miałam zly humor 🙂
a Koral to jest zwyczajna sadystka ! jak ona traktowała swoją uczennicę ? wrrrrrrr….
Dobranoc…. lampka świeci na niższym pięterku, bo to jest świeżutkie 🙂
Obawiam się, że Sapkowski dryfuje w kierunku Wolskiego czy Pietrzaka – co chwila wyczytywałem tam okrutne pretensje do współczesnej Rzeczypospolitej, z podmianą władców fatalnych na jeszcze gorszych. Katastrofa mogłaby być czymś w rodzaju oczekiwanej katharsis – tylko że właśnie nic w kwestii oczyszczenia nie załatwiła… W efekcie nie wiem po co była.
Może ma ciągoty jak Rymkiewicz, który uważa, że Polaków nobilituje tylko chrzest krwi i hekatomba, ale jeszcze nie dojrzał? Więc serwuje chrzest morza w końcówce książki? Naprawdę trudno rozebrać o co chodziło autorowi, jeśli ten autor wycina takie dziwaczne wolty. I co, do diabła siedziało w tej studni w jaskini czarodzieja, co chrupało z upodobaniem ludzkie gnaty???
O to, to, Tetryku, mnie się na myśl nasunął Łysiak….. 🙁
Aha… bo to muszę napisać : śmierć Geralta była wieszczona dużo wcześniej, podczas pobytu Ciri w Kaer Morhen; to ona widziała w transie widły, od których zginął Wiedźmin…..
Dobry wieczór. Wróciłem.
To ja mam jeszcze uwag parę.
Raz: manifest „antyfeministyczny” – strażniczki rodzaju żeńskiego, kuriozalna pani adwokat, pani sędzia plus oczywiście wspomniane (i niewspomniane) czarodziejki – manipulantki. Ale znów – co to za manifest, jeżeli na końcu go łamiemy (w potrzebie wszyscy sobie pomagamy).
Dwa: co już pisałem (przed)wczoraj – po pięciu tomach sagi dostajemy prequel słabiutki i niewiarygodny z powodów jak wyżej Autor wpisu wymienił. To tak, jakby Tolkien napisał „Hobbita” PO „Władcy Pierścieni”, siląc się, żeby zapomnieć cały rozmach i epikę wcześniejszego dzieła.
Trzy: na co zwrócili uwagę Przedmówcy – Sapkowski rzuca wiedźminem po świecie jakby kapciem ćpał po pokoju (albo – jak pisałem – Reynevanem po Dolnym Śląsku). A ten (Geralt) tylko wstanie, otrzepie się i jakby nie pamiętał, co robił, po co i gdzie i dla kogo, szuka nowej akcji. Mało to spójne, mimo że w końcu wszystkie (Czyżby? A taki np. wiedźmin z kocim medalionem? A skąd się wzięła burza z falami, co zniszczyła pół Kerack?) wątki się niby zamykają, ale wrażenie jest takie, jakby zamknęły się dzięki Sapkowej ingerencji i inżynierii, a nie same z siebie. Autor (podmiot wykonawczy dzieła) nie jest tu tak doskonale przezroczysty, jak wcześniej (=w sadze). Tu również wątek Nimue i „późniejszej” o 100-120 lat akcji.
Cztery: z humorem faktycznie jest kiepskawo i miałko, zaledwie parę momentów mi utkwiło w pamięci – „Kwadratowy padł i zrobił się kulisty”, czy też „W Rawelinie, jak wieść niosła, wścibiony nos zazwyczaj rozstawał się z posiadaczem i zostawał tam, gdzie go wścibiono”. Słabe, zwłaszcza w porównaniu z innymi momentami z sagi, ale na bezrybiu… Faktycznie przypomina to drgawki przedśmiertne, autor jeszcze żyje, ale kona już.
Pięć: niespójności pewne w stosunku do tego, co już znamy. Senator był łaskaw wspomnieć o geografii świata sagi i „Sezonu”, nie śledziłem, ale co innego mi się w oczy rzuciło, rzecz, rzekłbym, podstawowa – o ile pamiętam, istnienie potworów, na które polują wiedźmini, w sadze tłumaczono wpływem połączenia (koniunkcji) światów, z „Sezonu” jednoznacznie wynika, że to autorskie produkty pieprzniętych czarowników. Być może jedno drugiego nie wyklucza, ale też nie przypominam sobie, żeby wiedźmin w sadze sprawdzał na którymkolwiek ubitym stworze plakietki znamionowe.
Sześć: w formie pytania, bom sam już niepewny – co się mówi w sadze o związku Geralta z Yennefer? Że już wcześniej się schodzili i rozchodzili? Czy też poznali się w sadze/ w opowiadaniach? Bo z „Sezonu” jako prequela wynika, że już hoho wcześniej ze sobą byli?
I tyle chyba na dziś (wczoraj) wystarczy, bo już wysiadam powoli. Jeszcze tylko dobranocka – a propos, będzie celtycka, bo też ta muzyka kojarzy się z fantasy. Snów z Bretonii o dawnych czasach i bohaterach, ponieważ ci współcześni jakoś nie tego.
Ku przypomnieniu:

1) Związek Geralta z Yennefer wywodzi się z opowiadań, a ściślej bodajże z tomiku „Ostatnie życzenie” gdy Jaskier wypuścił dżina, a Geralt przez pomyłkę miast egzorcyzmu wypowiada słowa każące dżinowi bardzo paskudnie samemu ze sobą postąpić!
2) Wiedźmin już spotkał Koral, a autor pisze o tym tak w opowiadaniu „Coś więcej”: „…„Lytta Neyd, zwana Koral. Przydomek wziął się od koloru pomadki do ust, jakiej używała. Lytta oplotkowała go kiedyś przed królem Belohunem, i to tak, że poszedł na tydzień do lochu. Gdy wypuszczono go, poszedł do niej zapytać o powody. Nie wiedząc kiedy, wylądował w jej łóżku i tam spędził drugi tydzień…”
Pamiętacie obelisk na wzgórzu pod Sodden, na tym, od czasów drugiej pod nim bitwy nazywanym Wzgórzem Czternastu? Tam, na tym obelisku szukając imienia Yennefer znalazł Geralt imię Koral. I wtedy ją wspomniał!
Sapkowski w „Sezonie…” przeniósł nas zatem w czas, gdy wydarzenie to (w tym łóżku) miało miejsce!
Choć swoją drogą z tymi czarodziejkami to Geralt raczej nie w łóżkach zaczyna wyczyniać to co Wy wiecie… a ja rozumiem!
Witaj Senatorze…. jeszcze Triss Merigold godzi się w tym miejscu przypomnieć…. 🙂
Triss była czternasta, jeśli się nie mylę.
PS A Fringilla Vigo? Ta dopadła wiedźmina w bibliotece i sponiewierali spory księgozbiór we dwoje!
… zgadza się Senatorze ! dostał od niej nowy medalion… zapewne w uznaniu męskich talentów:))))
Ino, że ten się nieco zacinał! Medalion, znaczy!: ))
Znaczy…. ciosy w Geralta wymierzane jakoś nie trafiały w cel:)
A co, lub kto, siedziało w studni? Jakieś pomysły? „Kamienna podłoga była czarna od skrzepłej krwi. Pośrodku pomieszczenia ziała czarna ocembrowana dziura. Obok piętrzyła się sterta trupów. Nagich i pokaleczonych, pokrojonych, poćwiartowanych, niekiedy obdartych ze skóry. Trudno było ocenić ilu. Z dziury, z głębi, słychać było wyraźnie, dobiegały odgłosy chrupania, trzaski miażdżonych kości.”
Słowo na niedzielę 🙂 🙂
Moim skromnym zdaniem, w tej dziurze siedział autor powieści
Te trupy, to ci którzy padli z wrażenia po przeczytaniu książki; obdarte nie tyle ze skóry, co ze złudzeń i nadziei. I faktycznie trudno jest ocenić ilu ich jest… A te odgłosy chrupania i trzaski, to pękające z rozpaczy serca
Widząc trupy, można się pomylić co do odgłosów
Z wrażenia…
Szczególnie czytając Wasze komentarze… i nie tylko na tym wątku…
Chciałeś, Miśku, pomysły, to właśnie taki mi przyszedł do głowy
Oczywiście z zaznaczeniem, że nie czytałam, także nie bardzo wiem o czym rozmawiacie
Tam siedział chrupczak!
Z chrupawką?
Naturalnie, czym by przecie chrupał!?
No co? Chrupczaki przecie chrupią!
Chrupki z Biedronki 🙂 🙂 Dzień dobry 🙂
Cześć: ))) Chrupią co leci.
Do studni! 
Jak coś na ząb wpadnie, to żal nie schrupać 🙂
Doskonale – widzę – go rozumiesz!!: )))
Nie czytałam książki, to się nie wypowiadam…
Polatałam dziś trochę po internecie. Przypomniał mi się dawny kumpel z amatorskiego teatru. Jak pamiętam, pisał piękne wiersze… Znalazłam go, ale przy okazji dowiedziałam się, że zmarł w 2013 roku. Miał 56 lat. I muszę przyznać, że zrobiło mi się strasznie przykro…
Po studiach, całe swoje zawodowe życie spędził w Radiu Białystok. Był znany i lubiany. Pisał nie tylko wiersze, ale i słuchowiska radiowe, felietony, reportaże, teksty piosenek. Ma tego w swoim dorobku sporo…
Dzień dobry: )))
Może coś w necie znajdziesz i nam pokażesz?
Jeden z jego wierszy znam na pamięć. To jeden z pierwszych i bardzo mi się podobał, a że nie jest długi – zapamiętałam…
Jak trudno wejść na szczyt
jak łatwo spaść
Jak trudno ukryć wstyd
w otwarte karty grać
Jak trudno męką srogą
za błędy płacić
Jak trudno zyskać kogoś
jak łatwo stracić…
A może komuś z Was obiło się o uszy jego nazwisko. Wiesław Szymański…
Pamiętam go jako takiego misiowatego wyrostka…
Ładny wiersz, taki prawdziwy…
Coś w podobnym nastroju :))
Teściowa z domu była Szymańska!
To popularne nazwisko.
Obiło misię to nazwisko o ucho, facet pisał świetne limeryki, ale jako poety go nie znałem, a szkoda, bo jest naprawdę dobry 🙂
w Ostrej Bramie sprzedają Coca-colę
i różańce z gorzkich łez utkane
nawet dziwka zmęczona nad ranem
rzuca spiesznie Pod Twoją Obronę
blade słońce przez flesze prześwieca
grzeszne stopy ścierają kamienie –
czemuż niesiesz tu swoje cierpienie
wielki człecze końca tysiąclecia
obok krzyczy reklama McDonald
i Radisson przepychem kusi –
czemuż właśnie ból swój nieść musisz
tu – gdzie cicha czeka Madonna
jeszcze świat nie rozumie Jej woli
lecz gdy czasem się przepełni – jak czara
w mercedesach – samolotach – na kolanach
przyjdą tutaj zapłakać – że boli
15.05.98
Faktycznie, dobre!
To może następny wpis ktoś poświęci poecie Szymańskiemu?
Ciężko wykopać jego wiersze, ten znalazłem na jakiejś białoruskiej stronie, może Miralka ma większe rozeznanie? 🙂
Też nie za bardzo mam to rozeznanie. Znałam go prawie 40 lat temu. Graliśmy razem w teatrzyku amatorskim i byliśmy na OSAK-u. To takie warsztaty literackie. Mam trochę starych zdjęć, trochę wspomnień i to wszystko…
Dobre!! Warto się przyłożyć w poszukiwaniach!!
Powtórka z Okudżawy”
Pierwsza myśl – od Boga dana
mówił Kazanecki
lecz nie klękaj na kolana
nie bój się tej pieśni
druga myśl – jak echo serca
w głąb duszy się wkrada
niczym boskie ziarno wiersza
w pamięci zapada
trzecia myśl – tworzywo – glina
jeśli tchniesz w nią ducha
równyś stwórcy – jeśli nie – cisza
kto milczących słucha?
To jeszcze znalazłam 🙂
Dzień dobry
Niedziela
Czyli zaraz znowu do pracy
Jak ten czas zasuwa
Wielkanoc już tuż za drzwiami…
Od jutra, a właściwie od dziś (u Was) zaczynają się u nas mrozy. Takie trochę większe
Kulminacja ma być w poniedziałek, czyli -24C. Dobrze że śnieg zdążył spaść, to przynajmniej mi wszystkie kwiatki nie wymarzną… Ale mamy prawdziwą zimę
Mroźną i śnieżną!!!
Dzień dobry
Chyba cała zima wyemigrowała od nas do Ameryki, bo tam śniegi i mrozy, a u nas coraz cieplej jak na razie.
Co do książki, nie będę się wypowiadać, bo jak już pisałam wcześniej, nie czytałam i nie zamierzam. Jest tyle wartościowej i interesującej lektury…
Dzień dobry, Bożenko
Może nie cała zima, jeszcze i w Polsce posypie i pomrozi
A że trochę później…
Po co mam się męczyć nad jakimś gniotem… Na Wyspie mamy tak cudownych Pisarzy
Można czytać i się zachwycać 
Też nie czytałam tej książki i nie zamierzam. Szczególnie po wypowiedziach Wyspiarzy
Otóż To! Też wolę naszych Wyspiarzy poczytać. Nigdy nie ulegałam modzie.
Zmuszać się do czegoś dlatego tylko, że jest popularne? Albo coś wypada? Z podobnego powodu nie lubiłam szkolnych lektur.
Dzień dobry: )))
Mirelko… zeby zrozumieć nasze rozczarownie, musiałabyś:
lubić fantasy
znać wcześniejsze książki Sapkowskiego
wtedy jasne byłoby jak bardzo się nasz mistrz osunął! jak bardzo „Sezon… jest odległy od mistrzowskiego pięcioksięgu – pod każdym względem 🙁
Wiedźminko, ja rozumiem Wasze rozczarowanie bez czytania czy lubienia. Mam w sobie wystarczająco empatii
Tylko z tego co wiem, każdemu autorowi mogą się zdarzyć takie „niewypały”. I to nie tylko w literaturze… Ostatecznie nie ma obowiązku lubić wszystkiego, ani wszystkim się zachwycać. Są i tacy, którym się raz coś udało stworzyć i zużyli na to całą swoją inwencję, a potem jadą tylko na tej sławie. Co prawda nie za długo… ale zawsze. 
Jasne, że masz rację i nikt nie powiedział, że wszystkie dzieła jednego autora są jednakowo udane.
… gdybyż wynalazł sobie inną postać! Ale nie… na Geralta nas złapał! 🙁
Dzień dobry: )))
Dzień dobry niech będzie
Dzień dobry
Dzień dobry ! 🙂 Na dziś mam Jasną Panienkę i „Calineczkę „… tyz piknie 🙂
Dzień dobry: )))
A ja parę dni temu kolejny raz odnalazłem „Kichusia”!! Pamiętam tę książeczkę jakbym ją wczoraj czytał. A to już ponad pięćdziesiąt lat!
„Kichuś majstra Lepigliny”? :)))
Aha!!!: )))
Witam porannie i mglisto:)) Nie włączę się do dyskusji o Wiedźminie, ponieważ znam go bardzo mało. Przeczytałem może ze dwa, trzy opowiadania drukowane dawno, dawno temu w Fantastyce.
Nie powalił mnie, podobnie jak mnie nie powalają polskie kryminały. Nawet te Joe Alexa :)))
Witaj Stateczku… a Marek Krajewski ? też masz go za nic?:)
Nie wiem jak się usprawiedliwić, Czarodziejko :)) Nie znam żadnej z książek napisanych przez p.Krajewskiego, może to coś podobnego do smaków kulinarnych. Nigdy w życiu nie jadłem płucek na kwaśno, móżdżku, jagnięciny. Być może to bardzo smaczne i pożywne dania, lecz jestem zablokowany psychicznie i ich nie tknę. Podobnie mam z włoskimi westernami, polską fantasy, literaturą wampiryczną, fantastyką militarną, zatrzymałem się na Dicku, Bradburym, Lemie. Ostatnio wróciłem do Buddenbrooków, w kolejce czeka Gargantua i Pantagruel :)))
Cześć Stateczku: )) Móżdżek jest pychotka! Prawie tak dobry jak flaki!
Świeżo wyprute też ???
Najlepsze świeże. Trza wypłukać, wyszorować, wypłukać, wyszorować, wypłukać….. ugotować, pokroić, włożyć do rosołu, dodać podduszone warzywka, przyprawić, zagotować, skosztować, przyprawić…. I można podawać!: )))
PS Książka też jest częścią flaków. Jak nie wierzysz – zapytaj nasze Panie!
Ależ nie,nie usprawiedliwiaj się Stateczku, choć…warto czasem się pochylić nad czymś nowym. A jagnięcina jest pychotka….. te inne danka też by mi stanęły w przełyku 🙂
Ba… są to książki do których sie wraca…. choć z Mannem mam pewien kłopot i niektórych jego książek nie zmogłam 🙂
Jagnię w charakterze pieczeni to dla mnie straszna wizja, podobna do pieczonego kotka jako królika w potrawce. Ponoć tylko trzeba pozbyć się ogona :)))
Nie miałam tej przykrości, bo jagnię występowało w postaci udźca 🙂
Dzień dobry

Doszłam do wniosku, że jednak… nie kupię Sezonu.. Bo!! Nie lubię chrupaczy kości /a tym bardziej ludzkich kości/ ani inszych potworności. Panu Sapkowskiemu życzę zdrowia i jeśli nadal ma czytelników, to niech pisze kolejne książki, bo z czegoś przecie trza żyć
Dzień dobry: )))
Ludzina jest dobra, tyle potworów przecież jej łaknie!
Witam Pana 😀
Hmmm, a Pan też??
Ja nie jestem (chyba?) potworem!: (
Niewątpliwie nie jesteś potworem 🙂
No nie wiem, znam paru ludzi, którzy by się nie zgodzili z tym twierdzeniem 🙂 🙂 🙂
Nie, nie lubię Wiedźminko fantasy. Wyjątkiem był Lem 😀
Fantasy to „magia i miecz”, tak jak filmy z gatunku „płaszcz i szpada”: )
W takim razie wolę, to drugie.
Lem, Skowronku, nigdy nie popełnił powieści z gatunku fantasy 🙂
No i widzisz Misiu, że fantasy nawet nie odróżniam od fantastyki.. Taka ze mnie znawczyni gatunku literatury. Czytam co lubię i już
I o to chodzi Skowronku 🙂 🙂
Dzień dobry!
Dla nieznających „Sagi” parę słów wyjaśnienia. Fantasy polega – ogólnie rzecz biorąc – na kreowaniu nieistniejących światów i prowadzeniu przez nie bohaterów. Oceniamy ją zatem w dwóch aspektach: owej kreacji, i fabuły w niej osadzonej. Tym, co mnie zafascynowało w „Sadze”, była właśnie kompletność kreacji – przez całe 5 tomów nie natknąłem się na żaden poważniejszy zgrzyt (szczerze mówiąc, nie pamiętam żadnego). Świat Geralta i Jaskra jest spójny, fani – podobnie jak w przypadku Tolkiena i „Władcy pierścieni” – byli w stanie wyrysowywać dość precyzyjne mapy miejsc odwiedzanych przez bohaterów. Dodatkiem do tego był znakomity język, mnóstwo zabawnych odniesień i aluzji do zupełnie innych spraw – nie potrafię już zacytować z pamięci – i psychologiczna spójność postaci.
I tego wszystkiego brakło mi w „Sezonie burz”.
Nie dziw się tym brakom, jak sama nazwa wskazuje okres Burz i Naporu sprzyja irracjonalności :)))
Ba, poezje z okresu „Sturm und Drang” do dziś się czyta z podziwem, mimo irracjonalności!
Witaj Tetryku. W „Sezonie…” tak naprawdę niczego nie ma!
Jak wspominałem, widzę jednak ślad naporu. Finansowego!
Wznowienia i przekłady się wyczerpały finansowo? :)za dużo konsumpcji !
Jak i wielu dyskutantów w tej materii. Połaziłem nieco po blogach gdzie ASa oprawia się bez zbędnego znieczulenia!
Dzień dobry. Dlaczego nikt mnie nie obudził, hę?!
Bardzo ładnie Miral podsumowała z tą studnią!
Natomiast co do meritum studni, faktycznie, kolejny wątek niedokończony. Jeszcze rozumiem, że gdyby wiedźmin miał jakiś granat, to mógłby go użyć, ale tak? Toć chrupczak zgłodnieje, ze studni wylizie i będzie kolejny problem. Tak wiedźmini nie postępują.
Bo to jest fujara nie wiedźmin…… ciekawe za co go Sapkowski tak znielubił ?:)
Może za to, że jednak dał się zabić?
Dzień dobry
Chociaż nie jestem pewna czy aż taki dobry. Śniegu mamy po pas, a muszę jechać do sklepu. Ciekawe jak z odśnieżaniem na ulicach. Chętnie bym do Was trochę tego białego puchu przedmuchała, tylko boję się, że za mocno dmuchnę i będziecie mieli to samo co ja
A nikomu tego nie życzę… Za domem mam prawdziwe góry śnieżne, bo tam nikt nie odwalał. Od frontu co chwilę któryś z sąsiadów macha łopatą, ale to i tak niewiele daje, bo ciągle sypie. No tak… dwa lata nie było praktycznie w ogóle śniegu, to teraz nadrabia za wszystkie bezśnieżne czasy. Ale nic
Aby do wiosny 
Może to kara niebios za Ala Gore’a?
Jeszcze nie wiadomo Mireczko jaka u nas będzie zima do końca – przyjdzie czy nie przyjdzie, oto jest pytanie…
Pewnie i do Was ta zima przyjdzie

Wróciłam ze sklepu. Całe szczęście ze względu na pogodę, nie łaziliśmy za dużo. Drogi częściowo odśnieżone, ale chyba przestają nadążać z tym uprzątaniem. Na sklepowych parkingach sterty śniegu są przeogromne. Jakby je tak przystawić do sklepu, to sięgałyby wysoko powyżej dachu. Może nie byłoby tak źle, gdyby nie ten przeraźliwy wiatr. Nie pomaga on w sprzątaniu, ale i „obniża temperaturę”. Wydaje się, że jest dużo chłodniej jak to wietrzysko dmucha, wydawałoby się, do kości.
Podobno przewidują u Was jeszcze większe mrozy, ludzie robią zapasy, żeby nie wychodzić z domu.
Tylko żeby zrobić zapasy, to trzeba z tego domu wyjść
A przy takiej pogodzie za wielu się po ulicach nie plącze… Poza tym ludzie przecież muszą chodzić do pracy. Co prawda dziś podawali, że niektóre szkoły mają odwołane zajęcia. Także dzieci mają nieplanowane ferie zimowe
I pewnie cieszą się z tego powodu…
W polskiej TV (TVN?) wypowiadał się pan z Waszyngtonu (DC), że właśnie jest odwilż, ale na jutro zapowiadają mrozy i ma być gołoledź – mam nadzieję, że nie u Was.
U nas na razie jeszcze odwilży nie będzie. Dziś temperatura ma spaść do -26C w nocy. Jutro w dzień ma być -25C. Ocieplenie ma przyjść dopiero czwartek – piątek. Ale sam wiesz jak to jest z tymi prognozami. Albo się sprawdzą, albo nie… A może tylko częściowo
A, no przy tych temperaturach nie ma mowy o gołoledzi.
No właśnie. Kto przy takiej temperaturze będzie goło latał
Morsi! Ci co się kąpią w przeręblu.
Ale te Morsy też mają pewne ograniczenia temperaturowe. Oni nie są odporni na niskie temperatury. Jak jest te -25C to się nie rozbiorą i do wody nie wlazą
Tym bardziej, że takie przeręble momentalnie zamarzają 
A jeszcze to, że tutejsi kierowcy nie umieją jeździć. Nawet przy dobrej pogodzie czasami mnie szlag jaśnisty trafia na to co potrafią wyprawiać. Przy takiej pogodzie dostają zupełnego kręćka. Albo gnają jak wariaty, a potem na środku drogi kręcą piruety samochodowe, albo wloką się tak, że też jest ciężko w tym śniegu jechać. Po prostu nie mają wyczucia. Są też i tacy, którym bardzo się śpieszy, więc jadą „na ogonie”, nie zachowując odpowiedniej odległości. A przy takim śniegu i lodzie, droga hamowania znacznie się wydłuża. Tylko baran jeden z drugim jakoś o tym nie pomyśli. No i potem co dwa kroki to jakieś stłuczki. Dobrze jak się skończy tylko porysowaniem karoserii, czy drobnymi wgnieceniami…
Moja bratowa się śmieje, że kierowcy to specyficzny naród… Jak ktoś jedzie szybciej od nas, to wariat i samobójca, a jak wolniej to łamaga i ofiara losu
Jest jeszcze trzecia kategoria: ja sam
O tym to nawet nie wspomniałam, bo wiadomo, że ta kategoria jest najlepsza i najwybitniejsza
Zawsze jadę z odpowiednią prędkością i jestem świetnym kierowcą, który NIGDY nie popełnia błędów 
Co prawda nie miałam jeszcze wypadku i na te prawie 14 lat jeżdżenia mam jeden mandat za nieprawidłowe parkowanie i jeden za zbyt dużą prędkość. Ale uważam, że chociaż mam już doświadczenie (jeżdżę praktycznie codziennie) do „mistrza kierownicy” jest mi daleko.
Ubodło to wtedy moją dumę, bo wcale nie uważam, że baba za kierownicą jest gorsza od faceta. U obu płci zdarzają się fatalni kierowcy, tak samo często jak i całkiem dobrzy.
Bo wiadomo, że ja mam większy i wygodniejszy samochód, a nie lubię go nikomu dawać. Także siada grzecznie obok kierowcy i daje się wozić 
Całe szczęście nie mam o sobie takiego zdania
Chociaż kiedyś poczułam się urażona, gdy nasz stary znajomy nie uwierzył, że sama (tylko ze swoją mamą) pojechałam do House on the Rock. Powiedział mi, że tak daleko sama baba za kierownicą nie dałaby rady pojechać i na pewno to mój małżonek siedział za kierownicą. A małżonek nie chciał z nami jechać i byłyśmy tylko we dwie
Jak jeszcze byliśmy w Polsce i chciałam zrobić prawo jazdy, mój małżonek stwierdził, że z babą za kierownicą to on do samochodu nie wsiądzie. Musiałby być tak pijany, że do tego samochodu musieliby go wnieść. Tutaj tak się do mojego kierowania przyzwyczaił, że nawet nie próbuje wsiadać za kierownicę
To ja bym się teraz zabawił w adwokata diabła. Owszem, na poziomie kompozycji powieść utyka. Owszem, humor kuleje. Ale przecież jest parę opisów, które zasługują na uwagę. Moje typy:
1. Aukcja u Borsodych, z elokwentnym prowadzącym, niedopowiedzianymi opisami przedmiotów i aresztowaniem w samym środku.
2. Rejs „Prorokiem Lebiodą” przez deltę Pontaru, z kolejnymi iluzjami aguary; mnie przynajmniej trzymał w napięciu, co się za zakrętem (rzeki) czai.
Ktoś coś jeszcze za?
Nie ma chętnych do obrony! Efekt Cooka, nic więcej!
Trzeba przyznać sprawiedliwie, że niektóre dobre elementy pozostały, choćby obszerne motta – cytaty z dzieł miejscowych 😉
Z Szekspira?
Brak humoru… A może by tak pomysł ze sposobem na skompletowanie szczątków doczesnych proroka Lebiody?: )
„w Novigradzie kapłani wyjmują czasem szczątki proroka z sarkofagu i dają wiernym do ucałowania” ( item, str. 224)
Coś mi się widzi, że za chwilę w imieniu Gildii Novigradu Senator zażąda wydania wraku „Proroka Lebiody”
Novigrad…..Wolałbym reprezentować Kovir i Poviss. Z królem Esteradem Thyssenem nietrudno byłoby się dogadać: ))
Tym od „mieć tysiąc i nie mieć tysiąca to razem dwa tysiące”?
O, z tym, tym! To był niezwykle praktyczny człowiek!: )
Ale zdaje się, że i tak go dopadli parę lat później… na pałacowych schodach?
Królową Zulejkę własnym ciałem zasłaniał! Jakim by nie był zimnym draniem, to jednak kochać umiał!
O tak… i zgrabnie motał. Ale spiskowców się nie ustrzegł, niestety:(
Nec Hercules…!: (
A to akurat pomysł rodem z humoru kloacznego. Podobnie jak zemsta Yennefer za kradzież mieczy.
Zaraz „humor kloaczny”! Humor jest albo go nie ma!
Wszystko tylko by klasyfikowali, szufladkowali… Metalowe tabliczki przytwierdzali…
A później wiedźmin musi je z trudem odłupywać!
To chyba u Wańkowicza było, albo się mnie już mądzieli – że jeśli dowcip jest bardziej śmieszny niż nieprzyzwoity, to można go opowiadać nawet w najlepszym towarzystwie; bodaj przy okazji zakładu o dupę.
Poza tym jako już rzekłem, przez 5 tomów sagi i 2 opowiadań ani razu nie kojarzę, żeby cokolwiek odłupywał!
I nie dziwię Ci się! Odłupuje przecie dopiero w „Sezonie burz”: )) W wymienionych przez Ciebie pozycjach nie robił tego. Tamte potwory nie były zinwentaryzowane!
Bo tamte potwory były naturalne, a te były dziełem ziobrowatego ucznia czarnoksiężnika…
Otóż to!! W sednoś, Wasze, utrafił!
Tylko w nasze nie poceluj następnym razem!: ))
No jak rany! Ale przecież „Sezon” ma być prequelem, kończy się tuż przed fabułą opowiadania o strzydze w Wyzimie, a spotkanie z Nimue, podczas którego zostaje odłupana ostatnia {?} plakietka, jest 120 z hakiem lat później, z czego wynikałoby, że pozostałe plakietki były sukcesywnie odłupywane w międzyczasie, czyli właśnie w czasie sagi, czyż nie?
Komu sie pomieszały czas i miejsca ? nam ?:)
W dodatku ja wcale nie uznałam zapowiedzi za prequel…..
No, niekoniecznie. Wiedźmin taki skakun był. Znaczy – w czasie sobie skikał już po swojej śmierci, a wtedy na niego nikt uwagi nie zwracał no bo przecież wszyscy wiedzieli, że widłami załatwion na amen i już go nie ma! No i co wyskikał jakiego z plakietką to od razu sruuu! zaraz w inne czasy, a tam plakietek nikakich nie było!
Nosz, to już nie wiedźmińskie opowieści, to prawdziwa gra w klasy, jak się takie skakanie zaczyna!
W szachy też może być jeśli Geralt skok w bok przy okazji skoku do przodu zrobi! A może zrobić, baby lubi!!
Senatorze, tutaj to już robisz wiedźmina w konia! Albo Sapkowski – nas wszystkich!
: )))) Ktoś musi!
No to skąd nagle tajemnicza Lisica i metamofujące dziecko ? Owszem, jej zagadkowa postać na chwilę mnie zafascynowała, ale i tak nic sie nie sklarowało. Jeszcze jeden watek ” ni przypiął ni przyłatał”…. 🙂
Tych tam różnych metamorfujących stworów się sporo pałętało po świecie Sapkowskiego. Wampirzyca – bruxa, mimik czyli doppler, wilkołaki (również w samym „Sezonie”), pewnie jeszcze cuś było, to i lisica się mogła znaleźć.
Taka lisica to w kurkę mogła jeszcze metamorfować! Dla utrudnienia, oczywiście!: )))
I zupełnie nieoczekiwana rezygnacja Geralta w sprawie ratowania dzieci porwanych przez aguarę – zanim dowiedział się kiedy i jak, od razu stwierdził że najlepiej zostawić…
Może mu ostatnio jakie pętaki nadto dokuczyły!?
„A mój tata jest rycerzem i ma jeszcze większy miecz!!!” – a nie, to było przecież później…
Ale szczeniaki tak samo wredne tak wcześniej jak i później!
Ale z drugiej strony procurator angeli mnie się włączył: jeżeli lisica to stwór ze świata zwierząt, potrafiący przyjąć postać człowieka, to koncept, żeby ROZMNAŻAŁY się, porywając dzieci ludzi, czy też elfów, jest chybiony – przecież wtedy trudno mówić o tym, że „córka” lisicy wywodzi się ze świata zwierząt??? Kupy się to nie trzyma!
No, adoptowana córka. Mógł Urban adoptować hienę, mogła lisica ludzkie dziecko. To dziecko dorasta, rozmnaża się jako dorosły osobnik rodzaju ludzkiego ze zmianami właściwymi lisicy…. No tak, tylko że tak to już mamy początek nowej drogi rozwoju i na cholerę kolejne porwania…. Wystarczy rozmnożyć ze dwadzieścia parek ludzkich i tyleż elfich i po kłopocie!
No właśnie, o to chodzi.
Kiedy kupy się trzyma, zacny Mistrzu Quackie. Ludzie (homo sapiens) należą do świata zwierząt!
Ja za roślinkę nie biegam, Ty też nie, nieprawdaż!?
Ale to kiepskie przedłużanie gatunku w sensie genetycznym (bo de facto potomstwo pochodzi z innej puli genetycznej), a przez to mało prawdopodobne. W wymiarze bio- czy też ekologicznym. Z jednej strony jest taka potężna magicznie, i to w naturalny sposób, istota, która potrafi objąć kawał rzeki iluzją, a z drugiej nie jest w stanie przekazać swoich genów??? To jednak wydaje mi się, że w innych miejscach Sapkowski potrafił więcej prawdopodobieństwa przydać swojemu światu.
To o tę właśnie spójność wykreowanego świata mi chodzi!
Sapkowski najwyraźniej zgubił swoją brzytwę Ockhama!
I mnoży zbędne byty?
Właśnie zbędne jak zbędne – gorzej, mało prawdopodobne. A nie ma gorszego policzka dla twórcy, niż jak mu mówią, że to, co napisał, się rozłazi przez brak prawdopodobieństwa, spójności w jego świecie. Ja tak to przynajmniej czuję. Może kwestia leży w wysokości sumy, jaką się za dzieło kasuje?
Wydaje sie, że Misiek to celnie określił ; pozbierał odpadki, nieudane postaci, niedokończone pomysły i dla kasy Geralta w to wpakował. A my dla Geralta się w to wrobiliśmy 🙂
Coraz lepiej się bawię Panowie przezacni !
Więc dobrej zabawy życzę, ja idę do łóżeczka. Dobranoc
Czas i na mnie. Dobranoc: )))
Zanurzam się w Allena 🙂
Dobranoc!
Z „Hobbita” (książki) pamiętam ten wiersz – pieśń krasnoludów, która w polskim przekładzie (Marii Skibniewskiej???) zaczynała się „Ponad gór zamglony szczyt/ Lećmy, zanim wstanie świt” (z pamięci cytuję). Jedną z paru rzeczy, jakie dobrze wyszły twórcom filmu, jest ta właśnie pieśń. No więc ją właśnie dzisiaj damy na dobranoc. Snów fantastycznych, a precyzyjniej – w stylu fantasy!
Mam sentyment dla „Hobbita”, bo to moja pierwsza fantasy….i uwiodła mnie 🙂 wcześniej omijałam ten gatunek szerokim łukiem 🙂
Piękne dobranoc mówiąc – lampkę zapalam:)
Dzień dobry
Czyżby to już poniedziałek? 
Albo to pierwszy mróz w naszym życiu!!!! Nie takie w Polsce były i jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, że można nie iść do pracy z tak błahego powodu
To tak jakby w Polsce nie mieli ani mrozu, ani śniegu
Biedne… nienawykłe… 
Jeszcze trochę i wyruszam do pracy. A w Polsce święto…
Rozmawiałam dzisiaj z koleżanką, która mieszka tutaj. Na dobre się już zamerykanizowali. Nie wybierają się (ona z małżonkiem) w poniedziałek do pracy, bo dużo śniegu i ma być duży mróz
Dzień dobry
Mireczko, tu mówili, że od 20 lat nie było w Ameryce takiej zimy. Mają przyjść naprawdę wielkie mrozy…
Witaj Mirelko…. śpij dobrze i śnij kolorowo… 🙂
Spadam na górę do spania
I jak na razie nie martwię się ani o mróz, ani o śnieg
I mam nadzieję, że sny będę miała niemroźne i niebiałe, a bajecznie kolorowe 

A Wam życzę miłego świętowania
Dobrej nocy Mireczko
Na dobre przebudzenie, niech Wam kot zaśpiewa:
Dzień dobry Bożenko….. ładnie śpiewa ten miziany kot 🙂
Witaj Wiedźminko 🙂 Też mi się podoba 😆
A gdzie on ma uszy?
Może dlatego śpiewa – te co się mogą słyszeć są skromniejsze! 😉
Na uszach ma futro, więc ich nie widać 😆
Dzień dobry: )))
Ma kto sernik?
DzińDybry :))) Kto ma sernik ten se sernie, kto ma piernik ten se poje :)))
Cześć stateczku: )))
I to jest szczyro prowda!
Witam :)) Słonecznie i błękitnym niebem, piękną wiosnę mamy tej zimy. Brakuje tylko bzu oraz VI części przygód Wiedźmina. :)))
Łomatko, to ile jeszcze tego Wiedźmina jest?!
„Mody na sukces” jest już 5 000 odcinków :))))
A w serialu grają już podstarzałe wnuki aktorów co w młodości w nim zaczynali!: )))
Witaj Stateczku…. tę VI część to już sobie podarujmy, a bez? zakwitnie zimą, gdzieś około maja 🙂
Witaj Senatorze…. przechodzimy na dietę, precz z sernikami 🙂
Dzień dobry! Popieram tę dietę!
Ja też popieram! Będzie więcej sernika dla mnie…
Przepraszam, to mój sernik! Trzeba było wcześniej niż ja zacząć się o niego upominać!!
Witam.
Goloneczka z piwkiem lepsza od sernika?
To Panowie się zajmą sernikiem, pischingerem i goloneczką, a mnie będzie łatwiej, jak te wszystkie pokusy znikną.
Aha, my zagrychę, a Ty resztę?
Witam: )))
Pewna koleżanka Senatorowej jest na dwóch dietach!
Jedną się nie najada!!
Liczy na posadę w kordegardzie w Kerac? 😉
Tam strączkowymi karmią. Na dłuższą metę wcale niezdrowo.
Ale tanio!
Ale smrodliwie!
Pan, Panie Mistrzu Quackie masz drobnomieszczańskie nawyki. Pan chciałbyś tak: mieć zimną wodę osobną, ciepłą osobno, szczelne rurki, kafelki, duperelki, kraniki, dywaniki.
A tu coś za coś! Tak toczy się światek!!
Posturą podchodzi idealnie!: )
Dzień dobry!
Mam pischingera 😉
Wafle!: (
Dzień dobry ! 🙂 świtecznie znów ? A kiedy Wielkanoc ?
Na gwiazdkę… 😆
Niech Ci gwiazdka pomyślności nigdyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy nie zaaaaaaaaaaaaagaśnie, nigdyyyyyyyyy nie zagaaaaaaaaaaaaaśnie, a kto z nami nie wypiiiiiiiiiiiije tego we dwa kiiiiiiiiiiiiiiiiije !!!
Ładnie śpiewasz Stateczku
Wiem :))) O mnie biły się dwie Opery, Wrocławska chciała bym śpiewał w Bydgoskiej, Bydgoska bym śpiewał w Wrocławskiej. Krakowskim targiem rozstrzygnęliśmy, iż zaszczycę imieniny cioci :)))
Rany boskie, jam nie Kneź, nie jestem okrutny co udowodniłem rezygnując z operowych występów. Dziwne, że mnie zastąpił w nicku Jego Wysokość Dreptak :)))
Loguj się, Stateczku, to nie będzie problemu! 🙂
Lenistwo przeważa, potem problemy. Na szczęście to nie jest podpisywanie czeków :)))
Książeczka jest już na składzie rodzinnym, na razie nie słyszę entuzjastycznych komentarzy – poczytam jak trafi do łazienki. 🙂

Jest dość gruba – możesz spowodować zator…
W sprzyjającym układzie ok. 3 godzin czytania. To może być pewien problem – łazienkowy.
Spokojnie, poleży tam sobie długo, a że jak widzę nie jest znów tak zajmująca, to można będzie na raty poczytać 😀
Dzień dobry
Trochę zimno
Ale jest nie tyle co zapowiadali. Tylko -22C…
Wania z Moskwy dzwoni do kuzyna na Kamczatce:
– Sasza, jak żyjecie? U nas w tv mówili, że u was dziś -50st. Straszny mróz…
– E tam, przesadzają. Całkiem ciepło. Najwyżej -15…
– Ale naprawdę tak mówili…
– No, chyba że na zewnątrz…
To jak już jesteśmy przy recenzjach – właśnie skończyłem „Inferno” Dana Browna. Ten facet się kończy.
Moim zdaniem nigdy się nie zaczął :)))
No nie, „Zwodniczy punkt” był na granicy szarży, ale jeszcze, jeszcze. „Cyfrowa twierdza” już za tą granicą, ale powiedzmy. Wcześniejsze powieści z Landonem w roli głównej w miarę się czytało, ale teraz uważam, że Brown przegiął, zwłaszcza jeżeli się weźmie pod uwagę, na jakiego to bestsellerowego autora się go nadyma (por. ostatnią aferę z obostrzeniami podczas tłumaczenia „Inferna”). Pomieszanie z poplątaniem i moim skromnym zdaniem robienie wała z czytelnika. Ci to nie ci, tylko tamci, a ten wcale nie jest dobry, tylko zły, ale nie, przecież w ostatniej chwili się okazuje, że. To już było wcześniej, ale z jakimiś tam pozorami prawdopodobieństwa; tutaj jesteśmy daleko poza przednią granicą tego, co jestem w stanie uznać za prawdopodobne (a sam czasem piszę o wprowadzaniu w błąd i zwodzę czytelnika!).
Jakoś nie kupiłam Browna …..:)
Całkiem słusznie. Nic nie straciłaś, może poza przechadzkami po Florencji, Wenecji i jeszcze ewentualnie jednym mieście.
Inferno mamy w domu – pierwsi czytający z niesmakiem nie skończyli – nie mam zamiaru nawet zaczynać. 🙂
Czyli opinia zgodna, jak widzę?
Opinia całkiem zgodna, jeno z kim to, bo te logowania mieszają dzisiaj… Najwyższy czas coś odgrzać.
Bardzo dobry pomysł Kwaku ! Zrób to jak najszybciej 🙂
Tym razem chyba był to Kneź we własnej okrutnej osobie 😉
Dan Brown nie zainteresował mnie do tego stopnia, że nigdy nie zacząłem go czytać – i tak mam spore zaległości w lekturach.
Co do odgrzewania – jak najbardziej, pozwódź nas trochę, Quacku!
Hm, coś przeoczyłem? Ktoś się podszywał?
Ja się nie loguję z tej prostej przyczyny, że nie mam konta.
Na ogół jednak mam wąsatego awatara, a tylko niektórzy wiedzą jakie konto z nim jest powiązane, z tej prostej przyczyny, że go nie używam do innych celów.
WordPress czasem (osobliwie przy większej ilości komentarzy pod wpisem) wariuje i nie-logującym się przypisuje cudze nicki+awatary.
Aha, i takie coś miało tu miejsce? 😯
Właśnie nie byłem pewien, stąd pytanie…
Kto to jest Leszek Kowalikowski, ktoś go zna?
Ja nie.
Ja go znam, wirtualnie: http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/leszek-moje-reflesje-blog-onet.blogspot.com/
Jego współautor, Piotr Opolski też tu bywa czasami.
Aha. Ten nasz elektroniczny idiota chciał mnie pod jego pseudonimem i adresem meldować!
To ja zapraszam na odgrzewany bigos piętro wyżej.
Bigos zyskuje na zamrożeniu i ponownym odgrzaniu… 🙂 a ja już zapalę lampkę na dobranoc
