Osoby :
Kotka,
Sophia, dziewczynka w wieku około 10 lat,
Jej ojciec, w tym opowiadaniu akurat nie występujący,
Jej babka,
Miejsce akcji : mała szkiera u wybrzeża Finlandii , własność rodziny.
Tove Jansson,” Lato”. (bez Muminków)
Kociak, kiedy się pojawił, był bardzo mały i mógł pić mleko tylko przez smoczek. Bogu dzięki smoczek Sophii był jeszcze na strychu. Z początku kociak leżał w kapturze do przykrywania imbryka, żeby mu było ciepło, a kiedy już umiał sam chodzić, wolno mu było spać w przybudówce, w łóżku Sophii. Miał tam swoją własną, małą poduszkę obok jej poduszki.
Była to szara kotka rybacka, która szybko rosła. Pewnego dnia opuściła przybudówkę i przeniosła się do domu, gdzie spędzała noce pod łóżkiem, w szafliku do zmywania, bo już wtedy miała własne pomysły. Sophia zanosiła kotkę z powrotem do przybudówki i robiła wszystko, żeby jej się przypodobać, ale im więcej ją kochała, tym szybciej kotka wracała znowu do szaflika. Gdy szaflik był zanadto pełny, kotka miałczała i ktoś musiał zmywać naczynia. Nazywała się Ma Petite, a wołano na nią Mapi.
– Dziwna rzecz z tą miłością – mówiła Sophia – Im bardziej się kogoś kocha, tym mniej ten ktoś lubi człowieka.
– Całkiem słusznie – nadmieniła babka – i co się wtedy robi?
– Kocha się dalej – odparła Sophia groźnie – Kocha się coraz bardziej i bardziej. Babka westchnęła i nic nie powiedziała.
Mapi była noszona po wszystkich przyjemnych miejscach, które kot mógłby polubić, rozglądała się dookoła i odchodziła. Mocno obejmowana i ściskana wytrzymywała to grzecznie i właziła do szaflika. Słuchała namiętnych zwierzeń i odwracała swoje żółte oczy i zdawało się, że nic na świecie nie interesuje tej kotki poza spaniem i jedzeniem. – Wiesz, co – mówiła Sphia – Czasem zdaje mi się, że nienawidzę Mapi. Nie mam już siły jej dłużej kochać i myślę o niej cały czas.
Tydzień po tygodniu Sophia chodziła za kotką. Przemawiała do niej łagodnie i darzyła ją czułością i zrozumieniem, i tylko jeden raz skończyła się jej cierpliwość. Wrzasnęła i pociągnęła kota za ogon. Mapi prychnęła i schowała się pod domem, a potem miała jeszcze lepszy apetyt i spała jeszcze lepiej niż zwykle, zwinięta w kłębuszek o niewyobrażalnej miękkości, z łapką zgrabnie położoną na nosie. Sophia przestała się bawić i zaczęła miewać zmory. Nie mogła myśleć o niczym innym niż o kotce, która nie chciała się do niej przywiązać. Przez ten czas Mapi rosła i stała się chudą i dziką kotką, a pewnej pięknej, czerwcowej nocy nie wróciła do swego szaflika. Rano przyszła do domu prężąc ogon ku górze i przeciągała się, najpierw przednie łapy, potem tylne. Zmrużyła oczy i zaczęła ostrzyć pazurki o fotel na biegunach. Następnie wskoczyła do łóżka, żeby spać, cała tchnąca spokojem i wyższością. „Zaczęła polować”, pomyślała babka. Miała słuszność. Już nazajutrz rano kotka przyszła i położyła na progu małego szaro – żółtego ptaszka. Gardziołko było przegryzione całkiem sprawnie, a kilka czerwonych kropelek krwi zabarwiło pięknie lśniące upierzenie. Sophia zbladła, patrzyła nie odwracając oczu na zamordowanego ptaka. Przeszła obok Mapi, morderczyni drobnymi, sztywnymi kroczkami, odwróciła się i wybiegła z domu.
Trochę później babka wspomniała o tym, jakie to jest dziwne u dzikich zwierząt, na przykład u kotów, że nie potrafią zrozumieć różnicy między szczurem a ptakiem.
– W takim razie są głupie. – powiedziała krótko Sophia – Szczur jest wstrętny, a ptak miły. Nie będę rozmawiać z Mapi przez trzy dni -, I już więcej nie rozmawiała ze swoją kotką.
Co noc kotka wychodziła do lasu i nad ranem zabijała swój łup i przynosiła go do domku, żeby wzbudzić podziw i za każdym razem wyrzucano ptaka do morza. Trochę później pod oknem stawała Sphia i krzyczała :
– Można wejść, czy zwłoki już sprzątnięte! – karała Mapi i tą niszczącą bezwzględnością powiększała swój własny ból. Czasem wołała : Usunęliście już ślady krwi? – Albo Ile jest dziś zamordowanych ? – I poranna kawa nie była już więcej tym, czym zwykła być przedtem. Wielka była ulga, gdy Mapi nauczyła się w końcu ukrywać swoje zbrodnie. Inna to rzecz, widzieć kałuże krwi, a całkiem inna tylko o nich wiedzieć. Przypuszczalnie Mapi miała już dość całego tego krzyku i łajania, a może sądziła, że rodzina zjada jej ptaki. Pewnego ranka, gdy babka zapalała swego pierwszego papierosa na werandzie, zgubiła ustnik, który potoczył się do szpary w podłodze. Babka podniosła deskę i wtedy zobaczyła, co zrobiła Mapi. Znalazła tam cały rządek pięknie zagryzionych małych ptaszków. Wiedziała naturalnie, że kotka dalej poluje i nie może przestać, ale następnym razem, gdy kotka przechodziła obok i ocierała się o jej nogi, odsunęła się i szepnęła : – Ty chytry draniu – kocia miseczka z płotkami stała przy schodach nietknięta, pełna much. – Słuchaj! – powiedziała Sophia – chciałabym, żeby Mapi nigdy się nie urodziła. Albo żebym ja się nigdy nie urodziła. Byłoby o wiele lepiej. – Więc nadal nie rozmawiacie ze sobą? – zapytała babka – Ani słowa – odparła Sophia – Nie wiem, co mam robić. A jeśli jej przebaczę, to co to za przyjemność, skoro ona wcale o to nie dba? I babka nie znalazła na to odpowiedzi. Mapi zdziczała i przychodziła do domu bardzo rzadko. Miała taki sam kolor, jak wyspa, jasny, szaro – żółty, w pręgi, jak góra albo plamy słońca na piaszczystym dnie. Gdy kotka skradała się po nadbrzeżnej łące, ruchy jej były jak powiew wiatru w trawie. Godzinami czatowała w zaroślach, nieruchoma sylwetka, dwoje spiczastych uszu na tle zachodzącego słońca, nagle znikały… i coś pisnęło tylko jeden raz. Przemykała się pod karłowatymi świerczkami, przemoknięta od deszczu i chuda jak kreseczka, i myła się z rozkoszą, gdy wychodziło słońce. Była to absolutnie szczęśliwa kotka, ale nie udzielała się nikomu, Całymi dniami zwijała się na gładkiej skale, a czasami zjadała trawę i wymiotowała własną sierścią, spokojnie, jak to robią koty. Ale co robiła pyzatym nie wiedział nikt.
Pewnego dnia przyjechali na kawę Övergårdowie. Sophia zeszła na brzeg, by obejrzeć ich łódź. Była duża i pełno w niej było torebek, termosów i koszyków, a w jednym koszyku miałczał kot. Sophia podniosła pokrywę i kot polizał jej rękę. Był duży i biały i miał szeroki pyszczek. Nie przestawał mruczeć, gdy go wzięła i niosła na ląd. – Acha, więc znalazłaś kota – powiedziała pani Övergård. – To miły kociak, ale myszy nie łapie, tak że chcemy go dać inżynierostwu.
Sophia usiadła na łóżku z ciężkim kotem w ramionach. Cały czas mruczał. Był miękki, ciepły i uległy. Załatwiono całą sprawę bardzo łatwo, przy pomocy butelki rumu jako rękojmi w tym handlu zamiennym. Złapano Mapi i ani się opamiętała, o co tu chodzi jak już znalazła się w łodzi Övergårdów w drodze do wioski.
Nowy kot nazywał się Svante. Svante zjadał płotki i lubił pieszczoty. Przeniósł się do przybudówki i spał co noc w ramionach Sophii, a co rano zjawiał się przy porannej kawie, po czym znów zasypiał w łóżku przy kuchni. Kiedy było słońce, zwijał się na ciepłej skale. – Nie tutaj! – wołała Sophia – to jest miejsce Mapi. – odnosiła kota nieco dalej, ten lizał ją w nos i zwijał się posłusznie na nowym miejscu.
Lato robiło się coraz ładniejsze, długi szereg spokojnych, błękitnych letnich dni. Co noc Svante spał z nosem wetkniętym pod policzek Sophii.
– Ze mną to jest dziwnie – stwierdziła Sophia – Uważam, że robi się nudno z tą piękną pogodą. – Tak uważasz? – spytała babka – Jesteś dokładnie taka, jak twój dziadek, on też lubił sztorm. – Ale zanim zdążyła opowiedzieć więcej o dziadku, Sophia sobie poszła.
I stopniowo zaczęło wiać, najpierw którejś nocy ostrożnie, a rano zrobił się z tego uczciwy południowo – zachodni wiatr, który miotał pianą na całe wzgórza. – Zbudź się – szeptała Sophia – zbudź się kochanie, jest sztorm. Svante mruczał i wyciągał rozgrzane w łóżku łapy na wszystkie strony, na prześcieradle pełno było kociej sierści. – Wstawaj! – krzyknęła Sophia – jest sztorm! – Ale kot tylko odwrócił się ma miękki brzuszek. Wtedy Sophia, całkiem nieoczekiwanie, okropnie się rozzłościła, rozwarła drzwi i wyrzuciła kota na wiatr, a zobaczywszy, że kładzie uszy po sobie, krzyknęła: – Poluj! Rób coś! Bądź kotem! – a potem rozpłakała się, pobiegła do babki i zaczęła walić w drzwi.
– Co tam się znów stało? – zapytała babka – Ja chcę Mapi z powrotem ! – krzyczała Sophia – Ale przecież wiesz, jak to będzie – powiedziała babka – Będzie okropnie – odparła Sophia poważnie – Ale ja ją kocham.
I znowu zamienili koty.




Tak się skończyłas próba odchudzenia biblioteki. Wszystko zostało. Mam jeszcze mnóstwo smakowitych tekstów z autobiograficznych opowiadań.
Witaj Kreciu…. ja też co jakiś czas ” odchudzam bibliotekę” i wtedy zupełnie nie mam czasu 🙂
Wzięłam za dobrą monetę co Q.powiedział: „ostatnio trzeba raczej wołami wyciągać, niż czekać na swoją kolej” i wrzuciłam
Jak to źle, to proszę interweniować.
Eee, chiba będzie dobrze 🙂
Owszem, juz interweniuję: proszę o więcej !
Zwłaszcza, gdy już otrzymasz „Topsy i Lupusa” 🙂
Czytałem, dawno, dawno temu. Po „Muminkach”, ma się rozumieć. Wydano tę książkę w 1980, no to mogłem ją czytać gdzieś w 1982, może 1983. I wszystko zapomniałem.
A co do kotki, to dokładnie tak samo bywa z dziećmi. Najpierw są małe, ładne i wzruszające, a jak dojrzewają, przynoszą do domu przeróżne „martwe ptaszki” albo drapią opiekunów. A mimo to się je kocha.
Dziwna sprawa, z tą miłością.
Niektórzy powiadają, że z miłością jest jak z duchami : wszyscy o niej mówią, a nikt nigdy jej nie widział 🙂
Miłość jest bezwarunkowa. Nawet nie wiemy za co kochamy, ale nie możemy się odkochać. Mapi dokuczyła jak nikt, a jednak była kochana.
A Sophia…..chciała zmieścić Mapi w swoich ramkach 🙂
Jakże często tak samo robią rodzice :/
Nie tylko rodzice, Kwaku…. choć oni mają największe mozliwości 🙂
Z jednej strony masz rację, ale patrząc ze strony Sophii, mogła się czuć odrzucona. A to bardzo przykre.
Na pewno tak…. Sophia miała wielką potrzebę czułości, a koteczka była tylko sobą …. Oswajanie kota czasem trwa bardzo długo, przerobiłam to z Migotką, która nie dawała się głaskać:(
Afrodytka też nie lubi głaskania. Sama się głaszcze, ocierając się o ludzi lub nogi stołowe. Syn Afrodytki, Smotrec (Patrzak) za to jest pieszczochem, jak Svante.
Córka czasami lubi, żeby ją głaskać, czasami nie i wtedy „porykuje” groźnie.
Migotka czuła się znakomicie między Milą a Ami. Mila ją ” wychowała „… Pojawienie się Ami bardzo ją zdegustowało i długo musiałam to ” odpracowywać”. Ale teraz pozwala się głaskać i chętnie poleguje na moim brzuchu, jak ma ochotę, na zawołanie… nigdy 🙂
„Pierwszą połowę życia marnują ci rodzice. Drugą dzieci.”
(zasłyszane u Czubaszkowej 😉 )
Kreciu, znakomicie zrobiłaś!
a kto powiedział, że dzieci najpierw kochają rodziców, potem ich osądzają, a niekiedy im wybaczają ?
Teraz jadę na noc do Janka. Będę komentować od nich. Potem wracam do domu. Tove Jansson jest świetna.
Ja mam pana boga w futrze,
Kiedy się przeciągam wzdłuż,
Czuję jego palce
Wyprężone na grzbiecie.
On – w mięśniach moich nóg
Kroczy ciszej
Niż okrągły księżyc
Po przyczajonym niebie
Nie płoszymy gałęzi.
Wiatr
Trzepocze nam w pysku,
Skrzydłem głupiego wróbla
Oblizuję wąs
Z ciepłej krwi.
Zmrużony – śpiewam hymn –
O dobrym bogu
Czyje to?
Haliny Poświatowskiej: )
A to czyje wersy? Podoba mi się taki koci punkt widzenia 🙂
Dobranoc
Dobranoc: )))
Witaj, Tetryku: ) Haliny Poświatowskiej: )
Ja nie tylko gwintówki lubię!: ))
Senatorze !
Dobranoc: )))
Do kota
Kocie, mądry monarcho, tajemniczy, skryty –
Czyż nasze smukłe palce, ciężkie od pierścieni
Godne są twojej czarnej i białej słodyczy
I pyszczka z aksamitu i drogich kamieni?
Zwijasz się z dziwnym wdziękiem niby gąsienica,
Stokroć bardziej gorący niż ptak skryty w dłoni.
Twój nos, nagość jedyna w aksamitnych licach,
Jest świeży i wilgotny niby kwiat na błoni
Choć się mienisz od wstążek, miękki, kolorowy,
Dzikość pręży ci uszy i rozdyma chrapki,
Gdy ścigając grzechotkę zabawiasz się w łowy
I zaciskasz na krążku swe zdobywcze łapki.
W ujarzmionej małości, w tłumionym pomruku
Odzywa się królewskość imć tygrysa – pana.
W twych lędźwiach jak sprężona moc w napiętym łuku
Śpi nieznanych rozkoszy ziemia obiecana…
Dziś wieczór, obojętny na nasze pieszczoty
Przycupnąłeś, w marzeniu pogrążony błogim.
W twych oczach uśmiech Buddy połyskuje złoty
Gdy sobie przypomnisz, że sam jesteś bogiem.
Julia Delarue-Mardrus
Dobranoc… mruczando 🙂
Dobranoc – w moim przypadku nie-kocio 😉
Lampkę zapalę piętro niżej, żeby tutaj kołysaly nas kocie pomruki 🙂
Dzień dobry 🙂 Ja już od rana mam kotkę na ramieniu. Śpiewa mi swoje mruczando i utrudnia pisanie.
Dzień dobry: )))
Mnie moje dwie zmory od czwartej rano w skórę dawały, ale się zawziąłem i jeść dostały dopiero o piątej!
Dzień dobry! Tak trzymaj, Senatorze – krótko i za buzię! 😉
Witam!
Bezlitosny reżim to podstawa spokoju!!: )))
Proponuję codziennie przesuwać tę godzinę, powiedzmy co 5 minut. Po kilku tygodniach będziesz mógł się budzić już o całkiem ludzkiej porze!
Moje koty już od dawna skutecznie udają, że nie znają się na zegarkach!: )
No tak, koty nie idą do Pierwszej Komunii…
Ale one chyba mają jakiś wbudowany zegar. Moje maleństwo budzi się o 5,00 i choćbym wstała godzinę wcześniej np. do łazienki, ona nie reaguje. Wczoraj poszłyśmy wcześniej spać, więc nieco wcześniej się obudziłyśmy. Potrzebujemy tyle samo snu. Czy to nie cudowne?
No, jeżeli tak się Wam udaje zgrać, to faktycznie miło 🙂
Z zamierzchłej młodości pamiętam informację, że dziewczynki mieszkające razem po jakimś czasie synchronizowały swoje organizmy (chodziło o internaty czy akademiki). Może to ten efekt, Bożenko? 😉
Dzień dobry: )))
Moja bestia nie jest głodna, suchą karmę ma stale w miseczce. Jednak lubi jeść dopiero jak ja wstanę
Dzień dobry 🙂
U mnie suchy też jest stale w miseczce, ale banda zębato-pazurzastych łobuzów dobrze wie, że rano należy się „mokre” i dokucza, że hej! Jedna łazi po mnie i pazurkami za poszwę łapie jakby usiłowała ją podnieść, druga pazurami obrabia dywanik przy łóżku aż trzask na całą chałupę idzie. I tak albo jednocześnie, albo na zmianę!
No i co zrobić? Wziąć na przetrzymanie się nie da, bo awantura będzie trwać i trwać! Sam tak je nauczyłem i sam w kość dostaję. Senatorowa potrafi tylko jedno oko otworzyć i zachęcająco mruknąć – no, TWOJE koty głodne!!
Leniwiec jeden!!: ((
PS Moje też jedzą dopiero jak ja wstanę!!!: ((
Bo czekają na „mokre”. Ja jej daję dopiero ok. południa, a i tak skacze rano po mnie jak po trampolinie i zagląda mi w oczy czy je już otwarłam. Jak mnie wyciągnie z łóżka naje się, to sobie jeszcze drzemkę ucina. A ja już jestem przy kawie, bo spać się chce. Pewnie to wina niskiego ciśnienia

A tak, tak! Niskiego ciśnienia, niczego innego!: )
W wędkarstwie od zawsze pokutuje pogląd, że ryba nie bierze jak jest wschodni wiatr. „Wiatr ze wschodu – ryba chodu!”, tak to brzmi. I nieważne czy akurat wieje z południa, północy, wschodu czy zachodu – jak jest wschodni, to nic nie bierze!!: )))
Migotka jest kapryśna, nigdy nie wiem co łaskawie zechce zjeść. Tylko surowa wołowinka jest zawsze dobrze widziana:)
Jak to było w tym dowcipie o niemowlaku, którego rodzice uzgodnili, że dzielą go na połowy – od pasa w górę i od pasa w dół i opiekują się stosownie? Środek nocy, dziecko zaczyna się kręcić i w końcu jęczeć, więc mąż prawie przez sen mówi: „Ucisz SWOJĄ połowę!” Żona wściekła wstaje, karmi dziecko, które zasypia. Mija czasu małowiele, sytuacja się powtarza, tylko do jęków dziecka dochodzi rozkoszny smrodek. Żona trąca męża: „To teraz ty przewiń SWOJĄ połowę!”
Tego nie znałem!: )))
Dobre!!! Szkoda, że wcześniej tego nie znałam. Wstawałam do obu połówek
Myśmy to raczej podzielili czasowo, nie przestrzennie; jak dzieci nie musiały już dostawać cyca, tylko jadły z butelki, to ja się nimi zajmowałem do nocy, jak trzeba było, to do 1 – 2 w nocy, a małżonka rano.
Hmmm I nie czułeś się lekko jak ten…..no wiesz, ten z rykowiska?: ))
Znaczy jeleń? No nie wiem, jak się zgodziłem (i dołożyłem swój, ehem, wkład), to chyba powinienem był wykazać jakąś tam odpowiedzialność?
No… zaraz odpowiedzialność! …Sam wkład to mało?: )
… a to opowiadała nasza Babcia :)widać gdzieś podsłuchała, bo w Jej czasach połówek nie było 🙂
Hm, a może to świadczy o tym, że problem jest nienowy? 😉
Na pewno wychowywanie niemowlaka jest wyczerpujące ! To nie jest nowość
A nie, to rzeczywiście nic nowego!: )))
Witaj Bożenko 🙂 Kicia ma zegarek w brzuszku 🙂
Dzień dobry Kociaki 😀

Żadnych sztormów!! Życiowych, se nie życzę!! 😀
Aha, jeszcze mam trzy sprawozdania i puchnącą półkę z teczkami spraw bieżących… Ale to już pestka 😀
Witaj Skowronku 🙂 Jak to mówią – módl się i pracuj, a garb Ci sam wyrośnie. I życzę owocnej pracy, żeby ta półka prędko schudła
Dzień dobry: )))
„Hej ho, hej ho, do pracy by się szło..!!”
Witaj Zapracowany Skowronku 🙂 dasz radę, jak zawsze 🙂
Dzień dobry ogólne tu. Śnieg, śnieg – i po śniegu. Mokro za to, na szczęście tylko za oknem.
Mistrzu, zapowiadają taką zimę, że niech się Jakucja schowa!
No i fajnie, tylko gdzie tu jakie renifery wykombinować?: (
Pani Q. się wybiera służbowo do Finlandii, niestety dopiero na przełomie lutego i marca. Ma przywieźć parę reniferów, żeby były na zaś?
Pomysł niegłupi!
Ty jesteś uczulony na koty, a tak zamiast nich będziesz miał własne domowe renifery!!
Może one będą jadać o ludzkich porach?: )))
He, raz na dobę się siana podrzuci i będzie! Trochę gorzej ze spacerami w centrum miasta…
Zapędzisz do tego Juniora i Najjuniora! Będą mieć frajdę!: ))
A jak polubią wylegiwanie się na kanapie ???:)
O nie! Tylko na podwórku, mogę im nawet wiatę postawić.
Nie zapomnij o chrobotku reniferowym Cladonia rangiferina (L.)
http:/home/u194284526/domains/madagaskar08.pl/public_html/pl.wikipedia.org/wiki/Chrobotek_reniferowy
No nie wiem, jak podlega ochronie gatunkowej, nawet częściowej, to mi karę przysolą za pożerające go renifery?
Trzeba będzie rozważyć wynajęcie wybiegu w gdańskim Zoo.
Witam wszystkich
Się tak złożyło, że mama Janka pojechała w „lelegację” i zabrała laptopa, a na dużym tata Janka pracował i pracował. Tak, że wyszło na to, że wrzuciłam temat i wsiąkłam.
Ale temat wdzięczny. Witaj nam
Witaj Porannie… i się nie martw, wszyscy poszli spac 🙂
Panie Senatorze, dzięki za kocie poezje. Koty, moim zdaniem, są dowodem na istnienie Boga. One nie mogły powstać przypadkowo.
Kiedyś czytałem o takiej hipotezie (z założenia niekoniecznie poważnej), że koty są bioautomatami, badającymi ludzkość w imieniu jakichś kosmitów – wskazywałaby na to doskonałość ich konstrukcji (w celu maksymalnej przeżywalności) i przywiązanie, jakie czują do nich ludzie (oczywiście ze względu na to, że zostały właśnie tak stworzone, by budzić w ludziach pozytywne uczucia).
Lilian Jackson Braun w swoim 20 tomowym dziele pt Kot, który…
opisuje lądowanie UFO, z którego wysiedli kośmici : mieli po cztery łapy i długie ogony, a przylecieli w odwiedziny do kota Kao K’o-Kunga, zwanego Koko.
W antologii „Rakietowe dzieci” jest zaś opowiadanie „Odrzutowiec Miaua”, w którym na Ziemi rozbija swój statek kosmita, który miauczy i ma kocie oczy 🙂
To by znaczyło, że są ludzie i ludziska, bo nie wszyscy lubią koty ! Nie wiem dlaczego….
Obserwując moje „cudo”,, dochodzę do wniosku, że tak może być. Ona bada nie tylko moje przywiązanie ale i cierpliwość. Nieraz jakby się ze mną przekomarzała,że mnie nie posłucha. Ja jej mówię, że czegoś nie wolno, to ona tylko czeka na to, kiedy się odwrócę. Jak tylko spojrzę,to już wie i w podskokach ucieka jakby się cieszyła, że udało jej się zrobić mi psikusa. Figlarka prawdziwa

Koty są cudowne!: )))
Ptaszek idiota,
głupszy, niż się zdaje,
strojny barwną krajką,
z głową jak makówka,
nieprzyjaciel kota,
ojciec pięciu jajek,
z których każde jajko
pełne jest półgłówka,
przyparty do drzewa
pierzem rudosinem,
toczy głośne swary
z innym znów kretynem,
po czym śpiewa, śpiewa
głupstwa nie do wiary.
MPJ
Witaj, Lukrecjo: ) Koty są wisienką na torcie świata!: )
10/10
Za oknem mam deszcz ze śniegiem, a w domu…. zamówienie na gołąbki, najlepiej w dużej ilości . No to… do roboty:)
Przyjemnej pracy i udanych gołąbków
„A od tej chwili, Kochanie, na pięciu prawdziwych Mężczyzn trzech z pewnością rzuca za Kotem butami, a wszystkie prawdziwe Psy gonią go i prześladują. Ale Kot także dotrzymuje warunków układu. Łowi myszy i dobry jest dla Dziecka, dopóki go nie targa za ogon. Ale spełniwszy swe obowiązki, od czasu do czasu urządza sobie wycieczki, a zwłaszcza podczas jasnych nocy księżycowych znów staje się Kotem, który zawsze chadza własnymi drogami, i wszystko mu jedno kędy.”
Kipling
Jeszcze próbka prozy Tove Jansson, z książki „Córka rzeźbiarza” są to wspomnienia z dzieciństwa.
Prawo morskie
Następnego ranka, w dalekiej części wyspy odkryliśmy motorówkę. Stała opuszczona, uderzając o kamienie, dwa wręgi były pęknięte, do połowy napełniała ją woda. Ten, kto ną płynął, nie miał wioseł. I w obawie o własne Zycie, nawet nie próbował jej ratować.
………………………………………………………………………………………………….
Patrzyliśmy przez chwilę na motorówkę, po czym weszliśmy pod górę, w głąb lądu i zajrzeliśmy w wiklinowe chaszcze za nadbrzeżnymi skałami. A tam było wszystko : dziesięciolitrowe kanistry leżały pod krzakami, jak okiem sięgnąc, niczym srebrny dywan, a trochę wyżej, pod kilkoma jodłami ktoś musiał popijać koniak. – Coś podobnego – odezwał się tatuś – To niemożliwe
Wszyscy panowie rzucili się biegiem, panie za nimi, a mama i ja biegłyśmy ostatnie, jak tylko mogłyśmy najszybciej. Na końcu wyspy, od strony morza, tatuś z Hermansonem rozmawiali z trzema przemoczonymi facetami, którzy jedli nasze kanapki. Panie i Sjöberg stali kawałek dalej. Potem tatuś podszedł do nas i powiedział :
Teraz zrobimy tak, że ja i Hermanson zawieziemy ich do domu, bo dryfowali trzy dni bez jedzenia i ledwo stoją na nogach. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, każda rodzina dostanie cztery butelki i trzy kanistry. Sjöberg nie popłynie z nami ze względów zasadniczych, bo jest celnikiem
……………………………………………………………………………………………
Pani Sjöberg spojrzała na pana Sjöberga i powiedziała :
Dobrze przemyśl, co teraz zrobisz – Myślę i myślę, odparł – Sądzisz, że to dla mnie łatwa sprawa? Ale już się zdecydowałem. Nie będę się ich czepiał, natomiast sam nie wezmę ani kanistra, ani butelki. Zresztą jestem na urlopie. I nie ja ich odwiozłem do domu. A w dodatku zjedli moje kanapki. Jansson zrozumiałby, o co mi chodzi.
Chyba rozumiem. Jak poproszę celnika o jego kanapkę, to przymknie oko na te parę butelczyn, co je wiozę w charakterze kontrabandy? 😉 Ciekawe, czy to działa na szwajcarskich celników przy wyjeździe z Livigno, czy tylko na szwedzkich?
Fińskich.
Ostatecznie dostali po 1 kanistrze.
Joj, faktycznie. Te nazwiska mnie zmyliły. Nie jakiś Hakkapullittaa, tylko Sjoeberg, Jansson i Hermansson.
Czyli mówisz, że i tak by trzeba coś odpalić celnikowi. Nihil novi sub sole.
Viktor Bernhard „Faffan” Jansson (ur. 1 marca 1886 w Helsinkach, zm. 22 czerwca 1958 tamże)[1] – fiński rzeźbiarz należący do szwedzkojęzycznej mniejszości w Finlandii. Ożeniony z ilustratorką Signe Hammarsten-Jansson, miał z nią troje dzieci: pisarkę Tove Jansson, fotografa Per Olov Janssona i rysownika komiksów Larsa Janssona.
Signe „Ham” Hammarsten-Jansson (ur. 1 czerwca 1882 Hannäs, Szwecja, zm. 6 lipca 1970 Porvoo)[1] – szwedzka ilustratorka i graficzka mieszkająca w Finlandii, projektantka ponad 200 fińskich znaczków pocztowych. Żona rzeźbiarza Viktora Janssona, matka malarki i pisarki Tove Jansson.
Więcej informacji w fińskojęzycznej, a zatem niedostępnej, Wiki
W książce „Córka rzeźbiarza” Tove wiele pisze o matce, która rysuje.
Trochę więcej jest w angielskiej wiki. Jak będę wolniejszy, może przy okazji któregoś następnego wpisu z TJ?
Ano właśnie. Mniejszość szwedzkojęzyczna.
Też, niedostępna.:((
O celnikach, Mistrzu, to już nawet Pismo Święte nie najlepiej się wyraża!: )
Różnych w życiu widziałem i tych Szwajcarów nic nie przebije. A tacy są chytrzy, że 80-90% zatrzymywanych samochodów miało polskie tablice. Przynajmniej jak myśmy jechali.
Swego czasu czescy też szczególnie polskie trzepali!
Czeskich pamiętam jeszcze z czasów RWPG i faktycznie, Szwajcarzy to przy nich wzór grzeczności, ale jakoś tak się zasugerowałem, że rozmawiamy o cywilizowanych krajach.
Czeskich to ja na wieki wieków zapamiętam!
Mnie tam nic szczególnego nie zrobili, ale takiemu na oko trzylatkowi buciki na moich oczach zabrali. Dzieciak w płacz, matka w płacz nad dzieciaczkiem, my z ojcem tego małego tylko zębami mogliśmy zgrzytać! To wszystko widział polski celnik i już po paru minutach wracająca z pepikami do Czech Skoda na bocznym pasie stała, a kierowca grzecznie oponki zdejmował. Polskie miał i niestety nie miał na nie przy sobie kwitu, bo pewnie już niejeden tysiąc kilometrów na nich zrobił!: )))
Ech, no właśnie, celnik celnikowi okoniem, a normalni ludzie płacą. Coś jak w tym skeczu (filmiku), w którym dwaj mężowie zamiast dać sobie po razie, leją każdy żonę tego drugiego w ramach odwetu.
Kiedy mnie się to spodobało, wiesz? Taki ludzki odruch u człeka paskudnej, co tu gadać, profesji!
Dlaczego ? Sjöberg jest w porządku.
Prawa morskiego ciąg dalszy:
„Są ludzie, którzy sprzedają kanistry po wygórowanej cenie. To brak klasy. Kupując kanister oszukuje się państwo, a poza tym to za drogo kosztuje i tego się nie robi. Jedynie właściwym sposobem jest znaleźć kanister, albo najlepiej uratować go z narażeniem życia. Taki kanister daje zadowolenie i nie narusza żadnych zasad. Ale łódź wyrzucona na brzeg, albo dryfująca, to coś zupełnie innego. Łodzie są poważną sprawą. Trzeba wtedy szukać i szukać właściciela, aż się go znajdzie, nawet gdyby to miało trwać lata. To samo dotyczy sieci rybackich. Wszystko inne można sobie brać.
Ale najgorsze, co można zrobić, to wziąć sobie towar już wyciągnięty z morza przez kogoś innego. To jest niewybaczalne. Jeśli jest oparty o kamień, albo uskładany w wyraźny stos, a na wierzchu leżą dwa kamienie, to znaczy, że jest czyjś”
Senatorze, znalazłem film – nie sądzisz, że jest jakaś analogia z tymi celnikami z dwóch stron granicy? Ten polski też stanął „w obronie”, jak potrafił…
To mi przypomniało taki dowcip:
Do saloonu wchodzi, popychając wahadłowe drzwi, kowboj o gabarytach szafy i rzuca: Kto, w mordę?
Wszyscy odwracają się do swoich kuflów, w nadziei, że sobie pódzie. Powtarza się to jeszcze kilka razy. Wteszcie, kiedy kowboj wchodzi do kolejnego baru i rzuca swoje „Kto, w mordę” nagle od baru odwraca dię inny kowboj o gabarytach dwóch szaf i mówi „Ja, w mordę”
” O, w mordę” powiada z respektem przybysz.
(zwrot „w mordę” w gronie zaprzyjaźnionym można zastąpić innym zwrotem)
Hammurabi!!! Najbardziej znane z jego kodeksu to słynne „oko za oko”, ale niewielu ludzi wie, że jest tam zapis – „…jeśli budowniczy wybuduje dom, ten się zawali i zabije syna właściciela, należy zabić syna budowniczego!”
– A jak ten miał same córki, to co, Hammurabiemu to do głowy nie przyszło?!- zapytał na ćwiczeniach mój kolega i został zmiażdżony pogardliwym spojrzeniem i całkowitym brakiem reakcji prowadzącego je asystenta, niejakiego Perygrynusa, bo tak nazywaliśmy tego kurdupla co wiecznie łaził i łaził na zajęciach nigdy tyłka nie sadzając! My też milczeliśmy!
Okazało się, że nikt nie był przygotowany do odpowiedzi na takie pytanie!: )
Jak moja babcia w 1915 roku urodziła dwie córeczki, bliźniaczki, to jej powiedziano : ” nie martw się Janinko. Dwie dziewczynki to prawie jeden chłopiec”
I się nie martwiła. Dziadek Ludwik też się cieszył.
: ) Sympatyczne!
PS 1915??
Konkretnie 01-11-1915
Aha..
… jakoś mnie nie rozbawił ten filmik 🙁
Jakoś w ogóle nie bardzo trawię poczucie humoru Halamy. To „komik” z innej bajki…
Też nie lubię Halamy. 🙁
Może i nie jest zabawne, ale jakie prawdziwe : dla stuprocentowego mężczyzny najważniejszy powinien być honor 🙂
No cóż, on dla mnie nie jest zabawny, jest groteskowy, a wkleiłem go, żeby porównać z anegdotą Senatora wyżej o celnikach.
Oczywiście, Kwaku… wiem po co wkleiłeś 🙂
Witajcie!
Na miejscu dziadka Ludwika też bym się cieszył.
Niedługo się cieszył. bo w 1917 zmarł.
Gdyby miał syna, w 39′ byłby on w wieku jak najbardziej poborowym …
I nie wiadomo czy by przeżył, a córki miały większe szanse. Czasem lepsze są córki.
Były już w wieku pokolumbowym.
Na wojnie jednak gorzej wyszedł mój ojciec, który miał w październiku 1939 roku jechać na praktykę do Angli.
Wojna niejednemu zmieniła plany. Najważniejsze, żeby nie zabrała życia
Dobry wieczór! 🙂 jak ciekawie toczyła się ta dyskusja 🙂
Dobry wieczór Wiedźminko 🙂 Jak udały się gołąbki?
Dobry wieczór Bożenko ! już ich nie mam…. poszły, gdzie miały 🙂 Najbardziej cieszyły się dzieciaczki 🙂
Dobry wieczór: )))
Podoba mi się ta różyczka, Senatorze:)
Dobranoc: )))
Dobranoc Senatorze
Dobranoc Senatorze i wszyscy pozostali, bo też udaję się w kimono.
Franek Kimono? „nie rycz, mała, nie rycz…”

Wszystko dla Ciebie Tetryku 🙂
On też obiecuje obronę 🙂
Ja tylko sobie wyobraziłem, jak Bożenka „idzie w Kimono”…

W naszych stronach mówi się „uderzać w kimono”
Dobranoc, muminkowych snów!
Dla Wszystkich ciepłe : dobranoc i lampka, jak zawsze magiczna 🙂
